Lifestyle

Dwie twarze każdego znaku zodiaku. Sprawdź, czy pasują do ciebie?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
26 sierpnia 2017
Fot. iStock
Następny

Dobro i zło, sukcesy i porażki, radość i smutek – życie pełne jest przeciwieństw i kontrastów, które mimo wszystko współgrają ze sobą i dopełniają się.  Nie inaczej jest jeśli chodzi o znaki zodiaku – każdy z nich ma zarówno pozytywne, jak i negatywne cechy. Powinniśmy uświadomić sobie nasze mocne strony i nauczyć się je wykorzystywać, poznać te słabsze, zaakceptować je i nie pozwolić, by zaczęły dominować. Sprawdźcie, jakie kontrasty charakteryzują wasz horoskop i poznajcie swoje dwie twarze.

 

Lifestyle

Biorcy po prawej, dawcy po lewej. Od nas zależy, po której stronie chcemy żyć

Redakcja
Redakcja
26 sierpnia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Ty ciągle taka naburmuszona, pełna pretensji, „gorycz wychodząca uszami” – jak to mawiała moja babcia. On wciąż powtarza ci: „czemu nie umiesz tak żyć, tak pełną piersią, myśleć o tym pięknie, o tym co tu i teraz. Dla ciebie szklanka jest zawsze do połowy pusta. Dziewczyno, wypuść powietrze”.

On zachwycający. Chodzący urok i czar. Spokojne kontemplowanie świata, zdrowy (?) egoizm, ma na wszystko przestrzeń i czas. – Świat ci sprzyja- mówisz mu kiedyś i zazdrościsz tej lekkości życia, tego wszechobecnego hedonistycznego łaknienia.

Ty wciąż w garach. Nie tak jak babka i matka, bo przecież jesteś współczesną wyzwoloną kobietą i masz zmywarkę i fajny modny kosz na zakupy, niezłym autkiem podjeżdżasz pod supermarket. Ale jakoś tak się dzieje, że ty właśnie musisz o tym myśleć, zaplanować, przygotować. Babcia ci zawsze powtarzała, że samo się nie zrobi.

Więc samo się nigdy nie robi, jeśli ty nie zrobisz. Nie lubi, gdy pytasz czy on mógłby coś zrobić (oj nie!), ewentualnie chociaż zaplanować, coś dla was razem, aby łatwiej ci było ustawiać wasze sprawy. Nienawidzi tych twoich konkretnych pytań, tego upierdliwstwa, które zatruwa mu życie, bo po co tak myśleć do przodu, czemu ty wciąż taka spięta, żyć nie potrafisz doprawdy.

Lubisz na niego patrzeć, te błyszczące zachwytem oczy, kochasz go do szaleństwa i nie jesteś w tym osamotniona. Twój ojciec był królem życia, więc dokładnie wiesz, jak wygląda życie z królem, twoja matka przecież nie dała rady, ale kochała do końca. Mocno. Szczerze. Bo ich się kocha miłością wyznawcy.

Więc ty jesteś w tej sekcie, często niezauważona, bo giniesz jakoś przy nim, stajesz się taka niewidzialna, sama umniejszasz się w swoich oczach i nie wiesz jak to jest możliwe, przecież ty taka atrakcyjna (mówią o tym inni), silna, błyskotliwa, masz też coś w sobie, co sprawia, że błyszczysz, ale nigdy przy nim, najjaśniej świecisz daleko, gdy jego blask nie przyćmiewa twojego.

Ale wracając, jesteś wciąż naburmuszona, taka sfrustrowana baba, co się obraża za duperele. Nie zadzwoniłeś cały dzień („daj spokój, przecież jestem”). Czuję się samotna („to twoja interpretacja, kochanie”). Nie czuję wsparcia, źle mi z tym („przecież zrobiłem obiad w tamten weekend, posprzątałem po śniadaniu”). Mam wrażenie, że jesteś nieobecny („muszę czasami się oddalać, potrzebuję przestrzeni dla siebie”). Tak rzadko się kochamy („rzadko? ty masz po prostu duże potrzeby”). I: „Nie umiesz się cieszyć tym co jest, kochana. W sumie to ci współczuję”.

Ty sobie też współczujesz. Zawsze gardziłaś takimi kobietami. W innych związkach nie byłaś taka ofiarna. Ale ta miłość wypełniła cię pragnieniami. Przede wszystkim jednym: ma być do końca. Pracujesz usilnie, by się spełniło. Ty pracujesz.

Więc wciąż czegoś chcesz. Wciąż się domagasz. Prosisz. Całe życie obiecywałaś sobie, że nie będziesz o nic się prosić, a tu proszę. Prosisz się o wszystko. Uwagę, miłość, seks, pewność. Chciałabyś przestać wreszcie prosić.

Więc przestań. Zrób listę. Precyzyjną, jakbyś szła na zakupy i miała wydać X złotych co do złotówki. Podziel kartkę na pół. Co zyskujesz, a co tracisz w tym związku. Po prawej te „obfitości”, po lewej ubytki. Po prawej, co sprawia, że jest ci w życiu lepiej, po lewej, co oddajesz jemu. Po prawej komplementy, uczucia, podarunki, pomoc, niespodzianki (to ci dopiero słowo!), po lewej to, co masz w tym temacie na minusie. Po prawej wieczory, gdy zasypiasz szczęśliwa, po lewej – gdy płaczesz w poduszkę.

Po prawej jesteś ty, a po lewej jesteś też ty. Wiem, wiem chciałoby się powiedzieć „nie, to nie ja, to ona! Obca baba, która we mnie siedzi”. Ale one obie to ty. Uruchamiają się, gdy ktoś stworzy im pole do działania. Ktoś to też ty. Jesteś nimi wszystkimi.

On ma podobnie. Pewnie trudno ci uwierzyć, że po jego lewej stronie jest dawca (gdzie on jest?!). Dlatego najczęściej w kolejnych związkach oni nagle potrafią zrobić wszystko („przecież on pralki nie umiał włączyć!”). Umiał i umie. Ale nie musi. U niego prawa strona to „róg obfitości”.

I tak było, jest i będzie póki świat się nie skończy. Będą biorcy i dawcy. Egoiści i reszta. Jest tylko jedno ALE: ci pierwsi nie istnieją bez drugich, a drudzy istnieją o niebo lepiej.

Właściwie… wtedy dopiero zaczynają istnieć.


Lifestyle

Reportaż z wojny. Małżeńskiej

Karolina Krause
Karolina Krause
26 sierpnia 2017
Fot. iStock/mikkelwilliam

– Nie krzycz.

– Przecież nie krzyczę!

– Krzyczysz.

Jest wtorek 7 lutego. I kolejny już dzień nieustannego ostrzału.

Nikt już dokładnie nie pamięta kiedy wprowadzono stan wojenny. Może było to po pierwszym wypowiedzianym głośno „Spie*dalaj”. A może trwa to już od samego początku i tylko od czasu do czasu następuje zawieszenie broni? Raz na dłużej, raz na krócej – w zależności o tego, jak szybko pojawi się nowy powód. Bo powodów do wszczęcia wojny nigdy nie brakuje. Niezależnie od tego o, co znów poszło, tym razem też chodzi w zasadzie tylko o to, żeby wygrać. Ale też nie wiadomo do końca co: swoją godność? Prawo do bycia sobą? Prawo do błędu,? Szacunku? Akceptacji? Do nieprzekraczania naszych granic? To, że ta druga strona zaprzestanie ostrzału, czy będzie bardziej się starać? Dopisz sobie to co uznasz za stosowne.

I oni naprawdę w to wierzą, że walcząc uda im się to osiągnąć? – spytasz zaskoczona. Ale tak, wierzą. Wszyscy wierzymy. Wszyscy dajemy się ponieść iluzji zwycięstwa, które czeka na nas tuż za kolejnym „ciosem”.

Oczywiście każda ze stron ma tu także swoje racje.

Ona: „Nie wiem kiedy ostatnio zrobił coś z własnej inicjatywy. O każdą nawet najmniejszą rzecz muszę go prosić. Niezależnie od tego, czy chodzi o wstawienie rzeczy do zmywarki, czy o zajęcie się dziećmi.”

On: „Nie chodzi o to, że mi się nie chce. Wydaje mi się, że robię tyle ile mogę, a kiedy raz na jakiś czas najdzie mnie ochota na to, by samemu coś posprzątać lub ugotować, to nie usłyszę nawet <<dziękuje>>. Ciężko o jakiś akt dobrej woli, w stosunku do kogoś, kto zwyczajnie cię nie docenia. Rozumiesz o czym mówię?”

Tylko, że żadna z nich nie chce wysłuchać, zrozumieć, czy okazać empatię.

Ona: „…więc prosisz raz, drugi, trzeci. No, ale ile można prosić?”

No właśnie, ile? Wtedy obydwoje wracają do swoich okopów. Jedno i drugie sięga po swego kałasznikowa i rozpoczyna się ostrzał stworzony ze wzajemnych oskarżeń.

Ona: „Pamiętam, jak kiedyś w złości powiedział mi kiedyś, żebym wynosiła się z jego życia. Spakowałam walizki i już byłam gotowa do wyjścia, ale zatrzymał mnie wtedy w progu. Błagał i przepraszał, mówił, że wcale nie miał tego na myśli. No i zostałam. Bo co miałam zrobić?

Czasem, gdy robi się naprawdę intensywnie tego żałuję. Ale wtedy zastanawiam się, czy ez niego rzeczywiście było by mi lepiej…”.

On: „Czy jestem zmęczony? Może i jestem, ale jakie to ma znaczenie? Tutaj nie ma miejsca na sentymenty. Liczy się to, kto komu mocniej „odda”, kto sprawi, że będzie bardziej bolało.”

W domu roznosi się głucha cisza. Taka jak ta, która zostaje po nocnej burzy. Po tym, co mu wczoraj powiedziała, może się spodziewać wszystkiego. W napięciu czeka, aż on wreszcie wróci do domu. Słyszy, jak klucz powoli obraca się w zamku i buty szorują o wycieraczkę. Na wszelki wypadek zaciska pięści i wychodzi mu naprzeciw, oczekując kolejnego ataku.

Ale nie tym razem. Zamiast ciężkiej artylerii, zastaje w kuchni bukiet kwiatów i mały liścik z napisem „Przepraszam”.

Ona: „Czyli na jakiś czas mamy zawieszenie broni?”

On: „Tak”. „Na jakiś czas” – dodaje z uśmiechem.

A ja zachodzę w głowę: Może niektórzy ludzie zostali po prostu stworzeni do tego, by ze sobą walczyć?


Zobacz także

Pan pozna panią. Ciemnooki blondyn, po czterdziestce szuka szczęścia życiu – poszukacie razem? [ZOBACZ ZDJĘCIA]

Najbardziej kocham swoje dzieci, gdy… śpią u dziadków

Nowości w programie 500 plus – zobacz, jakie szykują się zmiany i od kiedy składać nowe wnioski

Sygnały niedoboru magnezu, czy wiesz jak je rozpoznać? Załatw sprawę w kuchni! Akcja #rodzINKA. Tydzień II, wyzwanie 10