Związek

Wymyślił, że w każdą niedzielę o konkretnej godzinie będziemy się kochać. To było straszne

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
21 stycznia 2022
fot. JosuOzkaritz/iStock
 

Powiedzcie, jak wygląda seks w waszych związkach. Czy po kilku latach bycia razem nadal płonie płomień pożądania? Czy też wkradła się rutyna, codzienne obowiązki i zmęczenie, a seks staje się wypadkową? Czy nadal macie randki i spontan, ogień w oczach i ciele? Czy też odpuszczacie, bo… dzieci i nie można realizować swoich potrzeb? 


Dobry seks łączy ludzi. I to nie tylko mężczyźni chcą przetestować partnerkę na pierwszej randce, ale my też chcemy wiedzieć, jaki on jest, co nam zaoferuje i czym zafrasuje. Sukcesem udanego seksu na pewno jest to, co króluje w nas. Czyli nie tylko biologia, ale to, jak widzimy siebie w naszych głowach. Partner może nas widzieć jako swój ideał, ale co z tego, skoro my w trakcie bzykania
myślimy o fałdkach na udach i brzuszku lub opadających pośladkach. Jak utrzymać pożądanie, podsycać je bez względu na staż pary i wiek? O tym dzisiaj.

Uważam, że wszystko jest kwestią wzajemnej akceptacji i otwartości na siebie. Wiele na siebie bierzemy. Dom, do tego obowiązki w pracy, rodzina i stres. Coraz częściej wracamy do domu zmęczone i z głową nabitą całym dniem. Seks i pożądanie spada na dalszy plan. Z seksu, radości i wzajemnego nakręcania się zostaje tylko obowiązek zaspokajania wzajemnych potrzeb. I to wtedy, kiedy sobie przypomnimy lub któraś ze stron zacznie się domagać.

Pytałam moich koleżanek i kolegów, a nawet jednego ze współczesnych pisarzy erotyków, co robić, aby ten płomień był wiecznie żywy? Odpowiedział „… (…) jak będziesz miała receptę to sama mi o tym powiedz. To jedna z największych sztuk”. Czytałam artykuł w Oh!me o kartach dla par, kiedy każde z nich dostaje zadanie do zrealizowania, jak rozochocić drugą stronę i dać się ponieść magii zapomnienia oraz niezwykłej przyjemności. Przyznam, że gdy obie strony chcą i potrafią się zaskakiwać „wyzwaniami”, kierującymi do wspólnych rozkoszy, to jest to fascynujące, bo to, co najgorsze w związku to nuda w łóżku lub poleganie tylko na sobie .

Sama wpadłam kiedyś w taką „flautę” seksu. Mój partner robił mi wymówki, że go zaniedbuję, że pewnie mam już kogoś innego, skoro nie chcę z nim się kochać. A ja po prostu byłam tak zmęczona pracą i odpowiedzialnością, do tego w ciągłym stresie i niedospaniu, że myślałam tylko o wygodnej kanapie i drzemce, świętym spokoju. Awanturom i zmuszaniu do seksu nie było końca, tłumaczeniu się i wysłuchiwaniu poniżających wywodów również. Wymyślił, że w takim razie założy kalendarz i w każdą niedzielę o konkretnej godzinie będziemy się kochać. To było straszne. Jak obowiązek wyrzucania śmieci. Gdzieś ten zapał, te kurwiki w oczach po 10 latach bycia ze sobą uciekły. Zabrakło pociągu seksualnego, tęsknoty za partnerem, różnorodności w seksie, ciekawości i niedopowiedzeń. Uciekłam. Nie byłam w stanie dalej tkwić w takim związku. To było jak gwałt i przymus bycia kochanką na konkretną godzinę.

Koleżanka miała z kolei męża, który mógł się bez końca bzykać, nawet kilka razy w nocy na śpiocha. Była tak zmęczona odgrywaniem roli „królicy”, że ani pieniądze, ani Paryż, ani atrakcyjny mąż nie były w stanie jej zatrzymać. Innym razem seks z kolejnym partnerem był na początku fascynujący, choć z czasem gdy zamieszkaliśmy razem, tracił na jakości, a na moje inicjowanie wspólnych randek, szaleństw intymnych odpowiadano wymówką, że jest córka. Podobno skarżyła się, że wszystko słyszy i nie podobają jej się nasze przytulanki. Potem wyszło, że „córeczka tatusia” jest zazdrosna o wszystkie jego partnerki, z matką włącznie. Pożądanie i płomień zostały zgaszone prawie w zarodku, a ja dostałam fobii, że nie wypada i że na pewno mała gdzieś jest pod drzwiami, nawet kiedy nie było jej w domu.

Kolejny związek i znowu na początku było fajnie. Spotykaliśmy się, randkowaliśmy, zaczęliśmy ze sobą pomieszkiwać. Zdecydowaliśmy się na wspólne życie. I klops. W momencie wspólnego zamieszkania jakby szlag wszystko trafił. Zrobiło się nudno, rutyniarsko. Każde w swoich obowiązkach, zmęczeniu, emocjach. Seks wywiało. Ja już wiem, że nie nadaję się do wspólnego życia pod jednym dachem. Randki są najlepsze.

No to co robić aby zawsze było gorąco?

Koleżanki opowiadały mi o swoich przebierankach dla partnerów, odgrywaniu różnych ról, o seksownej bieliźnie, gadżetach erotycznych. Seksie w przebieralniach sklepów, w autach, w parkach, na plaży. Sama świadomość, że ktoś może podpatrzyć nakręcać miała jeszcze bardziej. Przecież dzisiejsze sexshopy, to jak sklepy z najlepszymi cukierkami i ciastkami. Jest genialny wybór gadżetów dla obojga, wymyślnej bielizny, filmów. No właśnie, pytałam, ile z nich lubi wspólnie oglądać porno? Przecież to mega podgrzewa atmosferę. Do tego dochodzą autorskie filmiki przesyłane sobie na komórki z rozbieranek, seksowne zdjęcia ciałka, lub wręcz chwalenie się wprost swoimi darami natury. Wysyłamy sobie zdjęcia z samoorgazmów lub wspólnego seksu, który nagrywamy na pamiątkę, lub aby pochwalić się … znajomym. Piszemy sobie pikantne SMS-y, nakręcając się wzajemnie, aż wyobraźnia sięgnie zenitu. Czyli wszystko z nami dobrze, a jednak po czasie coś opada…

Z rozmów wynika, że coraz więcej par decyduje się na BDSM. Wchodzą w ten obszar krok po kroku. Idą na zaprzyjaźnione party, by popróbować czegoś zakazanego. Ustalają znaki swojej wytrzymałości na ból lub nietypowe doznania. Bardzo popularne są swingers kluby, zorganizowane wyjazdy na wyspy, grupy społecznościowe.

Przytoczę dykteryjkę, jak to koleżanka chciała odpocząć po męczącym związku i koniecznie z dala od Polski. Ktoś jej polecił wyjazd gdzieś na jakieś wyspy do hotelu. Zaskoczona była bardzo dobrą ceną i dziwnymi, tajemniczymi uśmiechami. Okazało się, że owszem jest w raju, na pięknej wyspie i… w hotelu dla swingersów. To od razu druga historia, jak to miałam jechać koniecznie na targi branżowe, a już nie było wolnych miejsc w hotelach. W końcu dostałam potwierdzenie, że jest dla mnie pokój. Pokój był w hotelu… na godziny. To było niezwykle ciekawe doświadczenie w podróży służbowej. Jeszcze o swingersach… Pytałam osób, które regularnie bywają w swingerskich klubach. W jednym z nich dla klientów są co tydzień organizowane seksparty. Można w nich brać czynny udział, a można być tylko obserwatorem. Można się dołączyć lub spędzić czas we dwoje w specjalnie przygotowanym studio na obrotowym, atłasowym łożu. Obserwator jest oznaczony tak, aby nie był zaczepiany przez innych. Zainteresowanie jest podobno bardzo wysokie.

Pary z długim stażem, i nie tylko, przyznają się, że chętnie eksperymentują z innymi parami. Umawiają się na seks, na przykład wykorzystując do tego media społecznościowe. Ogłaszają się, że chcą pogłębić swoje doznania i szukają chętnych osób do wspólnej zabawy. Trójkąty, czworokąty, seks grupowy czy gangbangi. Do tego dochodzi podkręcanie się narkotykami i innymi używkami, które pomagają w rozluźnieniu się lub przejściu na głębszy poziom doznań. Jakby ktoś był zaskoczony, to ja cały czas piszę o Polsce, która przez wielu jest postrzegana jako seks przez dziurkę w koszuli nocnej.

Jak to mówią, wszystko jest dla ludzi. Czasem przebieranki i sexy wygląd z gadżetami nie wystarczą. Chcemy eksplorować głębiej i dalej. Zazwyczaj zaczyna się to tak, że jedno z partnerów rozkręca się i opowiada nam jak to ma pewne fantazje, co go podnieca i zaczyna nas namawiać na eksperymenty. Żali się, że pewna formuła „współżycia” się wyczerpała, a przecież jesteśmy dorośli i możemy zobaczyć czy sprawdzić coś nowego. Jak się nie spodoba to można się wycofać. Tylko pewnych rzeczy nie da się odwidzieć. Nawet w imię „odświeżenia związku” i nadawania mu rumieńców, realizacji swoich fantazji, poczucia, jak to jest? Czasem te granice są już tak przekroczone przez partnera, że trudno wrócić do pierwszych, niewinnych uniesień, bo przed oczami zostają nam sceny, które prowadzą do tego, że tracimy zaufanie do partnera lub porównujemy się z innymi kobietami.

Chcemy wiedzieć „co go tak uwiodło bardziej niż ja”? Czy dalej tego chce, czy może spotyka się za moimi plecami? Choć znam pary, które tak bardzo się kochają, że nikt i nic nie jest w stanie ich złamać jeśli chodzi o wzajemne zaufanie. Jednak granica eksperymentów się przesuwa i czasem już nie wytrzymuje naporu. Kończy się to rozstaniami lub z kolei zawiązaniem się nowych związków.

Na szczęście do łask zaczyna wracać seks tantryczny. Odkrywanie ciała dla przyjemności, a nie zaspokojenia się, przysłowiowego tylko „spuszczenia”. Przecież nie jesteśmy zwierzętami. To wspaniała forma odkrywania siebie nawzajem, wskrzeszania ognia w związku i poznawania swoich ciał, emocji, pragnień i potrzeb. Wzajemne wejście w swoje aury i włączenie całej palety zmysłów.
Przedłużenie rozkoszy i jej zwielokrotnienie. Mężczyźni przyznają się, że zaczynają praktykować i dochodzić do „suchych orgazmów” dając partnerce nieustającą ilość spełnień. Czyli jest nadzieja?

Brakuje w Polsce nauczycieli tantry, ludzi którzy otwarcie i bez pruderii poprowadzą, pokazując nasze tajemnice do ciała, serca i duszy. To co z tym seksem? Nam, Kobietom, najbardziej brakuje stałego utrzymywania zachwytu i zainteresowania nami, adoracji, zachwytu w oczach. Widzenia nas takimi jakimi jesteśmy, czyli najpiękniejszymi i wyjątkowymi. Mówienia nam o swoich emocjach podczas seksu. Zdecydowania naszych mężczyzn w łóżku i wzięcia za to odpowiedzialności, a nie zastawiania się, czy dostał
wystraczającą ilość serduszek pod swoim zdjęciem na Instagramie.

To wzajemne mówienie o potrzebach i fantazjach, pozwalanie sobie na wzajemne przejmowanie inicjatywy w łóżku, inicjowanie randek, wspólnych wyjść, bycia dla siebie atrakcyjnymi intelektualnie, emocjonalnie i seksualnie. Zachęcanie i podkręcanie siebie do spontanicznych zabaw czy to w seksie hiszpańskim, czy w tantrycznym, czy w każdym innym, który daje nam spełnienie i te nieprzytomne oczy po mega orgazmie. Czego Wam baaaardzo życzę przez cały 2022.


Związek

„Leż i płacz. Aż się wypłaczesz. To jest jedyny czas poświęcony samej sobie. Wtedy pojawiają się pytania, odpowiedzi”

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
3 lutego 2022
fot. nikkimeel/iStock
 

– Osobiście odsyłam do lekarzy, psychiatrów itd., a dopiero potem zapraszam do wróżek. Najpierw trzeba się leczyć, a potem iść po poradę do nas. My, gdy jesteśmy w dołku, idziemy najpierw do wróżek, a trzeba iść najpierw do lekarza, czy czasem nie mamy depresji lub jakiejś choroby, a może do prawnika, gdy jest problem z uregulowaniem swoich praw. Wszystko trzeba robić w odpowiedniej kolejności i odpowiedzialnie. A przede wszystkim zadbać o zdrowie i swój komfort psychiczny, zrobić wszystko, aby wznosić się w górę, a nie lecieć w dół – mówi Łucja Horbaty, astrolog, numerolog, tarocistka, wizjonerka, terapeutka.


– Łucja, zawsze mnie to interesowało, a Ty pięknie o tym opowiadasz – rodzina i nasze korzenie rodzinne, rodowe. Nie zdajemy sobie sprawy, jak są bardzo ważne i wpływają na to, kim jesteśmy i jaką drogę w życiu obieramy. Kształtują nasze wzorce, wybory, sposoby myślenia. Skąd jest nasza rodzina? Dlaczego mamy takich członków rodziny i choć nie raz te związki są traumatyczne, to dlaczego jednak są tak bardzo ważne?

– Każda rodzina, z której się wywodzimy i jesteśmy z nią połączeni, wywodzi się z innych czasów i innych wcieleń. W Biblii jest powiedziane, że żyjemy nie raz. Nikt jeszcze nie doszedł, ile tych wcieleń mamy. Od wieków zastanawiamy się, dlaczego jesteśmy mądrzy, a dlaczego głupi, czy bogaci, czy biedni? Sama pracowałam nad tym, dlaczego mam takiego tatę, dlaczego taką mamę? Robiłam regres czasowy do poprzednich wcieleń i okazało się, że mój tato był moim mężem, innym razem moim wnuczkiem itd. Ale zawsze była to najbliższa rodzina. Umawiamy się między sobą, kto ma pełnić jaką rolę, jak mamy sobie wzajemnie pomóc, po to aby kolejne życie wznieść na wyższy poziom. Też widać po znakach zodiaku, że mamy w rodzinie połowę wag lub lwów, lub same znaki wiosenne. Dziedziczymy po rodzicach znaki zodiaku, bo jesteśmy ze sobą powiązani, ale rodzinnie.

Jak wyjść z tego kręgu? To dobre pytanie, bo przecież co życie to odgrywamy jakieś role, jak w teatrze. Tu rola kochanka, a potem jako córka lub żona. O co tu chodzi? Można z tego kręgu wyjść, ale będąc świętym, czyli absolutnie czystym w uczynkach i w myślach. Ale jak to zrobić, skoro nie pamiętamy poprzedniego życia? Dwoje ludzi jedzie tramwajem i wychodzą z niego razem, lądują w łóżku. Powstaje nowe życie. Para się rozchodzi, ale to, co było ich zadaniem, to stworzenie nowego życia, które się nie udało w poprzednim. Mówi się, że każdy jest kowalem własnego losu, to dlaczego spotykają nas różne mniej lub bardziej dotkliwe zdarzenia, z którymi musimy się zmierzyć? To jest właśnie pole reinkarnacyjne, pole naszej informacji.

– Czy naszym powołaniem jest udoskonalać kolejne życie, przerabiać swoją karmę?

– Z każdym życiem ewoluujemy. Oglądałam swoje życie i mogę powiedzieć o moich doświadczeniach. Były życia, że ciągle się bawiłam. Balety i strojenie się. To, co można wynieść z takiego życia? Nic. W innym życiu byłam bardzo bita i katowana przez człowieka, którego spotkałam także w tym życiu. Ale  w tym życiu bardzo mi pomagał. Spłacał swoją karmę.

Kiedyś prowadziłam warsztaty i podszedł do mnie pewien mężczyzna, profesor z Poznania, którego nigdy wcześniej nie widziałam i powiedział „Łucja, wybacz mi”. Nie wiedziałam na początku, o co chodzi. Chciał mnie przytulić i zażegnać sprawę. Zobaczyłam wtedy, że w jednym z żyć okradł mnie z mojego majątku. Podczas tego spotkania odsunęłam go od siebie i powiedziałam, że wybaczę pod  warunkiem, że mi wszystko spłaci co do grosza. Są ludzie świadomi, którzy widzą, co zrobili w  poprzednich życiach i jak to wpływa na to ich obecne. Są i tacy, którzy pewnie gdy to czytają pukają  nam w czoło. Ale to już mnie przestało dziwić.

– W jaki sposób można zobaczyć, sprawdzić nasze poprzednie jestestwo? Jak Ty to widzisz i jak pomagasz ludziom, którzy się do Ciebie zgłaszają?

– Mam własny program. Część można wyczytać z kart, część z astrologii, ja jeszcze dodatkowo widzę obrazy. Widzę i opowiadam. Może sobie ktoś powiedzieć, że to są bajki, ale w którymś momencie złapie się na tym, że coś mu to przypomina i na przykład nawiązuje do jego związku. Na początku, kiedy dwoje ludzi się spotyka, może być euforia, ale z czasem widzimy że związek nam się nie układa, że jest w nim przemoc i nieczyste intencje. Czujemy, że coś jest nie tak i przestajemy się spotykać.

Robimy to intuicyjnie, emocjonalnie. Na przykład tobie coś nie pasuje w drugiej osobie, którą spotykasz i na dzień dobry jest coś nie tak. Ludzie mogą mówić, że świetny człowiek itd., a tobie to nie siedzi. To dlatego, że w innym życiu była negatywna relacja. Z czasem zaczynasz czuć pewne rzeczy i przychodzą pewne obrazy. Najlepszym przykładem są zwierzęta, które niefajnego człowieka od razu poznają, warczą, prychają. Czasem też przynosimy negatywną energię na sobie i to też jest wyczuwalne i przez nas, i przez domowych pupili. Domownik przychodzi do domu i od razu jest dym. Trzeba to wtedy oczyścić.

– No właśnie. Coraz częściej słyszymy o negatywnych energiach, bytach, które się do nas podczepiają, przez co jesteśmy osłabieni i chorujemy. Pomocy szukamy już nie tylko u lekarzy, ale też u terapeutów energetycznych i u wróżek. Jak mądrze wybrać taką osobę? Rynek ezoteryczny kwitnie jak nigdy dotąd i w formie wizyt, i online. Powiedz, na co zwrócić uwagę, jeśli już się zdecydujemy na taką pomoc? Przecież to jest jak wybór lekarza, przed którym się otwieramy, lub jak do księdza w konfesjonale ?

– Mamy serce i umysł. Oczywiście jest potrzeba kiedy mamy podjąć jakąś decyzję i idziemy wtedy do wróżki. Ale trzeba o tej osobie posprawdzać informacje. Poczytać opinie w internecie, posprawdzać pocztą pantoflową. Kto to jest i jak się czują oraz co piszą klienci po wizycie. To nie może być przypadek. Trzeba patrzeć pod kątem wiedzy i to nie tylko z kart, ale i z astrologii, numerologii.

Czasem z kart są opowiadane takie głupoty i to jeszcze z zegarkiem w ręku, że człowiek wychodzi po tej „przysłowiowej” godzinie skołowany, niedoinformowany, z głową nabitą czarnymi myślami. Tego nie można robić osobie, która przychodzi po pomoc.

Często jest tak, że my nie słuchamy samych siebie. Mamy sytuację, wobec której musimy podjąć decyzję i intuicja nam podpowiada, ale potrzebujemy potwierdzenia. Idziemy do wróżki i ta powie coś innego, potem ludzie trafiają na przykład do mnie. I słyszę … „(…) ale ja wiedziałam, że mi Pani tak powie, ale tamta osoba powiedziała mi co innego”. Trzeba słuchać zawsze siebie, bo prawda jest w nas tylko my zagłuszamy swój głos. Wszyscy mamy swoje czucie i w ogóle siebie nie słuchamy. Chodzimy od wróżki do wróżki i słuchamy głupot. Na przykład dostajemy informację o śmierci, o tym, kiedy umrzemy. Nie wolno tego nigdy mówić i programować człowieka. Nie wolno się bawić w Boga i rządzić ludzkim życiem i czasem. Takich ludzi należy omijać z daleka.

Mam klientkę, wiecznie chorą na wszystkie choroby świata, a jednak mającą się bardzo dobrze, która mnie się ciągle pyta, kiedy umrze? Odpowiadam „jak przyjdzie czas to pani umrze”. Tak samo jak ktoś mówi, że tego i tego dnia będzie miał wypadek. To jest bzdura. My sami mamy wpływ na nasze życie i to od nas zależy. Każdemu to mówię. Karty, astrologia to są tylko narzędzia. W astrologii możemy wyczytać wszystkie nasze talenty, ale to są puzzelki z których układamy nasz obraz. Ale wyrocznią jesteśmy MY sami dla siebie, a nie karty, czy inne wróżby. Czasem trzeba połączyć kilka wątków w jedno. Jeśli jest choroba to wróżka nie rozwiąże sprawy.

Osobiście odsyłam do lekarzy, psychiatrów itd., a dopiero potem zapraszam do wróżek. Najpierw trzeba się leczyć, a potem iść po poradę do nas.

My, gdy jesteśmy w dołku to idziemy najpierw do wróżek, a trzeba iść najpierw do lekarza, sprawdzć, czy czasem nie mamy depresji lub jakiejś choroby, a może do prawnika, gdy jest problem z uregulowaniem swoich praw, a potem do mnie. Wszystko trzeba robić w odpowiedniej kolejności i odpowiedzialnie. A przede wszystkim zadbać o zdrowie i swój komfort psychiczny, zrobić wszystko aby wznosić się w górę, a nie lecieć w dół.

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

– Ludzie wydają bardzo dużo pieniędzy na porady wróżbiarskie. Mamy wizyty, telelinie, teleporady, Fb, online etc. niektórzy już bez tego nie umieją żyć. Sami się ściągamy w nasz dół emocjonalny i robimy z siebie kaleki „co to będzie dalej?”. Idziemy po poradę. Czas start. Czas stop. I przyjdź innym, następnym razem. Wróże i wróżki działają trochę jak prawnicy, sprawa się nie kończy i trzeba przyjść lub zadzwonić jeszcze raz. Zainwestować kolejne pieniądze. Jak się odniesiesz do tego rynku?

– Teleporady są świetne. Ale co można powiedzieć o człowieku przez trzy minuty? To jak u lekarza. Wypisze ci w tym czasie receptę przez telefon, ale nie zbada cię co ci jest. Trzeba mieć całego człowieka, widzieć jego obraz, wczuć się w niego. Posprawdzać aż do wyczerpania tematu. To jest odpowiedzialność za słowa. Też podziwiam ludzi, którzy na forum publicznym, kiedy słucha pół Polski, opowiadają o swoich problemach i proszą o pomoc. To trzeba być naprawdę w wielkiej desperacji. Chociaż to teraz w modzie.

– Czy takie wizyty i pomoc ludziom, wyczerpują was energetycznie?

– Przychodzenie po porady działa w obie strony. My radzimy, opowiadamy, a klienci „ciągną” z nas energię. Moje koleżanki i koledzy po fachu nie raz mamy tak, że po wizycie klienta mamy obniżoną energię. Nawet jak się na swój sposób zabezpieczamy. Bo i tak musimy. Oczywiście oczyszczamy się i to kąpiel w soli i inne rytuały. Dla nas jest bardzo ważne, aby utrzymywać swoje białe pole, ale często jest tak, że mając swoją wysoką aurę, która świeci i siedzimy sobie w tej naszej energii i jest nam dobrze, po takiej wizycie ledwo dychamy. To dotyczy nie tylko nas, ale każdego. Jedni mają wysokie wibracje, a inni bardzo niskie.

To jest łatwe do zauważenia. Na przykład jesteśmy na weselu i obok nas siedzi osoba w depresji i ta nasza aura od razu zaczyna nam spadać. Czasem nie rozumiemy co się z nami dzieje, było fajnie a nagle mamy wisielczy humor. To popatrzmy kto jest obok nas. Przesiądźmy się i od razu lepiej się poczujemy. Aura jest sprawnym urządzeniem. Jak mamy braki to ciągnie od innych. Balansujemy sobie deficyt kimś innym. Trzeba dbać o swoją energię.

– To jakie jest BHP wróżbiarstwa? Obalmy mity o pracy z energią zmarłych i o czarnych kotach!

– Ale bzdury. Trzeba to odwracać. Jak powiemy, że czarny kot to szczęście, to tak będzie. Wszystko jest w naszej głowie. Sami się programujemy. Jeśli jesteśmy u wróżki i powie nam rzeczy, które są dla nas nieprzyjemne i bolesne, to powinniśmy od razu to kontrować. Możemy wyjść i powiedzieć, że tego nie przyjmujemy. Idźmy do parku lub tam, gdzie jest przestrzeń. Usiądźmy sobie na przykład na ziemi lub dotknijmy jej i powiedzmy „wszystko co złe niech idzie do ziemi, wszystko co złe niech się w dobro zmieni”. A matka ziemia jest tak mądra, że będzie najlepiej wiedziała jak to przetransformować. Wracamy po takim spacerze do domu i bierzemy sobie kąpiel w soli. Kilogram soli kamiennej do wanny. Wykąpać się.
Spłukać wszystko i nie przyjmować żadnych takich negatywnych informacji do swojego biopola. Mamy włączyć myślenie. Jeśli słyszymy coś nie po naszej myśli, to nie mamy tego przyjmować tylko odciąć to od siebie. To nie jest automat, aby nam wrzucać co ktoś chce. Od nas zależy, czy to się zadzieje. Od razu reagujmy.

Druga metoda. To trzeba sobie wyobrazić, że mamy wewnętrzne słońce na poziomie splotu słonecznego i się łączymy z tym, które świeci na nas. Łączymy się z nim i wtedy nie ma prawa aby cokolwiek się negatywnego zadziało. Zawsze mówię aby sprawdzać do kogo idziesz. To tak, jak ktoś robi ustawienia Hellingera i wypowiada się na temat rodziny, a jest samotny i rodziny nigdy nie miał. To jakim on może być doradcą? Co może nam przekazać? Jak przychodzimy do wróżki, a tam jest bałagan, zaduch, bród to co może powiedzieć dobrego? Na ile jest wiarygodna i z dobrą energią? Przestrzeń musi być czysta, transparentna, harmonijna. Przestrzeń mówi o człowieku jakim jest. Też jak dba o siebie. Możemy sami sobie wróżyć, skupić się, wyciszyć i zapytać swojego serca, duszy i umysłu na przykład ile mamy energii? I od razu dostaniemy odpowiedź. Wtedy umysł odpowie. Dusza odpowie na inny temat. Przecież i tak zadajemy sobie milion pytań. I jeszcze jedno. Jak mamy depresje to posiedźmy sobie w niej. Zobaczmy co nam się pokaże i jakie pytania. To najlepszy czas.

Nie można być wiecznie na haju. Leżenie i płacz jest ok. Leż i płacz. Aż się wypłaczesz. To jest jedyny czas poświęcony samemu sobie. Wtedy pojawiają się pytania, odpowiedzi.
Na co dzień i we wszystkich mediach ciągle się trenujemy jak być szczęśliwym, wiecznie zadowolonym. Ludzie nie da się tak. Raz jest tak, a raz inaczej. Podobnie teraz z falą życzeń, bo jest początek roku kalendarzowego i chińskiego, a ci co znają astrologię to wiedzą, że każdy z nas ma swój rok astrologiczny i to w innym czasie. No i składamy sobie życzenia, i przyrzeczenia jak ma być i tak dalej. Zadaniujemy się na siłę i robimy sobie krzywdę. Ludzie przestańcie. Cieszcie się tym co macie i z każdej najmniejszej sytuacji w waszym życiu. Gdy będziecie wdzięczni za każdy dzień i to co się wydarza wtedy będziecie szczęśliwi i spełnieni.

 

Świece, kadzidła, piesek na kolankach i magiczne karty. I właśnie wtedy pokazał się w kartach ON

 


Związek

Święta już nie łączą, a dzielą. Zamiast więzi mamy aspołeczność

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
17 grudnia 2021
fot. iStock

Święta, szczególnie te bożonarodzeniowe, to taki czas, kiedy nie chcemy być sami, kiedy zapraszamy bezdomną osobę, bo jest jeden dodatkowy talerz dla strudzonego i niezapowiedzianego gościa. Kiedy chcemy być dobrzy i mili dla wszystkich, bo przecież rodzi się nasz Zbawiciel i od tego momentu wszystko może być lepsze i piękniejsze.

Od dwóch lat święta wyglądają inaczej niż kiedyś. Już nie łączą a separują, bo każdy boi się zarazić, a seniorzy są szczególnie są w tym czasie chronieni. Zamiast więzi rodzi nam się aspołeczność. To tyle tytułem wstępu, bo dzisiaj chcę napisać właśnie o rodzinie przy stole. O tej świętej rodzinie z urodzenia i więzów krwi vs ta którą sobie sami możemy wybrać.

W Polsce mamy zwyczaj „zastaw się a postaw się”. Ma być tak, aby oko zbielało i czy nas na to stać czy nie. Stół ugina się od ilości jedzenia, w tv kolejny raz Kevin, choinka napchana prezentami. Jest godnie i nieskromnie. Gdzieś słyszałam, że w Finlandii na śniadanie świąteczne podaje się owsiankę. Taką zwykłą i do garnka wrzuca się jednego migdała. Kto go znajdzie w swojej miseczce temu spełnią się życzenia. Wyobrażacie sobie to w Polsce? Podać rano owsiankę i szukaj sobie migdała? Obgadywania nas i posądzania o skąpstwo byłoby na lata😊.

A jednak kraj bogatszy patrzy bardziej racjonalnie i życzliwiej na święta, niż biedny kraj jakim my jesteśmy a jednak szarpiący się na bogactwo, nawet idąc po pseudopożyczki. Bo Święta! To tyle o naszej obłudzie finansowej i ambicji aby innym się buźki pootwierały. Nie robimy przecież tego dla siebie a dla innych. To dla nich ten spektakl.

Podobnie jest z rodziną zapraszaną na święta. Często się zmuszamy do relacji rodzinnych, do których już nie mamy serca, a godzimy się bo tak wypada. Bo tradycja i zobowiązania. Niby jesteśmy w rodzinie i przy jednym stole a czujemy się samotni. Z żalu i bólu za różne przykrości jakie doznaliśmy od rodziny, ość nam w gardle staje, a żołądek podchodzi pod gardło.

Zazwyczaj pierwszy dzień świąt jest w miarę, bo się dawno nie widzieliśmy, jeszcze nas trzyma gorączka zakupów i przygotowań, jeszcze ten pęd prezentów. Drugi dzień już zaczyna się oddech i słuchanie co inni mówią, jak wyglądają i co robią. Zaczynają nam się przypominać rożne obrazy z dzieciństwa i sytuacje. Zaczynają zaczepki i złośliwe checheszki. W końcu wuj wpada pijany sałatkę jarzynową, babcia załamuje ręce, że jakie to życie jest marne, a nasza matka mimo że jesteśmy już po 40. poucza nas jak się zachować przy stole i co mówić, komentuje smaki potraw i wtrąca się do wszystkiego. Ojciec siedzi i nic nie mówi, obrażony i niedostępny.

I myślisz sobie, że za rok gdzieś wyjedziesz daleko i nie będziesz już więcej brać udziału w tej szopce. Dlaczego mam taką rodzinę, że wkurw łapie i wstyd?

Na poziomie metafizycznym sami wybieramy sobie rodziców. Co mamy do przerobienia ze sobą w życiu, to oni nam pokazują. Większość z nas ma rodziców takich, którymi sami nie chcemy być. Mają cechy i zachowania, które są dla nas nie do zaakceptowania, a miłość bezwarunkowa jest im nieznana. Gdzie doradzają nam i wychowują tak jak ich wychowano, czyli z ich poziomu bólu, doświadczeń, miłości zwanej „miłością”. I nie umieją inaczej wyjść poza swoją strefę komfortu. Często nie rozumieją naszych pretensji i oczekiwań, rozczarowań z czasów dzieciństwa, które rzutują na nasze życie i związki dzisiaj.

Pamiętaj, ty też jesteś kimś, o kogo warto się zatroszczyć. Bądź dla siebie dobra

I właśnie siedząc przy tym wielkim stole, te wszystkie pochowane urazy zaczynają się ulatniać niczym siarkowodór z kraterów na Islandii. Święta kończą się awanturą, a w głowie mamy już milion pomysłów na szybką ucieczkę i tą fizyczną, i tą mentalną. Byle dalej od rodziny. Oczywiście uczymy nasze już dzieci szacunku do dziadka i babci, do starszego pokolenia, ale co z tego kiedy sami tego respektu nie czujemy.

Dlatego, idąc tą ścieżką leśną, gdzie śnieg radośnie chrupie pod butami, mam pytanie. A dlaczego nie możemy spędzać świąt z rodziną, którą my kochamy? Czyli z ludźmi, z którymi nie zawsze łączą nas więzy krwi a połączenie duchowe, zrozumienie i empatia. Ludźmi, którzy nawet gdy nic nie mówimy słyszą nas bez względu na odległość. Dlaczego zmuszamy się do utrzymywania kontaktów z rodziną, która nas obmawia, narzeka, krytykuje, która w chwilach naszych słabości i potrzeb zatrzaskuje nam drzwi przed nosem. I powodów jest sto: bo jesteśmy niezaszczepieni, mamy partnera, który nie jest na miarę oczekiwań rodziny, nie jesteśmy gwiazdami w rodzinie jak nasze rodzeństwo lub kuzynostwo. To dlaczego zmuszamy się do czegoś co nam nie służy i to dlatego, bo tak jest nakazane przymusem społecznym i nakazami?

Dlaczego tych pieniędzy, które co roku wydajemy na prezenty i tonę jedzenia, nie przeznaczyć na uświęcenie świąt własnym szczęściem i potrzebami?  A może święta w samotności nie muszą oznaczać wyklęcia z rodziny i znajomych, poczucia się ofiarą nieszczęścia i parszywego losu, a świetnym czasem tylko dla nas. Gdzie się wyśpimy, zadbamy o siebie, zrobimy to na co mamy ochotę i to bez brzęczącego telefonu, sztucznych umizgów i koniecznością bycia miłym. Ot takie grudniowe wakacje tylko dla nas.   Trzydniowe party w piżamie aby odpocząć i naładować baterie, lub gdzieś wyjechać. Co wy na to? Nowa świecka tradycja, a jednak już za granicą coraz bardziej popularna. My home is my castle.

Bo gdyby się tak zastanowić, to fakt, że rodzina nas nie chce, to nie dlatego, że jesteśmy „ułomni”, że coś z nami nie tak, to oni w swojej „prostocie” nie są w stanie nas zrozumieć, przyjąć światła i inności poglądów i zapatrywania się na świat. To my jesteśmy już lata świetlne w świadomości wyżej, a oni ciągle siedzą na swoim parterze i nie chcą z tego zaduchu wyjść. Czy ratować ich? Nie. Dopiero kiedy o to poproszą. Uświadamianie na siłę i tłumaczenie siebie, to tylko strata swojej energii. Efektem końcowym będzie, jak zawsze, machnięcie na nas ręką lub pokątne podśmiechujki.

No i co z tego? Nie zmuszajmy się do śmiechu przez łzy, a żyjmy zgodnie z naszymi potrzebami radości i miłości szczególnie w Święta.

Wesołych Świąt, Kochane 😊.