Związek

„Jak to jest, że nasz związek wciąż trwa?” 11 (popartych przez psychologię) wymiarów niekończącej się miłości

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
18 października 2021
fot. Photo by Rainier Ridao on Unsplash
 

13. rocznica ślubu. To właśnie dziś. 13 lat temu powiedzieliśmy sobie „tak”. W obecności świadków i 1,5-rocznej córeczki. Skromna kolacja, zamiast wystawnego weseliska. Ja w garniturze, zamiast w sukni ślubnej. Oboje zakochani, nakręceni na siebie nawzajem i na wspólne życie. Razem już wtedy od czterech lat. Zaczynaliśmy wszystko od zera. Nie było taryfy ulgowej. Studia, praca, malutkie dziecko. „Łatwo” – tego słowa w naszym słowniku nie było. Ale były inne: miłość, determinacja, chęci, zaangażowanie, walka, jutro, przyszłość, my. I wygraliśmy, choć było tak cholernie trudno momentami, że dziw bierze, że się nie poddaliśmy. Jak „udało” nam się tego dokonać? Jak to jest, że wciąż jesteśmy naprawdę razem i jest coraz lepiej? Jak przetrwać próbę czasu? 

Kilka dni temu całowaliśmy się pierwszy raz od nie wiem kiedy. Od dobrych dwóch lat, może ciut więcej, stosuję wypracowaną w bólach zasadę nie życia myślami o tym, jaki syf zostawił po sobie na kuchennym blacie. Od czasu do czasu on pisze mi nagle, najczęściej kompletnie od czapy, że o mnie pomyślał. Co jeszcze?

Wymiarów szczęśliwej (i długiej) miłości

Pozytywne myśli o sobie nawzajem

Zatrzymaj się teraz na moment i pomyśl o swoim partnerze. Jaka to była myśl? Coś miłego, czy raczej skoczyło ci ciśnienie i otworzył się nóż w kieszeni? Badania naukowców mówią, że pary, które mogą się poszczycić długim wspólnym związkiem, nie są małostkowe i, mówiąc kolokwialnie, nie czepiają się szczegółów. Nie żyją nimi, nie skupiają się na negatywnych myślach o tej drugiej osobie.

Oczywiście to nie jest tak, że spijamy sobie z dzióbków! Miłość to nie pluszowy miś, jak śpiewają Happysad. Oczywiście, że mój mąż nie sprząta po sobie, nie wkłada garów do zmywarki, nie wyciera blatu, nigdy nie wie, gdzie położył klucze/książkę/okulary/kapcie. Oczywiście, że marudzi, jest wkurzający. I co z tego? Dlaczego miałabym żyć tylko tym. Już po latach wiem, że moje marudzenie, wkurzanie się, płacze, nie mają sensu – trują tylko mnie, a w dodatku sama siebie takiej nie cierpię. Wymazuję to gumką myszką z pamięci zatem. Jeśli koncentrowałabym się na tym co mnie wpienia, to te zapodziane klucze urosłyby do rozmiarów słonia. Nie da się żyć ze słoniem w dużym pokoju, nie da się żyć z kimś, kto cię na każdym kroku wkurza. Więc robię wszystko, żeby się nie wkurzać. I jeśli na zawołanie mam się zatrzymać i pomyśleć o moim mężu, to widzę, jak maszerujemy dziarsko brzegiem morza, kuląc się po naporem sztormowego wiatru.

Złość oddala od szczęścia. Niech się zatem lepiej sama oddali. Czym prędzej.

Myślenie o sobie, kiedy nie jesteśmy razem

Mój mąż nauczył mnie fajnej rzeczy. Czasem ni z gruszki, ni z pietruszki dostaję od niego wiadomość w ciągu dnia. Pozornie nic nie znaczącą, jakieś serduszko, podziękowanie za pudełka do pracy, cokolwiek. Rzadko, bardzo rzadko nawet, ale tym bardziej zawsze o tym pamiętam. I też tak robię. Nawet jeśli wiem, że nie odbierze jej od razu, bo nie ma czasu w pracy. Ale w końcu kiedyś ją zobaczy i będzie mu miło.

Wiem, że myślimy o sobie, kiedy nie jesteśmy razem, kiedy nie jesteśmy obok siebie. W pracy, na spacerze z psem, kiedy wyjeżdżamy gdzieś osobno. Zastanów się przez chwilę, czy myślisz o nim, kiedy nie masz go w zasięgu wzroku? Nie obsesyjnie, ale czy czasem nagle wpada ci do głowy jakieś wspólne wspomnienie, albo po prostu przed oczami pojawia się obraz jego twarzy – może uśmiechniętej, może zamyślonej, może jakaś sytuacja, kiedy ukradkiem przyglądałaś się, jak coś robił, pochłonięty tym bez reszty. Albo że właśnie nie jesteś na wyjeździe służbowym, ale z nim pod rękę zwiedzasz Bydgoszcz? Jeśli tak, to super – zakochanie trwa!

Mała obsesja?

Im większa miłość, tym większą część życia zajmuje myśl o drugiej połówce. Intensywność tych myśli idzie w parze z intensywnymi uczuciami. Smażysz kurczaka i ciepło myślisz o jego śmiechu, wymieniasz koło – i dumnie wyobrażasz sobie jakie na nim zrobisz wrażenie, prasujesz koszulę – i już widzisz jak ona uśmiecha się na ten widok. Chyba możemy przyjąć, że ktoś, kto nie kocha nie zaprząta sobie myśli partnerem w kolejce po masło czy podczas szorowania glazury. Pielęgnujcie to jak najdłużej – najłatwiej to robić, gdy myśli są pozytywne (patrz pkt. 1)

Wspominanie pierwszych motyli w brzuchu

Pamiętasz te pierwsze momenty, kiedy się poznaliście? Jeśli tak, świetnie! Ja wciąż pamiętam pierwszą wspólną noc – nocował u mnie i mojej współlokatorki na materacu na podłodze. Później okazało się, że oboje nie mogliśmy tej nocy zasnąć, tak nas do siebie ciągnęło, ale żadne nie miało śmiałości tak od razu, po pierwszym czy drugim spotkaniu, wyciągnąć ręki… 🙂

Psychologowie mówią, że problemy w skupieniu się na innych rzeczach podczas rozmyślań o miłości swojego życia nie mijają z wiekiem. Jeżeli bez trudu możesz odłożyć na bok myśl o niej/o nim oznacza to, że niestety nie zajmuje zbyt istotnie twojej uwagi, nie dominuje w twoich myślach.

Podejmowanie wyzwań i kolejne wspólne „pierwsze razy”

To szczególnie ważny aspekt dla mężczyzn – wspólne hobby, pasja. W miłości „długoterminowej” bardzo ważne jest pewne podobieństwo – to pomaga obrać wspólny cel i dążyć do szczęścia. Jeżeli wspólnie wyruszycie po zwycięstwo, pokonacie jakąś barierę, osiągnięcie cel – wzmocnicie wasz związek (i nikt nie będzie ponosił kosztów pt.: „tyle dla niej/dla niego robię/poświęcam”).

Ileż razy słyszałam: musimy coś razem robić, marzę o tym, że jedziemy sobie razem gdzieś na rowerach/że chodzimy razem na siłownię/że coś tam, coś tam. Nie było łatwo, bo jesteśmy jednak bardzo różni, ale się udało coś wspólnego znaleźć – ja się przekonałam do górskich wędrówek, on do wspólnego czytania książek w deszczowe niedziele i wejścia na żaglówkę. Można? Można!

Spędzanie razem czasu

Brzmi banalnie? Oczywiście. Ale niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto po kilku latach w związku nie zauważa, że tego wspólnego czasu, wbrew pozorom, mamy coraz mniej. Praca, praca, dzieci, zakupy, dom, czasem jakieś hobby, potrzeba bycia też osobno. To co na początku tak oczywiste i naturalne, nagle staje się wartością nie do przecenienia. Młodzi zakochani chcą wszystko robić razem, okazuje się, że „starzy zakochani” również. I choć życie samo weryfikuje ten czas do zagospodarowania, to chęć i potrzeba pozostaje. Wspólny remont czy prace domowe są tak samo ważne jak razem obejrzany film.

Zakochani z długim stażem po prostu dążą do zaspokojenia swojej potrzeby ukochanej osoby (zawsze).

Wyrażanie uczuć inaczej niż słowami

Buziaki na powitanie i pożegnanie, dotknięcie dłoni, pogłaskanie po plecach, szybki uścisk. Bez nich nawet namiętne uczucie może nagle zgasnąć. Niedostępność wcale nie podsyca związku. Na tym etapie nawet drobne fizyczne gesty są polisą dla partnera – transparentem mówiącym – jestem, kocham i to się nadal nie zmieniło. Mało tego, jest to też sygnał, że nie tylko tę czułość dajemy drugiej osobie, ale i sami jej potrzebujemy i do niej dążymy.

Kilka dni temu, podczas wspólnego wyjazdu, uświadomiliśmy sobie, że nie pamiętamy, kiedy się całowaliśmy. Tak normalnie, jak na randce. Nie tam buziaki przy wręczaniu kwiatków na urodziny, normalne całowanie. I zaczęliśmy natychmiast. Ludzie, płakaliśmy ze wzruszenia, serio.

Czy dbanie o relację jest pracochłonne? Tak. Czy wymaga uważności na partnera? Tak. Ale co to tak naprawdę znaczy? Przed tymi pytaniami Gottamowie stawali tak często, że w końcu postanowili przeprowadzić badania, które miały na celu dać tym ogólnikom prawdziwe życie.

Obserwacja par sprawiła, że udało im się wysnuć teorię, że poświęcając zaledwie sześć godzin tygodniowo i pamiętając o sześciu prostych rytuałach można znacznie poprawić i wzmocnić swój związek. Oto one:

Pozwalanie sobie na kochanie. Na cielesną miłość

Uczucie podniecenia czy zwykła reakcja ciała na bliskość tej jedynej/ tego jedynego. To również ważny składnik miłosnego eliksiru. jeżeli zamieniamy się w lód, sprawy mogą się komplikować. Taka cielesna ekscytacja, jeżeli chcemy nadal być zakochanym po latach, musi mieć swoją przestrzeń. A co jej nie sprzyja? Wszystko z punktu pierwszego: podsycanie złości czy wrogości o ten nieszczęsny niepowieszony papier toaletowy, walka w  imię „ja ci pokażę”. Miłosną ekscytację zawsze można próbować przywrócić, dbając o codzienną bliskość. Jednak trudno się skupić na dreszczu na plecach, gdy w głowie mamy tylko jedną myśl: „no tak, świetnie, pogłaszcz mnie jeszcze, to na pewno zapomnę, że znów nie mogłeś odebrać dzieci ze szkoły…”.

Dbanie o seks

Nie ma miłości bez seksu – ani seksu bez miłości (nie łapmy się proszę tutaj za wyjątki i słówka). I również badania potwierdzają tę zależność. Zaniedbywanie spraw łóżkowych to zaniedbywanie miłości i, co za tym idzie, całej relacji. Pary, które dbają o swoją miłość i są zakochane – kochają się częściej, a im częściej się kochają tym są sobie bliższe. Tak to działa i już.

Pozwolenie sobie na bycie szczęśliwym

Na pewno skorzysta na tym twoja miłość. I choć nauka nie jest wstanie odpowiedzieć na pytanie, czy to szczęśliwy kochają mocniej – czy też mocniej kochający są bardziej szczęśliwi, możemy zgodnie powiedzieć, że  prawdziwa miłość i szczęście doskonale do siebie pasują. A jak być szczęśliwym? Czasem trzeba sobie pomóc i się tego nauczyć, ale pracując nad swoim szczęście, robi się całkiem niezłą „robotę” dla reszty świata!

Chcesz wiedzieć, gdzie on/a jest – to naturalne

Jest ci ta wiedza potrzebna, inaczej odczuwasz niepokój. I oczywiście nie popadajmy znów w skrajność i chorobliwe stany kontrolowania drugiej osoby, ale zwyczajnie, jeśli kogoś kochasz i jest ważną częścią twojego życia zastanawiasz się czy już bezpiecznie dojechał na miejsce, dlaczego tak długo nie wraca, jeżeli wyjeżdża na dłużej, to gdzie i po co. To naturalna potrzeba osób zakochanych. Tak samo jak każda troska o bliska osobę. A jeśli jest ci wszystko jedno i w ogóle cię to nie interesuje, to… już sama chyba wiesz, co to oznacza.

 

 

 


Związek

Twój facet chce mieć przyjaciółkę? Niech ma. Ale tych czterech zasad musi przestrzegać

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
8 grudnia 2021
Fot. iStock/Marco_Piunti
 

Obudziłam się o trzeciej rano i zobaczyłam, że telefon mojego męża wibruje. Zerknęłam na wyświetlacz. Ostatnio wyłączył podgląd wyświetlania treści wiadomości. Podejrzane, prawda? Od razu zapaliła mi się czerwona lampka: zdrada, zdrada, zdrada.

Znam jego kod, więc go wpisałam. Tak, wiem, że nie powinnam tego robić, ale o tej trzeciej rano, patrząc na jego telefon rozświetlany tajemniczymi wiadomościami z WhatsAppa, nie myślałam logicznie. Chwilę później weszłam w świat faceta (mojego niby męża), którego kompletnie nie znałam.

Nie, nie chodzi o zdradę fizyczną, przynajmniej nie sądzę

Mój facet prowadzi popularne konto na Instagramie. Tej nocy weszłam na grupę, którą założył wspólnie z czterema koleżankami poznanymi w sieci. Zabolało.

Po pierwsze, że o niczym nie wiedziałam. Czy to taki problem powiedzieć, że ma się kumpelki?
Dajemy sobie przecież dużo wolności, mam przyjaciela faceta, z którym czasem pisze.

Po drugie. Niby nie było w tych wiadomościach nic niezwykłego. Niby.

„Nie śpię” pisała Anka (kimkolwiek ona była)
„Też nie śpię, włączę Netflixa” odpowiadała jakaś Weronika. (Dlaczego nigdy nie słyszałam o Weronice???!)
„Ja robię na drutach, wszystko przez to, że mam problemy z Nelką. Jutro zebranie” pisała Insulina. (Jaka Insulina) „Hej, a Ty Adamski śpisz”.

Adamski. Mój mąż ma na imię Adam. Zawsze tak do niego mówiłam, Adamski. Nie wiem dlaczego, ale pomyślałam, że to że mówi tak do niego obca kobieta jest czymś na podobieństwo zdrady.

Jak również to, że wspiera te dziewczyny w ich kryzysach życiowych, gdy tymczasem mi mówi:
„Nie przejmuj się, bierz się w garść”.
Przejrzałam wiadomości z kilku miesięcy i prawie zasłabłam. Otóż mój, dość skryty mąż, starał się chyba o tytuł najbardziej zabawnego gościa roku. Pisał kilkanaście razy dziennie, wrzucał swoje śmieszne zdjęcie (żadnego nie dostałam ja), wrzucał zdjęcia z naszym psem, opowiadał o naszej córce. Nie opowiadał natomiast o mnie. Czasem rzucił coś w stylu: moi wyjechali/ moi wyszli.

Moi?!
Poczułam się jakbym dostała obuchem w łeb.
Porobiłam screeny i mu je wysłałam.
Do rana nie mogłam zasnąć.
A rano…

Mój facet nie rozumiał czym mnie zranił. Albo udawał, że nie rozumie. Leciały argumenty w stylu: przecież ty też masz koleżanki, po prostu je lubię, nie powinnaś czytać moich wiadomości. Zaraz potem: nie przeszkadza mi to, nie mam nic do ukrycia.

Później odkryłam, ze raz widział się z jedną z tych dziewczyn, później z drugą. Jedna z nich ma faceta. Ale…. Nie mógł mi o tym powiedzieć?

Szczerze powiedziawszy od tego czasu nie czuję się z nim okej. Mam poczucie naruszenia granic.
I nie, nie chcę słuchać argumentów, że mój facet jest narcyzem. Nie jest nim. Jest spoko gościem, mamy fajny seks, szanujemy się. A jednak czegoś mu w związku brakuje? Tak myślę.

I wciąż się zastanawiam: mężczyzna ma prawo mieć koleżanki, czy to jednak zawsze alarm? Jeśli ma prawo mieć koleżanki, to jakie? Gdzie jest granica?

Pomyślałam też, że są cztery zasady dotyczące przyjaźni naszych partnerów z innymi kobietami. Jeśli ktoś je łamie, znaczy, że coś mocno nie gra.

Po pierwsze: wiemy o tych  jego koleżankach

Oczywiście mężczyzna nie musi nam się zwierzać z każdej rozmowy z inną osobą, ale jeśli ktoś staje mu się bliski (nawet na poziomie czysto koleżeńskim) to chyba powinnyśmy o tym wiedzieć.

Być może oni robią to, żeby nie budzić naszej zazdrości, z drugiej strony prawda zawsze wychodzi na jaw (jak widać wyżej).

Po drugie: koleżanki nie mogą być ważniejsze niż my

Znajoma opowiadała, jak jej facet jeździ malować mieszkanie przyjaciółce singielce. „Bo ona jest biedna i sama” tłumaczył. Tymczasem znajoma nie mogła namówić partnera na remont od nie wiadomo kiedy. Innym razem okazało się, że to z przyjaciółką konsultuje decyzję o zmianie pracy, czy zwierza jej się z problemów z matką. Gdy znajoma zrobiła awanturę, mąż bronił przyjaciółki.

Nie, tak nie może być

Facet złamał jedną z najważniejszych zasad przyjaźni damsko-męskiej w związku. To partnerka i jej uczucia zawsze powinny być na pierwszym miejscu. Zasada ta obejmuje wszystkie sfery życia. To partnerka, nie przyjaciółka powinna być tą, z którą spędza większość czasu. To partnerka, a nie przyjaciółka powinna znać go najlepiej. To do partnerki, a nie do przyjaciółki idzie się po pomoc lub poradę w pierwszej kolejności. To za partnerką, a nie przyjaciółką najpierw staje się murem. Trudno bowiem uwierzyć, że ona nie jest zagrożeniem, skoro to w jej obronie staje, jej się zwierza, z nią konsultuje decyzje. To byłoby bolesne nawet wtedy, jeśli byłby to przyjaciel-mężczyzna. Kiedy chodzi o kobietę, przewinienie jest dużo poważniejsze i są powody do obaw.

Po trzecie: on nie powinien opowiadać za dużo o nas

Lojalność w związku jest bardzo ważna. Słabo jeśli on rozmawia z kimś o nas. Zwierza się z problemów z nami, dyskutuje na temat naszych słabości, obgaduje nas. Potrzebuje wsparcia i chce się z kimś tym podzielić? Niech gada z kumplem albo idzie do terapeuty.

Po czwarte: ukrywanie naszego istnienia też nie jest w porządku

W sumie słabo, gdy o nas nie mówi w ogóle. Bo to tak jakbyśmy nie istniały. Słyszałam historię o facecie, który siedział ze swoją partnerką w domku nad jeziorem i co chwila wysyłał zdjęcia swojej koleżance. Tu jezioro, tu zachód słońca, tu zdjęcie zastawionego stołu. Ani razu jednak nie napisał z kim jest na tym wyjeździe….
Trudno wtedy nie myśleć, że pasuje mu udawanie singla.


Związek

„10 lat leczenia się z eks. Nie można być większą idiotką!”

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
7 października 2021
fot. MesquitaFMS/istock

Nie wiem, czy adresatem tego tekstu powinny być tylko kobiety. Może wśród was, panów, też są kolekcjonerzy, którzy w swoim sercu mają miejsce dla dawnej partnerki. Nie malutkie miejsce, kawał miejsca, które już dawno powinno być zajęte. A jeśli nie zajęte, to chociaż oczyszczone z gruzu!

Opowiem wam historię, nie, to nie jest historia o rozgorączkowanej nastolatce, która wzdycha do faceta, który nic do niej nie czuje. Bo takie jest, jej święte, nastolatkowe prawo. To historia kobiety pracującej, świadomej siebie, o dość wysokim IQ, która z własnej woli została niewolnikiem własnej pamięci, choć obiekt dawno sobie poszedł i ułożył sobie życie.

Co ze mną nie tak, do diabła!

Kilka lat związku, kilka lat namiętności i chemii, która zapada w pamięć. Tysiące przegadanych godzin, filmów na kanapie, bliskości, wyjazdów, szczęścia. Ale później rozstanie. I okej, rozstaliśmy się. Rozeszliśmy. Zdrowy psychicznie człowiek spędza kilka miesięcy na lizaniu ran. Adios i do przodu.

A ja? Obsesja! Tęsknota wyrywająca serce. Ból taki, że chciałoby się być, jak ta dziewczyna w „Zakochanym pamięci” poddać się zabiegowi i wyciąć, zamazać nieznośne wspomnienia.

Porównywanie

Nie wiem dlaczego EKS po rozstaniu urósł do rozmiarów BOSKIEGO. Nikt mi nigdy nie położy tak głowy na brzuchu, nie powie do mnie tych słów w seksie, nie spojrzy, jak on, nie będzie tak pachniał. Nie będę miała takiego seksu. Koniec! Do emerytury będę kochać się klasycznie i nigdy już nie przeżyję czegoś takiego!

Zamiast wywalić drania z głowy, moja głowa chciała go tam trzymać. Żaden nie miał szans. Spotykałam na swojej drodze naprawdę dobrych i ciepłych facetów. Koniec, nic. Epizody.

W końcu zdecydowałam się na związek. Ale, na miłość boską, w głowie i tak miałam tamtego. Byle drobiazg z prędkością światła wracał mnie do przeszłości. Tam byliśmy, to przeżyliśmy, w tej szklance piliśmy, w tym hotelu spaliśmy, ten film oglądaliśmy.
GROZA!!!

Zamiast cieszyć się życiem, dusisz się od wspomnień. Zamiast budować przeszłość, grzebiesz na cmentarzu w poszukiwaniu kości. Właśnie, kości! Tam nie ma już tego ciepłego ciała, są kości i stare ciuchy!

Dusza tamtego gościa jest już gdzie indziej.

Iluzja

Mistrzostwo. Tak, to ty mówisz koleżankom, że należy się trzymać faktów. Ale jak to ma dotyczyć ciebie, tracisz rozum. Wszystko sprowadza się do kuriozalnego: on mnie na pewno kocha i pamięta. Przecież czegoś takiego nie da się zapomnieć. To niemożliwe. On mnie na pewno kocha, ale o tym nie wie. On zrozumie, pożałuje.

Fakty mówią, co innego. On ma nową kobietę, ożenił się z nią, nie ożenił, ma dzieci, nie ma. Nieważne! Nie jest z tobą i nie robi nic w tym kierunku, żeby być.

Kiedy zamieniłam się w wariatkę śledzącą go na FB (zawsze po pijaku!) , blokującą, odblokowującą go jakby od tego miał zależeć świat? Dżizas! Co we mnie wstąpiło. Równie dobrze można sobie otworzyć brzuch widelcem i próbować wyciągnąć wątrobę– ból i absurd ten sam. No i to sprawdzanie z kim jest i gdzie jest. Ładniejsza ode mnie, brzydsza. Mądrzejsza, głupsza. On jej nie kocha! To pewne. Nie wiem, czy istnieje większa idiotka niż zakochana kobieta. Zraniona kobieta. Kobieta, która się uparła.

I już kochasz tego, z kim jesteś, już doceniasz, ale i tak w środku Cię gniecie. Nie codziennie. Ale proszę, taki sen. Koniec, pozamiatane. Dzień z głowy. Przecież jeśli śnisz, to dlatego, że on też śni.

No słowo – znalazłam taki post na jednym z grup na FB. Dziewczyny śnią o eksach. Chcę znać prawdę– czy jakikolwiek facet śni o eks, z którą rozstał się już jakiś czas temu? Ilu ich jest?

Ja, przyznaję, pobiłam rekord. 10 lat. Oczywiście nie ciągle tak samo silnego bólu, ale absurdalnej jakiejś pamięci. Że nie mogłam oglądać jego zdjęć. Że bałam się go spotkać. Że jak ktoś znajomy mi o nim powiedział, waliło mi serce.

A potem obudziłam się któregoś dnia i pomyślałam, że ja chyba zwariowałam!!! Od dziewięciu lat jestem ze świetnym gościem, urodziłam mu dziecko, mamy rodzinę i milion lepszych rzeczy niż z tamtym. I po prostu marnuję czas. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że mogę być zgrzybiałą staruszką, która o lasce ciśnie na grób dawnego chłopaka i chlipie za życiem, które mogli razem mieć. No niedoczekanie po prostu!

I koniec, przeszło. Jak ręką odjął. Ale tyle zmarnowanych godzin, nocy i dni?
Tyle jakieś nieprzytomnego analizowania. A mogłam lepiej, mogłam inaczej, mogłam się odezwać, jak chciał pogadać, mogłam nie powiedzieć tego, co powiedziałam.

Tak, jestem idiotką.
Ale skończone.
Odzyskałam swoje serce.
Odzyskałam 100 proc wolność.

I to jest tak piękne, że chce mi się krzyczeć z radości.
Bo przyszłość jest ważna, ważne to, co dzisiaj. A nie jakaś cholerna przeszłość!