Lifestyle

To, w jaki sposób dotykasz twarzy, zdradza skrywane emocje. Sprawdź jakie!

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
9 listopada 2021
fot. Prostock-Studio/iStock
 

Okazuje się, że na policzkach, skroniach, nosie mamy mnóstwo zakończeń nerwowych, które głaskane, pocierane, a nawet szczypane czy drapane pomagają nam ukoić nerwy. Uważaj, bo jeśli nadal pracujesz z domu, to twoja twarz jest teraz wystawiona na ekranie komputera podczas spotkań on-line na widok publiczny: szefa i współpracowników. Ci, którzy potrafią czytać z ruchu twoich dłoni, dowiedzą się z nich więcej niż z twojej mimiki.

Czy wiesz, że twarze służą nam również do tego, byśmy łatwo i błyskawicznie mogli się uspokoić, gdy tego nagle potrzebujemy? Czy wiesz, że sposób, w jaki je dotykamy różni się w zależności od intensywności odczuwanego stresu? Nie wiedziałeś?! To musisz koniecznie przeczytać ten tekst.

1. Palec wskazujący i kciuk na brodę

Przez cały dzień dotykamy naszego nosa policzków, czoła, ust, uszu, ale nie zawsze w ten sam sposób, ani w tym samym miejscu. Jeśli wierzyć naukowcom robimy to nawet 23 razy na godzinę. Na przykład, kiedy jesteśmy głęboko zamyśleni lub czytamy książkę, mamy tendencję do tego by sięgać do brody palcem wskazującym i kciukiem. To oczywiście nie jest konieczność wymagana do czytania lub myślenia, a jednak ten gest jest tak powszechnie wykonywany, że na pewno znasz kogoś, kto właśnie tak robi.

2. Masowanie skroni i policzka

Podobnie dotykamy lub masujemy skronie czoła, gdy boli nas głowa, albo odczuwamy zmęczenie. Natomiast kiedy jesteśmy znużeni mamy tendencję do tego, by przykładać policzek do ciepłej wewnętrznej stroni dłoni, bo to jest dla nas realny substytut wygodnej i miękkiej poduszki.

3. Pocierania nosa lub ucha

Mówi się, że dotykanie nosa podczas rozmowy oznacza, że ktoś kłamie. To niestety mit. Nie możemy z całą pewnością stwierdzić, że taka osoba nie mówi prawdy. Ale coś jednak musi być na rzeczy, ponieważ naukowy twierdzą, że taki ruch mówi o napięciu emocjonalnym. Kiedy jesteśmy zirytowani, możemy wielokrotnie pocierać nos lub ciągnąć za płatek ucha.

4. Zagryzanie warg

Powszechnie twierdzi się, że delikatne zagryzanie warg zębami, lub ich zwilżanie językiem, albo zawijanie włosów na place to oznaka kobiecej kokieteryjności. Ale znów, wcale tak być nie musi. To samo możemy robić, kiedy gubimy się w myślach lub zastanawiamy się nad trudnym pytaniem. Dzięki takim gestom uzyskujemy chwilowy spadek napięcia nerwowego i to pomaga nam zachować spokój. „Kiedy angażujemy się w masowanie, drapanie, a czasem szarpanie skóry twarzy, uwalniamy oksytocynę i serotoninę, które służą do uspokojenia nas”, twierdzi Joe Navarro, który przez 25 lat pracował dla FBI od 25 lat, gdzie służył w programie analizy behawioralnej Wydziału Bezpieczeństwa Narodowego.

5. Masowanie do dołu!

A czy zauważyliście, że wszyscy mamy tendencję do głaskania twarzy ruchem w dół? Według innego badacza Davida J. Lindena ma to związek z włosami na twarzy, nawet tymi bardzo maleńkimi, których nie widzimy gołym okiem. Wszystkim nam niezależnie od płci przyjemnie i kojąco jest głaskać brodę i policzki w dół, czyli zgodnie z porostem włosa. To, jak silny nacisk wywieramy na skórę, zależy od okoliczności – im silniejszy stres odczuwamy, tym mamy większe zaangażowanie. Tu liczy się nie tylko siła nacisku, ale też to, jak szybko i jak często powtarzamy ten gest.

6. Dlaczego to staje się nawykiem?

Podobnie jak w przypadku innych głęboko zakorzenionych nawyków, od obgryzania paznokci po pstrykanie naciąganymi kostkami w palcach, gdy powtarzasz jakieś zachowanie dużo razy, część mózgu zwana jądrem podstawnym przejmuje nad tym kontrolę. Kiedy tak się dzieje, zachowanie jest niemal instynktowne”, twierdzi Charles Duhigg, autor „The Power of Habit”. Jeśli więc jakiś gest, przynosi ci ulgę, nic dziwnego, że zaczynasz go automatycznie powtarzać.

7. Dlaczego w ogóle się dotykamy po twarzy?

Wspomniany już Joe Navarro w artykule dla „Psychology Today” zakłada, że prawdopodobnie tak często dotykamy naszych twarzy, ponieważ te miejsca są bogate w zakończenia nerwowe, co daje nam idealną ścieżką do uspokojenia. Im bliżej naszego mózgu znajduje się nerw, tym szybciej wysyła kojące sygnały do mózgu. I chociaż masaż pleców lub stóp może skutecznie zmniejszać napięcie po ciężkim dniu pracy, nic nie działa tak szybko i skutecznie, jak dotykanie twarzy.

8. A dlaczego szczypiemy i drapiemy?

Navarro przez lata przeprowadzając wywiady dla FBI, zauważył, że subtelna zmiana z dotykania na drapanie była spowodowana podniesiemy się stresu. Gdy zadano niekomfortowe pytanie lub poruszano trudny temat, przesłuchiwany człowiek nagle zaczynał drapać się po głowie albo szczypać w brodę i w policzki. „Jest to bardzo podobne do tego, co widzę dziś jako nauczyciel – kiedy uczniowie dostaną trudne pytanie, nagle energicznie drapią się po głowie. Wtedy rośnie ich niepewność, niepokój lub stres, a za tym idzie potrzeba bardziej energicznego samoukojenia.

***

Wnioski na koniec? Dla nas taka wiedza ma dwa praktyczne wymiary. Możemy sami bardziej panować nad gestami naszych rąk podczas ważnych spotkań, zwłaszcza tych on-line albo w cztery oczy. A gdy widzimy konkretne, powtarzające się gesty u naszych bliskich lub znajomych, możemy zastanowić się, czy te osoby nie potrzebują w danym momencie wsparcia, bo być może właśnie targają nimi trudne emocje.


Lifestyle

Zakochaj się w Portugalii z fotografką Kat Piwecką

Redakcja
Redakcja
9 listopada 2021
 

Dawno temu podczas pierwszego pobytu w Portugalii na plaży zobaczyłam łódź ze słowami „If You Can Dream It, You Can Do It”, a dwa tygodnie później w innym miejscu „Live Your Dreams”. Jako że całe życie szłam za głosem swojego serca, już wiedziałam, że wrócę tutaj, i już zawsze będę wracać. I nagle zaczęła się dziać magia…

Zawsze miałam marzenie … marzenie, żeby przenieść się na kilka tygodni lub miesięcy do małej wioski na południu Europy i pobyć trochę sama ze sobą. Uciec i zaszyć się, po to aby porozmyślać o swoim życiu, o tym, co było i o tym, co przede mną. Wynajęcie małego domku w tradycyjnym portugalskim stylu na dwa miesiące w małej portugalskiej wiosce było dokładnie tym, czego potrzebowałam. I bardzo ucieszył mnie fakt, że byłam pierwszą w historii turystką w tejże miejscowości.

Wciąż pamiętam twarze zdziwionych mieszkańców, kiedy po trzech dniach męczącej drogi na trasie Polska-Portugalia wjechałam w końcu do wioski moim samochodem na polskich rejestracjach. Nie dość, że pierwszy turysta w ich wiosce, to jeszcze z tak daleka! To było takie cudowne budzić się codziennie w tak spokojnym miejscu w środku pustkowia, w otoczeniu rozległej wyschniętej od słońca sawanny, bez ludzi i turystów, bez hałasu i pośpiechu miasta.

Czas się tutaj zatrzymał. We wsi pozostali jedynie emeryci, którzy całymi dniami pracowali we własnych ogródkach, dostarczając sobie w ten sposób zajęcia oraz własnych owoców i warzyw. Nie potrzebowałam budzika. Zasypiałam i budziłam się razem z piejącymi kogutami i ryczącymi owcami i baranami.

 

Właścicielka domu, który wynajęłam – Dona Dolores otoczyła mnie także szczególną opieką. Mieszkając niedaleko, codziennie przynosiła mi świeże warzywa i owoce z własnego ogródka. Codziennie wyczekiwałam z wielką radością na przepyszne pomidory, papryki, ogórki i figi. Mój sąsiad Senhor Antonio nauczył mnie oglądać codziennie zachód słońca. Każdego wieczora o stałej porze zwykł wystawiać przed dom małe krzesełko i zasiadać przed swoim domem wraz ze swoimi psami w oczekiwaniu na zachód słońca.

W ten sposób kończył każdy dzień – siedząc w ciszy i podziwiając piękny zachód słońca. I w podobny sposób także ja kończyłam każdy swój dzień – siedząc na plaży zamykałam oczy i wsłuchana w szum fal odpoczywałam po całym dniu. I każdego dnia czułam się szczęśliwsza i szczęśliwsza. Teraz już nie mogę sobie wyobrazić życia bez oceanu, który daje niesamowitą energię.

Ale od początku. To było naprawdę wiele lat temu, kiedy zobaczyłam kultowy film Wima Wendersa „Lisbon story”. Dwie rzeczy w filmie szczególnie zwróciły moją uwagę i zostały na lata w mojej głowie.

Pierwsza z nich to samochodowa podróż głównego bohatera przez całą Europę – z Niemiec do Portugalii oraz stacje radiowe w różnych językach, które zmieniały się, kiedy przekraczał kolejne granice: z Francją, Hiszpanią, Portugalią. Wtedy nawet się nie spodziewałam, że w dalekiej przyszłości ja sama będę każdego roku odbywać dokładnie taką samą podróż, w trakcie której będę słuchać niemieckiej stacji radiowej pierwszego dnia, francuskiej stacji radiowej drugiego dnia i hiszpańskiej stacji radiowej trzeciego dnia.

Drugą rzeczą, która wyjątkowo mnie poruszyła w filmie Wima Wendersa był głos Teresy Salgueiro – ówczesnej wokalistki zespołu Madredeus oraz wszystkie utwory wykonane w filmie przez zespół Madredeus. To było moje pierwsze spotkanie z fado. Ta muzyka złamanych serc i wielkiej tęsknoty totalnie mnie zauroczyła. I znowu, wtedy nawet nie przyszło mi do głowy, że w dalekiej przyszłości będę fotografować najsłynniejszych muzyków tego gatunku, a jeden z nich zaśpiewa mi „Parabéns P’ra Você” na moje czterdzieste urodziny (dziękuję Pedro Moutinho – nigdy tego nie zapomnę).

Pierwszy raz do Portugalii przyjechałam jako dziennikarz podróżniczy, żeby zrealizować materiał na artykuł podróżniczy dla polskiego magazynu. Wylądowałam w Faro i rozpoczęłam moją podróż od regionu Algarve, poruszając się w kierunku północnym, po drodze odwiedzając wszystkie ważne miejsca, aż dotarłam do Porto na północy kraju. W pierwszym dniu mojego pobytu na plaży zobaczyłam łódź ze słowami, które szczególnie przykuły moją uwagę: „If You Can Dream It, Yoiu Can Do It”, a dwa tygodnie później w Nazare słowa: „Live Your Dreams”. Jako że całe życie szłam za głosem mojej intuicji, poczułam głęboko w sercu, że właśnie znalazłam swój drugi dom. I nagle zadziała się magia … Już wiedziałam, że wrócę. Że zawsze będę wracać.

Od tego czasu jestem podzielona pomiędzy dwa kraje – pomiędzy moje dwa domy – Polskę i Portugalię. Każdego roku przenoszę się do Portugalii na 4 miesiące, a kiedy moje dzieci „opuszczą gniazdo”, będę mogła ten czas jeszcze zwiększyć.

Od tego czasu wielokrotnie przejechałam całą Portugalię od południa aż po północ – zrobiłam prawie 30 000 zdjęć, odwiedzając ponad 300 miejsc (miasta, wioski, plaże, zamki, pasma górskie, wyspy).

Od tego czasu opublikowałam ponad 20 artykułów o różnych regionach Portugalii w polskich i portugalskich magazynach.

I wreszcie od tego czasu – przejechałam sama moim samochodem ponad 10 razy dystans 3000 kilometrów z Polski do Portugalii i z powrotem.

Album zatytułowałam „In Love with Portugal”, bo to historia miłości opowiedziana pięknymi kolorowymi zdjęciami. Powodów do zakochania się w tym kraju miałam mnóstwo:

  • sentymentalna Lizbona z zabytkowymi żółtymi tramwajami, wijącymi się pod górę brukowanymi uliczkami i melancholijnymi pieśniami fado,
  • klimatyczne Porto położone nad rzeką Douoro z licznymi piwnicami winnymi, tętniącą życiem nadrzeczną Ribeirą i pięknymi mostami,
  • wszechobecne ceramiczne płytki azulejos, które zdobią każdą niemal kamienicę i słynne kolorowe parasolki zawieszone nad ulicami,
  • dziesiątki kilometrów piaszczystych plaż i wydm na nieodkrytym jeszcze wybrzeżu Costa Vicentina ciągnącym się na południe od Lizbony aż do Przylądka Świętego Wincenta,
  • skaliste klify, zaciszne zatoczki i skały o najróżniejszych kształtach z tajemnymi tunelami prowadzącymi do dzikich plaż w Algarve,
  • urokliwe małe miasteczka z białymi domami ozdobionymi niebieskimi i żółtymi paskami w regionach Alentejo i Centro,
  • gigantyczne oceaniczne fale i raj dla surferów,
  • najpyszniejsze na świecie słodkości, cukiernia na każdym rogu i aromatyczna kawa popijana tak często, jak się tylko da.

Album w rozmiarze A4 zawiera ponad 330 stron kolorowych zdjęć najpiękniejszych miejsc, które warto odwiedzić podczas wyprawy do Portugalii. Podzieliłam go na 5 rozdziałów odpowiadających głównym regionom: Algarve, Alentejo, Lisboa, Centro i Norte. Album można zakupić w moim studio lub w sprzedaży wysyłkowej na mojej stronie: WWW.KATPIWECKA.COM. Organizuję też warsztaty fotograficzne w Portugalii śladami mojej książki, terminy oraz program warsztatów znajdują się także na stronie WWW.KATPIWECKA.COM.

 


Lifestyle

„Trafiają do nas psy z wydłubanym okiem, ze złamaną żuchwą, bo właściciel się zezłościł. Tyle lat, a wciąż ciężko mi o tym mówić”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
8 listopada 2021
Ja i jeden z moich prywatnych psów- Fidelia. Oczywiscie adoptowana ze schroniska, znaleziona jako szczeniak w środku lasu

– Nie potrafię sobie przypomnieć, ilu psom znalazłam dom. Wiele historii się zaciera, pamięta się głównie te, które kosztowały nas dużo emocji. Bo zapamiętałam, na przykład Otella, psa w typie owczarka niemieckiego, jednego z pierwszych psów, które poznałam w schronisku, gdy zaczęłam tam pomagać. Siedział w schronie sześć lat, nikt nie chciał go wziąć. Wcześniej był prawdopodobnie przez kogoś nieudolnie szkolony – jak nie znał człowieka, rzucał się bez ostrzeżenia, nawet nie zawarczał. Nienawidził innych psów. Pamiętam doskonale dzień, gdy po latach starań, ogłoszeń, lansowania go, ktoś się nim zainteresował, trudno zapomnieć takie adopcje. Teraz mieszka w domu, jego opiekun zabiera go ze sobą do pracy, a na spacerach Otiś bawi się z innymi psami.

A są psy, które trafiają do nas na miesiąc, szybko znajduje się im domy– one się zacierają – mówi Katarzyna Olkowicz, dziennikarka, wolontariuszka w schronisku dla zwierząt w Milanówku, autora książki „Psy do zadań specjalnych. Nietypowy mundurowy”.

Między psem a człowiekiem musi być chemia?

Tak, jak między ludźmi.

Opowiedz jakąś historię, która pokazuje tę chemię.

Miałam taką historię choćby w mojej rodzinie. Żona mojego chrzestnego po śmierci ukochanego psiaka przyjechała do schroniska poznać psa, którym się opiekowałam. Widziała jego zdjęcie na moim Facebooku, bardzo przypominał jej tego, który umarł. Nie do końca jestem przekonana, że to dobry pomysł adoptować psa, który przypomina tego ukochanego, ale zaproponowałam jej, żeby przyjechała. I co się okazało? Nie było chemii, to się dało wyczuć. Poszłyśmy z nim na spacer i po jej minie widziałam, że to nie jest to, choć mówiła, że jest świetny. Wtedy przyszło mi do głowy, że pokażę jej innego psa. Oczywiście, nie powiedziałam głośno: „Wiesz, czuję, że ten będzie dla ciebie lepszy”, zaproponowałam, żeby wyprowadziła ze mną jeszcze jednego, a przy okazji pogadamy.

Weszłyśmy do mojego sektora i nagle zobaczyłam dwie błyskawice w jej oczach. Ona spojrzała na Sama, on na nią i to było to, widziałam, jak jej się zmienia twarz. Podczas spaceru zaczęła mówić: „Wiesz, jest mi głupio, bo myślałam o tamtym, a jednak czuję, że powinnam wziąć tego”. Wytłumaczyłam, że to jest normalne, tak właśnie jest. To było pięć lat temu, do tej pory Sam mieszka z nimi, a ten pies, którego ona chciała na początku adoptować, znalazł dom kilka tygodni później, choć wcześniej długo mieszkał w schronisku. Tak się zresztą często zdarza. Pies, który wzbudził czyjeś zainteresowanie nagle się zmienia i nawet jeśli nie weźmie go ten konkretny człowiek, najczęściej szybko znajduje swoje miejsce.

Ludzie często oddają psy, które wcześniej adoptowali?

Te adoptowane ze schroniska rzadko. Od tego jest mądry kierownik i wolontariusze, by tak poprowadzić proces adopcyjny, żeby zminimalizować to ryzyko. Natomiast bardzo często psy oddają rodziny, nad którymi nie mamy wcześniej kontroli. W Polsce nie ma nakazu sterylizacji zwierząt, są w bezmyślny sposób rozmnażane, choćby na wsiach. Co cieczka, to psiaki. Wiele z tych szczeniaków jest w bestialski sposób topionych, zakopywanych żywcem, lub podrzucanych w pudełku pod schronisko, natomiast dla niektórych „znajduje” się tzw. dobry dom. Tyle że ten dobry dom, to rzadko jest dobry dom, bo ludzie nie interesują się, komu oddają psy, chcą po prostu się ich pozbyć.

Niedawno miałam interwencję, ktoś doniósł, że suczka przykuta do budy na nieogrodzonym terenie, co cieczkę się rozmnaża. Pojechałam tam z koleżanką, bardzo grzecznie zapukałyśmy do drzwi, spytałyśmy panią, czy chciałaby te szczeniaki oddać. „Wie pani, bo ja szukam dobrych ludzi dla nich”, powiedziała. Nawet się nie przedstawiłyśmy, a i tak nam je oddała. Nie wiedziała, kim jesteśmy, nie sprawdziła naszych dokumentów, a przecież mogłyśmy chcieć przerobić te szczeniaki na smalec ( wiem, to okrutne, ale wciąż się to zdarza). I bardzo często właśnie takie psy do nas trafiają. Ale my się cieszymy, wolimy znaleźć psa pod schroniskiem niż jego kości w środku lasu, bo ktoś przywiązał go do drzewa i zostawił na pewną śmierć.

Koks, psiak ze Schroniska w Milanówku, szukamy mu domu. Fot. Schronisko Milanówek

 

To się wciąż dzieje?

Oczywiście, ludzie potrafią własnoręcznie wykastrować psa. Znam taki przypadek, facet wyciął swojemu psu nożem jądra, a potem nie potrafił zahamować krwawienia, nie pojechał do weterynarza tylko zakrwawionego psa zostawił przed schroniskiem.

Przeżył?

Tak, został uratowany. Są ludzie, którzy tną samodzielnie psom ogony czy uszy, żeby wyglądały na groźniejsze albo były w typie popularnej rasy, np. kaukaza. Kiedyś trafił do nas pies, który w specyficzny sposób chodził, był cały powyginany. Koleżanka pojechała z nim do weterynarza, zrobili mu rentgen i okazało się, że ten pies ma wielokrotne, nieleczone złamania. Jedna łapka w kilku miejscach, druga tak samo, żebra, które się pozrastały pod kątem prostym. Albo ktoś go dręczył albo pies wpadł pod samochód i ktoś mu nie pomógł.

 

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Trafiają do nas psy z wydłubanym okiem, ze złamaną żuchwą, bo właściciel się, na przykład, zezłościł i kopnął. Zaniedbane, z chorobami skórnymi, zapchlone, z ropą cieknącą z uszu, widocznymi gołym okiem guzami… Tyle lat jestem wolontariuszką, ale wciąż ciężko mi o tym mówić.

Zawsze zostawiają psy przywiązane przed schroniskiem?

Niektórzy przerzucają zwierzęta przez mur. Robią to pewnie dlatego, że procedura przyjęcia psa do schroniska nie jest łatwa, ale nie zdają sobie sprawy, jakie to może mieć konsekwencje. Na przykład na wybiegu jest pies, nad którym pracujemy, nie wyprowadzamy go na smyczy, bo jest jeszcze agresywny albo nie potrafi spacerować, bo całe życie spędził na łańcuchu przy budzie. Ale taki pies też musi się wybiegać i puszczamy go, gdy inne są na spacerze. I w tym momencie ktoś wrzuca na ten wybieg lub wprost do boksu innego psa. W poprzednim schronisku, w którym byłam wolontariuszką, zdarzało się to dość często, bo budynki stały w środku lasu, wtedy łatwiej pod osłoną nocy i drzew zrobić coś takiego. A potem rano wolontariusze lub pracownicy znajdowali zagryzionego psiaka lub na szczęście żywego, ale biegającego w panice i kompletnie zagubionego, nie wiedzącego, co się dzieje.

Mogę się buntować, złościć, ale nie mamy wpływu na to, że ktoś psa nie chce, nie umie go pokochać. Takich spraw byłoby mniej, gdyby od najmłodszych lat nas edukowano, gdybyśmy wiedzieli, z czym wiąże się opieka, że nic w tym złego, że niektórzy się do tego nie nadają. Nie może być tak, że rodzice, którzy nie mają żadnej świadomości, kupują dziecku zwierzątko na gwiazdkę, a już w lutym je oddają.

Ostatnio usłyszałam taką historię, rodzice kupili córce psa na gwiazdkę, zaraz po świętach go oddali, bo szczeniak sikał na podłogę.

Szczeniak sikał na podłogę? Niebywałe… Przecież szczeniaki od razu wszystko potrafią, przynoszą gazety w zębach, kręcą piruety w rytm muzyki, a w Wigilię mówią ludzkim głosem. Jakiś trefny egzemplarz im się trafił…. A poważnie, jak słyszę, że ktoś szuka psa dla dziecka, to szybko kończę rozmowę. Na szczęście większość dobrych schronisk zawiesza adopcje na czas świąt, szczególnie adopcje szczeniaków.

Bodzio, nieduży psiak ze schroniska w Milanówwku, któremu szukam teraz domu. Fot. Schronisko Milanówek

Mój Hugo jest takim zwrotem z adopcji. Ludzie śpiewająco przeszli procedury, nie było się do czego przyczepić. Po trzech dniach zadzwonili, że pies stłukł doniczkę, ziemia się wysypała na podłogę i oni już go nie chcą. To były tylko trzy dni, ale nie zapomnę, jak wsadzony znów do kojca w schronisku wył i rzucał się na kraty. To było rozdzierające. Gdy po długiej chorobie odszedł mój psiak, zdecydowaliśmy z mężem, że adoptujemy Huga. Kolejną naszą domową suczka jest Fidelia, znaleziona przez wolontariuszki w środku lasu. Miała wtedy 4 miesiące…

Pamiętam też inną, przyprowadzoną przez starszego pana na sznurku, którym obwiązał jej szyję. Chowała się za jego nogami. Mówił, że się przybłąkała, a widać było wyraźnie, że to jego pies. I co z tym zrobić? Kłócić się? Przecież dla wolontariusza dobro psa jest najważniejsze. Dziś sunia grzeje już tyłek na ciepłej kanapie u wolontariusza, który się nią zaopiekował.

W twojej książce „Nietypowy mundurowy. Psy do zadań specjalnych” jeden z rozmówców powiedział, że nam się wydaje, że pies po prostu będzie zrównoważony tymczasem każdy z nas powinien ze swoim czworonogiem przejść szkolenie z podstawowych komend.

Przyznaję się, że kiedyś też tego nie wiedziałam, wręcz wydawało mi się, że „tresowanie” to jest zmuszanie do czegoś, robienie krzywdy i to bezsensownej, bo po co psu nauczenie się komendy „siad”, czy „podaj łapę”, a okazało się, że psy uwielbiają się uczyć. Szkolenie też buduje więź, poza tym później uczymy go trudniejszych i bardzo potrzebnych rzeczy. Na przykład trzymania się blisko nogi, reagowania na komendę „zostań”. Jeśli pies będzie nas słuchał na ulicy, nie wpadnie pod samochód, nie ucieknie, nie wda się w awanturę, nikogo nie pogryzie.

Teraz szkolenie traktuję jak zabawę. Nawet swoim prywatnym psom kroję bardzo cienko smaczki i chowam je w różnych miejscach w ogrodzie, a potem one szukają, czyli robimy mini tropienie. Są zachwycone. Ale ludzie często nie dają sobie rady z psami. Mamy czasem takich odwiedzających schronisko, których nazywamy „lepiej ja”. Przychodzi ktoś i wie wszystko lepiej o tym psie, choć go widzi pierwszy raz w życiu. I tłumaczy nam: Co mi tu pani mówi, przecież miałem psa, wszystko już wiem. Albo jego wujek miał psa albo gdzieś coś czytał czy widział filmik na youtube. Czasem nie chcą nas słuchać. A każdy pies jest inny i czego innego potrzebuje.

Niektórzy się złoszczą, co to za poroniony pomysł te procedury adopcyjne.

Oczywiście są przegięcia, są wolontariusze, na szczęście nie w moim schronisku, ale w innych, gdzie psy siedzą po dziesięć lat, bo nikt nie jest doskonały, żeby tego psa dostać. Ale też nie jestem fanką lekkiego podejścia. Ktoś przychodzi do schroniska i mówi: „ten pies”, a wolontariusz na to: „proszę, niech pani bierze”. Naprawdę dwie, trzy wizyty w schronisku to nie jest wielkie wyrzeczenie, bo jeżeli ktoś nie jest w stanie tydzień po tygodniu przyjechać do psa na spacer, to może nie powinien go brać. Gdy jesteśmy pewni, że pies i człowiek się dogadają, jedziemy jeszcze do adoptującego, sprawdzamy tzw. warunki, w których pies będzie mieszkał. I zupełnie nie interesuje nas, czy ktoś ma złote klamki albo ściany pomalowane na czerwono w zielone paski, chodzi o bezpieczeństwo psa. W domach z ogrodem sprawdzamy szczelność ogrodzenia, w mieszkaniach zabezpieczenia balkonu itd. Podpowiadamy, co zmienić, ulepszyć, gdzie najlepiej rozłożyć posłanie, by pies mógł w spokoju odpocząć. Wszystko to robimy dla jego dobra.

Poza tym ludzie czasem nie rozumieją, że my naprawdę lepiej znamy te psy. Jeśli przyjeżdża sportowiec w sile wieku i chce wziąć starszą kluskę, to my wiemy, że to bez sensu: on potrzebuje młodego, aktywnego zwierzaka, który będzie z nim biegał i szalał. Ale wielu emerytów decyduje się na adopcje i do nich starsza kluska będzie pasowała, a szczeniak już nie. Bo co dalej? Młody psiak to zazwyczaj wulkan energii. A jak zaczną się choroby, nawet śmierć człowieka? Dzieci bardzo chętnie dziedziczą mieszkania, ale zwierząt już nie. Te trafiają do nas prosto z ciepłej kanapy i jest dramat.

I owszem, zdarzyło mi się, że parę razy powiedziałam komuś, że ode mnie psa nie dostanie, bo czułam, że zwierzęciu nie będzie dobrze. Albo ktoś mówi, że szuka psa do pilnowania sadu, będzie tam sam, a pan zamierza przyjeżdżać raz na dwa dni go karmić. To ja dziękuję, nie ma o czym gadać. Ludziom się wydaje, że nieważne, jak potraktują psa, jemu będzie lepiej niż w schronisku i tym samym zrobią mu wielką łaskę. Nie, w moim schronisku są pod opieką lekarską, są regularnie i dobrze karmione, mają ciepłe budy, część psów mieszka zimą na hali i mają wolontariuszy, którzy regularnie przychodzą wychodzić na spacery, posiedzą z nimi, poprzytulają, wyczeszą, pobawią się.

Są adopcje, które cię wzruszają?
Często powtarzam, nie potrzebuję pięćdziesięciu telefonów w sprawie adopcji psa, potrzebuję jeden właściwy. Miałam podopiecznego, Pioruna. Nie było nim zainteresowania mimo że jest naprawdę bardzo ładny. Ale był dość trudny, kiepsko chodził na smyczy, nie przepadał za innymi psami, był bardzo silny przez co mógłby być niebezpieczny. Przewalał mnie nieraz. Nie nadawał się do miasta, dużo nad nim pracowaliśmy, ale jego uraz psychiczny powodował agresję lękową w stosunku do innych psów. Ważył prawie 40 kilogramów, zapanowanie nad nim na spacerze było problemem.

Ja i Piorun. Fot. Schronisko w Milanówku

Ale któregoś dnia zadzwonili państwo z Kaszub, świetnie się rozmawiało, uczciwie im powiedziałam, że muszą przyjechać tych ponad 400 kilometrów, poznać Pioruna, ale po jednym spotkaniu na pewno nie wezmą psa, takie są procedury. „Jeśli będzie okej, to potem wam go przywiozę”, obiecałam. To był strzał w dziesiątkę, fantastyczni ludzie. Piorun świetnie na nich zareagował. Potem pojechałam z psem do nich, podpisaliśmy umowę adopcyjną i od czasu adopcji jesteśmy właściwie codziennie w kontakcie. Wysyłają mi jego zdjęcia, opowiadają, że wnuczka się w nim zakochała. A on się idealnie tam odnalazł – to miejsce oddalone od ludzi, ogrodzone, z bardzo dużym terenem, wśród pól, lasów i nad jeziorem. Po tygodniu od adopcji wysłali mi jego zdjęcie, jak śpi na kanapie w ciągu dnia. To jest znak, że już się zaklimatyzował, odstresował. Ma dokładnie to, czego dla niego szukałam.

Inną moją schroniskową miłością był Piegus – też duży, też nie lubił innych psów, na spacerach ciągnął jak parowóz. Jeździłam do niego bardzo rano, by zdążyć wyjść do lasu zanim pojawią się tam inni wolontariusze z psami. W którymś momencie zaczął chorować- seria badań, okazało się, że ma nieodwracalnie uszkodzone nerki. Zaczął się czas walki o niego- kroplówki, badania, leki. W warunkach schroniskowych ciężko było o niego zadbać, więc z koleżankami wolontariuszkami zrzucałyśmy się co miesiąc na hotelik dla niego.

Piegus podczas kroplówki. Przez dwie godziny trzeba go było zabawiać, bo nie usiedział w miejscu

Potem, jakby było mało, Piegus zachorował na nowotwór. Operacje, nerwy i wciąż zero chętnych na adopcję. W pewnym momencie weterynarz prowadzący powiedział, że pies musi żyć w warunkach domowych, w cieple, bo jest w takim stanie, że ciężko będzie mu przeżyć zimę. Mimo naszych psów wzięliśmy go z mężem do domu, daliśmy osobny pokój, by nie stykał się z naszymi zwierzakami. To był czas wielkich nerwów – nasze psy zamykane, by Piegus mógł bezpiecznie wyjść na spacer, potem Piegus zamknięty, nasze biegły do ogrodu… Aż stał się cud- zadzwonił telefon. Ten jeden jedyny na który czekałam. Pies znalazł wspaniały dom, pani Ola adoptowała go wiedząc, że jest chory i długo się nim nie nacieszy. Dała mu wspaniały czas, prawie trzy lata. Gdy Piegus- u niej w domu zwany Maximusem- odchodził, płakałyśmy obie. Psy bardzo zbliżają. Po odbyciu żałoby pani Ola adoptowała innego mojego podopiecznego- Juliana, którego przywiozłam z interwencji w pseudoschronisku w Radysach. Wiem, że ma dom najlepszy z możliwych.

No właśnie, Radysy. W zeszłym roku cała Polska żyła interwencją w tym schronisku.

Od lat mówiono, że tam dzieje się źle, ale jakoś nic nie dawało się z tym zrobić, nie było na nich mocnych. W końcu różne stowarzyszenia skrzyknęły się, wciągnęły w to policję i prokuraturę i wolontariusze legalnie wkroczyli na teren Radys, gdzie wcześniej nie byli przez właściciela wpuszczani. To co tam zastali…

Powiem tyle – pojechałam tam z koleżanką wolontariuszką na kilka dni, by pomóc. Psy, które poznałyśmy, były stłoczone po kilka w ciasnych, betonowych boksach. To było lato, żar, a one bez wody, bez schronienia, bo pracownicy schroniska złośliwie odcięli wodę. Strażacy przywozili ją beczkowozami, wolontariusze nosili wiadrami i wlewali do misek. Większość psów była wystraszona, nieufna, chora, poraniona, sporo agresywnych. Siedziały po kilka w jednym boksie. Pamiętam, jak zszokowana powiedziałam do wolontariuszki prowadzącej interwencję, że w życiu nie wiedziałam tylu ogromnych psów. Poważnie- ogromnych, po kilkadziesiąt kilo. A ona odpowiedziała, że to nie przypadek: jeśli do dużych psów do boksów wrzuca się małe, to te silniejsze je często zagryzają walcząc o jedzenie, przestrzeń życiową, budę. Zostają tylko najsilniejsze osobniki. Szok. A dla właściciela zysk- pieniądze od gminy za przyjęcie psa dostał, pies został zagryziony przez inne psy, nie trzeba go karmić, a kasa zostaje.

Radysy zostały zlikwidowane, wszystkie psy rozjechały się do innych schronisk, domów tymczasowych, większość udało się już wyadoptować. Ja z koleżanką i kolegą wolontariuszami wzięliśmy pod swoją opiekę 4 psy stamtąd. Wszystkie mają już swoje rodziny. Teraz, dosłownie kilka dni temu, rozpoczęła się interwencja w kolejnym schronisku, w Wojtyszkach. Mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej, bo wiele jest schronisk, w których nie dzieje się najlepiej. W polskim prawie pies to wciąż przedmiot. I często dokładnie tak jest traktowany.

Moja koleżanka behawiorystka jest przeciwniczką adopcji, woli psy z hodowli i je poleca, bo uważa, że psy ze schroniska są trudne i akcja: „Nie kupuj, adoptuj” jest w jakimś sensie szkodliwa.

Dziwi mnie, że mówi to behawiorystka, która przecież na pewno wie, jak wiele można z psem wypracować. Poza tym znam wiele psów nie wymagających szczególnej uwagi, bardzo łagodnych. Niedawno do mojego schroniska w Milanówku przyjechała maleńka sunia, której pani umarła. Ona natychmiast znalazła dom tymczasowy, świetnie odnajduje się wśród nowych osób, nie sprawia żadnych problemów. A inne, owszem, wymagają pracy. Choćby moje prywatne schroniskowce. Hugo jest psem, który nie lubi innych psów, Fidelia jest z kolei bojaźliwa, powarkuje na Huga, ale na tyle się dobrali, że dobrze razem żyją. Fidelia ze strachu potrafi pokazać zęby również ludziom, którzy nas odwiedzają, ale my ich na to przygotowujemy, mówimy, że mają nie zwracać na nią uwagi, nie próbować głaskać, nie wyciągać rąk, ona potrzebuje czasu. I rzeczywiście, po kilkunastu minutach sama przychodzi upomnieć się o pieszczoty, ale w pierwszym kontakcie nie jest przyjemna. Taka behawiorystka mogłaby powiedzieć: trudny, nieadopcyjnie pies, skreślam go, do widzenia. Ale nam to nie przeszkadza, znamy jej ograniczenia. Bo nie oszukujmy się: nie z każdego psa da się zrobić anioła. Większość wolontariuszy adoptuje psy, których inni by nie chcieli.

Poza tym w schronisku pracuje się nad socjalizacją zwierzaka. Czasem pies jest agresywny na początku, bo to jest dla niego nowa sytuacja, nowe miejsce, obcy ludzie, a za tydzień już jest oswojony i nikt go nie poznaje. Dosłownie tydzień temu do domu pojechał Czili, który na początku był agresywny, ale to wynikało ze strachu, pierwszego dnia zrobił kupę pod siebie i w tym leżał, bo bał się ruszyć, nam pokazywał zęby.

Przychodzi ktoś do schroniska, widzi agresywnego psa, ale nie wie, że ten pies za kilka dni będzie wsadzał głowę pod pachę, żeby go tylko głaskać. Należy dać mu czas i troskę.

Zafascynowała mnie książka „Nietypowy mundurowy. Psy do zadań specjalnych”. Wiedziałaś wcześniej, że psy aż tak bardzo pomagają? Skąd pomysł na książkę?

Wiedziałam, że pomagają, nie wiedziałam jak bardzo. I przede wszystkim nie wiedziałam, co się z nimi dzieje później. Żyjemy filmami „Komisarz Alex” albo „Czterej Pancerni i pies”, ale to przecież bajka. Chciałam wiedzieć, jak wygląda ich życie. Pisząc tę książkę przeżywałam bardzo dużo skrajnych emocji. Czasem bardzo się złościłam.

Co cię złościło?

Najbardziej mnie złości, że dla tych psów nie ma pieniędzy. One mają niedługo być, ale na razie wciąż ich nie ma. Niedawno się dowiedziałam, że przewodnik w policji, żeby być lepiej wykorzystany do służby musi mieć dwa psy. Często są to psy, które się nie dogadają. Jeden pies, np. patrolowo – obrończy jest uczony agresji. Drugi z psów zawsze ma inną specjalizację- na przykład wyszukuje zapach narkotyków. Te z reguły są łagodniejsze. Psy często się nie lubią i już, nie mogą razem mieszkać.

Policjantka Aldona Bandzul, bohaterka książki i jej suczka Konczita. Fot.Sławomir Przyborowski

Funkcjonariusze policji to ludzie, którzy zarabiają w budżetówce, zazwyczaj mają niewielkie mieszkanka, jednego psa mogą do siebie wziąć, jeżeli, uwaga, pozwoli im komendant. A co z drugim? Musi zostać na terenie jednostki. I niby są racjonalne przesłanki, pies rodzi się w kojcu, tak wyglądają te hodowle, które dostarczają psy do służb mundurowych, nie do wszystkich, ale np. do policji tak. On w kojcu mieszka, w kojcu kończy życie, bo nawet jeżeli przewodnik chce go wziąć do domu, na emeryturę, to zdarza się, że pies się do tego nie nadaje. Pies agresywny w domu się nie sprawdza, bo jest w stanie zrobić krzywdę obcym osobom, albo małym dzieciom. Dla niego tylko przewodnik jest okej, ale już rodzina przewodnika to obcy ludzie.

Zaskoczeniem dla mnie było też to, że jeśli przewodnik bierze psa do siebie po skończonej służbie, to musi go finansować. A to są, na przykład, owczarki, które prędzej czy później będą miały problemy ze stawami, bo to specyfika rasy. Rezonans, prześwietlenie– to są pieniądze rzędu 800 złotych minimum. A gdzie suplementy, jedzenie? To mnie tak zirytowało: jak psy pracują, to okej, ale jak trzeba im zapewnić godną starość to już nie ma komu? Służby skarbowe same wypracowały w swoim ministerstwie psie emerytury. W Izbie Celno-Skarbowej brane są od szczeniaka i mieszkają z przewodnikiem, jeśli ktoś nie ma warunków domowych, nie dostaje psa. Podobnie jest w Państwowej Straży Pożarnej. Reszta służb bierze psy dorosłe, większość z nich mieszka na terenie jednostki i nie jest tak różowo.

Jedna z bohaterek, policjantka Aldona Bandzul, jak pisałam książkę miała w pracy dwa owczarki: Konczitę, która już mieszkała u nie

j w domu, ale cały czas była psem pracującym i Bilba, którego nie mogła wziąć, ale codziennie, nawet jak nie miała służby, do niego jeździła. W lipcu Konczita przeszła na emeryturę ze względu na wiek, a Aldona dostała kolejnego psa do pracy, więc w tej chwili ma trzy psy, za każdego czuje się odpowiedzialna. Jedna, drobna policjantka mierząca 160 cm ma pod opieką trzy wielkie owczary, jednego z nich na swoim całkowitym utrzymaniu.

A te psy są nieocenione. Nie zdajemy sobie sprawy, że gdyby nie one wiele ważnych spraw nie zostałoby rozwiązanych, wiele ciał odnalezionych. Została mi w głowie historia, gdy pies znalazł w bagnie ciało chłopca albo ślady zamordowanej kobiety.

Momentami siedziałam ze ściśniętym gardłem, a co mają powiedzieć funkcjonariusze, którzy często sami mają dzieci? Dla nich to ogromne emocje. Jednocześnie dla rodzin bardzo ważne jest odnalezienie ciała, żeby je godnie pochować. Nie ma chyba nic gorszego niż niepewność albo niepotrzebnie tląca się nadzieja, że ktoś żyje, a powód jego milczenia to po prostu utrata pamięci. I tak, znajdowanie zwłok to często dzieło psów.

Dla mnie było niesamowite, co ci funkcjonariusze opowiadali na temat tych tzw. psów zwłokowych. W momencie zatrzymania akcji serca u człowieka rozpoczyna się proces gnilny. Dla nas, ludzi, przez wiele godzin nie ma to żadnego znaczenia, nie zauważamy tego. Natomiast pies jest w stanie to rozróżnić, bije ci serce, za dziesięć minut nie żyjesz i on już czuje zupełnie inny zapach, z każdą godziną ten zapach się zmienia. Dlatego te psy potrafią tak łatwo znajdować ciała, a my tego nie potrafimy. Ciało leży czternaście metrów pod taflą wody, czternaście metrów wody, która im niżej tym jest bardziej gęsta, oleista, a on i tak je wyczuje. Niebywałe.

Maks wyszukuje zapach broni i materiałów wybuchowych, jego przewodnik to Marek Makles- Straż Graniczna, fot Piotr Niemiec

Jak psy komunikują, że znalazły ciało?

Zaczynają łapą uderzać o taflę wody –tego są uczone. Dalej już schodzą nurkowie.

Czytałam w twojej książce, że w przypadku Ewy Tylman właśnie psy pomogły odnaleźć zwłoki.

Wskazały, że jej ciało było na brzegu rzeki, w której zginęła, wyczuły je po trzech miesiącach. A zwłoki noworodka po dziewięciu miesiącach. Ktoś złożył doniesienie, że sąsiadka była w ciąży, wyjechała zagranicę, a po jakimś czasie wróciła, ale bez dziecka. Sąsiedzi podejrzewali, że je sprzedała. Do akcji wysłano przewodnika z psem. Psiak obwąchał teren, nie znalazł nic ciekawego, to samo w domu. Jednak kiedy wszedł na strych, jego zachowanie się zmieniło, był wyraźnie pobudzony. Wskazał na zakurzoną skrzynkę. Gdy przewodnik ją otworzył znalazł zmumifikowane zwłoki noworodka zawinięte w polar.

Psy szukają też żywych, zaginionych – tym często ratują życie. Uniemożliwiają przemyt- wskazują na ukryte narkotyki, broń, tytoń, psy patrolowe zapewniają bezpieczeństwo opiekunom na przykład biorących udział w interwencji, ochraniających mecze piłkarskie. Specjalnie wyszkolone potrafią wskazać nielegalny przemyt zwierząt czy egzotycznych roślin. Robią coś, czego my nie potrafimy. Należy im się za to nasz szacunek i lepsze życie.

Jeśli chcielibyście pomóc Kasi i jej podopiecznym, wyślijcie choć złotówkę na schronisko dla bezdomnych zwierząt w Milanówku pod Warszawą. Numer konta: 82 1020 1068 0000 1802 0000 1891


Zobacz także

Jak rozpoznać polską truskawkę? Szypułka prawdę ci powie!

Jak uprać kurtkę puchową i jej nie zniszczyć? Wypróbuj ten sposób

Ogólnopolski Strajk Kobiet na mapie. Sprawdź, gdzie odbywają się manifestacje w twoim mieście

Ogólnopolski Strajk Kobiet na mapie. Sprawdź, gdzie odbywają się manifestacje w twoim mieście