Zdrowie

Wydałam średnią krajową na lekarzy i diagnozę! Słodkie życie po czterdziestce

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
11 kwietnia 2022
po czterdziestce
fot. coldsnowstorm/iStock
 

Jesteś po czterdziestce? Zmęczona, znużona, bez energii? Obwiniasz się, że nie masz już tej mocy, co kiedyś? Że trudniej chudniesz, a po nieprzespanej nocy masz cienie pod oczami i dochodzisz do siebie kolejne dwa dni? Witaj w klubie. 

Oczywiście, kocham te wszystkie optymistyczne teksty dla kobiet po czterdziestce, sama napisałam niejeden. Ach ta wolność, określone cele, dystans, mniejsza fiksacja na urodzie, odpuszczanie. To jest cudowne, wiem.

Ale „czterdziestka” (umownie, chodzi o drugą połowę życia) ma też swoją czarną stronę

I jest nią często zdrowie. Trudniej jest: utrzymać wagę, świeżość, dobrą cerę, stałą energię. Trudniej jest, szczególnie jeśli nie pracowało się wcześniej przez lata na dobrą formę.

Zawsze byłam zdrowa, nigdy nie leżałam w szpitalu (poza rodzeniem dziecka), generalnie pławiłam się w poczuciu nieśmiertelności.
Ale coś kilka lat temu zaczęło szwankować. Uparcie jednak nie chciałam tego widzieć. „Starzenie się” to jest coś, co wywołuje we mnie dreszcze. I naprawdę szczerze nie znosiłam sytuacji, gdy ktoś mówił o zmarszczkach, wyczerpaniu, czy mniejszym powerze. A kysz! Nie będę słuchała tych głupot.

Zmęczenie? To wypiję jeszcze jedną kawę, popiję energetykiem. Błagam.
Lęk i niepokój? To naprawdę są fanaberie, łyknę sobie benzodiazepiny.
Problem z wagą? Lepiej nie będę tego widzieć, w końcu waga nie jest najważniejsza.

Naprawdę nie wiem, jak przegapiłam moment, kiedy z fajnej laski, której się CHCIAŁO,  przemieniłam się w pozbawioną energii melepetę. Spacer z mężem 10 kilometrów– musiałam po tym odpoczywać dwa dni. Wyjazd i dużo łażenia– znów konieczny odpoczynek. Bądźmy szczerzy, ledwo właziłam na czwarte piętro, miewałam mroczki przed oczami, mdłości itd.

Prawie zamieszkałam na kanapie, oczywiście to umowne, bo wciąż potrafiłam spędzić aktywnie dzień, chodzi o to, że za wszystko ponosiłam wyższą cenę. Po prostu czułam się słaba– co ignorowałam. Bo przecież ja nie mogę być chora.

Czas na lekarza!

Nie chce mi się nawet pisać, ile diet spróbowałam. Ale do tego dietowego worka można wrzucić wszystko. Również posty, keto, czy po prostu zasadę MŻ– szczerze? Słabo działało. Półtora roku temu (sic!) zapisałam się do znanego endokrynologa, diabetologa, dr Housa od problemów z wagą (że nie powiem wprost: nadwagi i otyłości). We wrześniu 2021 roku wizytę oddałam koleżance. Pomyślałam, że to szaleństwo wydawać tyle na lekarza– spróbuję inaczej. Sama. „Na pewno masz hashimoto”, „To insulinooporność”, grzmiały moje koleżanki. Pomyślałam, że pewnie mają rację i… dalej nic z tym nie robiłam. Bo zawsze przecież jest na co wydać pieniądze. Albo na dziecko, albo na rzeczy do domu, kwiaty doniczkowe, wakacje.

NFZ natomiast budziło mój niepokój. Moja mama, na przykład, dostała skierowanie na wizytę na cito u endokrynologa…. Termin? Za rok. Inna koleżanka, do neurochirurga na cito – termin za dwa lata. Nie mówiąc już o tym, że znajomy mojej mamy w styczniu dostał na cito skierowanie do neurologa– na październik. I już się na tej wizycie nie pojawi, bo… umarł. Na niewydolność serca.

Tak więc płynęłam sobie przez życie, a raczej się przez nie przelewałam, przysięgając sobie, że jak oddam ten tekst, tę książkę to już NA PEWNO.

Aż nadeszła ta wiosna i wbrew klimatowi świata, postanowiłam zwrócić się do siebie i zająć się po prostu sobą. Zdrowiem.
Dużo rozmawiałam z kobietami w moim wieku i starszymi. Wiele z nich bardzo pilnuje diety, regularnie ćwiczy, a mimo to, na przykład, trudniej im utrzymać wagę. Wiele ma problem z tarczycą i insulinoopornością. Dowiedziałam się, że polski doktor House ma niesamowite efekty. Nie tylko w odchudzaniu, ale też regulowaniu hormonów. Jedna z moich znajomych po leczeniu u niego zaszła w ciążę(po dziesięciu latach bezskutecznych starań).

Ze strony doktorka ściągnęłam listę badań do zrobienia przed wizytą. M.in hormony tarczycowe, krzywą cukrową i insulinową, poziom ferrytyny, mocznik i wiele wiele innych. Wśród nich również hormony kobiece: estradiol, FSH, lh, progesteron i prolaktynę.

Jesteś po czterdziestce? Tak już musi być!

„Po co ci te badania?! Przecież nie starasz się o dziecko. A estradiol na pewno będziesz miała niski, taki wiek” rzuciła koleżanka położna.

Podobne nastawienie miały panie w przychodni rejonowej, do której zadzwoniłam. Chciałam umówić się na wizytę do lekarki rodzinnej i dostać skierowanie na choćby na część tych badań. Przecież na pewno je dostanę, od lat płacę składki na ubezpieczenie zdrowotne, z bezpłatnej opieki lekarskiej skorzystałam w życiu raz. Podczas porodu!

– Pani doktor nie przepisze badań ot tak – rzuciła surowo pani w rejestracji przychodni.
– Nie chcę ot tak.
– No nie wiem, niech pani zrobi badania prywatnie.
– Ale dlaczego mam robić je prywatnie skoro płacę?
– Krzywej cukrowej i insulinowej nie dostanie pani na pewno.
– A dlaczego?
– Bo doktor nie uzna tego za potrzebne.
– No jednak jak mnie zobaczy to raczej uzna!– zasyczałam.

Pani łaskawie mnie wpisała na wizytę za dwa dni o 12.00, bo tylko taki był termin. Kilka razy zaznaczyła, że niczego nie obiecuje.
Pomyślałam sobie, że oto trafię do przychodni i będę toczyć wojnę o skierowanie. Nie mam zdrowia! Szkoda mi czasu, bo przecież muszę pisać książkę, teksty, gotować, sprzątać, wychodzić z psami, dbać o koty, dziecko i męża. I koleżanki.

Profilaktyka 40 plus, czy warto?

Fot. iStock / M_a_y_a

Spróbowałam jeszcze wypełnić kwestionariusz i zapisać się na badanie dzięki programowi 40 plus (dostępne na pacjent.gov.pl. profilaktyka). Tu już było znacznie lepiej. Pani rejestrująca przemiła. Termin szybko, tylko, że poza pomiarem masy ciała, wzrostu i obwodu brzucha (to, przepraszam, umiem zrobić sama) niewiele jest badań – morfologia, płytki krwi, kwas moczowy, kreatynina, lipidogram. Nie dostałam nawet skierowania na poziom glukozy. Ale i tak nie jest źle i naprawdę warto zapisać się na tę profilaktykę. Może coś oszukałam w kwestionariuszu (zawsze wolimy wydawać się zdrowsi) i dlatego części badań nie dostałam.

Znów się poddałam i wykupiłam wszystkie badania na stronie ALAB. Zapłaciłam około 1000 złotych. Kilka dni później z pakietem wyników wylądowałam u House’a.

– Słabiutko, słabiutko – mruczał pod nosem doktorek.
– Jakie słabiutko, chciałam krzyknąć, przecież jestem zdrowa. Okazało się, że nie jestem– stan przedcukrzycowy (ja?? Zawsze miałam niski cukier), wysokie ciśnienie (ja??? Zawsze miałam niskie) poziom ferrytyny dramat, estradiol dramat, magnez dramat. W ogóle dramat, dramat. Tłumaczył mi też dokładnie dlaczego nie mogłam SAMA schudnąć.

Wytłumaczył mi też, że to bzdura, że nie warto badać sobie estradiolu po 40 – tce. Właśnie trzeba, bo nagłe spadki odpowiadają za nasze złe samopoczucie, odkładanie się tłuszczu na brzuchu, gorszą cerę, mniej mocy. W ogóle trzeba go badać również wcześniej, bo zaburzenia hormonalne wpływają na naszą kondycję (jak często to zaniedbujemy, prawda?).

Poza tym nagle zrozumiałam, co to znaczy trafić do dobrego lekarza. Ktoś (na podstawie badań!) czyta w tobie, jak w książce. Wie, z czym masz problem, co cię męczy, jak śpisz, jak wstajesz. Co więcej, okazuje się, że to się da wyleczyć!

– Matko, ile tych leków– jęknęłam widząc, co mi doktor przepisuje – Przyszłam zdrowa, wychodzę chora.
– Nie, od dawna była pani chora. Po prostu nic z tym pani nie zrobiła! Tak jak wiele innych kobiet. Ludzi. Bo my nie akceptujemy czasu– mruknął filozoficznie. Kobiety, jak słyszą słowo menopauza dostają palpitacji serca. Zrobią wszystko, żeby oddalić to w czasie.

– Boże, nie mam menopauzy?!– jęknęłam przerażona. Roześmiał się. – Nie, nie ma pani. Ale kobiety już 10, nawet 15 lat wcześniej wchodzą w fazę, gdzie poziomy hormonów się wahają. Poza tym teraz jest taki świat, nawet młode dziewczyny mają z tym problem. Zła dieta, klimat, stres, wszystko ma na to wpływ.

Poczułam ulgę, przyznaję. A zaraz potem pomyślałam, dlaczego my chcemy być niezniszczalni? Właśnie świadomość, że jesteśmy zniszczalni pozwala nam o siebie zadbać. Nie być na diecie, ale zmienić styl życia. Odpuścić pewne rzeczy. Ale naprawdę, a nie tylko o tym mówić. I nie chodzi o to, żeby się poddać. Tyle, że czterdziestolatka to nie jest dwudziestolatka. Po prostu. Nawet jeśli modnie i właściwie jest mówić, że teraz wiek nie ma znaczenia. On ma zawsze znaczenie.

Teraz, gdy patrzę na moją torbę leków, widzę to szczególnie. Za każde zaniedbanie ponosimy cenę. Radzę zacząć wcześniej prawdziwe dbanie o siebie:). I nie udawać, że wszystko jest zawsze dobrze! Nie jest, a nasz organizm w końcu powie: „Hola, mała, a teraz ci wystawię rachunek za lata nadużywania mnie i nieszanowania”. I my musimy ten rachunek zapłacić. Po prostu .

 


Zdrowie

Gdy czułam się nieszczęśliwa – jadłam. Dziś uczę się zdrowego kojenia emocji

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
11 kwietnia 2022
fot. foodandwinephotography/iStock
 

Powiem otwarcie – dość często w destrukcyjny sposób radzę sobie z silnymi emocjami. Alkohol kompletnie na mnie nie działa, więc wieczorna lampka czerwonego wina nie wchodzi u mnie w grę. Robię za to zupełnie inne rzeczy, które pomagają mi radzić sobie z emocjami. Kiedy się czymś martwię, a ostatnio tych powodów jest przecież bez liku: palę papierosy, sięgam po niezdrowe przekąski albo włączam sobie serial i oglądam odcinek za odcinkiem przez pół nocy.  Co z tym zrobić? Jest kilka sprawdzonych pomysłów.

Mam świadomość, że kompulsywne oglądanie seriali czy zajadanie emocji szkodzi mi i że powinnam szukać zdrowszych zamienników rozładowywania napięcia. Jasne, że sama świadomość, że sobie szkodzimy nie wystarcza. Ale to zawsze jest jakiś pierwszy krok do zmiany.

Dlaczego nie potrafimy regulować emocji?

Tak naprawdę niewiele osób to potrafi. Psychologowie twierdzą, że wszystko zaczyna się naszym dzieciństwie. Psycholog Jonice Webb, twierdzi, że rodzice mają wielką moc.

„Uspakajasz swoje dziecko, jeśli słuchasz uważnie jego długiej opowieści o czymś niesprawiedliwym, co przydarzyło mu się w ciągu dnia. Albo siedzisz w jego pokoju i ze spokojem (nawet bez słów) pomagasz opanować emocje córce, która ma napad wściekłości. Albo kładziesz się obok syna, aby pomóc mu zasnąć po koszmarze i gładzisz czule czoło zrozpaczonego malucha”, opowiada.

Te wszystkie działania pomagają dzieciom radzić sobie z silnymi emocjami. Jeśli miałaś szczęście i takich rodziców, oni nauczyli cię regulować napięcie. A co jeśli twoi rodzice – jak moi – byli zabiegani i nie potrafili znaleźć czasu na gładzenie twojego czoła? Co, jeśli brakowało im cierpliwości na to, by słuchać o trudnych wydarzeniach w przedszkolu? Co, jeśli mówili: „uspokój się, nie płacz”?!

Unieważniając silne emocje, nie uczyli cię zdolności samoukojenia. Dlatego pewnie na własną rękę szukałaś innych sposobów na osiągnięcie spokoju. Mogłaś np. objadać się słodyczami i całkowicie nieświadomie odkryłaś, że po tabliczce czekolady nagle czujesz się spokojniejsza. Potem przyszły kolejne kompulsje. Dziś np. już wiesz, że oglądając ciurkiem cały sezon „Gry o tron”, nie musisz już zamartwiać się kłopotami w pracy. Bo jeśli osiem godzin spędzasz z bohaterami serialu i wciągają się w ich problemy, zapominasz o swoich. A to przynosi im ulgę. Dlatego nie dziwmy się, że wracamy do tego, co nam pomaga. To nie musi być nawet jakieś uzależnienie! To wcale nie musi być wieczorem wypita butelka czerwonego wina. To może być kompulsywne zajadanie emocji, „zagranie” ich grami albo „zaoglądanie” serialami.

Jak radzić sobie z emocjami?

Takim zaniedbywanym emocjonalnie dzieckiem jestem właśnie ja. Nie wstydzę się tego, bo jest nas miliony i każdy na swój sposób szuka ukojenie emocji. Najczęściej są to średnio zdrowe pomysły. Godzinami bezsensownie scrollujemy. Coraz więcej kupujemy przez internet, a nawet nałogowo słuchamy podcastów. W zasadzie nie wyjmujemy już słuchawek z uszu, bo nie chcemy zostać sam na sam z tym, co mamy w swoich głowach. Czyli ze swoimi myślami!

Nauka radzenie sobie z tymi „przyzwyczajeniami”, „kompulsjami”, „nałogami” jest bardzo trudna! Przecież te wszystkie niezdrowe rzeczy działają  i bardzo prosto po nie sięgnąć. Nie trzeba robić wokół nich jakiś specjalnych wysiłków. Tylko że potem… cierpi na tym nasze zdrowie i dusza. Dlatego trzeba szukać lepszych zamienników samoukojenia. Jak to robić, kiedy w dzieciństwie brakowało nam emocjonalnego wsparcia? Porady psychologów i  zazwyczaj w takich sytuacjach brzmią jak prawdziwe wyzwanie: medytuj, uprawiaj jogę, idź pobiegać, stosuj techniki oddechowe. Słowo, ale na mnie to nie działa! Bo nawet skuteczna metoda, powtarzania sto razy, zaczyna brzmieć jak zwykły banał. Co innego można robić?

1. Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy

W jednym z ostatnich wywiadów Tomasz Sekielski przyznał się, że objadał się w nocy, a jego rodzina bardzo bała się, że otyłość może doprowadzić go po prostu do śmierci. Dopiero po rozmowie z lekarzem, Sekielski zdał sobie sprawę, że nie jest nieśmiertelny. Wcześniej żył w iluzji, że to go nie dotyczy. Dlatego często pierwszym krokiem do walki ze swoimi „słabościami” i kojeniem emocji w sposób destruktywny jest – zderzenie się ze ścianą i myśl: „Jak nie teraz, to kiedy?”

2. Gdy dojdziesz do ściany, rozpisz plan

Musi być indywidualny, ponieważ na każdego działa, co innego. Warto to spisać na kartce i mieć ją zawsze przy sobie albo powiesić ją w widocznym miejscu w domu. Zrób więc staranny reaserch, co na ciebie działało w przeszłości, co czasem cię koi, ale też, co pomagało ci w dzieciństwie.

3. Teraz czas na test

Gdy pojawia się np. silny lęk lub złość i zwykle w takiej sytuacji zaczynałaś grać, lub objadać się – wypróbuj zamiennik ze swojej listy i zaznacz, czy to zadziałało. Jeśli nie – skreśl go. Jeśli pomogło – zaznacz kolorowym markerem. Po tygodniu masz już sprawdzoną listę. By dać ci większe wyobrażanie o tym – napiszę, co działa w moim przypadku.

a. Kiedy się nudzę 

KIEDYŚ jadłam ciastka – DZIŚ jem surowe marchewki albo robię sobie herbatę z cytryną w ulubionej filiżance.

b. Kiedy czuję się nieszczęśliwa

KIEDYŚ oglądałam kompulsywnie seriale – DZIŚ natychmiast wychodzę z psem na długi spacer lub staram się zadzwonić do przyjaciółki i o czymś dłużej z nią pogadać, nawet niekoniecznie o swoich problemach.

c. Kiedy nie mam siły pracować

KIEDYŚ zapalałam papierosa, by pobudzić się do pracy – DZIŚ przytulam się na chwilę do mojego psa albo umawiam się na spotkanie ze znajomą. Dzwonię i mówię wprost, że potrzebuje ratunku.

d. Kiedy nie mogę ze stresu zasnąć

KIEDYŚ robiłam sobie kanapkę – DZIŚ piję herbatę i zaczynam czytać. Jednocześnie tłumaczę sobie, że nawet jak usnę o godz. 2.000 w nocy to nic wielkiego się nie stanie, świat się nie zawali.

e. Kiedy wieczorem czuję się ekstremalnie zmęczona

KIEDYŚ  grałam w spadające kulki – DZIŚ kładę się do łóżka i pozwalam sobie na drzemkę. Czasem po prostu leżę, myślę i pozwalam emocjom „przelewać się” przez moją głowę. Powtarzam sobie: „To nie będzie trwać wiecznie. Każda emocja kiedyś odpływa, mija, odchodzi”. Staram się też uprawiać „self talk”, czyli mówię do siebie czule. Nie przejmuję się tym, że wyglądam wtedy jak wariatka.

f. Kiedy dopada mnie smutek, że życie nie ma sensu

KIEDYŚ zapadałam się w sobie – DZIŚ natychmiast staram się mu nadać sens. Zapisuję się na zajęcia z ceramiki (bo wiem, że to mnie relaksuje i jest najlepszą medytacją) albo planuję z córką daleką podróż. Potem mam już światełko w tunelu i jest do czego się przygotowywać, do czego dążyć.

Pamiętaj, nikt nie może raz na zawsze uciec od silnych uczuć.

„Przez całe życie będziesz potrzebować umiejętności uspokojenia się. Jeśli dorastałeś w rodzinie zaniedbywanej emocjonalnie, możesz nauczyć się tego teraz. Płacz, chodź, śpiewaj, rozmawiaj ze sobą. Zachowaj swoją listę i zmieniaj ją z biegiem czasu. Ta potężna umiejętność pozwoli ci przetrwać trudne czasy i sprawi, że będziesz bardziej odporna i pewny siebie”, radzi psycholog Jonice Webb w Psychology Toaday i autorka bestselera Running on Empty: Overcome Your Childhood Emotional Neglect„.


Zdrowie

Jedni chcą to widzieć, innym wystarcza sama świadomość. Gdy partner namawia do zdrady

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
11 kwietnia 2022
fot. Mikhail Sotnikov/iStock

Zdrada kontrolowana budzi wiele kontrowersji i wywołuje mieszane uczucia. Nie ma się czemu dziwić, bo świadome namawianie i nakłanianie partnerki na zbliżenie z drugim mężczyzną, nie wydaje się dobrym pomysłem. Czym jest zdrada kontrolowana i czym kierują się ci, którzy do niej zachęcają?

Zdrada – boli, rani i krzywdzi

Zdrada, to nic innego jak złamanie zasad panujących w związku – obietnicy, przysięgi bycia wiernym. Osoba, która dopuszcza się zdrady, narusza bliskość jaka wytworzyła się pomiędzy nią a partnerem. To świadome nadszarpnięcie więzi i zawiedzenie zaufania partnera. Zdrada, a dokładniej moment, w którym wyjdzie na jaw, wywołuje gniew, złość i ból u osoby, która została skrzywdzona. Może być nią zarówno flirtowanie, całowanie się, ale przede wszystkim współżycie z kimś, kto nie jest naszym partnerem. To cały szereg zachowań, związanych z przekroczeniem granic obowiązujących w związku. Do zdrady najczęściej dochodzi wówczas, gdy do związku wkrada się rutyna, nuda i brak satysfakcji seksualnej. Często posuwamy się o krok za daleko tylko po to, by potwierdzić własną atrakcyjność i zwiększyć poczucie własnej wartości.

Zdrada kontrolowana – czym jest?

Zdrada kontrolowana inaczej cuckold, to sytuacja, w której pozwalamy, a wręcz zachęcamy partnera do zdrady i złamania pewnych zasad. Zespół prowokowanej zdrady najczęściej dotyczy osób, które na widok partnera uprawiającego seks z inną osobą, czują podniecenie.

Zdrada, niezależnie na jakim etapie związku, wywołuje negatywne emocje. Osłabia uczucia, rujnuje zaufanie, co często kończy się brakiem jakiejkolwiek możliwości odbudowania związku i rozstaniem. Jednak przebieg zdrady kontrolowanej znacznie różni się od tego powyższego. Cuckold jest rodzajem fetyszu, w którym odczuwamy podniecenie, na widok partnera uprawiającego seks z drugą osobą. Zgodnie z definicją to mężczyzna jest zdradzany, a kobieta dopuszcza się zdrady. Zdarzają się jednak odwrotne sytuacje, w których to partnerka patrzy na swojego partnera współżyjącego z inną kobietą. W takim przypadku mamy do czynienia z sytuacją zwaną „cuckqueen”. Na zdradę kontrolowaną muszą zgodzić się obydwie strony – w przeciwnym razie może doprowadzić do wielu nieporozumień, nieprzyjemnych sytuacji czy nawet rozstania.

O ile w Polsce zdrada kontrolowana nie cieszy się zbytnią popularnością, to szacuje się, że w Stanach Zjednoczonych może dotyczyć nawet co piątej pary.

To tylko seks?

W większości przypadków tak, jednak niekiedy to „tylko” pocałunki, dotyk i flirt. Zdrada kontrolowana może odbywać się na oczach partnera, który czerpie przyjemność z przyglądania się swojej kobiecie współżyjącej z innym. Niektórzy nie potrzebują jednak być jej naocznymi świadkami – wystarczy im sama świadomość. Często mężczyźni proszą swoje kobiety o dokładne „zdanie relacji”.

Zdrada kontrolowana – jakie korzyści czerpie osoba zdradzana?

Trudno zrozumieć tok rozumowania mężczyzny, który namawia swoją partnerkę do zdrady. Początkowo kobietom wydaje się, że to żart, sprawdzenie wierności i zaufania. Jednak gdy nalegania stają się coraz silniejsze, wręcz nie do zniesienia, sytuacja zaczyna się komplikować. Kobiety zachęcane do zdrady reagują różnie – pojawia się złość, gniew, niedowierzanie. Te, które chcą spróbować czegoś nowego, od razu wyrażają zgodę. Kobieta może sama sobie wybrać kochanka, jednak najczęściej partner towarzyszy i pomaga jej przy wyborze.

Czym kierują się panowie, zachęcający swoją kobietę do współżycia z innym facetem? To z całą pewnością nie jest „zabawa” dla każdego. Tylko wybrani chcą grać w tę grę. Wielu mężczyzn, na widok swojej partnerki uprawiającej seks z innym, odczuwa podniecenie. Czerpanie korzyści z bycia zdradzanym przypisuje się mężczyznom ze skłonnościami masochistycznymi lub ekshibicjonistycznymi. Okazuje się, że partnerowi obserwującemu swoją kobietę często towarzyszy świadomość władzy i wyższości – partnerka spełnia jego oczekiwania i wymagania, a więc jest jego własnością. Niektórzy w ten sposób podnoszą poczucie własnej wartości. Zdrada kontrolowana powinna być wspólną decyzją partnerów, a nie żądaniem jednej ze stron, która chce zaspokoić swoje potrzeby.


Zobacz także

Rak jądra - czynniki ryzyka, objawy, leczenie, rokowania

Rak jądra – coraz częściej dotyka młodych mężczyzn. Co trzeba o nim wiedzieć?

Przestań brnąć w ślepy zaułek. 6 rzeczy, które spowalniają twój metabolizm. Akcja „Polka na diecie”, dzień #11

Co się stanie, jeśli będziesz ją pić codziennie?