Lifestyle Uroda

Farba do włosów, która pachnie jak zmielone glony i ma zielony kolor? Czemu nie? Przecież zawsze warto próbować nowych rzeczy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 września 2017
Fot. iStock / shotsstudio
 

Cóż, moje włosy już naprawdę dużo przeszły. Farbowania, rozjaśniania, obcinania, nawet maszynką na kompletne zero. Pewnie dlatego bez problemu zgodziłam się na wypróbowanie farby do włosów Indus Valley. Brzmi tajemniczo, ale Indus Valley to nazwa doliny w Himalajach, gdzie uprawiane są wszelkiego rodzaju zioła, rośliny wykorzystywane m.in.do produkcji naturalnych kosmetyków, a z uwagi na to, że jest tam niezwykle krystalicznie czyste powietrze, kosmetyki, które powstały przy użyciu tych składników, są najwyższej jakości ekologicznej. Patrząc na bogatą ofertę ofertę Better Landu należy zwrócić uwagę, że wszelkiego rodzaju henny posiadają certyfikaty ekologiczne, co wyklucza zawartość metali ciężkich w kosmetykach.

Pomyślałam, że skoro nic wcześniej nie zaszkodziło moim włosom, to przecież farba stworzona jedynie na naturalnych składnikach krzywdy mi nie zrobi. Tak myślałam, gorzej, gdy pomysł stał się rzeczywistością, a ja ze zdumieniem odbierałam od kuriera błyskawicznie po złożeniu zamówienia przesłaną farbę. Musiała odstać na półce, by nabrać mocy sprawczej. I w końcu nadszedł ten dzień.

Pierwsze zaskoczenie – proszek zielony i… brak utleniacza. Zaskoczona po kolei wyciągałam wszystko, co zostało zapakowane do pudełka, czyli zielony proszek, czepek, rękawiczki i… ufff instrukcję użycia po polsku. Okazało się, że proszek należy wymieszać w z gorącą wodą, by uwolnił swoje właściwości. Pytanie – ile wody, ile proszku? W panice zerkam do instrukcji, a tam na pierwszy rzut oka brakuje proporcji. Wystarczy jednak odrobina cierpliwości, by zajrzeć ciut dalej w opis i w części najczęściej zadawanych pytań znajduje się odpowiedź na wszystkie wątpliwości. Cóż nie ukrywam, że ja podczas mieszania farby z wodą, użyłam kuchennej wagi, by zważyć proszek i odmierzyć trzy razy większą ilość wody. To może jedyna niedogodność, ale teraz, kiedy wiem, jaka konsystencja powinna zostać uzyskana, kolejny raz zrobię już na tak zwane „oko”.

21684442_812733938905074_1378587058_o

To, co się działo później, wzbudziło zainteresowanie całej mojej rodziny. Nie pierwszy raz farbowałam włosy w domu, bez udziału fryzjera, a jednak tym razem było inaczej. Po pierwsze proszek – choć tego się właśnie spodziewałam – nie zmienił swojego koloru i stał się ciemnozieloną papką, a przecież moje włosy miały uzyskać według zapewnień producenta jasnobrązowy odcień. Cóż… I zapach, jakże daleki od zapachu farb, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni. Tymczasem farba Indus Valley nie dość, że ciemnozielona, to o zapachu, który może zaskoczyć. Mój młodszy syn stwierdził, że papka pachnie jak mocna herbata, mi natomiast zapach skojarzył się z mielonymi glonami. Kto był bliższy prawdy – sami oceńcie. Na opakowaniu napisano, że farba nie rozjaśnia włosów, co mnie bardzo ucieszyło, ponieważ chciałam, by kolor po farbowaniu był najbardziej zbliżony do naturalnego.

Przed farbowaniem

Przed farbowaniem

Poprosiłam przyjaciółkę, żeby pofarbowała mi włosy. Pamiętajcie, gdybyście zdecydowali się użyć tej farby (a szczerze polecam) – nakładamy ją wilgotne włosy. Ja jestem z tych, co to rzucają tylko okiem na opis sposobu użycia, w tym jednak przypadku przestudiowałam go dokładnie.

Cóż, papka po tym, jak wystygła i była gotowa do nałożenia nie zmieniała swojego zielonego koloru. Pomyślałam: „Ryzyk-fizyk”. Farbę rozprowadzało się trudniej po włosach niż te, którymi farbujemy je zazwyczaj. Powstawała skorupa, może trochę tak, jakbyśmy na włosach kładli gips. No cóż. Farba położna – nie było odwrotu. Ale już na tym etapie zanotowałam kilka plusów. Pierwszy – proszek, który pozostał (mam krótkie włosy, więc zużyłam około połowę) bez problemu można użyć przy kolejnym razie, Nie trzeba się martwić, że utleniacz się przeterminuje, bo tu wystarczy przecież gorąca woda. Drugie – moja zmora – farbowana skóra na czole, przy uszach, na karku. Trudno tego uniknąć, ale nie, gdy farbujemy włosy farbą Indus Valley. Ta farba złożona z naturalnych składników nie przebarwia naszej skóry! I to jest fantastyczna wiadomość! Chociażby z tego względu ta farba zyskała moje uznanie. A to przecież jeszcze nie koniec.

W trakcie farbowania

W trakcie farbowania

Odczekałam 40 minut w czepku na głowie i poszłam zmywać farbę. Uprzedzam – nie jest łatwo. Trzeba poświęcić trochę czasu na spłukanie z naszych włosów całej farby. W opisie zapisano, żeby głowę zmyć samą wodę, ja jednak użyłam szamponu. Myślę, że nie ma to większego wpływu na efekt końcowy.

I chwila prawdy z suszarką w ręce przy lustrze… Co się okazało? Farba złożona jedynie z henny i ziół pochodzących z nieskażonego środowiska Doliny Indusu nadała moim włosom wyjątkowy blask. Faktycznie jasny brąz nie rozjaśnił moich włosów, pogłębił jednak ich dotychczasowy kolor.

Co więcej – włosy faktycznie jakby jeszcze przez dwa kolejne dni jakby spijały farbę i lekko zmieniały swój kolor, ale tylko na korzyść. Wyglądają na odżywione, nawilżone, a przecież nie było śladu po farbowaniu tak charakterystycznego na naszej skórze po użyciu farb komercyjnych.

Cóż więcej mogę dodać – obecnie, gdy stawiamy na naturalne kolory naszych włosów, na odejście od chemicznych ulepszaczy, farba Indus Valley zdaje się być strzałem w dziesiątkę. Właściwie, skoro nie farbuje skóry, można nałożyć ją nawet samodzielnie na włosy, bez obaw, że kolor włosów przybierze także skóra na naszym karku. Moje włosy na tę farbę zareagowały świetnie, po kilku dniach zauważyłam, że łatwiej się układają, nie przetłuszczają się tak szybko, jak wcześniej. Kto wie, może za chwilę dostrzegę jeszcze inne zalety farby Indus Valley i jej zbawienny wpływ na moje włosy. Jedno jest pewne – użyję jej po raz kolejny, a wam z czystym sercem polecam – wasze włosy tylko na tym eksperymencie skorzystają.

Z tego co wiem, nasza redakcyjna koleżanka nie wytrzymała i zamówiła farbę w kolorze blond. Odrosty lekko rozjaśniły się, broń boże nie utleniły, co w przypadku jasnych włosów nie jest bez znaczenia. Całość nabrała ładnego, lśniącego połysku. Nie pozostaje nic innego, jak wypróbować to cudo!
Po farbowaniu

Po farbowaniu

21585817_812733982238403_1618695559_o


Lifestyle Uroda

Dodajesz cytrynę do herbaty i popijasz nią ciasto? Niedobrze, oj niedobrze

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
19 września 2017
Fot. iStock/ozgurkeser
 

Powszechnie wiadomo, że zdrowa dieta powinna być zbilansowana i różnorodna. Dlatego też większość z nas stara się, by na talerzu zawsze znajdowało minimum kilka produktów. Okazuje się jednak, że nie wszystkie połączenia składników nam służą. Jeżeli do tej pory piłaś mocną herbatę z plasterkiem cytryny, teraz najprawdopodobniej przestaniesz. I słusznie.

Pomidor i ogórek

Kto by pomyślał, że pomidorów i ogórków nie należy ze sobą łączyć. Dla niektórych jest to przecież idealny duet świeżych warzyw. Tymczasem okazuje się, że zawarty w ogórku enzym (tzw. askorbinaza) rozkłada witaminę C, znajdującą się w pomidorach. Nie jest to oczywiście połączenie toksyczne i trujące, ale jeśli chcemy w pełni skorzystać z dobroczynnych właściwości pomidora, nie powinniśmy łączyć go z ogórkiem.

Herbatka z cytryną do ciasta

Naukowcy ostrzegają przed glinem, który po skumulowaniu się w organizmie człowieka, może być jedną z przyczyn choroby Alzheimera. Ale co to ma wspólnego z herbatą? Niestety dużo. W jej liściach znajduje się 700-2000 μg glinu. Po ich zaparzeniu 27 proc. tego pierwiastka znajduje się w naparze. Im mocniejszą herbatę pijemy, tym więcej go znajdziemy. To jednak nie koniec. Po dodaniu cytryny glin zaczyna być przyswajany postaci cytrynianu glinu, a jego ilość wzrasta nawet 50-krotnie. Zamiast cytryny lepiej więc dodać do naparu sok malinowy. Herbaty nie należy również łączyć z ciastem drożdżowym. Zawarte w niej garbniki ograniczają wchłanianie witaminy B1, która znajduje się w cieście. Witamina B1 korzystnie wpływa na układ nerwowy, poprawia pamięć i koncentrację, a także chroni przed skurczami mięśni. Miłośnicy herbaty z miodem powinni natomiast wstrzymać się z jego dodaniem do naparu do momentu aż przestygnie. Wrzątek zmniejsza aktywność diastazy i inwertazy – dwóch substancji, które opowiadają za lecznicze właściwości miodu.

Alkohol i słodziki

Jeżeli do tej pory stosowałaś sztucznie słodzone napoje do rozcieńczania alkoholu, chcąc sprytnie zmniejszyć ich kaloryczność, powinnaś natychmiast zrezygnować z tego sposobu.  Alkohol podnosi ciśnienie i negatywnie wpływa na pracę układu krwionośnego. Popularny aspartam robi niestety to samo. Ponadto ma niekorzystny wpływ na układ nerwowy i sprawia, że znacznie szybciej się upijamy. Połączenie alkoholu z napojem z dodatkiem słodzika jest więc wyjątkowo niebezpieczną mieszanką.

Sadzone jajko z ziemniakami i kefirem

Łatwe, szybkie i wyjątkowo tanie danie. Niestety i ono nie powinno zbyt często gościć na naszych stołach. Ziemniaki zawierają bardzo dużo szczawianów, które zmniejszają przyswajanie wapnia, zawartego w jajku i nabiale.

Czerwone wino i czerwone mięso

Znawcy win właśnie w ten sposób by je zaserwowali. Lepiej jednak unikać tego połączenia. Czerwone wino zawiera bardzo dużo garbników, które znacznie utrudniają wchłanianie żelaza z czerwonego mięsa. Oczywiście najlepiej w ogóle zrezygnować z alkoholu do posiłku.

Alkohol i czernidłak kołpakowaty

Generalnie żadnych grzybów nie powinno się popijać alkoholem, ponieważ zdecydowanie trudniej ulegają trawieniu. Szczególną ostrożność należy jednak zachować, gdy planujemy konsumpcję czernidłaka kołpakowatego. Kopryna – związek, który znajdziemy w tym grzybie, hamuje rozkład alkoholu. Takie połączenie może więc grozić poważnym zatruciem. Najlepiej zrezygnować z napojów wyskokowych na kilka dni przed i po zjedzeniu.

Ananas i żelatyna

Nie tylko ananas, ale również kiwi zawiera enzymy proteolityczne, powodujące rozkład białek. Żelatyna natomiast składa się głównie z białka zwierzęcego. Jeżeli dodamy któryś z tych dwóch owoców do ciasta, które planujemy zalać galaretką, deser z pewnością się nie uda. Żelatyna nie stężeje w miejscu, gdzie znajdować będzie się ananas lub kiwi.

Ryby morskie i brukselka

Kapusta, kalafior, rzepa i brukselka zawierają tzw. substancje wolotwórcze, które zmniejszają wchłanianie jodu. A to właśnie z jego powodu najczęściej sięgamy po ryby. Pierwiastek ten wspomaga pracę tarczycy. Jeśli cierpimy na niedobór jodu, powinniśmy sięgać po ryby morskie jak najczęściej, jednak dokładnie analizować, jakie warzywa im towarzyszą. Co ciekawe, nie należy smażyć ich na oleju słonecznikowym z powodu dużej zawartości kwasów tłuszczowych omega-6. Choć są bardzo zdrowe, tłumią działanie kwasów omega-3, które występują w rybach.


 

Źródło: Kobieta Onet/Men’s Health


Lifestyle Uroda

Nie karm smoka, czyli jak zadbać o siebie, gdy jesteś w dysfunkcycjnej relacji

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
19 września 2017
Fot. iStock/ipopba

Problem może pojawić się w każdym momencie twojego życia. Może masz toksycznego szefa, rodziców walczących z uzależnieniem, partnera z poważnymi zaburzeniami psychicznymi. Możesz czuć się jak w pułapce, być ofiarą przemocy ekonomicznej lub emocjonalnej. Trudne relacje zostawiają w tobie ślad, który trudno zmazać. Ślad, który jest odczuwalny i przeszkadza ci na nowo ułożyć sobie życie. Jak teraz o siebie zadbać?

Po pierwsze, nie karm smoka

Najpoważniejszym problemem jest to, że najczęściej osoba, która jest źródłem twoich problemów, obwinia ciebie za swój stan emocjonalny i za swoje  zachowanie. Intuicyjnie robisz więc to, czego ona od ciebie oczekuje, tym samym „karmisz” smoka, dodajesz mu siły, by mógł dalej cię krzywdzić. Nie miej nadziei, że w końcu zobaczy swój błąd, nie jest w stanie. Trzeba tu przede wszystkim twojego spokoju i opanowania.

Po drugie, umiejętnie wykorzystaj jego problem

Najbezpieczniejszym punktem wyjściowym do rozmowy o waszej relacji będzie rozpoczęcie jej od tego, co twój partner widzi jako swój problem, a nie od tego, co ty uważasz, że on robi źle. Świadomość, jak to wygląda z jego strony, pozwoli ci się poczuć lepiej, pewniej.

Po trzecie, wyłącz emocje

Jasne, to najtrudniejsza rzecz, jaką możesz sobie teraz wyobrazić. To trochę jakby „wyjść ze swojej skóry”, stanąć obok i patrzeć na siebie oczami kogoś innego. Ale tylko w ten sposób będziesz w stanie realnie ocenić jego zachowanie i swoją rolę w tym całym dramacie. Tylko w ten sposób będziesz w stanie zobaczyć, jakie są konsekwencje twoich własnych zachowań, dla ciebie, w twoim życiu.

Po czwarte, nie angażuj się w magiczne myślenie

To często idzie w parze z uzależnieniem od drugiej osoby. Łatwo tworzysz irracjonalne połączenia, których nie ma – mój szef jest dziś w lepszym nastroju, bo założyłam niebieską bluzkę, mój mąż wypił wczoraj mniej, bo przygotowałam dobrą kolację. Nie. Ty masz kontrolę jedynie nad swoimi emocjami, nad niczym innym. Odpuść sobie.

Po piąte, bądź wyrozumiała dla emocji, ale nie dla zachowań

Jeśli ktoś się o kogoś troszczy, chce być opiekuńczy, wspierający i motywujący. Ale należy oddzielić empatię od tolerowania zachowań niszczących i krzywdzących. Nie racjonalizuj i nie usprawiedliwiaj własnej krzywdy.

Po szóste, nie bądź ofiarą

To może być najważniejszy aspekt twojej relacji – zachować przejrzystość myślenia. Nie wpadaj w poczucie winy lub samokrytycyzmu, nie bierz odpowiedzialności za bliską osobę. Odetnij się od tego i ustal granice.


Na podstawie: psychologytoday.com

 


Zobacz także

Wszystkie kobiety po 30-tym roku życia powinny przejść badanie jak Angelina Jolie

Nie lubię płakać przy innych. Łzy to słabość, to bezradność. Ale ja czasami inaczej nie potrafię. Przepraszam

Ile kilogramów powinnaś stracić, by twoja twarz była atrakcyjniejsza? Przeprowadzono badania