Lifestyle Psychologia Samorozwój Silna kobieta

Pozory

Poli Ann
Poli Ann
26 kwietnia 2021
zdj. istock
 

Zastanawiasz się czasem nad tym, że życie składa się z pozorów? Że coś Ci się wydaje i jesteś przekonany co do swojej słuszności, a w rzeczywistości okazuje się, że dana sprawa wygląda zupełnie inaczej? Nie wiesz, co mam na myśli?

To przeczytaj:

Marcelina

Całe swoje życie walczy ze stereotypem „śliczna, pewnie głupia”, a przyznać trzeba –  jest naprawdę piękna. Gęste, ciemne włosy za łopatki. Duże brązowe oczy otoczone firanką długich rzęs. Naturalnych! Pełne usta. Także dzieło natury. Wydatny biust i wąziutka talia. Długie, smukłe nogi. Krągła pupa. Jak nic wpisuje się w ideał obecnej sylwetki. A do tego jeszcze ta jej twarz. Człowiek patrzy na nią i myśli „ta to wygrała na loterii, z taką urodą wszystko przychodzi jej zapewne łatwo…”. Czyżby?

Już w podstawówce i gimnazjum było jej trudno znaleźć przyjaciółkę. Dziewczyny były o nią bardzo zazdrosne. Tylko Kasia chciała poznać ją naprawdę i ujrzała człowieka pięknego także wewnętrznie.

W liceum bardzo podobała się wszystkim chłopakom. Bez wyjątku. Dziewczyny oczywiście znów patrzyły na nią ze zmarszczonym czołem. Płeć przeciwna za to z zachwytem, ale dotyczącym tylko jej cielesności. Jeśli już któryś zdobył się na odwagę, by Marcelinę zaprosić na randkę, traktował ją jak trofeum, chwalił się niczym zdobyczą i bardziej interesowało go, czy ten stanik czymś wypycha czy też tak hojnie jest obdarzona przez matkę naturę. Co miała do powiedzenia, nie bardzo go interesowało.

Na studia nie poszła, gdyż przedwczesna śmierć taty przekreśliła jej marzenia o weterynarii. Musiała szybko po maturze zdobyć zawód, by pomóc mamie utrzymać mieszkanie i młodsze rodzeństwo.

Zaocznie skończyła studium kosmetyczne. Tam też patrzono na nią spod wilka, bo wszystko na twarzy miała idealne.

Radziła sobie naprawdę dobrze i znalazła pracę w świetnym hotelu. Niezłe zarobki, bogata klientela i niestety nie zawsze przychylne komentarze, bo jak kosmetyczka ładna to na pewno głupia.

„Pracę dostała pewnie przez łóżko. Ponoć właściciel hotelu to pies na baby.”

„Tylko do tego się nadaje, bo przecież za głupia na inne profesje.”

„By się uczyła, a nie pindrowała, to by może jakiś lepszy zawód miała.”

Stereotyp. Młoda, śliczna, więc na pewno niezbyt mądra. Czy komukolwiek przyszło do głowy jak trudno miała w życiu? Jak niełatwo było znaleźć wierną przyjaciółkę, o chłopaku nie wspominając, bo płeć przeciwną interesowało faktycznie wnętrze, ale jej stanika?
Nikt nie zastanawiał się nad tym, jak nocami nie spała, bojąc się czy po kolejnym nieopłaceniu czynszu nie przyjdzie komornik, jak pocieszała przerażoną matkę i oddawała młodszemu rodzeństwo kanapki na kolację. Po niej samej nie było nic poznać. Świetnie się kryła, przyklejała uśmiech numer sześć, ocierała łzy i szła w trudną codzienność. Pozornie była przecież wesoła, śliczna i chyba niezbyt ambitna. Pozornie…

Więc następnym razem, gdy w supermarkecie obsłuży Cię niemiła ekspedientka nie oceniaj jej od razu zbyt pochopnie. Może właśnie boli ją głowa, może ma w domu chore dziecko albo właśnie dowiedziała się, że nie dostanie obiecanej podwyżki.

Jeżeli wychowawca Twojego dziecka nie będzie zbyt skory do rozmowy, nie myśl, że jest bucem. Może właśnie pokłócił się z żoną albo jego tata przeszedł zawał.

A gdy w tył wjedzie Ci jakaś młoda kobieta, nie komentuj od razu „baba za kierownicą”. Może spieszy się do pracy lub na ważny egzamin. Może właśnie rozstała się z chłopakiem albo dowiedziała się, że jej przyjaciółka potrzebuje szpiku.

Nie krytykuj lekarza, który dziś Cię przyjął i nie był zbyt wylewny. Może na co dzień taki nie jest. Może dziś stracił pacjenta, może jego brat ma jakieś problemy finansowe lub synek mu ząbkuje i nie daje spać od kilku dni?

Widzisz już? Te pozy i zachowania to często tylko pozory. Może stereotypy, bo łatwiej nam poruszać się we wszechświecie jeśli szybko oceniamy innych. Problem w tym, że często robimy to zbyt pobieżnie nie zastanawiając się ani nie siląc na współczucie czy empatię. A szkoda….Ciebie też tak kiedyś może pochopnie ocenić, kiedy akurat wali Ci się świat, ktoś Ci bliski umiera, masz poważny problem w pracy albo zdrowie Ci siada. Wtedy jesteś przecież innym człowiekiem. Tylko pozornie smutnym, nerwowy, niecierpliwym i tak niemiłym, prawda?

 


Lifestyle Psychologia Samorozwój Silna kobieta

Ojciec nieobecny. Jak wychowuje dziecko niedzielny tata

Poli Ann
Poli Ann
28 kwietnia 2021
Ojciec nieobecny.
Fot. iStock
 

Mikołaj 

Dwa razy w życiu płakał łzami jak groch. Raz ze szczęścia. Dwa, bo życie mu się wywróciło do góry nogami.

Gdy na świat przyszła Hania. To był ten pierwszy raz. Wtedy zrozumiał, po co żyje. Trzymał w ręku trzykilogramowy skarb, odciął właśnie pępowinę, wcześniej ocierał pot z czoła Agaty. Oboje dali życie cudownej istotce i byli za nią odpowiedzialni. Stał z Hanią, mężczyzna piękny, męski, barczysty i płakał. Personel nawet się nie dziwił. Niejedno już w życiu widział. Ludzie różnie reagowali na szczęście. Mikołaj płakał jakby każda łza wyrazić miała jego bezkresną radość. Agata długo dochodziła do siebie. Straciła sporo krwi. Miała mało pokarmu. To Mikołaj kąpał małą i karmił z butelki. W mig nauczył się przygotowywać mleko, przewijać, odróżniać body od kaftanika. Był spokojny. Hania zasypiała leżąc na jego pięknym torsie. Dumnie maszerował z nią na spacer pchając różowy wózek. Robił zakupy, prasował i nie łączył już w praniu białego z kolorowym. Agata nie mogła narzekać. Mikołaj zwariował na punkcie Hani, cudownie się nią zajmował. Może nawet i więcej niż samą żoną. Nie zauważył kiedy zaczęli się od siebie oddalać. Nie rozmawiali jak kiedyś do rana. Teraz głównym tematem była Hania, jej sen, posiłki, spacerki, kolki, katarki. Agata wróciła do pracy. Jej mama zajęła się małą. Dobrze mieli. Mogli wyskoczyć do kina czy restauracji, ale jakoś często nie korzystali z tej możliwości. Agata nie chciała obciążać matki, a Mikołaj chciał nacieszyć się Hanią po długim dniu w pracy. Był świetnym kompanem do zabawy. Mała aż piszczała gdy go tylko zobaczyła. To dla niej robił głupie miny, udawał konia, psa i smoka. W kąpieli pozwalał na chlapanie i piszczał razem z nią. Agata musiała być tym złym policjantem. Dawała leki, budziła rano, zabraniała słodyczy i zmuszała do jedzenia. Była świetną matką i kobietą. Ale o tej drugiej roli zdawała się zapomnieć. W pracy natomiast kolega z innego działu uparcie jej o tym przypominał. Zakochała się. Po prostu. Miała z kim pogadać, iść do teatru, pogadać o życiu. Mikołaj świetnie zajmował się dzieckiem, był wesoły, trochę szalony. Dla Agaty trochę jak Piotruś Pan. Karol był inny. Był jak skała. Czuła się przy nim bezpieczniej. 

To wtedy Mikołaj płakał po raz drugi. Gdy w ręku trzymał dokument, że nie jest już Agaty mężem. Wszystko potoczyło się szybko. Nagła rozmowa, w której Agata oświadczyła, że odchodzi. Zostawia mu mieszkanie, weźmie tylko rzeczy swoje i Hani. Jest szczęśliwa w nowym związku, wszystko przemyślała i chce, by Mikołaj był obecny w jej życiu, bo Hanka go kocha i on ją przecież też. To był grom. Chciał walczyć, pytał, co może zrobić, ale Agata zdecydowała. Miał dwa wyjścia. Robić problemy, utrudniać, walczyć o opiekę nad córką lub w pokojowy sposób się rozstać. Nie miał siły na wojnę. Agata zachowała się tak, jak obiecała. Z mieszkania wyszła z trzema walizkami. Wtedy trzymając to pismo uświadomił sobie, że przegrał. Wszystko stracił i że jest sam. Rzucił się w wir życia towarzyskiego. Przystojny nie narzekał na brak powodzenia. Dziewczyny same pchały mu się do łóżka. Korzystał, ale zaznaczał, że związkiem nie jest zainteresowany. Niektóre walczyły, chciały kochać za dwoje. Nie był gotowy. Żył pracą i spotkaniami z córką. Z Agatą ustalili, że często będzie się widywał z Hanią. O wiele częściej niż dwa razy w miesiącu. W tygodniu woził na zajęcia taneczne i basen. Odbierał ze przedszkola i brał na noc. W weekendy organizował wycieczki lub jeździł z nią na mini maratony dla dzieci. Był świetnym ojcem. Nawet gdy miał na chwilę kochankę to Hania i tak była najważniejsza. Gdy u niego spała, nie odbierał smsów ani wiadomości na fejsbuku. Niektóre kobiety tego nie rozumiały. Od razu je skreślał.

Dwa lata po rozwodzie poznał Iwonę. Spokojną singielkę, której po jakimś czasie zaufał na tyle, by w nagłej sytuacji zostawić ją z Hanią. Dziewczynka ją uwielbiała. A Iwona nie zabiegała o pierwsze miejsce w sercu Mikołaja. 

Jest z nią bezpieczny, jeszcze nie wie, co czuje. Iwona go kocha, zaakceptowała taką sytuację. Jest przy Mikołaju. Jako jego kochanka, przyjaciółka, powierniczka. Razem jeżdżą z Hanią na narty, nad morze czy w góry. Hania jest szczęśliwa. Ani przez moment nie odczuła, że choć tata z nią nie mieszka, to jest inna niż pozostałe dzieci. Wie, że jest dla niego najważniejsza i że bez względu na wszystko tata, będzie bardzo mocno ją kochał.

Marek 

Marzył o synu. Bardzo. Żeby grać z nim w piłkę, jeździć na mecze i biwaki, a kiedyś i piwa się razem napić. Ale los podarował mu córkę. Nie chciał jej. Kazał żonie usunąć ciążę, a gdy Basia odmówiła, powiedział, że nie będzie jej pomagał ani po lekarzach chodził. Nie musiał. Córka już w łonie dbała o mamę. Rozwijała się wzorowo. Była zdrowa. Urodziła się w kwadrans, pierś ssała od razu, nie miała kolek i przesypiała noce. Ojciec nie brał jej na ręce, nie kąpał, nie chodził na spacery ani na place zabaw. Tata kojarzył się jej z krzykiem, bo ciągle na nią krzyczał, że ma nie płakać, tu się nie bawić, nie przeszkadzać. Nie pamięta, kiedy pierwszy raz ją uderzył. Chyba bił od zawsze. Mamę też. Gdy w szkole zauważono siniaki musiała kłamać, że spadła z huśtawki, bojąc się, że tym razem je zabije.

Basia w końcu znalazła siły, by odejść. Rozwód był długi i bolesny. Marek wywlekał wszystkie brudy, oczerniał ją, składał fałszywe zeznania, kłócił się o wysokość alimentów. Nawet chciał przejąć opiekę nad córką strasząc byłą żonę aferami, w które miała być niby wmieszana.
Jak Basia dała radę, dorosła dziś córka nie ma pojęcia. Ojciec był obecny jeszcze w jej życiu, brał ją co drugi weekend. Początkowo naprawdę się starał. Dziewczynka nie poznawała ojca. Był spokojny, nawet miły, nie krzyczał. Pierwszy raz kupił lody, zabrał na rower. Dobrze się razem bawili. Ale gdy mała Tosia poprosiła o pomoc na technice, odmówił. Życie szkolne córki, obowiązki go nie interesowały. Chciał po prostu dobrze się bawić. Był tatusiem od misiów, rolek, lodów i cukierków. Za nim miał prośby Basi, by młodej nie kupować słodyczy. Chyba na złość kupował dwa razy więcej. Swojej niedzieli pilnował uparcie, nie zgadzał się na żadne zmiany nawet gdy eksżona go błagała, bo miała jakieś szkolenie. Z czasem przyjeżdżał po Tosię, ale podrzucał ją swojej mamie czy ciotkom. Psioczył, że na jej alimenty musi tyle harować. Nie zorientował się, że e Tosia jest bystra i zauważa nowy zegarek czy samochód. Zresztą alimenty zawsze płacił z opóźnieniem, a gdy córka skończyła 18 lat zadzwonił nie z życzeniami, lecz z pytaniem, czy alimenty są potrzebne, bo przecież Tosia jest już dorosła i pracować może. Co z tego, że była w drugiej klasie liceum. Powinna iść dorabiać w weekendy jeśli matce nie starczało, on przecież nie może tyle na nią płacić.

Marek dziś nie utrzymuje z Tosią kontaktu. Nic o niej nie wie, co lubi, w czym jest dobra, jak zdała maturę, czy zrobiła prawko. Raz do roku wysyła jej sms w dniu urodzin. Pisze utartą regułkę podpisując się imieniem. O tym, że zostanie dziadkiem dowiedział się od córki. Przemogła się i zadzwoniła. Nie pogratulował. Powiedział tylko, że nie da jej żadnych pieniędzy i że nie może na niego liczyć. Szok. Nie tego się spodziewała. Gdy urodziła, upominek dla malutkiej przyniosła jego aktualna partnerka. Od siebie, niby jako przyszywana babcia. Ostatnio zadzwonił do córki z informacją, że jak studia skończyła, to on nie ma obowiązku płacić na nią więcej alimentów. Wiedział doskonale, w co uderzyć. Tosia z malutką przy piersi nie pójdzie przecież na magisterkę. Zabolało. I nie chodzi o pieniądze. Chodzi o fakt, że dla Marka jest tylko przykrym obowiązkiem. Nieważne, że z wyróżnieniem skończyła liceum, dyplom na studiach obroniła pierwsza, założyła rodzinę, jest wspaniałą matką i dała mu śliczną wnuczkę. Liczy się tylko to, ile go jeszcze to cholerne ojcostwo będzie kosztować. Tosi brak słów. Już wie, że powie małej, że ma jednego dziadka, że jest idealną córką i że mama z tatą są z niej dumni. I nie pozwoli, by ktokolwiek małą uderzył, okrzyczał i poniżał. Marek nie zobaczy jak jego wnuczka dorasta, pokonuje lęki i dzielnie sobie radzi. Będzie zadowolony, że za chwilę nie będzie musiał przesyłać tych cholernych alimentów. Może kiedyś zrozumie swój błąd i przeprosi, a może odejdzie nie zasługując ani szacunek córki i byłej żony, ani na miano ojca.


Lifestyle Psychologia Samorozwój Silna kobieta

(Bez)silna

Poli Ann
Poli Ann
26 kwietnia 2021
zdj. istock

Lidka poznała go w tramwaju. Zupełnym przypadkiem. Motorniczy nagle zahamował, ona wpadła na niego i zarumieniona po samo czoło przeprosiła. A on, że był dżentelmenem zaniepokoił się czy aby na pewno nic się jej nie stało i grzecznie odprowadził do domu. Mieli po osiemnaście lat. Oboje kończyli szkołę średnią. Ona ekonomika, on liceum. Mówili sobie „na pan”, bo takie to były jeszcze staromodne czasy. Cmoknął ją elegancko w dłoń i pożegnał się mile.

Następnego dnia już od siódmej rano na nią czatował. Nie pod klatką jej bloku. To by było zbyt oczywiste. Schował się za śmietnikiem. I znów kłaniając się grzecznie, zapytał czy może ja odprowadzić do szkoły. Mieszkał na drugim końcu miasta. Musiał wstać po piątej, by zdążyć, a potem w liceum kombinować jak tu ukryć spóźnienie na pierwszą lekcję. Sporo to go kosztowało, ale warto było. Lidka bardzo mu się podobała. On zresztą jej też. Po dwóch miesiącach zaprosił ją na spacer już popołudniu. Potem do kawiarni. Po kilku miesiącach byli nierozłączni. Wszystko wtedy poszło migiem. Zrobili maturę. Ona poszła do pracy, do księgowości. On do studium nauczycielskiego, bo marzył, by uczyć.

Rodziny się dogadały. Młodzi wzięli ślub, po jego babci dostali małe mieszkanko w starej kamienicy na ostatnim piętrze. Jacy byli wtedy szczęśliwi. Było ciasno, ale własno. Zbyszek znalazł pracę w pobliskiej szkole. Uczył zpt – zajęć praktyczno-technicznych. Zawsze miał smykałkę do majsterkowania. Lidka miała bezpieczną posadę w dużym zakładzie. Szybko zaszła w ciążę, którą znosiła znakomicie. Do końca pracowała. W latach osiemdziesiątych macierzyński trwał tylko trzy miesiące i na zwolnienie lekarskie szły tylko wyjątki.

Jaś urodził się duży. Prawie cztery kilo. Nie wymęczył Lidki. Poród trwał godzinę. Mały był bezproblemowy.  Piękne ssał pierś, nieźle spał. Gdy Lidka wróciła do pracy i zostawał pod opieką jednej babci, nie był dla niej żadnym obciążeniem. Taki wnuk to skarb. Rozwijał się szybciej niż inne dzieci. Szybko zaczął siadać, chodzić i sprawnie komunikować się z otoczeniem. Dlatego gdy Lidka zaszła w drugą ciążę pomyślała, że Jaś będzie miał towarzysza. Modliła się o drugiego chłopca.

W tej ciąży nie wyglądała tak kwitnąco, czuła się słabiej, babcie wróżyły dziewczynkę. Już nawet imię było wybrane. Kamila. Wyjątkowe, niezbyt popularne jak na tamte czasy. Poród tym razem nie był taki łatwy. Lidka parła kilka godzin. Zbyszka nie było przy niej. Była jednak silna. Ostatkiem sił powiła drugiego chłopca. Też dużego, ważącego ponad cztery kilogramy. Nie dostał dziesięciu punktów. Był siny i owinięty pępowiną. „To się zdarza”- mówiła położna i nie tłumaczyła nic więcej. Kamil, bo tak nazwano chłopca, był cichutki. Pojękiwał tylko. Nie potrafił ssać, mało spał. Był całkowitym przeciwieństwem brata. Po tygodniu Lidka wróciła z synkiem do domu.

Było spokojnie i tak dziwnie cicho. Dzień mijał za dniem. Kamil jednak ją niepokoił. Nie podnosił główki, nie wodził wzrokiem za jej palcem. Nadal miał problemy ze ssaniem. Lidka była na wpół żywa ze zmęczenia. Całe noce usypiała jęczącego syna. Nie chciała wracać do pracy. Wzięła wychowawczy. Zbyszek zahaczył się w drugiej szkole. Finansowo dawali radę. Gdy Kamil skończył pół roku i jeszcze nie siedział, i z trudnością podnosił główkę, Lidka zaczęła szukać specjalisty. Po kilku tygodniach padła diagnoza. Wyrok. Ciężkie niedotlenienie mózgu na skutek długiego porodu. Kamil wymagał opieki i rehabilitacji.

Od tego momentu całe ich życie zmieniło się diametralnie. Wszystko kręciło się wokół młodszego syna. A starszy jak na złość rozwijał się ponadprzeciętnie. W przedszkolu nie mogli się go nachwalić. Z czterolatków dali go od razu do sześciolatków, gdzie wiedzą deklasował inne dzieci. Zupełnie tak jakby chciał nadrobić braki za brata. Lidka do pracy nie wróciła. Jeździła z synem na rehabilitację, ćwiczenia, by nauczył się chodzić, mówić, samodzielnie jeść, sygnalizować potrzeby. Zbyszek pracował dużo, by utrzymać rodzinę. Janek pomagał mamie, robił zakupy, sprzątał, gotował. Lidka choć każdego wieczora opadała z sił, codziennie wstawała pełna nadziei, że czeka ją dobry dzień. Czasem tak było. Kamil współpracował, był spokojny. Innym razem wył, nie chciał jeść, załatwiał się pod siebie i nie dał umyć. Kolejną diagnozę postawiono później, bo zaburzenie było dopiero odkrywane. Głęboki autyzm. Zero szansy na normalne życie. A tego rytm dyktował Kamil i jego potrzeby.

Lidka dawała radę póki syn był młodszy. Z czasem jednak rósł, był silniejszy. W oknach zamontowali kraty, by nie wypadł, drzwi w mieszkaniu wymienili na takie bez szyb, bo już kilka razy je zbił. Lidka i Janek byli bezsilni, gdy Kamil walił głową w ścianę, gdy wył nie wiadomo z jakiego powodu, gdy bił ich bojąc się dotyku.

Pewnego wieczoru z po raz kolejny stanęła przed lustrem z siniakiem na twarzy i wiedziała, że już nie daje rady. I fizycznie i psychicznie. I że musi znaleźć ośrodek dla syna z fachową opieką. Biła się jeszcze z myślami, ale gdy Kamil znów ją pchnął na podłogę i o mało co nie rozbiła głowy o kant stołu uznała, że innego wyjścia nie ma.

Poszukiwania chwilę trwały. W końcu znalazła. Pięćdziesiąt kilometrów od domu. Prowadzony przez siostry zakonne ze wsparciem pielęgniarek i pielęgniarzy. Czysto, schludnie. Kamil miał już 15 lat. Miał ponad metr siedemdziesiąt, ważył około osiemdziesięciu kilo. Potrzebował fachowej pomocy i opieki całodobowej. Lidka z Jankiem i mężem nie dawali już rady. Czuli się tacy bezsilni. Namiary na ten ośrodek dostali od zaprzyjaźnionego księdza, który znając ich sytuację domową nie oceniał ich decyzji. W przeciwieństwie do sąsiadów i rodziny. Gdy zawieźli Kamila trudno było to ukryć. W końcu w kamienicy było cicho i spokojnie. Nikt nie wył, nie walił głową w ścianę. Lidka ze Zbyszkiem początkowo nie kryli, że syn jest w zakładzie. Nie spodziewali się jednak takiej reakcji otoczenia. Krytyki, zawiści i plotek.

„Patrz, a tacy porządni się wydawali. A dzieciaka oddali.”

„Co za wyrodna matka.”

„Sumienia nie mają. Dać syna na zmarnowanie.”

„Dzieciaka oddali. Ja bym nie oddał.”

Krytykować krytykował niemal każdy. Śmiał podważać decyzję, którą oni podjęli. A nie raz przecież narzekali na krzyki Kamila lub ze współczuciem patrzyli, gdy Lidka targała na górę wózek, a Janek niósł brata na rękach. Mało kto oferował pomoc. Jedyne czym ich obdarzali to spojrzenie pełne litości. Nikt nie wie, ile nocy Lidka przepłakała, ile razy chciała jechać po syna, jak bardzo winiła siebie, czując się niczym kat, pragnąć spokoju i w końcu normalnego życia. Chcąc poświęcić też uwagę Jankowi, który na to zasługiwał.
Decyzja o zakładzie bardzo dużo ją kosztowała. Dojrzewała w niej kilka lat, a podjęta została dopiero, gdy fizycznie już nie była w stanie zajmować się synem.

Lidkę najłatwiej by było uważać za bezsilną, ale czy aby to właściwe dla niej miano? Czy faktycznie taka była? A może by tak odjąć ten przedrostek „bez”? Wtedy dopiero ujrzeć można kobietę walczącą o siebie i syna każdego dnia, fajterkę, która miała dość siły, by dać jednemu i drugiemu synowi to, czego każdy z nich potrzebuje. Kamilowi profesjonalną opiekę, Jankowi uwagę, której nie miał od tylu lat. Nadal uważasz, że Lidka była bezsilna?