Lifestyle

Żeby być dobrym człowiekiem, trzeba najpierw samego siebie pokochać i zaakceptować, wybaczyć sobie

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
3 czerwca 2022
fot. SimonSkafar/iStock
 

Dostaję nagranie na komunikatorze. Włączam. Ksiądz opowiada, jak to dzisiejsi mężczyźni są słabi, nijacy, że prawdziwi mężczyźni zostali wymordowani podczas II wojny światowej, a teraz to nic nie robią, tylko siedzą w kawiarniach i patrzą przez szybę na ulicę. Śmieje się z nich i kpi. Słucham i oglądam to nagranie i nie reaguję, nie odpisuję nadawcy. Czuję, że ksiądz został księdzem, bo nie było innego wyjścia w jego sytuacji życiowej. Mógłby się nazywać „zwątpienie” bo zwątpił w człowieka, a przede wszystkim w swój ród męski, pierwiastek męski.

To kim jest ksiądz? Dla mnie może być kim chce, byle by nie robił krzywdy innym. Natomiast nie podoba mi się intencja z jaką nadawca przesyła mi to nagranie: „jako inspiracja”. Jakim prawem ktoś ingeruje w mój światopogląd?

Parę dni później dostaję kolejne nagranie od tej samej osoby. Kościół, jakiś duży spęd. Siedzi ksiądz z miną „że boska kara się właśnie dokonała”, a pośrodku stoi mężczyzna, który chciał uzdrawiać ludzi bez pomocy Boga i opętał go szatan, a teraz żyje w bożej miłości i błogosławieństwie. Dookoła tego nieszczęśnika siedzi młodzież, patrząc przerażona i z otwartymi buziami, jakby gość wrócił żywy z piekła. Nadawca szczuje mnie diabłem. Nie wiem, czy żyję w XXI wieku, czy czasy inkwizycji dla kobiet nastają na nowo?

Nie będzie dzisiaj o kościele, ale o łamaniu naszych granic. Jeśli ktoś jest agnostykiem, żyje według swoich zasad, to dlaczego określa się to jako nieprawidłowość i koniecznie chce się go „nawrócić” na prawa znane i akceptowane przez innych. A skąd wiadomo, czyja racja jest bardziej właściwa? Jaka religia jest najbardziej prawidłowa i dobra dla nas? Czy tłum ma zawsze rację i trzeba za nim podążać, bo wie gdzie jest właściwe wyjście? Jakim prawem „naprawia” się drugiego człowieka, kiedy o to nie prosi? Kto i komu dał takie prawo aby wtrącać się w czyichś światopogląd, wartości i moralność, życie? To przecież Jezus zamiast krytykować i oceniać, wypowiedział słowa: „Kto z was jest bez
grzechu, niech pierwszy rzuci w nią kamieniem”. Dlaczego nie szanujmy wyborów i inności ludzi?

Dlaczego i jakim prawem wtrącamy się w życie innych i mówimy w co mają wierzyć, co kupować, w co się ubierać, co jeść, jak wychowywać dzieci, jak się kochać i z kim? Jak leczyć i u kogo, jak umrzeć i być pochowanym!

Jest coś takiego jak „wolna wola”. Nasz ludzki, wolny wybór i to aby go uszanować. To, co w życiu jest najważniejsze to miłość. Kochać drugiego człowieka takim jakim jest. Bez oceniania, krytykowania, mówienia mu jaki ma być, co czuć i co robić. Pamiętacie jak Jan Paweł II przyszedł do swojego niedoszłego zabójcy Ali Agcy? Jak na niego patrzył z miłością i jak rozmawiał. Umielibyście przyjść do kogoś, kto chciał was zabić i wybaczylibyście mu? Właśnie taki mógłby być dla mnie każdy kapłan, bez względu na religię, być wzorem dla swoich wyznawców. Wzorem miłości i wybaczenia. Jeśli już nazywa się kapłanem i chce zbawiać dusze.

Dużo się teraz mówi o świadomości, uduchowieniu, New Age. Na Fb jest teraz wielu szamanów i szamanek, ludzi którzy opowiadają o swoich uzdrowieniach, cudach i oświeceniu itd. Powiem to, co usłyszałam kiedyś od pewnej osoby, a co ciągle mi brzmi w uszach: „Oświeconą osobą można nazwać taką osobę, która nie ma w sobie krzty nienawiści, zawiści, zazdrości. Jest czystą miłością bezwarunkową dla każdej żywej istoty i to, co się zdarza w jego życiu też przyjmuje z miłością”. Czyli szacunek dla drugiej istoty taką, jaka jest, jaka się urodziła. Aby taką istotą być, trzeba najpierw samego siebie pokochać i zaakceptować, wybaczyć sobie. Przyjść z czystą energią, nie pchać się do pomagania i uzdrawiania, kiedy sami mamy problemy ze sobą. Bałagan fizyczny w domu i mentalny na poziomie umysłu i ciała. Piekło w sercu, piekło w głowie.

Zbliżmy się chociaż odrobinę do takiego obrazu boskości i dzięki temu nie będziemy przekraczać granic innych i swoich. Bo osoba, która mówi nam jacy mamy być, to właśnie gwałci nasze granice. Taka osoba wysysa naszą energię i chce wtłoczyć w nas swoje inne, a często negatywne wzorce, bo sama siebie nie akceptuje. Nie lubi. Nie kocha. Więc jak „popsuje” innych to trochę się nami pożywi.

Może to dla niektórych abstrakcja, ale z tego co obserwuję, coraz więcej ludzi zaczyna na tę swoją stronę energetyczną zwracać uwagę.
To tracenie swoich granic, ich przekraczanie zaczyna się już od dziecka. Prosty przykład. Dziecko ma ulubioną zabawkę, nagle rodzic zabiera ją i daje innemu dziecku. Bo tamto jest biedniejsze. Kto zapytał dziecka, czy ono chce oddać? Może gdyby się zapytać i wyjaśnić sytuację samo by dało i to niejedną. Ale byłaby to jego świadoma i przemyślana decyzja. Aaaa, „dzieci i ryby głosu nie mają”.

Naprawdę? A ilu z was jednak pamięta takie sytuacje i jak bardzo to bolało. Kolejny przykład, karmienie na siłę dzieci i jeszcze tego co my uważamy, że ma jeść. A jednak dzieci, w pewnym wieku, potrafią sobie otworzyć lodówkę i powiedzieć na co by miały ochotę i ile tego? Nie wspominam już o podnoszeniu głosu czy karaniu, wymuszaniu, rozbieraniu przy obcych ludziach czy upominaniu na forum publicznym, bo mamusia ma zły humor i musi się wyładować. Od tego się zaczyna, a potem się dziwimy, że ktoś każe nam robić coś, co jest wbrew naszej woli, a my się na to godzimy.

Czy to w pracy, w domu, w łóżku, w rozmowie. Przez rezygnowanie i oddawanie naszych granic, oddajemy energię. Przychodzimy do domu zmęczeni, źli, bez humoru, bez chęci na cokolwiek. Tylko spać. Cała wiedza i mądrość jest w nas. Każdy z nas jest na tym świecie po to, aby wypełniać swoją misję i spełniać swoje marzenia i potrzeby, a nie żeby realizować czyjeś scenariusze i prawdy. Gdy przekracza się granice to zaczyna się wojna. Ta domowa i ta światowa.


Lifestyle

Żeby się dobrze pokłócić, trzeba się przygotować. Chcesz wygrać? Trzymaj się planu

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
10 czerwca 2022
fot. skynesher/iStock
 

Kłótnie i awantury. Nikt z nas ich nie lubi. Będziemy trzymać w sobie do końca, przemilczymy, zamkniemy się w sobie, lub pójdziemy na siłkę albo na rower, aby to wypocić, wyrzucić z siebie, zapomnieć. A jednak tak się nie da. Bardzo często milczymy. Szukamy w głowie innych rozwiązań lub tłumaczymy drugą stronę, że może sami przesadzamy. Aż w końcu z powodu jakiegoś drobiazgu wybuchamy. Wybuchamy niczym gejzer, ba, jak uśpiony wulkan. Do tego ryk lwa, bo już nam się ulało. Jak już wykrzyczymy, to druga strona stara się nie być dłużna i się włącza ze swoim programem. Potem następuje cisza.

Rozejście się do różnych pokoi lub walnięcie słuchawką. Atmosfera się skisiła i pytanie: co dalej? Co będzie jutro? Czy idziemy w zaparte, czy jakoś to rozmasować?

Kłótnie to zwierciadło prawdy. Można od razu zobaczyć, jaka naprawdę jest ta druga osoba. Ile było prawdy w słodkich słowach i co tam naprawdę siedzi na wątrobie. Nie jest to miłe, ale jeśli ktoś przekracza granice i czuję się z tym źle, to potrzebuję powiedzieć, co mi nie odpowiada. W przeciwnym razie relacja jest nieprawdziwa i żyję w kłamstwie. Od razu boli mnie gardło, bo nie mogę powiedzieć co mnie denerwuje lub rani. Czasem boli ucho, bo nie chcę usłyszeć tego i owego. Ale kłótnie pokazują przede wszystkim jacy jesteśmy naprawdę wtedy, kiedy się nie kontrolujemy i kiedy emocje biorą nad nami górę.

Aby się dobrze pokłócić, trzeba się dobrze przygotować. Argumenty, w które wierzymy, no i oczywiście wiara w siebie. To, co jest istotne, to słuchanie drugiej strony i otwartość na kontrargumenty, a nie strzelanie słowami jak ślepakami. Czasem natomiast możemy oberwać rykoszetem. Czasem zrobienie przerwy i powrót do rozmowy może „kłótnię” przenieść na wyższy poziom racjonalnej rozmowy i wzajemnego zrozumienia. Przecież nie zawsze awantura musi być oznaczać krzyki i sceny. To może być także rozmowa. Nie rozumiem dlaczego każdy uważa, że „załatwianie” trudnych tematów musi być naznaczone agresją.

Manipulacja. Oooo, to mój konik. Jak ktoś czytał „Księcia” Machiavellego, to jest w domu. Mistrz. W kłótniach najczęściej używamy zabiegu zwanego „odwracaniem kota ogonem”. Czyli albo absolutnie same to sobie wymyśliłyśmy, albo to „błahostka”, a w sumie to na pewno o co innego nam chodzi. Chcecie wygrać? To trzymajcie się tematu i nie dajcie się zbić z tropu. Do brzegu i do końca. Kolejna sztuczka to „robienie z siebie ofiary”, że „taki był dzień zły i jeszcze ten szef, a ty mi takie historie i awantury robisz”. To jak tu żyć. „Mało, że jestem chora i słaba, a lekarz zalecił mi spokój, to ty się jeszcze nade mną znęcasz”. Najniższa energia z możliwych. Sam sobie kopie grób.

Wpędzanie w poczucie winy. „To ja ci serce swoje ofiarowałam, w kałuży łez wykąpałam, wszystko dla ciebie i zakupy i sprzątam, a ty taki niewdzięczny i jeszcze mi awantury przy dzieciach robisz”. To już tutaj ewidentnie widać, że partner w kłótni nie ma nic na swoją obronę. Chce litości i naszych wyrzutów sumienia.

Są osoby, które uwielbiają robić z kłótni publiczne przedstawienia. Przed dziećmi, znajomymi, na ulicy. A wszystko po to, aby pokazać, jacy są zajebiści, bo to z nami jest problem. Wtedy należy przerwać „rozmowę” i odejść, wyjść. Na zewnątrz, czy do drugiego pokoju.

Najgorzej jak „osobnik” zacznie nas gonić, bo on jeszcze nie skończył. Nie ma rady, trzeba wtedy pozwolić mu się wygadać, aby zeszło mu ciśnienie. Bo jeszcze nam padnie na zawał. Najgorzej, jak chcemy drugą stronę do czegoś mocno przekonać lub dla świętego spokoju zakończyć temat „bo przecież mama uczyła, że nie należy iść spać pokłóconym”. Tak. Ciężko się śpi z taką osobą w jednym łóżku i trudno dobrze się wyspać. Jednak uwierzcie, nie opłaca się, bo następnym razem to sztuczne zakończenie sporu będzie argumentem do pozwiedzania „ostatnio też o to się kłóciłaś i też nie miałaś racji”. Jeśli się wie, że ma się rację, to się ją udowadnia i trzyma do końca swojej argumentacji.

Druga strona może szaleć z wściekłości, grozić, rzucać, trzaskać drzwiami. Znam przypadki, że chłop się chciał rzucać z balkonu – z parteru – grożąc że się zabije, to znaczy że baba miała rację i że było coś na rzeczy. Jak sobie z tym druga strona poradzi, to już jest jej problem. Oczywiście w dobrych relacjach czy związku wszystko można zrobić razem i wzajemnie sobie pomóc. Najgorzej, gdy ktoś nami manipuluje i próbuje swoim zachowaniem coś na nas wymusić lub naszym kosztem zyskać. Jeśli partnerzy mają do siebie zaufanie i są wobec siebie szczerzy, mogą takie problemy wspólnie przerabiać i wzajemnie się od siebie uczyć. Co więcej, mogą w ten sposób budować zaufanie i związek na wyższym poziomie, bo wiedzą w czym mają problem i jak bardzo to jest istotne w ich rozwoju.

Niewypowiedziane słowa, które grzęzną w naszym gardle oraz brak reakcji na to, co nas boli w relacji z partnerem, a przede wszystkim poczucie, że zostały przekroczone nasze granice, mogą doprowadzić do bólu w ciele. Do chorób i obniżenia naszej wibracji. Jeśli nie potrafimy zwyczajnie komunikować się ze sobą, szczególnie w najbardziej delikatnych sprawach, to czasem tą komunikacją jest kłótnia. Hamowanie siebie to tworzenie „supłów” w naszym ciele. Skłębionych emocji. Sporo na ten temat mogą powiedzieć masażyści.

Jakie sygnały może nam dawać ciało? Może to być wspomniany wcześniej ból gardła, mogą być i hemoroidy lub bóle podstawy kręgosłupa. Wszystko przez to, że nierozwiązane konflikty sprawiają, że czujemy, że nie zasługujemy na uwagę oraz że nie mamy prawa być w tym miejscu, w którym jesteśmy. Nasze terytorium jest zagrożone. Częstym objawem jest też ból serca i ucisk w mostku, objawy bardzo silnych emocji, które są niewypowiedziane i dotkliwie tłumione wewnątrz.

Stanięcie w swojej prawdzie, szczera komunikacja ze sobą i partnerem, to umiejętność bronienia swojego stanowiska, swojego miejsca w życiu. To podstawa naszego zdrowia, nawet jeśli dla kogoś ta prawda jest niewygodna. Dla każdego z nas w życiu najważniejsza jest akceptacja, takich jacy jesteśmy. Nie krytykowanie, nie ograniczanie tego co robimy, ani nie ograniczanie naszego rozwoju.

To my najlepiej wiemy jacy jesteśmy, kim jesteśmy i czego potrzebujemy. Osoby, które umieją bronić swoich granic, nie będą przekraczały granic innych osób. Jeśli osoba, która łamie nasze granice, wychodzi poza ustalone normy w naszej relacji, to też nie ma szacunku dla samej siebie. Kłótnia jest niczym tsunami, które potrafi oczyścić atmosferę, czy to w domu, czy w biurze, czy w relacjach ze znajomymi. Może być cudownym początkiem nowego, ale może być też zakończeniem tego, co nam nie służy. Jeśli jest to drugie, to nie warto tego żałować, bo oznacza że nie było to nic warte. Jeśli relacja dwojga ludzi jest ważna dla obu stron zrobią wszystko, aby znaleźć konsensus który pomoże im na wspólne wzrastanie i na wspólny rozwój i wspieranie siebie. Kłótnia jest formą rozwoju, wejścia na wyższy poziom miłości i zrozumienia oraz nauką o samym sobie.

Jeśli w tym wszystkim potrafimy siebie słuchać wzajemnie i być otwartym na argumenty partnera, to często możemy usłyszeć prawdę, której nie dopuszczamy do siebie a która może być dla nas w którymś momencie bardzo wyzwalająca. Bo przecież wszyscy jesteśmy swoimi zwierciadłami, a najlepszymi są nasi partnerzy w związkach.


Lifestyle

Czy jesteśmy dumne z tego, co nam dała natura, czy jak wszystko w sobie poddajemy ocenie?

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
27 maja 2022
fot. jhorrocks/iStock

Dzisiaj możemy je sobie powiększyć lub pomniejszyć. Ważne, jaka za tym stoi intencja. Czy robimy to dla siebie, czy dla faceta. Dla faceta i żeby go zatrzymać? Wierzcie mi, cycki nie zatrzymają, choćby były wielkości Mont Everestu. Jak ktoś chce odejść to i tak odejdzie. 

Cycki do przodu. I wlepiony w nie wzrok mężczyzn. Dla nich afrodyzjak i pomieszanie myśli, wybicie z logicznego trybu myślenia i działania, obłęd w oczach i ślinotok, niekontrolowana erekcja. Dla nas codzienność pod własnym nosem.

Mając taką moc w sobie, dlaczego czujemy się przy mężczyznach gorsze i jeszcze zabiegamy o ich uwagę? Przecież wystarczą te nasze cycki. Mężczyźni kochają piersi, są wzrokowcami. Atrybut i powód do dumy każdej kobiety. A dlaczego my same tak je zbywamy? Chowamy w za ciasnych lub źle dopasowanych stanikach, pozwalamy je gryźć i szarpać w trakcie seksu, czasem wbrew naszej woli. A czy wiecie, że jesteśmy tak skonstruowane, że możemy doświadczać orgazmu przez pieszczenie piersi?

Wyglądają jak dwa piękne kwiaty dalii. Nie na darmo są tak opiewane przez artystów, poetów, malarzy, rzeźbiarzy. Są bardzo wrażliwe i delikatne, nawet podmuch wiatru powoduje, że brodawki twardnieją. A mężczyźni, gdy się do nich w końcu dorwą, to ściskają, ugniatają, potrząsają, ssą, gryzą, nadgryzają, obijają o siebie jak piłeczki tenisowe. Jakby pies dostał gumową zabawkę i wymamlał ją do końca. Panowie, to nas boli!

Pieszczota piersi wymaga cierpliwości i czasu. Delikatne i powolne pieszczenie całego obszaru wokół nich powoduje niezwykłą przyjemność. Następnie powolne zbliżanie się dłońmi do sutków i delikatne ich podszczypywanie palcami. Gdy do tego dodamy pocałunki ust i szyi, a później piersi… Odlot gotowy.

Chyba powinien powstać film instruktażowy, jak kochać kobietę… Jesteśmy tak  wrażliwymi i delikatnie zbudowanymi istotami, a ktoś wymyślił że będziemy piać z zachwytu, gdy wrzuci się nas do pralki i włączy program na 1000 obrotów.

Za małe, za duże, obwisłe, okrągłe, łezkowate, dzwonkowate, asymetryczne. Jedna czasem się patrzy w dół, a druga w górę zadziera oko i pyta „lubisz mnie?” Kiedyś brafiterka powiedziała mi, że najważniejsze żeby piersi były wesołe i patrzyły w górę uśmiechnięte, czyli układamy je w staniczku „oczkami” do góry, aby się na nas patrzyły radośnie. A może dać im wolność i niech radośnie sobie podskakują.

Piersi, cycki, cycuszki, balony, bufory, zderzaki, melony, piegi. Każda z nas ma inne. Wyobraźcie sobie, ile mężczyzna w ciągu życia ma radochy, móc u każdej zobaczyć coś innego? Kształt jedno, a do tego kolor otoczek: białe, kawowe, różowe jak pąki róży, brązowe, czarne. O brodawkach wklęsłych, sterczących lub wystających, o otoczkach dużych lub małych, równych lub figlarnych we włoskach lub bez. Ciężkie, zadarte, opadające do środka lub na boki, jędrne i twarde lub miękkie i przelewające się w dłoniach.

Kiedyś kolega pokazał mi zdjęcia piersi swojej dziewczyny. Poczułam się nieswojo, bo nieznana mi kobieta stała teraz przede mną naga i bezbronna, a na pewno te zdjęcia były przeznaczone do wiedzy i oczu tylko tego kolegi. Machając mi telefonem przed nosem, jeździł po nich paluchem i zachwycał się ich pięknem, wypukłością, sterczącymi sutkami i kolorem obwódek. Mlaskał, cmokał, no idealne. Potem pokazał mi inną rozebraną kobietę, która przypomniała sobie o nim po kilku miesiącach i przesłała mu serię swoich nagich zdjęć. Już był mniej przejęty, ale dla mnie była równie zachwycająca i o pięknych, drobnych piersiach. Niewielkie, z pięknie zarysowanymi delikatnymi sutkami, zabawne i fikuśne. Piersi rzecz gustu.

Fot. iStock / Brainsil

Pierwszym wzorcem idealnych piersi była dla mnie lalka Barbie. Długo oglądałam i analizowałam jej piersi. Ba, miałam nawet dwie i obie miały takie same, ale nie rozumiałam dlaczego pozbawiono je brodawek sutkowych. Dorysowałam je więc i był komplet. Jako mała dziewczynka, byłam ciekawa jak to jest, że kobiety mają piersi, a ja jestem płaska no i do czego one są i kiedy mi urosną? Wiadomo, karmi się nimi dzidziusia. Podobały mi się koleżanki mojej mamy, które przychodziły. Zgrabne, piękne blondynki, jak te lalki Barbie i zawsze z podkreślonym biustem. Miłym, ciepłym i miękkim do którego mnie przytulały. Mogłam się godzinami na nie patrzeć i marzyć, że jak dorosnę to chcę być taka sama i mieć to samo! Potem przyglądałam się mojej mamie, babci, a nawet ciotkom i stwierdziłam, że wszystkie mają takie same piersi, ten sam kształt i kolor co mnie nieco uspokoiło, że idę w dobrym kierunku zgodnie z genami rodu, ale kiedy one będą duże?

Proces dojrzewania. Najpierw bolą. Dlaczego nikt o tym nie mówi głośno, oddając palmę pierwszeństwa miesiączce? Bolą tak bardzo, jakby rozrywało od pachy do środka i nie można ich dotknąć, bo są wtedy tak wrażliwe. Moja mama ze mnie drwiła, że rośnie mi biust. Wstydziłam się i jeszcze bardziej się garbiłam, aby nic nie było widać. W szkole już pierwsze zaczepki kolegów, a z dziewczynami w szatni pokazywałyśmy sobie, której jak rosną i która ma większe i czy ma już stanik. Cycki jak cycki? No nie.

Dzisiaj możemy je sobie powiększyć lub pomniejszyć. Ważne, jaka za tym stoi intencja. Czy robimy to dla siebie, czy dla faceta. Dla faceta i żeby go zatrzymać? Wierzcie mi, cycki nie zatrzymają, choćby były wielkości Mont Everestu. Jak ktoś chce odejść to i tak odejdzie.

Każde są piękne i niosą naszą historię. Jednak ich brak nie definiuje kobiety. Dają, ile mogą i na jak długo mogą. Najważniejsze, aby były zdrowe. Czy jesteśmy dumne z tego, co nam dała natura, czy jak wszystko w sobie poddajemy ocenie? Czy je kochamy i akceptujemy? Czy dotykamy je z czułością, czy też wrzucamy w lejce i „tylko nie wyskoczcie aby wstydu nie było!”. Bo przecież na ulicę i do korpo bez stanika to nie uchodzi! Czy wiemy, jakie mamy piersi i kiedy budziła się w nas kobiecość?

Bez względu na to, czy młode i jędrne, czy lekko obwisłe po karmieniu, schudnięciu czy po prostu z wiekiem. Jednak są nasze od urodzenia po śmierć. Piersi to nasz dom i nasi najbliżsi. Kiedyś kobieta w sytuacjach koniecznych, takich jak choroba czy głód, karmiła też członków rodziny. Dlatego choroby piersi wynikają z troski o bliskich, kłótni i konfliktów. Według totalnej biologii choroby piersi odzwierciedlają problemy gniazda rodzinnego. Może to też dotyczyć przyjaciół lub pracy, w sytuacji, gdy kobieta postrzega te miejsca jako sobie najbliższe. Może warto się nad tym zastanowić, kiedy pojawiają się guzki i zapytać siebie, co emocjonalnego w nas stoi za ich pojawieniem, co chcą nam powiedzieć.

Piersi przypominają nam, że jesteśmy delikatnymi istotami, bardzo wrażliwymi, że to, co się dzieje wokół nas wpływa na nasze zdrowie i samopoczucie, poczucie pewności siebie i relacje z najbliższymi. Szanując je i doceniając, sprawiamy, że nie tylko mężczyźni zaczynają cenić to z jakim cudem mają do czynienia.