Związek

Nie bój się kochać. Otwieraj się na miłość, bez względu na to ile razy byłaś skrzywdzona czy odrzucona

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
18 marca 2022
fot. Geber86/iStock
 

Kiedy się zakochujemy po raz pierwszy? Pierwsze miłostki, zauroczenia, westchnięcia do obiektu uczuć. Pamiętacie ten stan? Taki czysty, niewinny, kiedy myślimy o osobie, która staje się dla nas nagle ważna. Zastanawiamy się, jak jej pokazać, że nam też zależy? A jeśli już pokażemy, że nam zależy, to czy nas nie wyśmieje, nie zezłości się, nie odrzuci? A może właśnie ucieszy się, bo jej serduszko też zabiło mocniej na nasz widok czy dźwięk naszego głosu?


Zakochujemy się od najmłodszych lat. Pamiętam moje pierwsze sympatie w przedszkolu. Konrad. Gdzie jest Konrad, tam gdzie Agnieszka. Bawiliśmy się zawsze razem. Trochę się go bałam, bo był nieprzewidywalny, można było czymś oberwać, ale zawsze trzymaliśmy się razem. Z perspektywy czasu to jednak było bardziej kumplostwo.

Był Jacek. Mój sąsiad i kolega w grupie przedszkolnej. Śliczny i bardzo miły. Kiedyś zaprosił wszystkie dziewczynki z grupy do łazienki i tam dawał im buzi. Koleżanki mówiły, że się całowali. Mnie nie zaprosił. Serce i duma cierpiały. W czasie kiedy Jacek się ubierał przed wyjściem do domu, podeszłam do jego mamy i się poskarżyłam. Całował wszystkie, a mnie nie. Mama Jacka, psycholog z zawodu, popatrzyła się na mnie bardzo poważnie swoimi wielkimi sarnimi oczami i z wielkim zrozumieniem oraz empatią obiecała, że z nim porozmawia. Tego samego dnia Jacuś przyszedł do mnie do domu. Moja mama zrobiła nam wielkie puchary truskawek z bitą śmietaną. Jacek nagle, umazany w tej śmietanie, pyta się mnie, czy zgodziłabym się, aby mnie pocałował? Odpowiedziałam, że… już nie jestem zainteresowana i że już go nie kocham!

„Ciągnie się coś za nami, czego nie można nazwać ani miłością, ani przyjaźnią, ani romansem. To jest pierwsza miłość, po prostu…”

Potem, w podstawówce tego było całkiem sporo. Nowe sympatie, ciepłe oczy, czucie czyjegoś zainteresowania, pierwsze randki i pocałunki, tajemne liściki i wpisy do pamiętnika, takie z podtekstem… Takie to było delikatne i niewinne. Jakieś dyskoteki i przytulanki w tańcu, gdzie dłonie wędrują nieśmiało, chcąc odkrywać nowe, nieznane rewiry drugiego ciała.

Liceum to już był konkret. Pary oficjalne. Otwarcie mówiło się o pierwszych doświadczeniach intymnych. Kto w czym jest dobry i kto od kogo czego chce i jak chce, no i kto się z kim i gdzie bzykał? Czasem padała elektryzująca wiadomość, której to z dziewczyn spóźnia się okres i kto będzie tym szczęśliwcem. Tak, pierwsze ciąże koleżanek i związane z tym rozterki, darcie włosów z głowy przez rodziców i pogardliwe spojrzenia psorów, bo jak tu dopuścić do matury? I wiecie co? Te dzieci urodziły się i jakoś wszystko się poukładało, a te pary z liceum do dzisiaj są szczęśliwymi małżeństwami. Tak, ale to liceum nie było do końca normalne. Jacy uczniowie, tacy psorzy, ale jakoś wszyscy wyszliśmy na ludzi. Najlepsza szkoła.

No i w tym czasie pojawiło się zakochanie w koledze z czwartej klasy liceum. Ja byłam wtedy w pierwszej, no i kto mnie tam z tej czwartej traktował poważnie. Jeszcze kota. Spać nie mogłam z tej miłości, dostałam temperatury, choć nigdy jej nie miewam, a tu nic. Kolega totalnie mną nie zainteresowany. Nawet zaprzyjaźniłam się z jego kuzynką. Nic. Siedziałyśmy z koleżankami i nagle on przechodzi. Wysoki z blond długimi włosami, orlim nosem, dumny i wyniosły, muzyk już uznanej na rynku kapeli. Jezu. A czy się patrzył na mnie? A jak patrzył? A czy się obejrzał? Jedna drugą przepytywała. Nie. To ja je męczyłam jak nawiedzona. Dalej nic. Ach co za cierpienie serca i ciała. Już nie wiedziałam do kogo się modlić… Moja mama tylko chodziła i pukała mi w czoło. W końcu mówi do mnie, zadzwoń do niego i będziesz wiedzieć. Okazało się że byłam jedną z wielu dzwoniących …, co dla obiektu było najlepszą rozrywką po szkole. Dałam sobie spokój.

Dziś jestem szczęśliwą mężatką, ale pierwszą miłość się pamięta…

I nagle przyszła ta pierwsza prawdziwa miłość. Kiedy ja kocham i jestem kochana. Kolega z klasy obok. Najprzystojniejsza wersja Clive’a Owena. Coraz częściej rozmawialiśmy, zaczęliśmy się uczyć razem, potem przynosił mi bułki – pyszne – na przerwach, pierwsze spacery i wycieczki w góry. Unosiłam się nad ziemią. Poszliśmy razem na Szczeliniec. Była wczesna wiosna i gdzieniegdzie leżał śnieg. Pobiegłam do pięknych kwitnących przebiśniegów i śnieżyczek … i się poślizgnęłam. Noga zwichnięta w kostce. Zniósł mnie na sobie z tej góry. Ileś kilometrów. Szpital, gips. Zajmował się mną czule i z uśmiechem. To była taka pierwsza miłość, rodząca się po kawałeczku, odkrywająca nas wzajemnie po milimetrze i w sercu, i intymnie. Uczyliśmy się siebie, zaufania, ale i okazywania uczuć.

Zazwyczaj przecież nie mamy dobrych wzorców z naszych domów. Patrzymy i uczymy się głównie na książkach, filmach, opowieściach przyjaciół. Każdy opowiada o swoich doświadczeniach i o własnym progu bólu. O miłości doskonałej lub tragicznej, porażkach, wykorzystywaniu, że kobiety są złe, a mężczyźni to dranie. Dlaczego nie uczymy się o pięknej miłości romantycznej, o tym, jak wzajemnie można dawać i przyjmować. Jak ważne jest zaufanie i otwarcie serca. Spokój i cierpliwość. Skąd młodzi ludzie mają wziąć wiedzę jak wygląda dobry, kochający się i szanujący się związek? Są owszem coache, terapie, filmy poradnikowe na YT, ale na to trzeba mieć kasę. A do tego króluje porno, darmowe, które mylone jest ze związkiem i miłością. Kto pokaże czym jest delikatność w związku, w seksie? Kto pokaże czym jest miłość, jak ją okazywać, jak nie reagować na złe emocje tylko przytulić i ukochać partnera. Jak go wspierać i jak wspólnie iść w miłości przez życie i umieć utrzymywać jej ogień?

My się oboje uczyliśmy. Uczyliśmy się także nie reagować na zaczepki naszych rówieśników, dla których byliśmy sporą sensacją. Czy przetrwaliśmy? Nasi rodzice się pokłócili, wlewając ten jad także w nas. Zerwanie. Bolesne. Trudne do przepracowania i zrozumienia emocje. Oczywiście obraziliśmy się na siebie i tak, jak nasi rodzice staliśmy się swoimi wrogami. Miłość umarła z krzykiem. Można powiedzieć, że trochę historia Romea i Julii.

Studniówka. Poszłam z moim najlepszym kolegą. Wiedział, że się boję, aby moja była miłość nie przyszła i nie robiła mi wyrzutów. I tak jak czułam … przyszedł do nas. Pijany. Totalnie pijany. Patrząc mi w oczy powiedział, że mi wszystko wybacza i że życzy mi jak najlepiej. Stałam jak sparaliżowana. Patrzyłam na niego i nawet nie wiem, czy coś powiedziałam. Czułam się z tym strasznie, że go tak zraniłam. Zraniłam nas oboje.

Wiedziałam, że byłam dla niego bardzo ważna, ale zrozumiałam to dopiero po latach. Kiedyś widziałam go w pociągu. Zauważył mnie i poznał od razu. Odwrócił się. Nie chciał na mnie patrzeć. Niedawno spotkałam się z jednym z moich serdecznych kolegów z tego liceum. I wzięło nas na wspominki. W którymś momencie temat zszedł na studniówkę. Opowiedział mi o niej z innej perspektywy. Jak ta moja miłość licealna upiła się tak strasznie, że koledzy nie wiedzieli, co z nim zrobić. Gdyby w tym stanie wrócił do domu, to ojciec policjant by go zatłukł. Więc rozebrali go w łazience do naga i wlewali mu do gardła wodę z solą, aby zwymiotował. Ratowali go. Słuchając tego, się popłakałam. „Aga, teraz wiem, że to Ty byłaś przyczyną”.

Miłość dojrzała, czyli kiedy ta pierwsza nie jest tą ostatnią

Wiem, że mieszka gdzieś w Europie. Ma rodzinę. Mam nadzieję, że jest szczęśliwy. Dałabym bardzo dużo, aby móc go przeprosić. Wyjaśnić. Ale przede wszystkim poprosić o wybaczenie. Poszłam na pasku informacji i podejrzeń, które okazały się kłamliwe. A nie zapytałam wprost jego. Mogłam to zrobić, a stchórzyłam. Nie chce się usprawiedliwiać. Był bardziej dojrzały w tym uczuciu niż ja wtedy.

To bardzo bolesna lekcja. Lekcja miłości do siebie. Aby ufać swojemu głosowi, swojej intuicji, swojemu sercu. Nie słuchać innych. Serce wie najlepiej i wie, jak kochać. Kochać tak, aby nie krzywdzić, aby umieć wybaczać, aby cieszyć się z każdej sekundy bycia razem, akceptować takim jakim się jest i jaka jest ukochana osoba, patrzeć do środka, a nie na powłokę zewnętrzną, nie poganiać, nie być roszczeniowym, nie być zazdrosnym, otworzyć serce, rozmawiać, robić dla ukochanej osoby i te rzeczy najprostsze, i te najbardziej niezwykłe. Nie bać się kochać. Otwierać się na miłość bez względu na to ile razy było się skrzywdzonym czy odrzuconym. Bo przecież w życiu najważniejsza jest tylko MIŁOŚĆ.


Związek

Ta relaksacja to powolne odpuszczanie. Jakby ktoś spuścił nam powietrze

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
1 kwietnia 2022
joga, medytacja
fot. filadendron/iStock
 

Medytacja. Temat chodliwy, bo dzisiaj bycie „świadomym”, czyli mającym kontakt z własnym ciałem, umysłem i duszą jest w dobrym tonie towarzyskim. Osoba, która medytuje jest w kontakcie ze sobą i przyrodą, kocha, wybacza, świeci światłem, nie ocenia i jest integralną częścią świata. Jest w workbalance i lifebalance, wibruje całym mindfulness. No dobra, to tyle tych bon-motów przestrzeni światła. A co to wszystko znaczy?

Siadasz. Jak już znajdziesz tę chwilę, że dzieci nie włażą ci do pokoju co pięć minut, bo coś tam jest w tym momencie bardzo ważnego, a mąż ma jakiegoś focha nie wiadomo o co i oby za chwilę nie przyszła sąsiadka, która się nudzi sama w domu. Dobra, jesteś. Zamykasz oczy. Wdech i wydech.

Czekaj. Może żeby „ukochanych” nie słyszeć to jakaś muzyka. Najlepiej relaksacyjna. Może jakiś healing lub women energy czy coś tam? Piszą, że wysokie wibracje i herce. O co chodzi? Nie wiesz. Ładnie brzmi, to będzie miło. Aaa… jeszcze świeczka. To światło, na którym można się skupić i od razu żeby ładnie pachniało jak w świątyni. To ma być Twój czas. Teraz jest wszystko. Zamykasz oczy. Wdech i wydech. Głęboki. Ommm jeden, ommm dwa, ommm trzy i ommm cztery. Wydech. Jest nieźle. Masz nie myśleć i skoncentrować się na polu między brwiami. Tam ma się pojawić światło. Starasz się.

W głowie przeleciało… Czy zamknęłam auto i czy pralka przestała prać? Mogliby w tym czasie rozwiesić pranie. I może jakieś zakupy zrobić na kolację? Czekaj. Masz nie myśleć. Wyłączyć się. Płyniesz. Jesteś Ty i Wszechświat. Nagle coś walnęło i drzwi z hukiem się otworzyły. Dzieci „… mamusiu tu jesteś, bo my cię wszędzie szukamy. Co robisz?”. No i po medytacji…

Powiedzenie komuś, żeby zaczął medytować, to jak zburzenie muru i jego budowa od nowa. To proces. Często wieloletni. Aby dojść do wprawy wyłączenia umysłu i skierowania uwagi na poziom serca i duszy trzeba wieloletniej praktyki. To stan fal alfa i theta, które równoznaczne są z głębokim snem, wnikaniem w siebie, połączeniem z intuicją, dostępem do podświadomości. W tym stanie wycofujemy się do świata naszego wewnętrznego i dostajemy sygnały: żywe obrazy, wizualizacje, słyszymy głos naszej intuicji, otrzymujemy dostęp do informacji z poza naszej normalnej i codziennej świadomości.

Naukowcy udowodnili, że częstotliwości alfa i theta pomagają złagodzić stres, zrelaksować się, zsynchronizować pracę obu półkul mózgu szczególnie kiedy dodamy do tego oddech (wdech raz lewą raz prawą dziurką, zaczynamy od lewej). Możemy zredukować ból, zwiększyć wydzielanie endorfin, pozyskać kreatywne rozwiązania dla naszych spraw. To podróż, często głęboka i bez trzymanki. Można zacząć od samego posiedzenia ze sobą, najlepiej na łonie natury. Poczucia jak się mają nasze nogi, biodra, piersi, ręce, barki, głowa. Jaki smak mamy w ustach, jaki zapach czujemy, co słyszymy, co widzimy pod powiekami, co czuje nasze ciało? Ta relaksacja to powolne odpuszczanie. Jakby ktoś spuścił nam powietrze.

Fot. iStock/Oleh_Slobodeniuk

Tego potrzebujemy. „Umysłowego” wyjścia z pracy i myśli o jej wynikach, zadaniach, twarzach innych pracowników i przełożonych, czy coś jest okey czy nie okey i czy nam coś nie zagraża. To samo z domem, jego obowiązkami i potrzebami. Medytacja to uwolnienie lęku, oczyszczenie umysłu, zaprzestanie kontrolowania i krytykowania siebie i innych, skupienie się na tym co tu i teraz. Wejścia w swój spokój na poziomie serca. Bo spokój tylko tam jest.

Kiedy są myśli, to niech będą, puszcza się je, nie skupia na nich. Ogląda się jak płynące chmury. Popatrzenie co nas boli i dlaczego, z czym to może być związane? Napięcia w ciele są jak supły spraw, których nie rozwiązaliśmy. Czyli jakich? Zapytajcie się siebie i zaraz będzie odpowiedź. Nie chodzi o wyczyny bycia w stanie nirwany. Wystarczy parę minut, kiedy organizm się odpręża i resetuje. To jak najlepsza drzemka.

Kiedy medytować? Mówi się, że najlepsza pora to 4 rano, albo przed snem. Powiem tak, medytujcie zawsze kiedy potrzebujecie i możecie. Wielu ludzi i mistrzów doradza, a najważniejsze jest słuchać siebie. Dobrze siedzieć ze skrzyżowanymi nogami i wyprostowanym kręgosłupem, po to aby był przepływ energii przez siedem czakr.

Dłonie mogą swobodnie przebywać położone na kolanach, a mogą być też zwrócone wnętrzem do góry, aby mieć lepszą komunikację niebo – ziemia. Można je także układać w mudry. Każda mudra ma swoje znaczenie dla naszego zdrowia, są pięknie opisane w necie.

Dla początkujących polecam medytacje prowadzone. Ponadto można znaleźć świetne relaksacje, gdzie ciało odpuszcza całe napięcie, a umysł zaczyna się regenerować i odlatywać na wyższe rejestry. Modlitwa też jest medytacją, nawet samo sprzątanie i porządkowanie jest świetną medytacją. Spacer po lesie czy parku z ćwiczeniami oddechowymi. Po prostu pobycie sama ze sobą ma najwyższą wartość.

W necie jest sporo medytacji zbiorowych. Pięknie to wygląda, natomiast to jest jak z higieną osobistą. Jak branie po kimś łyżeczki do kawy kiedy nie wiemy, kto ją wcześniej używał, czy jest czysta. Tu jest to samo. W trakcie medytacji otwieramy się z naszą energią, przekonaniami, potrzebami. Otwieramy swoje pole. Nie wiemy co jest w polach innych osób i niestety często po medytacjach zbiorowych możemy się gorzej poczuć. Ból, lęki, niejasne myśli. Dlatego i tutaj jest bardzo ważne BHP medytacji.

Najlepiej usiąść sobie samej lub z prowadzącym, do którego mamy zaufanie. Osoba, która poprowadzi nas w energii kobiecej, a mężczyzn w energii męskiej. To wszystko są istotne szczegóły dla naszego zdrowia. Po medytacji warto się uziemić. Pójść na spacer, posiedzieć na łonie natury i ciągnąć energię z ziemi od stóp aż po czubek głowy i z powrotem. Medytuj codziennie. Rano i wieczorem. Wszystko na ile jest to możliwe i kiedy możesz. Jeśli nie masz czasu, nie karz się za to. Zobacz kiedy możesz i korzystaj.

Ważne aby konsekwentnie wracać do tego stanu. Zwróć uwagę na zmiany jakie zachodzą w tobie, kiedy masz parę minut bezruchu i milczenia od codziennej gonitwy. Kiedy już uzyskasz komfort dodaj coraz więcej minut aż do dwudziestu.

fot. DianaHirsch/iStock

Możesz medytować z intencjami czyli zgłaszać do Absolutu zapotrzebowanie na to czego chcesz. Puszczasz to i zapominasz o tym. Nie kontrolujesz. Możesz zadawać pytania na tematy, które cię nurtują. Po prostu medytacja powinna mieć cel. Odpowiedzi przyjdą do dwóch dni. Bo wiedza i mądrość są w nas. Możesz zacząć dostawać nagle wiele informacji. Znam osoby mocno wizyjne, które mają przed oczami obrazy różnych sytuacji i ludzi, podróżują też w czasie i innych wymiarach. To jest możliwe – choć sama nie wierzyłam w to, a ktoś powie że to szatan – to nasza podświadomość pracuje. Podczas medytacji mamy dostęp do naszej wiedzy, doświadczeń, ukrytych potrzeb i potencjałów.

W obecnym czasie kiedy jesteśmy poranieni pandemią, a w tle jeszcze rozgrywa się wojna i huśtawka ekonomiczna, medytacja staje się złotym i bezpłatnym środkiem złapania balansu i dystansu do życia. Jedyną inwestycją, i chyba tą najdroższą, jest czas. Bezcenne jest wejście w siebie i odcięcie się od codziennego szumu, lęków i paniki. Skontaktowania się ze sobą czego najbardziej pragniemy dla siebie, co nam służy i co jest dla nas dobre, bezpieczne. Medytacja to nasz złoty schron przed codziennością.


Związek

Niesnaski między nami są głupie. Dlaczego? Bo wszystkie jesteśmy takie same. Łączy nas kobiecość

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
9 marca 2022
fot. jacoblund/iStock

Przyjaciółki. Każda z nas chce mieć przyjaciółkę, lub być nią dla kogoś. Co to znaczy? Lojalna, kochająca, pomocna, akceptująca, powiernica naszych sekretów, rozumiejąca i wspierająca, wybaczająca, mądra, zawsze po naszej stronie. Kobieta kobiecie. Czy takie są? Na pewno.


Kiedyś moja mama zapytała mnie, dlaczego ciągle zmieniają mi się przyjaciółki. Na początku jest ogień, a potem słabnie. Tak, jak w związkach z facetami. Myślałam o tym i doszłam  do wniosku, że może tak  po prostu mam. Ale kiedy usłyszałam o pewnej medytacji znanej coacherki, gdzie do kręgu ognia zaprasza się wszystkie kobiety rodu, a następnie wrzuca do ognia to, co nie służy, to pomyślałam że też tak zrobię. Przyjaciółki – właśnie je mogę zaprosić do mojego kręgu ognia.

Pytanie, czy naprawdę były przyjaciółkami. Czy kobiety, które uważamy sobie za najbliższe, mają te wszystkie cechy opisane powyżej? Taka przyjaciółka od serca i do grobowej deski? Siostrzana dusza. Czuję, że były. Na tyle na ile umiały.

Zdałam sobie sprawę, że to nie chodzi o nie, a o mój stosunek do nich, po różnych sytuacjach w życiu. Od tych psiapsiółek z przedszkola, szkoły, przeżywałyśmy pierwsze miłości, męczyłyśmy jedna drugą czy chłopak który nam się podoba patrzy na nas, opowiadałyśmy o pierwszych miesiączkach po to, aby za jakiś czas się w nich zsynchronizować, dzieliłyśmy się lekcjami, kanapkami, ciuchami, problemami z rodzicami i wzajemnie się broniłyśmy kiedy coś było nie tak. Mężczyźni mają braterstwo krwi, a my jajników.

„Zaufałam sobie, przestałam się bać i brać emocje innych za swoje. Przestałam ratować wszystkich wokół”

Miałam taką przyjaciółkę w podstawówce. Nawet jak się wyprowadziłam do innego miasta, to jeszcze wiele lat pisałyśmy do siebie i to nawet tydzień w tydzień. Nie było wtedy komórek i maili. Była poczta. Niedawno się odnalazłyśmy po 20 latach! Ach, nie mogłyśmy się nagadać i świat dla nas znowu przestał istnieć. Znowu miałyśmy 12 lat, byłyśmy tylko dwie i machałyśmy nogami, wesoło przegadując się wzajemnie. Dlaczego przerwała się nasza przyjaźń? I to dosyć nagle i brutalnie. Jedna z nas stwierdziła, że nasze życia jako dorastających kobiet różnią się i nie pasują do siebie, i że powinnyśmy pójść każda swoją drogą. Do dzisiaj tego nie rozumiem, ale tak się stało.

Potem w liceum przyjaźń jak z kart „Ani z Zielonego Wzgórza”. Spałyśmy u siebie, wszystko o sobie widziałyśmy. Znaki świetlne przez okno. Cały dzień razem w szkole, a po południu wiszenie na  telefonie do wieczora, bo się jeszcze nie nagadałyśmy. I to na telefonie stacjonarnym, a nie komórce. Wspólne gadanie o chłopakach, o budzącej się kobiecości i seksualności, wspólne książki, filmy, nawet ospę przechodziłyśmy w tym samym czasie. Siedziałyśmy na telefonie, informując się wzajemnie co której i gdzie wyskoczyło. Dla mnie najgorsza choroba w moim życiu i trwała dwa miesiące! Wspólne wyjazdy, te same sympatie i antypatie. Uczyłyśmy się od siebie wzajemnie.

Aż trach, przyjaciółka pojechała nad morze z mamą i tam poznała pierwszego w życiu chłopaka. Takiego co i za rękę trzyma i się cudownie całuje. Kiedy wróciła z wakacji, była inna. Dostałam od niej list, że nie pasujemy już do siebie, że od życia oczekuje czegoś więcej i tę lukę wypełnia jej ten chłopak. Byłam załamana. Serce rozbite na milion kawałków. Płakałam tak przez tydzień, i tak głośno, że pies wył ze mną, a kot się wyprowadził z domu. Mama i babcia nie wiedziały jak mi pomóc, więc zerwały kontakty towarzyskie z rodziną przyjaciółki. Mama z mamą, babcia z babcią. Coś we mnie umarło. Serce się zamknęło. Ktoś znowu mi powiedział, że nie pasuję do niego, że mnie odrzuca jak trędowatą. Dowcip losu spowodował, że dwa lata później siedziałyśmy jedna za drugą na maturze, którą pisałyśmy z biologii. Słyszę jak ona płacze. Dlaczego? Utknęła w połowie tematu. Wymieniłyśmy się kartkami i dokończyłam za nią pracę. Dostała nawet lepszą ocenę niż ja. W sumie się ucieszyłam, że jej pomogłam, ale nadal nie rozmawiałyśmy. Kiedyś spotkałyśmy się na kawie. Wyglądało to napojedynek na ringu, która lepsza. Kompleksy fruwały w powietrzu. Nastała pustka.

A później już w moim życiu były takie bardziej koleżanki niż przyjaciółki. Żadnych bliskich więzi, bo już nie chciałam być zraniona. Żadnej nie umiałam już zaufać. Parę lat temu pojawiła się kolejna. Zaczęło się od wielkiego WOW, potem przeszło w awanturę gdzie syczałyśmy na siebie, aż przekształciło się w wierną przyjaźń. Tyle, że kiedy straciłam w życiu wszystko, ona też zniknęła.

Tak więc te wszystkie przyjaciółki, koleżanki zaprosiłam do tego kręgu ognia i wyrzucałam z siebie co mam do nich. Co mnie boli. Oczyszczałam siebie. Widziałam ich spuszczone głowy, uciekający wzrok i niezrozumienie o co mi chodzi. Tu nie chodziło o nie tylko o mnie. O wpuszczenie wreszcie do siebie zaufania do kobiet, o zaprzestanie rywalizacji, o wzajemne wybaczenie, o zaprzestanie porównywania się, stawiania wyżej od innych, niszczenia siebie i innych kobiet, wyśmiewania i drwienia z kobiecości, że czegoś można nie wiedzieć. I to puściło. Szczególnie jedna z nich bardzo ze mną zarezonowała.

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

Dziewczyna o tym samym imieniu, która potrzebowała tła aby samej móc błyszczeć. Wtedy, jako nastolatka w ogóle nie rozumiałam tych świadomych czy nieświadomych manipulacji,
deprecjonowania kogoś. Nie rozumiałam, że tak postępuje osoba która sama czuje się zagrożona i niepewna siebie. Niestety odcisnęła na mnie poważne piętno, które wtrąciło mnie w ogromne kompleksy i zniszczenie swojej kobiecości. Nie chciała mieć atrakcyjnej przyjaciółki, namówiła mnie na ścięcie włosów na chłopaka, co mnie oszpeciło, zaniżała poczucie wartości przy innych, raz porzucała, a raz przyciągała. A my czasem tak bardzo chcemy tej wyjątkowej przyjaźni, że godzimy się na te toksyczne relacje, tak jak na toksyczne związki z partnerami, bo pragniemy miłości i przyjaciółki, bliskiej nam kobiety.

To ten krąg był właśnie po to, aby to wszystko oczyścić i z głowy, i z serca. Docenić siebie i zrozumieć czego się było świadkiem. Podziękować za wszystkie doświadczenia sobie i im, bo to mnie w jakiś sposób ukształtowało. To były lekcje. Bo przecież na prawdziwą przyjaźń zawsze jest czas i miejsce. I niech będzie taka jakiej pragniemy i która nas wspiera i rozwija, a nie która jest zawistna i toksyczna.  To było bardzo oczyszczające. Po wrzuceniu wszystkiego do ognia, stałyśmy i patrzyłyśmy się na siebie, uśmiechając się ciepło, byłyśmy jednością, wszystkie takie podobne, inne ale takie same. Z tymi samymi wyzwaniami, kompleksami, trwogami, nadziejami i oczekiwaniami. Większymi czy mniejszymi piersiami, cellulitem, rozstępami czy fałdkami. Siwe, proste czy pokręcone. Bez względu na wiek, wzrost, wykształcenie. Po prostu siostry, których moc drzemie w jedności. W kobiecej solidarności. Bo przecież to, że jesteśmy tu i teraz, bez gorsetów, z prawem do głosowania, wykształceniem, pracą, równością, to właśnie zasługa tych ruchów, gdzie kobiety były zjednoczone ponad podziałami. Gdzie nie rywalizowały między sobą o stanowisko, o mężczyznę, o władzę, o miłość.

Jako puenta niech posłuży ostatni obrazek. Koleżanka zaprosiła mnie na spotkanie coachingowe dla kobiet, które prowadziła. O kobiecej mocy. Gdy przyszłam sala była wypełniona samymi seniorkami. Srebrne włosy lśniły w światłach jupiterów. Panie śmiały się i bawiły, ale też były wzruszone kiedy mówiono im jak są ważne, jakimi są brylantami, jak wiele schematów myślenia i stereotypów im nawkładano przez życie. Życie, które one już podsumowują. Patrzą z dystansu i perspektywy, ale z nadzieją że jeszcze coś fajnego się u nich zadzieje, też ile mogą dać innym kobietom tym siedzącym obok, lub dopiero rodzącym się. Było to bardzo wzruszające, ich twarze poorane zmarszczkami, z wypisaną historią, mądrością i doświadczeniem. Wszystkie trzymające się za ręce, tworzące krąg, śpiewające i tańczące. Patrząc na nie miałam poczucie takiej jedności, a jednocześnie poczucie zażenowania że ze sobą walczymy, rywalizujemy, a przecież wszystkie będziemy też tak wyglądać i się czuć. I zobaczymy wtedy, jak te wojenki między nami były głupie i bezsensowne. Dlaczego? Bo wszystkie jesteśmy takie same. Łączy nas kobiecość.