Psychologia

Ta relaksacja to powolne odpuszczanie. Jakby ktoś spuścił nam powietrze

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
1 kwietnia 2022
joga, medytacja
fot. filadendron/iStock
 

Medytacja. Temat chodliwy, bo dzisiaj bycie „świadomym”, czyli mającym kontakt z własnym ciałem, umysłem i duszą jest w dobrym tonie towarzyskim. Osoba, która medytuje jest w kontakcie ze sobą i przyrodą, kocha, wybacza, świeci światłem, nie ocenia i jest integralną częścią świata. Jest w workbalance i lifebalance, wibruje całym mindfulness. No dobra, to tyle tych bon-motów przestrzeni światła. A co to wszystko znaczy?

Siadasz. Jak już znajdziesz tę chwilę, że dzieci nie włażą ci do pokoju co pięć minut, bo coś tam jest w tym momencie bardzo ważnego, a mąż ma jakiegoś focha nie wiadomo o co i oby za chwilę nie przyszła sąsiadka, która się nudzi sama w domu. Dobra, jesteś. Zamykasz oczy. Wdech i wydech.

Czekaj. Może żeby „ukochanych” nie słyszeć to jakaś muzyka. Najlepiej relaksacyjna. Może jakiś healing lub women energy czy coś tam? Piszą, że wysokie wibracje i herce. O co chodzi? Nie wiesz. Ładnie brzmi, to będzie miło. Aaa… jeszcze świeczka. To światło, na którym można się skupić i od razu żeby ładnie pachniało jak w świątyni. To ma być Twój czas. Teraz jest wszystko. Zamykasz oczy. Wdech i wydech. Głęboki. Ommm jeden, ommm dwa, ommm trzy i ommm cztery. Wydech. Jest nieźle. Masz nie myśleć i skoncentrować się na polu między brwiami. Tam ma się pojawić światło. Starasz się.

W głowie przeleciało… Czy zamknęłam auto i czy pralka przestała prać? Mogliby w tym czasie rozwiesić pranie. I może jakieś zakupy zrobić na kolację? Czekaj. Masz nie myśleć. Wyłączyć się. Płyniesz. Jesteś Ty i Wszechświat. Nagle coś walnęło i drzwi z hukiem się otworzyły. Dzieci „… mamusiu tu jesteś, bo my cię wszędzie szukamy. Co robisz?”. No i po medytacji…

Powiedzenie komuś, żeby zaczął medytować, to jak zburzenie muru i jego budowa od nowa. To proces. Często wieloletni. Aby dojść do wprawy wyłączenia umysłu i skierowania uwagi na poziom serca i duszy trzeba wieloletniej praktyki. To stan fal alfa i theta, które równoznaczne są z głębokim snem, wnikaniem w siebie, połączeniem z intuicją, dostępem do podświadomości. W tym stanie wycofujemy się do świata naszego wewnętrznego i dostajemy sygnały: żywe obrazy, wizualizacje, słyszymy głos naszej intuicji, otrzymujemy dostęp do informacji z poza naszej normalnej i codziennej świadomości.

Naukowcy udowodnili, że częstotliwości alfa i theta pomagają złagodzić stres, zrelaksować się, zsynchronizować pracę obu półkul mózgu szczególnie kiedy dodamy do tego oddech (wdech raz lewą raz prawą dziurką, zaczynamy od lewej). Możemy zredukować ból, zwiększyć wydzielanie endorfin, pozyskać kreatywne rozwiązania dla naszych spraw. To podróż, często głęboka i bez trzymanki. Można zacząć od samego posiedzenia ze sobą, najlepiej na łonie natury. Poczucia jak się mają nasze nogi, biodra, piersi, ręce, barki, głowa. Jaki smak mamy w ustach, jaki zapach czujemy, co słyszymy, co widzimy pod powiekami, co czuje nasze ciało? Ta relaksacja to powolne odpuszczanie. Jakby ktoś spuścił nam powietrze.

Fot. iStock/Oleh_Slobodeniuk

Tego potrzebujemy. „Umysłowego” wyjścia z pracy i myśli o jej wynikach, zadaniach, twarzach innych pracowników i przełożonych, czy coś jest okey czy nie okey i czy nam coś nie zagraża. To samo z domem, jego obowiązkami i potrzebami. Medytacja to uwolnienie lęku, oczyszczenie umysłu, zaprzestanie kontrolowania i krytykowania siebie i innych, skupienie się na tym co tu i teraz. Wejścia w swój spokój na poziomie serca. Bo spokój tylko tam jest.

Kiedy są myśli, to niech będą, puszcza się je, nie skupia na nich. Ogląda się jak płynące chmury. Popatrzenie co nas boli i dlaczego, z czym to może być związane? Napięcia w ciele są jak supły spraw, których nie rozwiązaliśmy. Czyli jakich? Zapytajcie się siebie i zaraz będzie odpowiedź. Nie chodzi o wyczyny bycia w stanie nirwany. Wystarczy parę minut, kiedy organizm się odpręża i resetuje. To jak najlepsza drzemka.

Kiedy medytować? Mówi się, że najlepsza pora to 4 rano, albo przed snem. Powiem tak, medytujcie zawsze kiedy potrzebujecie i możecie. Wielu ludzi i mistrzów doradza, a najważniejsze jest słuchać siebie. Dobrze siedzieć ze skrzyżowanymi nogami i wyprostowanym kręgosłupem, po to aby był przepływ energii przez siedem czakr.

Dłonie mogą swobodnie przebywać położone na kolanach, a mogą być też zwrócone wnętrzem do góry, aby mieć lepszą komunikację niebo – ziemia. Można je także układać w mudry. Każda mudra ma swoje znaczenie dla naszego zdrowia, są pięknie opisane w necie.

Dla początkujących polecam medytacje prowadzone. Ponadto można znaleźć świetne relaksacje, gdzie ciało odpuszcza całe napięcie, a umysł zaczyna się regenerować i odlatywać na wyższe rejestry. Modlitwa też jest medytacją, nawet samo sprzątanie i porządkowanie jest świetną medytacją. Spacer po lesie czy parku z ćwiczeniami oddechowymi. Po prostu pobycie sama ze sobą ma najwyższą wartość.

W necie jest sporo medytacji zbiorowych. Pięknie to wygląda, natomiast to jest jak z higieną osobistą. Jak branie po kimś łyżeczki do kawy kiedy nie wiemy, kto ją wcześniej używał, czy jest czysta. Tu jest to samo. W trakcie medytacji otwieramy się z naszą energią, przekonaniami, potrzebami. Otwieramy swoje pole. Nie wiemy co jest w polach innych osób i niestety często po medytacjach zbiorowych możemy się gorzej poczuć. Ból, lęki, niejasne myśli. Dlatego i tutaj jest bardzo ważne BHP medytacji.

Najlepiej usiąść sobie samej lub z prowadzącym, do którego mamy zaufanie. Osoba, która poprowadzi nas w energii kobiecej, a mężczyzn w energii męskiej. To wszystko są istotne szczegóły dla naszego zdrowia. Po medytacji warto się uziemić. Pójść na spacer, posiedzieć na łonie natury i ciągnąć energię z ziemi od stóp aż po czubek głowy i z powrotem. Medytuj codziennie. Rano i wieczorem. Wszystko na ile jest to możliwe i kiedy możesz. Jeśli nie masz czasu, nie karz się za to. Zobacz kiedy możesz i korzystaj.

Ważne aby konsekwentnie wracać do tego stanu. Zwróć uwagę na zmiany jakie zachodzą w tobie, kiedy masz parę minut bezruchu i milczenia od codziennej gonitwy. Kiedy już uzyskasz komfort dodaj coraz więcej minut aż do dwudziestu.

fot. DianaHirsch/iStock

Możesz medytować z intencjami czyli zgłaszać do Absolutu zapotrzebowanie na to czego chcesz. Puszczasz to i zapominasz o tym. Nie kontrolujesz. Możesz zadawać pytania na tematy, które cię nurtują. Po prostu medytacja powinna mieć cel. Odpowiedzi przyjdą do dwóch dni. Bo wiedza i mądrość są w nas. Możesz zacząć dostawać nagle wiele informacji. Znam osoby mocno wizyjne, które mają przed oczami obrazy różnych sytuacji i ludzi, podróżują też w czasie i innych wymiarach. To jest możliwe – choć sama nie wierzyłam w to, a ktoś powie że to szatan – to nasza podświadomość pracuje. Podczas medytacji mamy dostęp do naszej wiedzy, doświadczeń, ukrytych potrzeb i potencjałów.

W obecnym czasie kiedy jesteśmy poranieni pandemią, a w tle jeszcze rozgrywa się wojna i huśtawka ekonomiczna, medytacja staje się złotym i bezpłatnym środkiem złapania balansu i dystansu do życia. Jedyną inwestycją, i chyba tą najdroższą, jest czas. Bezcenne jest wejście w siebie i odcięcie się od codziennego szumu, lęków i paniki. Skontaktowania się ze sobą czego najbardziej pragniemy dla siebie, co nam służy i co jest dla nas dobre, bezpieczne. Medytacja to nasz złoty schron przed codziennością.


Psychologia

Małżeństwa z rozsądku, bo wpadka i dziecko, albo latka lecą, a tu stara panna i czas się ustatkować

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
6 maja 2022
Fot. iStock/olegbreslavtsev
 

Małżeństwo. Jest taki moment w życiu, gdy decydujemy się związać z drugą osobą. Świadomie lub mniej świadomie. Dać jej swoje słowo. Ślubować. Przysięgamy, że będziemy kochać, szanować, wspierać, być wiernym w myślach, słowach i czynach, do końca życia. Słowa przysiąg są różne. Od tych standardowych proponowanych przez księdza czy urząd po własne, znalezione gdzieś w wierszach, słowach piosenki czy scenach z filmu. Patrzymy sobie w oczy, wkładamy na palce obrączki i ślubujemy  ważne zaklęcia i obietnice. Moment magiczny. Połączenie. Czy na zawsze?

Świat zwierząt, roślin też się kocha, a jednak nie przysięga sobie. Nie mają i nie potrzebują ślubów i przysiąg. Wybierają siebie i są ze sobą. Zmieniają partnerki czy partnerów? Tak. A my tego nie robimy? Jedni decydują się być ze sobą na całe życie i przetrzymać wszystkie burze, trzęsienia, posuchy i katastrofy, a inni tego nie chcą i każdy pretekst jest dobry do zerwania i poszukania innej osoby. To po co nam ślub?

Co nam daje małżeństwo?

Od kilku tygodni chodzę z tym pytaniem. Byłam już małżonką. Dziesięć lat byliśmy w związku bez ślubu i było dobrze, ale partnerowi to nie wystarczało. Ciągle posądzał mnie o niewierność i to, że nie zna wszystkich moich myśli i światów. No cóż, każdy ma swoje piekło w głowie i projektuje to na drugą osobę. Zapytałam się, czy jak zgodzę się być jego żoną, to czy to go uspokoi? „Tak”. Pobraliśmy się. On szczęśliwy, biegający z certyfikatem ślubu dookoła kościoła. Rodzina i przyjaciele w euforii, że „wreszcie”. A ja zdjęłam od razu obrączkę z palca, bo czułam, jak ten kastet mnie uwiera i pali. Przyznałam sobie w duchu, że tak naprawdę to zrobiłam jakąś transakcję, ale nie wiedziałam, czy do końca opłacalną dla mnie. Przetrwaliśmy jeszcze cztery lata. Jakieś takie byle jakie. Nie było tego żaru i wszystkiego tego ważnego, co na początku.

Mentalny spadek

Patrzę sobie tak z perspektywy na związki w mojej rodzinie. Jakie były i co ja dostałam mentalnego w spadku? Patrzyliście kiedyś, jak wyglądały małżeństwa waszych rodziców, dziadków? Czy były z miłości, czy z rozsądku, a może aranżowane? Uzależnienia, mezalianse, przemoc, a może romantyzm i miłość po grób? Ja poszperałam i zaniemówiłam. Nie ma przypadków.

Do dziś są państwa jak Pakistan i Indie, w których małżeństwa są aranżowane. Nie wyobrażam sobie związać się z człowiekiem, którego nie znam. Kiedyś, w arystokracji, aranżowano śluby dzieci z dziećmi, lub dzieci ze starszymi ludźmi, wszystko po to, aby zawrzeć sojusze między państwami, wzmocnić skarbiec, zapewnić następcę. Dramaty kobiet, które nie mogły decydować o sobie i o swoim łonie. Miały obowiązek zrobić co im się każe, bo miały służyć państwu.

W jednej z firm, w której pracowałam, mieliśmy w naszym oddziale, w Pakistanie kierowcę z grupy etnicznej Pasztunów. Jechaliśmy któregoś dnia razem i kierowca opowiadał mi o swojej rodzinie: „Madame, mam żonę. Ale nie taką, którą kazano mi poślubić, tylko taką, którą sam wybrałem, bo tak ja chciałem bez względu na tradycję. Ja ją kocham. Bardzo. A ona kocha mnie. Jest w ciąży. Czekamy razem na poród”. Za kilka dni w nocy telefon do biura. Odebrał kolega, który był szefem oddziału „Sir, mam syna. Żona zdrowa. Jesteśmy szczęśliwi”, powiedział do telefonu kierowca. Byliśmy drugimi osobami po jego rodzicach, do których zadzwonił.

Obok druga historia, z tego samego miejsca. Pakistański księgowy, z zacnej i znanej rodziny fabrykantów tkanin. Małżeństwo aranżowane. Z początku nie kochali się, nic nie wiedzieli o sobie, nie znali się. Rodziny zadecydowały o ich ślubie. Jednak miłość zakwitła. Niestety żona księgowego nie mogła mieć dzieci. Okazało się, że jest bezpłodna. Siedzimy oboje z księgowym w restauracji, a on płacze: „Aga, kocham ją. Rodzina kazała mi ją wyrzucić z domu, bo nie będę miał kontynuacji rodu, a mnie to w ogóle nie interesuje. Chcę być tylko z nią. Co mam robić?”. Tylko ucieczka by ich uratowała i wieczne potępienie rodzin. Trudny wybór i w tych okolicznościach kulturowych równoznaczny ze śmiercią.

Małżeństwo, które może dać wielkie szczęście…

…może być wielką rozterką, wyborem i to ekstremalnym. Samo przysięganie sobie, że „na zawsze” jest piękne i romantyczne, ale z drugiej strony, czy mamy prawo uzależniać drugą osobę od siebie? Zabierać wolność? Bo przysięgałaś! Nikt i nic nie jest dane na zawsze. My się zmieniamy i otoczenie, ludzie i partnerzy też się zmieniają. Być razem na całe życie to wielka sztuka przez duże „S”.

Małżeństwa z rozsądku, bo wpadka i dziecko potrzebowało ojca, bo co ludzie powiedzą, bo we dwoje łatwiej przeżyć niż samemu, bo latka lecą, a tu stara panna lub wieczny kawaler – czas, aby się ustatkować. Lub chcę dziecko, a jakiś się nawinie, to zrobi, ale dziecko ważniejsze niż partner itd. Składanie sobie przysięgi bez miłości i przekonania, że to jest to, czego chcemy. Tworzenie układu, który na jakiś czas służy, a miłość może się z czasem pojawi. Może, ale nie musi.

Miłość. A może bardziej przyzwyczajenie? Nie piszę tutaj o małżeństwach dla celów majątkowych, chociaż to wcale nie jest rzadkość, czy małżeństwach, które zawiera się dla obywatelstwa. W czasie przysięgi, ślubowania, nie zdajemy sobie sprawy, że oddajemy kawałek siebie, że ta przysięga pozostaje w nas, że gdy naprawdę kogoś pokochamy innego, to ta przysięga będzie nas blokować. Będzie wywoływać poczucie winy i zdrady. Słowa mają moc. Że małżeństwo to absorbowanie zwyczajów i programów małżonka oraz naszych w małżonku.

Czy ktoś z was robił rytuał oczyszczania siebie po małżeństwie?

Uwolnienia tego, czym w małżeństwie się nasiąka czy się chce lub nie? Dziwnie brzmi, a jednak. Potem nie rozumiemy, dlaczego kolejne związki są podobne do poprzedniego. I schematy i partnerzy oraz to, jak projektujemy swoje lęki na nowych partnerów, którzy nigdy tego nie doświadczyli co my. I powstaje błędne koło z pytaniem: „Dlaczego ciągle takich samych przyciągam?”.

Nasze obecne czasy to partnerstwa. Życie razem bez papierka. Szkoda, że nie jest to uszanowane przez system podatkowy, kościelny, lekarski, prawny. Słowo „konkubina” brzmi dla mnie jak kwoka, która nie może znieść jajek. Jak ktoś wybrakowany, a przecież jest to wybór bardziej odpowiedzialny i wymagający większego wysiłku bycia razem i szanowania drugiego partnera, niż ceremonie, które urządza się dla wszystkich. Często na pokaz.

Jest taki program „Ślub od pierwszego wejrzenia”. Nie mogę się nadziwić ludziom, że decydują się przysięgać nieznanej osobie, którą na ślubie widzą pierwszy raz w życiu na oczy. A decyzję o ich połączeniu podejmują obcy im ludzie. Raz się uda, a raz się nie uda i się rozchodzą. Przecież to rozstanie, rozwód to forma żałoby. Nie jest to dla nas obojętne. To często skaza, która blokuje nas na inne związki, a my decydujemy się na małżeństwo jak na połknięcie pigułki od bólu głowy. Z intymnego spotkania robi się telewizyjne show dla obcych ludzi, którzy potem w tysiącach lajkują swoich „bohaterów”. Okey może jest to droga do kariery sprzedawczyni kremów. Ludzie docierają się i poznają latami, a tutaj jest na to miesiąc…

Małżeństwo to dla mnie miłość i wolność, uszanowanie i akceptowanie drugiego człowieka takim, jakim jest. Codzienne dodawanie sobie skrzydeł i troszczenie się, aby drugiej osobie było dobrze. To nie związek dwóch połówek, ale dwóch całości, kompletnych i świadomych. To wiara w miłość bezwarunkową i umiejętność dawania i otrzymywania. To także miłość puszczenia wolno ukochanego człowieka, który jak ptak chce odfrunąć… mimo że wspólne kredyty, dom i zobowiązania. Hehehe.

Zobacz także: Pech, zdrada, smutek, rozłąka… Oto najpopularniejsze i najbardziej „hardkorowe” ślubne przesądy. Znacie, wierzycie?


Psychologia

Nie bój się kochać. Otwieraj się na miłość, bez względu na to ile razy byłaś skrzywdzona czy odrzucona

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
18 marca 2022
fot. Geber86/iStock

Kiedy się zakochujemy po raz pierwszy? Pierwsze miłostki, zauroczenia, westchnięcia do obiektu uczuć. Pamiętacie ten stan? Taki czysty, niewinny, kiedy myślimy o osobie, która staje się dla nas nagle ważna. Zastanawiamy się, jak jej pokazać, że nam też zależy? A jeśli już pokażemy, że nam zależy, to czy nas nie wyśmieje, nie zezłości się, nie odrzuci? A może właśnie ucieszy się, bo jej serduszko też zabiło mocniej na nasz widok czy dźwięk naszego głosu?


Zakochujemy się od najmłodszych lat. Pamiętam moje pierwsze sympatie w przedszkolu. Konrad. Gdzie jest Konrad, tam gdzie Agnieszka. Bawiliśmy się zawsze razem. Trochę się go bałam, bo był nieprzewidywalny, można było czymś oberwać, ale zawsze trzymaliśmy się razem. Z perspektywy czasu to jednak było bardziej kumplostwo.

Był Jacek. Mój sąsiad i kolega w grupie przedszkolnej. Śliczny i bardzo miły. Kiedyś zaprosił wszystkie dziewczynki z grupy do łazienki i tam dawał im buzi. Koleżanki mówiły, że się całowali. Mnie nie zaprosił. Serce i duma cierpiały. W czasie kiedy Jacek się ubierał przed wyjściem do domu, podeszłam do jego mamy i się poskarżyłam. Całował wszystkie, a mnie nie. Mama Jacka, psycholog z zawodu, popatrzyła się na mnie bardzo poważnie swoimi wielkimi sarnimi oczami i z wielkim zrozumieniem oraz empatią obiecała, że z nim porozmawia. Tego samego dnia Jacuś przyszedł do mnie do domu. Moja mama zrobiła nam wielkie puchary truskawek z bitą śmietaną. Jacek nagle, umazany w tej śmietanie, pyta się mnie, czy zgodziłabym się, aby mnie pocałował? Odpowiedziałam, że… już nie jestem zainteresowana i że już go nie kocham!

„Ciągnie się coś za nami, czego nie można nazwać ani miłością, ani przyjaźnią, ani romansem. To jest pierwsza miłość, po prostu…”

Potem, w podstawówce tego było całkiem sporo. Nowe sympatie, ciepłe oczy, czucie czyjegoś zainteresowania, pierwsze randki i pocałunki, tajemne liściki i wpisy do pamiętnika, takie z podtekstem… Takie to było delikatne i niewinne. Jakieś dyskoteki i przytulanki w tańcu, gdzie dłonie wędrują nieśmiało, chcąc odkrywać nowe, nieznane rewiry drugiego ciała.

Liceum to już był konkret. Pary oficjalne. Otwarcie mówiło się o pierwszych doświadczeniach intymnych. Kto w czym jest dobry i kto od kogo czego chce i jak chce, no i kto się z kim i gdzie bzykał? Czasem padała elektryzująca wiadomość, której to z dziewczyn spóźnia się okres i kto będzie tym szczęśliwcem. Tak, pierwsze ciąże koleżanek i związane z tym rozterki, darcie włosów z głowy przez rodziców i pogardliwe spojrzenia psorów, bo jak tu dopuścić do matury? I wiecie co? Te dzieci urodziły się i jakoś wszystko się poukładało, a te pary z liceum do dzisiaj są szczęśliwymi małżeństwami. Tak, ale to liceum nie było do końca normalne. Jacy uczniowie, tacy psorzy, ale jakoś wszyscy wyszliśmy na ludzi. Najlepsza szkoła.

No i w tym czasie pojawiło się zakochanie w koledze z czwartej klasy liceum. Ja byłam wtedy w pierwszej, no i kto mnie tam z tej czwartej traktował poważnie. Jeszcze kota. Spać nie mogłam z tej miłości, dostałam temperatury, choć nigdy jej nie miewam, a tu nic. Kolega totalnie mną nie zainteresowany. Nawet zaprzyjaźniłam się z jego kuzynką. Nic. Siedziałyśmy z koleżankami i nagle on przechodzi. Wysoki z blond długimi włosami, orlim nosem, dumny i wyniosły, muzyk już uznanej na rynku kapeli. Jezu. A czy się patrzył na mnie? A jak patrzył? A czy się obejrzał? Jedna drugą przepytywała. Nie. To ja je męczyłam jak nawiedzona. Dalej nic. Ach co za cierpienie serca i ciała. Już nie wiedziałam do kogo się modlić… Moja mama tylko chodziła i pukała mi w czoło. W końcu mówi do mnie, zadzwoń do niego i będziesz wiedzieć. Okazało się że byłam jedną z wielu dzwoniących …, co dla obiektu było najlepszą rozrywką po szkole. Dałam sobie spokój.

Dziś jestem szczęśliwą mężatką, ale pierwszą miłość się pamięta…

I nagle przyszła ta pierwsza prawdziwa miłość. Kiedy ja kocham i jestem kochana. Kolega z klasy obok. Najprzystojniejsza wersja Clive’a Owena. Coraz częściej rozmawialiśmy, zaczęliśmy się uczyć razem, potem przynosił mi bułki – pyszne – na przerwach, pierwsze spacery i wycieczki w góry. Unosiłam się nad ziemią. Poszliśmy razem na Szczeliniec. Była wczesna wiosna i gdzieniegdzie leżał śnieg. Pobiegłam do pięknych kwitnących przebiśniegów i śnieżyczek … i się poślizgnęłam. Noga zwichnięta w kostce. Zniósł mnie na sobie z tej góry. Ileś kilometrów. Szpital, gips. Zajmował się mną czule i z uśmiechem. To była taka pierwsza miłość, rodząca się po kawałeczku, odkrywająca nas wzajemnie po milimetrze i w sercu, i intymnie. Uczyliśmy się siebie, zaufania, ale i okazywania uczuć.

Zazwyczaj przecież nie mamy dobrych wzorców z naszych domów. Patrzymy i uczymy się głównie na książkach, filmach, opowieściach przyjaciół. Każdy opowiada o swoich doświadczeniach i o własnym progu bólu. O miłości doskonałej lub tragicznej, porażkach, wykorzystywaniu, że kobiety są złe, a mężczyźni to dranie. Dlaczego nie uczymy się o pięknej miłości romantycznej, o tym, jak wzajemnie można dawać i przyjmować. Jak ważne jest zaufanie i otwarcie serca. Spokój i cierpliwość. Skąd młodzi ludzie mają wziąć wiedzę jak wygląda dobry, kochający się i szanujący się związek? Są owszem coache, terapie, filmy poradnikowe na YT, ale na to trzeba mieć kasę. A do tego króluje porno, darmowe, które mylone jest ze związkiem i miłością. Kto pokaże czym jest delikatność w związku, w seksie? Kto pokaże czym jest miłość, jak ją okazywać, jak nie reagować na złe emocje tylko przytulić i ukochać partnera. Jak go wspierać i jak wspólnie iść w miłości przez życie i umieć utrzymywać jej ogień?

My się oboje uczyliśmy. Uczyliśmy się także nie reagować na zaczepki naszych rówieśników, dla których byliśmy sporą sensacją. Czy przetrwaliśmy? Nasi rodzice się pokłócili, wlewając ten jad także w nas. Zerwanie. Bolesne. Trudne do przepracowania i zrozumienia emocje. Oczywiście obraziliśmy się na siebie i tak, jak nasi rodzice staliśmy się swoimi wrogami. Miłość umarła z krzykiem. Można powiedzieć, że trochę historia Romea i Julii.

Studniówka. Poszłam z moim najlepszym kolegą. Wiedział, że się boję, aby moja była miłość nie przyszła i nie robiła mi wyrzutów. I tak jak czułam … przyszedł do nas. Pijany. Totalnie pijany. Patrząc mi w oczy powiedział, że mi wszystko wybacza i że życzy mi jak najlepiej. Stałam jak sparaliżowana. Patrzyłam na niego i nawet nie wiem, czy coś powiedziałam. Czułam się z tym strasznie, że go tak zraniłam. Zraniłam nas oboje.

Wiedziałam, że byłam dla niego bardzo ważna, ale zrozumiałam to dopiero po latach. Kiedyś widziałam go w pociągu. Zauważył mnie i poznał od razu. Odwrócił się. Nie chciał na mnie patrzeć. Niedawno spotkałam się z jednym z moich serdecznych kolegów z tego liceum. I wzięło nas na wspominki. W którymś momencie temat zszedł na studniówkę. Opowiedział mi o niej z innej perspektywy. Jak ta moja miłość licealna upiła się tak strasznie, że koledzy nie wiedzieli, co z nim zrobić. Gdyby w tym stanie wrócił do domu, to ojciec policjant by go zatłukł. Więc rozebrali go w łazience do naga i wlewali mu do gardła wodę z solą, aby zwymiotował. Ratowali go. Słuchając tego, się popłakałam. „Aga, teraz wiem, że to Ty byłaś przyczyną”.

Miłość dojrzała, czyli kiedy ta pierwsza nie jest tą ostatnią

Wiem, że mieszka gdzieś w Europie. Ma rodzinę. Mam nadzieję, że jest szczęśliwy. Dałabym bardzo dużo, aby móc go przeprosić. Wyjaśnić. Ale przede wszystkim poprosić o wybaczenie. Poszłam na pasku informacji i podejrzeń, które okazały się kłamliwe. A nie zapytałam wprost jego. Mogłam to zrobić, a stchórzyłam. Nie chce się usprawiedliwiać. Był bardziej dojrzały w tym uczuciu niż ja wtedy.

To bardzo bolesna lekcja. Lekcja miłości do siebie. Aby ufać swojemu głosowi, swojej intuicji, swojemu sercu. Nie słuchać innych. Serce wie najlepiej i wie, jak kochać. Kochać tak, aby nie krzywdzić, aby umieć wybaczać, aby cieszyć się z każdej sekundy bycia razem, akceptować takim jakim się jest i jaka jest ukochana osoba, patrzeć do środka, a nie na powłokę zewnętrzną, nie poganiać, nie być roszczeniowym, nie być zazdrosnym, otworzyć serce, rozmawiać, robić dla ukochanej osoby i te rzeczy najprostsze, i te najbardziej niezwykłe. Nie bać się kochać. Otwierać się na miłość bez względu na to ile razy było się skrzywdzonym czy odrzuconym. Bo przecież w życiu najważniejsza jest tylko MIŁOŚĆ.