Lifestyle

„Smutni, zmęczeni, w kryzysie. Takie są nasze dzieci. Tylko razem możemy im pomóc”. Apel nauczycielki

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
14 października 2021
fot. Fertnig/iStock
 

Z okazji dnia Nauczyciela życzyłabym sobie porozumienia. Między nami a rodzicami. Bo tylko wspólne stanowisko może nas uratować. Tylko próba zrozumienia. Zaufanie. A tego nie ma.

Wrzesień. Rok temu. Zaczynam pracę jako nauczycielka. Jestem pełna pasji. Uczę chemii i biologii. Najpierw liceum. Trzydzieści milczących osób. Nie reagują na próby zagadywania. Otwarcie mówią, że ostatnią nauczycielkę „przegonili”. Za dużo wymagała, stawiała złe oceny. „A ja mam chemię gdzieś, bo nie będę jej zdawać na maturze” – rzuca blondyn w pierwszej ławce.

Później dowiem się od dyrekcji. Chemiczka, kobieta starej daty, nie miała autorytetu. Ale wystarczy kilka lekcji i wiem.
Te dzieci słyszą w domu, że mogą mieć nauczyciela gdzieś. To tak, jak podczas rozwodu. Rodzice obgadują się nawzajem i dziecko widzi, że może „pływać” od jednego do drugiego. Jeśli się wścieknie na matkę – dostanie akceptację i wsparcie ojca. Jeśli będzie złe na ojca – obgada go z mamą. Nie ma wspólnego frontu. Tak samo tutaj.

Wiem też, że łatwo można ich oswoić. Wystarczy ich słuchać, nie robić zbędnego ciśnienia. Ostrzegać, gdy się robi kartkówki. Tłumaczyć z pasją. Oni wtedy też zaczynają interesować się przedmiotem – nawet jeśli nie mają go na maturze.

Oceny

Zajęcia w podstawówce. Ósmoklasiści. Kilkoro z nich ma orzeczenia o depresji. Dwie dziewczynki po próbach samobójczych.
Uczniowie są przestraszeni egzaminem, który będzie za tyle miesięcy. Od rodziców słyszą, że muszą się starać, uczyć, bo inaczej nie dostaną się do żadnej dobrej szkoły. Gdy robię kartkówkę i klasówkę, pada zawsze to samo pytanie: „A będzie poprawa?”, „A kiedy będzie poprawa?”…

Szybko zaczynam dostawać od rodziców wiadomości na Librusie.
„Dlaczego mój syn dostał tylko czwórkę plus”?
„Dlaczego moja córka ma tylko ocenę dostateczną”? Naprawdę nie wiem, co mam na to odpisać. Oceniam sprawiedliwie. Poza tym, to przecież tylko oceny. Zawsze można je poprawić. Nie wszyscy znają przedmiot na piątkę. Nie każdy musi mieć piątkę. Niektórzy rodzice tego nie rozumieją. Uczniowie też.
Scena w klasie ósmej. Wyciągam sprawdziany. Zanim je rozdam, chłopiec z trzeciej ławki, nazwijmy go Adam, podnosi rękę.

– Czy ja mogę poprawić? – pyta.
– Ale dostałeś sześć mniej– mówię
– Właśnie – odpowiada. – Ja bym chciał szóstkę bez minusa.

Uczennica z liceum płacze, że dostała dostateczny. Bo mama będzie niezadowolona. Oni są non stop oceniani przez rodziców. Że mogli więcej, lepiej.
Nie chcę generalizować, ale kiedyś rozmawiałam z nimi na godzinie wychowawczej. Na palcach jednej ręki mogę policzyć rodziców, którzy mówią dzieciom: „Trója jest w porządku, nie musisz być ze wszystkiego dobry, nikt nie jest dobry ze wszystkiego”.

Próbny egzamin ósmoklasisty. Uczniowie ściągają. Po co? Przecież chodzi o to, żeby wiedzieli, czego jeszcze nie potrafią. To ma być informacja dla nich, gdzie są dobrzy, gdzie słabsi, czego się jeszcze powinni dowiedzieć. Dlaczego ściągacie – pytam. Przecież ten egzamin jest dla was. Spuszczają głowę.

Albo rodzice odrabiają za dzieci prace domowe. Przygotowują prezentacje. Przecież to widać. No i prace plastyczne. Przy wejściu do szkoły podstawowej ściana z pracami uczniów klas 1– 3, wszystkie na konkurs plastyczny. Może jedno, dwoje dzieci namalowało to samodzielnie.
Dlaczego rodzice to robią? Nie rozumiem. Czy każdy musi być utalentowany plastycznie? Nie. Dlaczego my te dzieci chcemy nauczyć, że mogą być we wszystkim doskonałe?
Nie mogą. Nikt nie może.

Kontrola

Mnóstwo jest rodziców roszczeniowych. Wymagających. Piszą na Librusie, awanturują się podczas zebrań.
„Dlaczego nie zgłasza pani młodzieży do konkursu A. a zgłasza do B. A jest lepsze”.
„Dlaczego uczy pani z tego podręcznika, tamten jest lepszy”.
„Dlaczego ten poziom jest tak niski, powinna pani równać do lepszych uczniów”.
„Dlaczego ten poziom jest tak wysoki, powinna pani wspierać słabszych”.
„Dlaczego w internacie jest wifi, ale nie po kablu. Lepszy byłby internet po kablu”.
„Musi pani postawić mojemu synowi szóstkę. On tego potrzebuje. Co pani szkodzi. A jemu to podwyższy średnią”.

Muszę, powinnam, mam. Ta narracja sprawia, że od razu rodzi się w nas bunt. A dlaczego muszę, powinnam, mam?

Nie jestem też zwolenniczką Librusa. Nieustannej komunikacji między rodzicem a nauczycielem, w celu kontroli dziecka. Kiedyś dostawało się jedynkę, rodzic o tym nie wiedział, uczeń poprawiał, załatwione. Teraz rodzice cały czas śledzą poczynania dziecka, kontrolują je, zmuszają do nauki, poprawiania. Ono w ogóle się nie uczy samodzielności. Kiedy ma to zrobić?

A nauczyciele też czasem nie potrafią wziąć za nic odpowiedzialności. Piszą absurdalne uwagi. „Jan chodzi na lekcji i rzuca śmieciami”, „Janek macha nogą”, „Jan klnie”. Też zastanawiam się, co z nami, że musimy wysyłać takie uwagi. Że nie potrafimy sami upomnieć Janka. Albo porozmawiać z nim dlaczego przeszkadza.

Gdy sama dostaję takie uwagi, jako matka, myślę: naprawdę? I co ja mam teraz zrobić z tym, że syn machał nogą na piątej lekcji?

 

Niezaradność

I jeszcze to, że nie wychowujemy dzieci do samodzielności. Oczekujemy od nich bycia super w szkole, ale nie uczymy codziennych obowiązków. Jako nauczyciel mam dyżury w internacie. Co widzę? Mama przywodzi szesnastolatka i układa mu majtki w szafce. „Tu masz bawełniane, tu takie, tam inne”.
Szybko okazuje się, że te dzieci chyba nigdy nie pomagały w domu. Nie potrafią zetrzeć kurzów, pościelić sobie łóżka, nie wiedzą, jak się obsługuje mopa.

I ta ich samotność. Zauważyłam, że klasy są mało zgrane. Na przerwach, mimo tego, że nie mogą mieć telefonów, często siedzą sami. A my, nauczyciele nie bardzo robimy coś, żeby to zmienić.
Podobnie, jak i rodzice. A chyba największym problemem naszych dzieci jest właśnie ta samotność i poczucie niepewności. Oni często nie widzą sensu niczego. Po co się uczyć, jak i tak nie wiadomo, co będzie ze światem? Po co zdawać do szkoły dwujęzycznej, jak i tak nie wiadomo, czy będzie można jeździć na wymiany, studiować za granicą?
Po co planować wycieczki, wyjazdy integracyjne, jak i tak nie wiadomo, czy pojedziemy. Po co?

Oni nie wiedzą, co będzie jutro. Mam wrażenie, że przed nami najtrudniejsze zadanie, dam im, choć odrobinę poczucia bezpieczeństwa. To dużo ważniejsze od ocen, presji, egzaminów. Kto ma dać im to poczucie bezpieczeństwa, jak nie my? Razem?

wysłuchała: Katarzyna Troszczyńska


Lifestyle

Zakochałam się do szaleństwa w facecie przez internet. Cudowny obłęd! Tylko że on nie potrafił kochać w realu!


Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 października 2021
Fot. iStock/themacx
 

Czy możliwa jest miłość przez internet? Tak! Ale dlaczego to takie ekscytujące? Nigdy w życiu nie przeżywałam tak silnych emocji, jak wtedy gdy spotkałam Marka na portalu randkowym, na Sympatii. Najpierw spodobały mi się jego zdjęcia. Miał długie włosy związane w kitkę, męskie wyrzeźbione ramiona. Siedział na jachcie i zamyślony patrzył w dal. Napisaliśmy kilka słów, potem więcej. I w końcu wpadliśmy w obłęd. Pisaliśmy bez przerwy, jakby łączyły nas niewidzialne nici, identyczne pasje i myśli.



W tym pisaniu przez internet było bardzo … kolorowo i zaskakująco. 
Same niespodzianki. On przesyłał mi w nocy cudowne listy. Dostawałam je, jak tylko budziłam się nad ranem. Albo wysyłał mi zdjęcia ze swoimi córeczkami, jak gra z nimi w koszykówkę. Piękne, bo Marek jest zawodowym fotografem. Klikając w klawiaturę, opowiadaliśmy sobie, co lubimy robić w życiu i mówiliśmy o różnych nieszczęściach, które nas do tej pory spotkały. W końcu wyznaliśmy sobie błędy i winy przeszłego życia – ja, że miałam romans, a on, że zdradzał żonę z dziewczyną poznaną kiedyś w internecie. W końcu Marek napisał do mnie: „Wiesz, żadnej innej kobiecie nie opowiedziałem o sobie tak wiele”. Poczułam się wyjątkowa. A opowiadał naprawdę dużo! Że ma za sobą kilka prób samobójczych, że podciął sobie żyły, kiedy opuściła go ostatnia kobieta. Że sam dojechał wtedy na izbę przyjęć szpitala psychiatrycznego. Czułam dreszcze i strach, gdy to czytałam. Bałam się, a jednocześnie coś pchało mnie do tego faceta! Nie potrafiłam się powstrzymać.

Mijały tygodnie.


Zwlekałam, nie chciałam się z nim spotkać w realu. Bałam się, że jak go zobaczę, że jak porozmawiamy, to czar natychmiast pryśnie. Był taki moment, że mieliśmy przerwę w tym pisaniu, gdy wylądowałam w szpitalu. Miałam operację i z powodu narkozy na trzy dni straciliśmy kontakt. O rany, co się działo, gdy odpaliłam znowu telefon!!! Znalazłam tam trzy pięknie spisane nocą długie listy, w których deklarował, że tęskni jak szalony.



Postanowiliśmy oboje zlikwidować konta na Sympatii

To miało dla nas znaczenie mocno symboliczne. Znaczyło: „Już z nikim innym nie chcę pisać, z nikim innym flirtować, tylko z Tobą, bo wybrałam Ciebie!”. Czułam, że musimy się spotkać, że nie ma innego wyjścia. Musimy zaryzykować. Pisałam mu: „Najwyżej, jeśli się sobie nie spodobamy, to trudno. Tak dobrze się rozumiemy, że zostaniemy przyjaciółmi”. Umówiliśmy się w parku na spacer wieczorem. Przyszłam i zobaczyłam skromnego, dość nieśmiałego faceta. Trochę dla mnie za niskiego. Trudno, pomyślałam. Rozmowa jednak fajnie i wartko nam się kleiła. Poszliśmy na wino, on mnie kokietował, rozpuścił burzę włosów, zdjął sweter, wyeksponował mięśnie. Tak, jednak podobał mi się.

Urzekło mnie to, że odprowadził mnie do domu. Przyszedł pod same drzwi i wtedy… choć to do mnie niepodobne, pocałowałam go pierwsza. Szał! Absolutnie cudownie całował.



Zostaliśmy parą

Widywaliśmy się niemal codziennie. Przyjeżdżałam do niego rano przed pracą, żebyśmy mogli się kochać. Powiem szczerze – to był mój najlepszy seks w życiu. Po raz pierwszy doświadczyłam jednoczesnego orgazmu, on doskonale wyczuwał ten moment, kiedy traciłam w łóżku nad sobą kontrolę i razem ze mną podążał na tej fali. Czułam się z Markiem związana, uzależniona. Natychmiast przedstawił mnie swoim córkom. Były rewelacyjne. Szybko poznałam też jego rodziców, którzy cieszyli się jak szaleni i mówili mi, że jestem taka normalna. Wydawało mi się, że Marek myśli o nas bardzo poważnie. W weekendy pakowaliśmy samochód i ruszaliśmy na jego działkę, na Mazury. W tygodniu oboje brzegiem Wisły jeździliśmy na rowerach. Było cudownie. On robił mi niespodzianki – ciągle kupował kwiaty bez okazji, dawał drobne prezenty. Czułam się jak nakręcona, jakby ktoś wlał w moje żyły nieprawdopodobną ilość energii. Nagle w ciągu dnia potrafiłam zrobić trzy, może nawet cztery razy rzeczy więcej. Wszystkie sprawy wydawały się po prostu łatwe. Mogłam spać pięć godzin, a i tak czułam się szczęśliwa, jakbym wpadła w amok. Po prostu zakochałam się, a w moich żyłach wirowały życiodajne endorfiny. Oszalałam!



Ale… właśnie zawsze musi być jakieś „ale”

Zaledwie po kilku miesiącach to szaleństwo i wzajemna fascynacja zaczęły powoli wygasać. Zauważyłam, że nie potrafimy spędzać czasu tak zwyczajnie – trochę ze sobą, a trochę jakby obok siebie. Nie potrafiliśmy na przykład siedzieć na Mazurach na werandzie i czytać książek obok siebie. Nie potrafiliśmy wspólnie ugotować obiadu. Nie umieliśmy razem sprzątać. Zawsze musiało dziać się coś niezwykłego, szalonego, z odpałem. A to wycieczka z odsłoniętym dachem i rozwiane włosy. A to nocowanie bez namiotu pod rozgwieżdżonym niebem. A to spontaniczny wyjazd na rowerach w nieznane.

Zaczęłam więc zastanawiać się, czy z tym człowiekiem da się prowadzić normalne życie. Bo on jak gotował, to tylko super wymyślne potrawy. Jak zabierał mnie w podróż, w Tatry w maju, to wręczał mi czekan. Było bardzo kolorowo, ale przecież we wspólnym życiu nie o to chodzi.



Kiedy zaczęła między nas wkradać się nuda…

Marek zapadał się w sobie i kompletnie przestawał się odzywać. Uciekał ode mnie, był nieobecny. No, po prostu nie potrafił normalnie żyć. Albo musiało być wszystko na haju, albo wpadał w czarną otchłań nic-nie-mówienia. W końcu odkryłam, że znów dużo czasu spędza w internecie. Nie chciał mi nigdy dać dostępu do swojego komputera. Próbowałam się tam jednak dostać i mówiłam mu na przykład, że akurat muszę skorzystać, bo koniecznie w tej chwili potrzebuję odpisać na maila. Dlatego stworzył mi na swoim laptopie oddzielne konto, więc nie mogłam zobaczyć, na jakie on strony wchodzi. Kobieta ma jednak intuicję, a ja czułam, że coś jest nie tak!



Kiedyś wyszedł do sklepu po drobne sprawunki. Zapomniał się wylogować

Wtedy odkryłam, że znowu rozmawia z kobietami przez internet. Jedna z nich była bardzo piękna, wręcz zjawiskowa. Rozmawiali sobie na komunikatorze dość niewinnie… o muzyce. Miała fantastyczne zdjęcia na swoim profilu – blondynka z krótką grzywką, duże błękitne lekko skośne oczy, filigranowa sylwetka. Bez przerwy z częstotliwością co godzinę podsyłali sobie linka z piosenką i pisali o gatunkach muzycznych oraz o tekstach. A od tego blisko do uczuć i nazywania siebie per: „Misiu” oraz wyznawania „samotności w obecny związku”, jak to określał Marek. Teraz wszystko stało się dla mnie jasne. To właśnie z tą kobietą mój ukochany flirtował. To z nią nawiązał więź. To z nią tak naprawdę był teraz blisko. To dlatego uciekał ode mnie!



Próbowałam z nim rozmawiać!

Jednak on dość chłodno powiedział, że już mnie nie kocha i nie chce ze mną być. Zwyczajnie, że to nie ma już sensu! Byłam w szoku, bo to był najbardziej barwny związek, jaki przeżyłam w życiu! Niczego nie mogłam wtedy zrozumieć. Dlaczego? Dlaczego? Te pytania kołatały się w mojej głowie. Dziś już nam odpowiedzi. Marek po prostu uciekał przed prawdziwą bliskością.

Nie umiał żyć normalnie. Potrzebował emocji, ekscytacji i takie rzeczy potrafił tylko odczuwać w bezpiecznej odległości, oddzielony od kobiety klawiaturą i monitorem ekranu. Polował na nie i umiał je wkręcać. Dziś wiem, że robił tak wiele razy, nie tylko ja oszalałam po drugiej stronie ekranu dla niego z miłości!



Dziewczyny, uważajcie!

Otwierajcie się na miłość, ale weźcie pod uwagę, że dziś coraz więcej facetów nie jest zdolnych do prawdziwych uczuć i zwykłego życia, takiego z – przytulaniem się wieczorami, wspólnym śmianiem się z gaf, radością z ugotowanego obiadu, nudnym spacerem z dziećmi na plac zabaw. Myślę, że takich gagatów będzie coraz więcej.


Lifestyle

Żyłam w bańce mydlanej, a później zostałam zdradzona. To dla innej dzisiaj jest gotów zrobić wszystko….

Listy do redakcji
Listy do redakcji
14 października 2021
fot.istock

W jakim jestem momencie życia? W wieku 35 lat, w wieku, w którym spodobałam się samej sobie. Podoba mi się moja kobiecość, od kilku lat lubię moją seksualność, mój umysł, rozwagę. Wrażliwość ceniłam u siebie już wcześniej. Jednym słowem polubiłam siebie. I? Wtedy?

Po 13 latach związku, 9 latach małżeństwa, z dwójką dzieci, psem (już niestety odszedł za tęczę) zostałam sama – skrzywdzona, zraniona, bo ten jedyny okazał się niedojrzały i wymienił mnie na koleżankę z pracy. Mój mit o cudownej miłości, o lojalności, miłości aż po grób, bieganiu po łące, trzymaniu się na starość za rączkę padł tak boleśnie, że bardziej się nie da. Wstanę, pewnie wstanę, bo wstawałam już kilka razy przez ostatnich kilka miesięcy… Ale co jakiś czas wydarza się znowu coś takiego, że upadam. Przy każdym upadku trochę łatwiej mi się podnieść, ale nie boli mniej, chaos w głowie, nieprzespane noce. Odgrywanie miliona scenek w głowie zdarzają się nieustannie, oj zdarzają. A miałam takie szczęśliwe życie. Taki był mój osąd sytuacji.

Ale po kolei… Żyłam w bańce mydlanej. Mając 22 lata poznałam chłopaka. Cudowny opalony, skromny, wzbudzający zaufanie. Tak stworzyliśmy parę, potem rodzinę. Wszystko razem, wspólne plany, mieszkanie i całe życie dwóch osób wyszło najbardziej naturalnie w świecie. Dzięki niemu uwierzyłam, że mężczyźni nie muszą się mnie bać, mogą mnie oswoić. Z natury mam dość silny charakter, osobowość, przynajmniej tak mi się wydawało, a jestem krucha, jak chińska porcelana i właśnie zostałam roztrzaskana przez kogoś, komu ufałam najbardziej w świecie.

Ja, taka rozsądna, nie widziałam, że nie da się być mądrą za dwoje. Nie da się kochać za dwoje. Gdzie popełniłam błędy, nie wiem jeszcze dokładnie, nie wiem, czy potrzebuję się tego dowiedzieć… Może jeszcze nie. Nie czuję się winna, czuję się ze sobą dobrze. Starałam się z całych sił. Nie wyszło. Boli mnie jak czytam, że zawsze jest wina dwojga. No tak, bo się związali. Ja mogę patrzeć w lustro. A to chyba najważniejsze. Zawsze ważne było dla mnie bycie dobrym człowiekiem, niekrzywdzenie innych, pomaganie. Taka natura. Po tym co się stało, poszły za mną tłumy, tłumy aniołów podnosiły mnie z podłogi, zostali najwytrwalsi. Dzięki tej armii dobrych ludzi wiem, że inni nie przynoszą ze sobą tylko łez i krzywd, ale również ciepło, pomoc i nadzieję.

Zostałam zdradzona. Z kobiety, dla której robił wszystko, która wzbudzała pożądanie, której spełniał marzenia, stałam się dosłownie niczym. Nie będę się rozwodzić nad szczegółami, bo już tyle razy ta historia wybrzmiała, że jestem już nią zmęczona, ale będę musiała na sali sądowej ją ponownie opowiedzieć, by zostać nie Panią S., a rozwódką. Tak jest taka rubryka w dokumentach. Za miesiąc ten przydomek będzie mój.


Zobacz także

Prosecco - rodzaje, cena, kalorie. Jak pić prosecco?

Prosecco – rodzaje, cena, kalorie. Jak pić prosecco?

A jak nazywałby się twój ulubiony smakołyk?

Anatomia pocałunku. Niesamowita scena w rezonansie magnetycznym