Lifestyle

Jestem Wiktoria. Ta, co zwycięża. Jestem szczęśliwą rozwódką. Mój były mąż ma ograniczone prawa rodzicielskie

Poli Ann
Poli Ann
30 listopada 2021
fot. AaronAmat/iStock
 

Moje imię oznacza zwycięstwo. Nadano mi je, bym dzielnie szła przez życie i wygrywała z przeciwnościami losu.


I tak faktycznie było. Szkołę skończyłam z wyróżnieniem, choć ciężko chorowałam. Nie chciałam taryfy ulgowej. Dzięki temu dostałam się na studia, dobrze mi szło, a gdy nastąpił nawrót choroby, znów uwierzyłam w moje imię. Dwie chemie pomogły zwalczyć „obcego” w moim ciele. Wtedy myślałam, że limit nieszczęścia już wyczerpałam.

Potem poznałam jego – bożyszcze wśród koleżanek cieszące się ogromnym powodzeniem. Piękne dziewczyny z długimi włosami śliniły się do niego podczas gdy on zwrócił uwagę na mnie – dziewczynę w chustce na głowie, z wielkimi brązowymi oczami bez rzęs i brwi. Moją chorobę nosiłam dumnie, nie zakładałam peruki, nie malowałam się. Byłam szarą myszką z tą kolorową chustką.

– Ładna chustka – powiedział on, ten boski, i przysiadł się do mnie, podczas gdy zazdrosne koleżanki patrzyły na to z niedowierzaniem. Gadaliśmy do rana. I tak każdego dnia. Zaczęło się od głębokiej przyjaźni. Miłości nie dopuszczałam do siebie bojąc się, że będę dla niego ciężarem. Wiążąc się ze mną, wiązałby się ze mną i rakiem. Nie chciałam tego. On jednak czekał i po pięciu latach, gdy stwierdzono, że jestem zdrowa, klęknął przede mną i powiedział, że nie mam wyjścia. Muszę za niego wyjść. Kolejna wiktoria w moim życiu. On, zdrowie, potem praca. I ślub, którego tak się bałam. Było pięknie i zupełnie zwyczajnie. Ot, dwójka kochających się ludzi, którzy chcą ze sobą być. I byli.

Dwie kreski na teście były dla nas szokiem. Po tylu chemiach nie dawano mi szans na ciążę, a tu proszę. Czerwone krechy prężyły się dumnie na kawałku plastiku podczas gdy ja wymiotowałam do sedesu. Początek ciąży był trudny. Byłam słaba, nudności miałam cały czas, potrzebowałam wsparcia. Poszłam na zwolnienie, dużo odpoczywałam. Mąż pracował i o nas dbał.

Narodziny córki były moją kolejną victorią. Donosiłam dziecko, urodziłam zdrową dziewczynkę. Byłam matką. Znów było pięknie i normalnie. Bo normalne są przecież kolki,
nieprzespane noce, brak pokarmu, ogromne zmęczenie i strach o kruszynkę, która już jest na świecie. Ja, choć zmęczona, starałam się opiekować małą najlepiej jak umiałam. On uciekał w pracę. Nie lubił chodzić na spacery z wózkiem, bał się zostawać z Lilką sam, wszystkim wokół dziecka zajmowałam się ja. On dobrze zarabiał, nie wracałam więc do pracy.

Dziecko rosło, a my oddalaliśmy się od siebie. Nie gadaliśmy już tyle, seks zszedł na dalszy plan, nigdzie nie chodziliśmy. Przynajmniej ja, on brylował w pracy na bankietach.
Chciałam rozmowy, terapii, czegokolwiek, w zamian dostałam szyderczy uśmiech i komentarz, że może powinnam wziąć się za siebie. Nie bardzo było kiedy, skoro całe dnie
spędzałam w domu niczym w złotej klatce. Gdy zażądałam rozwodu, myślałam że go to ocuci, że może się opamiętamy i zawalczymy o nas.

– Ok, ale Lilkę biorę ja – usłyszałam tylko. Zniknął mój facet, mój mąż, przyjaciel, ten, który mi przysięgał. Przede mną stał zimny drań, bez uczuć,  z cynicznym uśmiechem. – Nie utrzymasz jej, możesz zachorować, jesteś słaba – kontynuował, a ja chciałam wyć. Moja wiktoria przestała działać. W najgorszych snach bym nie podejrzewała, że wyciągnie wszystkie moje słabości, że wykorzysta moje czułe punkty, że nimi właśnie rozpocznie batalię.

Było strasznie, zamienił moje życie w piekło, nawet chemia tak nie bolała, jak to upokorzenie, kiedy prosisz się o pieniądze na pieluchy dla dziecka, gdy nie masz się gdzie wyprowadzić, gdy od przyjaciółki pożyczasz na adwokata, gdy on wpada z pracy i bierze córkę nie wiadomo dokąd na cały wieczór czy noc, zostawiając mnie w rozpaczy. Gdy Twój niegdyś książę bawi się Twoim strachem, robi z Ciebie panikarę i idiotkę, przecież prawa rodzicielskie ma i dobrego adwokata, który to jeszcze wykorzysta. Wiem wiem, powinnam być silna, dla dziecka. Bałam się jednak, czy dam radę, czy rak nie wróci, czy on mi jej faktycznie nie odbierze.

Ciągle słyszałam jak się zaniedbałam, jak jestem beznadziejna, bo dziecka nie stymuluję, bo jeszcze nie chodzi, a inne już tak. W domu nie sprzątam, słabo gotuję i to na pewno od tego mała ma alergię. Taka nieporadna jestem przecież, ledwo na matkę się nadaję. Gdy przyjaciółka wyciągnęła mnie na drinka podczas gdy ustalone było, że mała będzie z tatą, następnego dnia usłyszałam, że jestem nieodpowiedzialna, że piję za dużo, nie dbam o swoje zdrowie, a co dopiero dziecka. Gdy córeczkę ukąsiła osa, od razu zostało to wykorzystane przeciwko mnie.

– Pewnie znowu piłaś – usłyszałam od męża. Wtedy zabrał małą na kilka dni, niczego mi nie mówiąc. Odchodziłam od zmysłów, ale póki prawa rodzicielskie miał, byłam bezsilna. To
Edyta, moja przyjaciółka zmusiła mnie do terapii w centrum dla kobiet, ona mnie wspierała, dała mi siłę podczas gdy mój jeszcze mąż, pysznił się dumnie ciesząc się z mojego strachu. Zupełnie go nie poznawałam. A może nie poznałam go tak naprawdę nigdy? Bo jakim trzeba być się człowiekiem, gdy nie dla dobra dziecka, ale tylko dla własnej satysfakcji chce się mu odebrać kochającą matkę?

Kilkanaście miesięcy później

Jestem Wiktoria. Tak, ta co zwycięża. Jestem szczęśliwą rozwódką. Mój były mąż ma ograniczone prawa rodzicielskie. Udowodniłam mu przed sądem przemoc psychiczną nade mną. Zupełnym przypadkiem na jaw wyszły również jego liczne zdrady, a szyderczy uśmiech zniknął z jego twarzy. Pracuję, Lilka chodzi do żłobka, który uwielbia. Świetnie się rozwija, a ja jestem zdrowa, spokojna. Radzę sobie. Jest pięknie i normalnie. Tak jak powinno być.

Przemoc psychiczna? Uciekaj, gdy rozpoznasz w nim tych kilka cech!


Lifestyle

„Nierób, darmozjad, na bzdury kasę tatusia wydaje. I że ledwo dotknąć, już krwawi”. To Martyna codziennie słyszy o swojej mamie

Poli Ann
Poli Ann
18 grudnia 2021
fot. Rawpixel/iStock
 

Śliczna blondynka z zielonymi oczami. Wymarzona córeczka tatusia, wyczekana, wychuchana, noszona na rękach. Owoc wielkiej miłości mamy i taty, którzy poznali się za dzieciaka i od tej pory byli nierozłączni. Oj tak, Anetka, jak mawia tatuś, to największy los na loterii jaki wygrał. Dlatego tak bardzo ją kochał i razem dali życie wspaniałej dziewczynce.

Kochał… Bo teraz tak w ogóle to już Anetki nie kocha. Żona po kilkunastu latach małżeństwa przestała mu się podobać, przytyła, ciągle jest zmęczona i jakaś taka niechętna. To Martyna słyszy o swojej mamie niemal każdego dnia. Albo, że mama to nierób, darmozjad, bo grosze zarabia i na bzdury kasę tatusia wydaje. Bo komu potrzebne są trampki na wf i do chodzenia po szkole? Jednych kupić nie można? Kto to myślał mleko bez laktozy kupować. Niech młoda pije to się organizm przyzwyczai i kłopotu nie będzie!

Martyna, gdy była młodsza, wierzyła w każde słowo ojca. Przecież był taki kochany, na barana nosił, na lody zabierał, czasem tylko jak się bardzo zdenerwował to pasem w tyłek dał lub w ciemnej łazience zamykał. No nie na długo przecież, na równe pół godziny, a Martyna to przecież nie beksa i jak nabroiła to karę ponieść musi, z dumą i klasą, bo córeczka tatusia mazgaić przecież nie będzie. No, zuch dziewczyna!

Dziś Martyna jest w ósmej klasie. Chodzi także do szkoły muzycznej. Jest piekielnie uzdolniona. Tatuś wybrał jej skrzypce, choć ona marzyła o kontrabasie. Ale jak dziewczyna będzie wyglądać z takim wielkim instrumentem?! Wybij sobie to z głowy córeczko!!! Skrzypce to klasa i elegancja. Martyna więc głowę skupiła i poszła na skrzypce. Talentu kawał ma, ale żeby Martyna jeszcze lepsza była, tatko wykupił indywidualne lekcje, więc doszedł jeszcze piątek i sobota. Wolny miała czwartek i niedzielę. Wolny od zajęć, ale w praktyce będąc w domu i tak ćwiczyła. Tata ustalił grafik, co kiedy ma robić. Rozpisany w tabelce wyznaczał każdy dzień. Była jak trybik w maszynie. W klasie zawsze pierwsza lokata. Średnia minimum pięć i pół. Gdy raz miała tylko pięć dwa, tatko się wściekł i uderzył ją w twarz. Raz tylko. Mamę za to więcej, bo była taka nieznośna i nieposłuszna. Przeszkodziła mu, więc ją potarmosił trochę. No bez przesady, szturchnął ja nieco. Wkurzył się przecież.

Martyna każdego dnia trenuje ciężko, ale w końcu dostępuje zaszczytu udziału w koncertach. Czasem miewa nawet solowe partie, których tatuś dumny jak paw słucha z zachwytem i kręci filmiki, by następnie wrzucić je na fejsa, i zbierać lajki. Oj, pręży się wtedy, tuli córkę i matkę krzycząc emotkami. Dziewczyny jakieś skulone przy nim, Martyna zaciska palce w pięść, ale tego na zdjęciu nie widać, a  Anetka biegnie do łazienki zwymiotować. Nie, nie zatruła się niczym. Tak reaguje ostatnio na nagłe przypływy pieszczot u męża.

Gdy u Martyny ostatnimi czasy w dzienniku pojawiają czwórki, tatuś jest średnio zadowolony. Na wywiadówce już był u wychowawczyni i załatwił, by córkę dopytać na piątkę. No jak to możliwe, żeby jego Martyna nie była najlepsza?! Kategorycznie zażądał także by zmieniono klasie polonistkę. Nauczycielka młoda i nowa, mimo że urodziwa, wzbudziła w nim duże wątpliwości. I choć Martyna wypowiada się o niej w samych superlatywach to nie omieszkał zajść do gabinetu dyrekcji, by wyrazić swoje oburzenie, jak to tak niedoświadczona osoba może dobrze przygotować jego dziecko do egzaminu ósmoklasisty? Pogroził nawet kuratorium, gdyby się okazało, że dyrekcja nic z tym problemem nie zrobi. W domu zaś, gdy dziewczyny już sztywnieją na zgrzyt klucza w drzwiach urządza córce awanturę, że przecież tylko debil może zrobić taki byk ortograficzny. Anecie zaś przykazuje milczeć, bo inaczej znów się przez nią zdenerwuje i na co to komu?

„Nie masz pojęcia, jaki to stres, kiedy burzysz czyjeś nadzieje czwórką na świadectwie”

Gdy Aneta pobiegnie do córki, tatko wymierza jej taki cios, że ta traci równowagę i leży nieruchomo na podłodze. Tatko pomaga mamusi wstać, za włosy. Tak ją ciągnie przez pół salonu złorzecząc, że jeszcze idiotka krwią z nosa pobrudziła panele. Drewniane, sieroto! Może ty witaminy jakieś byś, debilko, brała. Ledwo cię dotknąć, a ty już krwawisz.

Martyna nie ma czasu wolnego. Chyba że w nocy. Każdego dnia ćwiczy. Tata pilnuje. Zna też jej hasło na pocztę i fejsa. I dyktuje, kogo córka może zaprosić do znajomych, a kogo nie. Pasję Martyny nazywa mrzonką. Dziewczyna jest utalentowana plastycznie, umie zrobić piękny makijaż, ale nie sobie, bo tata zabrania. Martyna maluje więc ciotki i kuzynki na imprezy różnej maści. Siebie samą tylko, gdy taty nie ma w domu. Mama robi jej wtedy zdjęcie, które po kryjomu zapisuje w telefonie. Tata, gdyby je zobaczył, kazałby je skasować, wyśmiałby takie hobby, może i znów zatańczył z mamą ciągnąc ja za włosy i zrobił wykład na temat tego, jakiego typu dziewczyny parają się takim zajęciem. Proste, niewykształcone i bez ambicji, a ona, Martyna, ma taki talent i jego wsparcie, i byłaby debilką, tak debilką, gdyby takiej szansy nie wykorzystała. A że debilką nie jest, to wykorzystuje. Prawda córciu, że nie jesteś taką prostaczką jak twoje koleżanki i mamusia, pożal się Boże? I jak tatuś da szlaban, bo trójkę z chemii dostałaś to rozumiesz prawda, że tatuś chce twojego dobra prawda? I że gdy przyjdą koleżanki to tatuś wyjmie ci drzwi z zawiasów, bo przecież ta młodzież dziś taka zepsuta, że kontrolować trzeba, czy Martynki do jakiegoś gówna nie namawiają, a ona taka ufna i może po matce taka głupiutka? I córeczko no jak nie rozumiesz, że ja się całe dwa tygodnie do ciebie nie odzywam? Tatuś zły jest, że tę trójkę tylko na czwórkę z plusem poprawiłaś. Przecież ten plus to na pewno z litości był…

Aneta złożyła w zawiadomienie o znęcaniu się nad nią i córką. Podała przykłady. Zeznawała ona i Martyna. Jednak według sądu działanie Piotra nie było celowe. Było nieumyślne i nie było długotrwałe. Przecież on nie chciał na dłuższą metę nikogo krzywdzić. Po prostu ukarał za niewłaściwe zachowanie. Natomiast  negatywna ocena ojca ze strony córki nie może być brana pod uwagę, gdyż wynika z faktu skonfliktowania się dziewczynki z ojcem. Ojciec kocha swoją rodzinę, popełnił błędy, ale przecież były one nieumyślne…

Dziewczyny nadal walczą. Umyślnie.

„Chciałeś mnie lać. Padłam, 8-latka, przed tobą na kolana, jak przed bogiem i błagałam cię żebyś tego nie robił”. List do ojca

 


Lifestyle

„Kochanie, zrobię ci test!” Bywamy jędzami. Włos się na głowie jeży, gdy słyszę takie historie

Poli Ann
Poli Ann
12 listopada 2021
fot. Enes Evren/iStock

„Facet to świnia” – często my, kobiety, to powtarzamy. My – zdradzone, oszukane, bite, poniżane, wykorzystane. I mamy rację. Ten, kto krzywdzi drugiego człowieka świadomie, zasługuje nawet na gorsze miano, bez względu na płeć. Jednak czy kobiety zawsze są takie nieskazitelne? Oj chyba nie. Dziewczyny spójrzmy prawdzie w oczy. Bywamy jędzami. Czasem to mnie się włos na głowie jeży, gdy słyszę takie historie…

Grzegorz

Poznał Aśkę na imprezie. Od razu mu wpadła w oko. Śliczna, wygadana, radosna, otwarta. Studiowała na tej samej uczelni. Była więc szansa na kontynuowanie relacji. Spotykali się, było im dobrze, dogadywali się. Zakochał się. Pewnego dnia otrzymał sms: „Dziś mam ginekologa, chyba jestem w ciąży. Bądź pod przychodnią o 13.00”.

Nie przestraszył się. Uprawiali seks, ponoć brała tabletki, ale nigdy to nie jest pewne, więc nie komentował. Po prostu odpisał, że będzie i o pierwszej stawił się pod przychodnią. Kwadrans po trzynastej napisała, że jednak dostała okres. Grzegorz zapomniałby o sprawie, gdyby nie fakt, że gdy brała prysznic dostała od przyjaciółki zapytanie, czy Grzesiek zdał test. Zaintrygowało go to. Wiadomość wyświetliła się na Aśki telefonie, wtedy kliknął i przeczytał całą konwersację. Dowiedział się, ze właśnie brał udział w teście. Jego dziewczyna chciała sprawdzić czy on uniesie ciężar odpowiedzialności i czy bzyka ją dla funu. Z jednej strony był dumny, że zdał, z drugiej czuł dyskomfort, że Asia go testuje. Wieczorem chwilę dopytywał o ciążę, ale go zbyła, po tygodniu nie wytrzymał i powiedział, jak się czuje. Królikiem doświadczalnym być nie zamierzał. Pożegnał się z Aśką odchodząc ze złamanym sercem i z szóstką za zdany test.

Bartek

fot. Marjan_Apostolovic/iStock

Irmina nie tylko ze względu na oryginalne imię była wyjątkowa. Spodobała mu się od razu. Pracowali w jednej firmie. On znał tu wszystko od podszewki, ona dopiero się uczyła. Była bystra, szybka w pracy, komunikatywna. Z jednej z imprez integracyjnych wyszli razem i uznali, że chcą być razem. Oboje wpadli po uszy. Szybko zamieszkali razem. W pracy się dogadywali, może dlatego że nie musieli ze sobą pracować cały czas. Bartek miał w swoim zespole kilka kobiet. Pięknych, przebojowych, zdolnych. I super, takich ludzi potrzebował. Gdy jedna z nich zaczęła go podrywać najpierw reagował śmiechem. Traktował to jak żart. Jednak umizgi były coraz odważniejsze. Zajęty pracą, a w domu swoją kobietą nie przywiązywał do tego wagi. Był przystojny, mógł się podobać. Przypadkiem zupełnym usłyszał rozmowę, gdy Irmina mówiła tej dziewczynie co ta ma robić. Chodziło o to, by sprawdzić, czy Bartek oprze się, gdy kobieta mu się sama podaje na przysłowiowym talerzu. Irmina dyrygowała, wszystko zaplanowała.

Póki co Bartek testy zaliczał (adorującej koleżanki nie), teraz miała przyjść pora na zadanie finałowe. Nie przyznał się Irminie, że zna jej zamiary. I faktycznie w niedługim czasie, Agnieszka znalazła pretekst by znaleźć się z nim w biurze po godzinach sam na sam, ubrana w seksowną bieliznę, marynarkę i pończochy. Trudno było oderwać od niej wzrok. Była piękna i chętna. Ale to nie z nią przecież był. Poflirtował moment, a gdy zbliżyła się by go pocałować, odgarnął jej włosy i na ucho szepnął, by przekazała Irminie, że znów zaliczył test, a nie koleżankę. Po czym zostawił zaskoczoną kobietę, a sam wrócił do domu, zabrał rzeczy, a zszokowanej Irminie powiedział, że Aga wszystko jej wyjaśni z pikantnymi szczegółami. Jeszcze kilka tygodni Irmina walczyła o niego, przepraszała. Uznał jednak, że nie tego oczekuje od związku. On chciał po prostu kochać, a nie zdobywać punkty.

Karol

fot. Charday Penn/iStock

Długo się bronił przed związkiem z Renatą. W końcu była przyjaciółką jego eks, z którą miał dziecko. Renata jednak dziwnym trafem zawsze była obok, rozumiała go, podzielała jego pasje, a że była atrakcyjna i dobrze czuł się w jej towarzystwie, uznał że zaprosi ją na kawę. Jedną, druga, piątą, na kolację, do kina aż w końcu do łóżka. Układało się im dobrze. Jego córeczka znała Renatę, więc gdy mała była z nimi nie czuła się nieswojo. Wszystko zaczęło się układać. Monika, jego eks, się nie wtrącała, on był zakochany w Renacie, mała Maja bardzo ją lubiła. W końcu był spokój. Nie trwał długo. Renata pewnego wieczoru wypiła za dużo i wyznała, że go kocha. Ucieszył się. Ona zaś nie bardzo, bo nie taki był plan. Miała go poderwać, obserwować jak zajmuje się Mają, a gdy coś schrzani to uprzejmie donieść Monice, by ta miała pretekst do przejęcia całkowitej władzy nad dzieckiem. Sęk w tym, że Karol był dobrym ojcem i fajnym facetem, a Renata zamiast go tylko obserwować, po prostu mu uległa i się zakochała. To był jak strzał między oczy. Nie wiedział na którą być bardziej zły.

Karol nie spał tej nocy. Poczuł się jak puzzel w układance, który ma tylko dopełnić całość. Zaangażował się, zaufał, a był po prostu pionkiem w jakiejś cholernej grze. Renata się zakochała i przeprasza, Monika znów nie daje mu żyć, Maja dopytuje o ciocię, a on zastanawia się co znów zrobił nie tak i czy wszystkie baby są jakieś inne czy tylko on na takie trafia?