Uroda

Co zrobić, gdy dieta i ćwiczenia nie działają?

Redakcja
Redakcja
10 listopada 2015
Fot. Materiały prasowe
 

Zgodnie z obowiązującymi trendami, atrakcyjny wygląd jest równoznaczny ze szczupłą, wysportowaną i proporcjonalną sylwetką. Dlatego ćwiczymy, zmieniamy diety, kupujemy zdrową żywność, ograniczamy używki. Osiągnięcie zamierzonego efektu wymaga żelaznej konsekwencji i regularności, a niestety niewiele z nas może sobie pozwolić na regularne treningi i ścisłą dietę równocześnie pracując zawodowo, wychowując dzieci i prowadząc dom.

Z badań CBOS[1] wynika, że dbamy o sylwetkę i wygląd, bo poprawia to nasze samopoczucie. Prawie 72% badanych wiąże dbałość o wygląd zewnętrzny z samooceną. Aż 45% ankietowanych uważa, że dbałość o wygląd zapewnia powodzenie zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. Blisko jedna trzecia respondentów odchudzała się, a prawie co piąty robił to kilkanaście razy w życiu. Natomiast 3% badanych pozostaje na diecie całe życie.

Niestety często zdarza się, że nasze wysiłki związane z dietą i aktywnością fizyczną nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Trudnością z reguły jest pozbycie się tkanki tłuszczowej z problematycznych okolic (brzucha, ud, kolan, nierzadko także pleców i bioder). Nawet dobrze dobrana dieta i indywidualnie opracowane ćwiczenia czasami nie są w stanie idealnie wymodelować sylwetki. Trzeba też pamiętać, że żadna dieta trwale nie usunie komórek tłuszczowych. Istnieje błędne przekonanie, że utrata masy ciała i redukcja tkanki tłuszczowej to to samo. Jednak ogólna liczba komórek tłuszczowych w naszym organizmie kształtuje się do około 5 roku życia i jest raczej stała. Zmienia się tylko ich wielkość. Kiedy tracimy na wadze, nasze komórki tłuszczowe stają się mniejsze, ale liczba komórek tłuszczowych pozostaje taka sama. Gdy następuje przyrost masy ciała, komórki ponownie stają się większe. Wynika z tego, że osoby o różnej masie ciała mogą mieć taka samą liczbę komórek tłuszczowych.

Czy w takim wypadku nie mamy szans na zmniejszenie liczby komórek tłuszczowych i uzyskanie na trwałe wymarzonej sylwetki? Oczywiście, że mamy. Jednym z rozwiązań jest  pewnością wprowadzony w latach 70. ubiegłego wieku zabieg liposukcji. Musi on być jednak wykonywany w warunkach sali operacyjnej i mimo coraz doskonalszych urządzeń i technik nadal jest obciążony ryzykiem powikłań, a także dużą bolesnością w przebiegu pooperacyjnym, co zdecydowanie może zniechęcić wielu z nas. Rozwój medycyny estetycznej pozwolił jednak opracować nieinwazyjną alternatywę dla odsysania tłuszczu – zabieg CoolSculpting firmy Zeltiq.

Jakie są jego największe zalety?

CoolSculpting zmniejsza liczbę komórek tłuszczowych w obrębie leczonych obszarów. Efekty zabiegu są bardzo dobre, gdyż komórki tłuszczowe zostają trwale usunięte z organizmu. Niezależnie od tego jak zmienia się nasza waga, fałdy tłuszczowe z trudnych miejsc znikają, a ciało staje się bardziej smukłe i wymodelowane. Procedura sprawdza się w tzw. trudnych okolicach. Najczęstsze obszary poddawane zabiegowi to: brzuch, boki, wewnętrzna i zewnętrzna powierzchnia ud, ramiona, okolica pach i łopatek – mówi lek. med. Ewa Rybicka z centrum PROFEMED Medycyna Estetyczna w Warszawie.

Na czym polega i jak przebiega zabieg?

CoolSculpting to redukcja tkanki tłuszczowej, wykorzystująca zjawisko kriolipolizy, czyli nieinwazyjnej metody kontrolowanego chłodzenia tkanki tłuszczowej, która działa na wybrane komórki tłuszczowe i usuwa je z organizmu. Podczas zabiegu aplikator próżniowy zasysa skórę i delikatnie przytrzymuje ją między dwoma panelami chłodzącymi. Czujniki wbudowane w aplikator monitorują skórę, a połączone z panelem sterowania regulują chłodzenie, zapewniając stały i jednakowy przebieg zabiegu, bez naruszenia ciągłości skóry i uszkodzenia tkanek sąsiadujących z komórkami tłuszczowymi. Zabieg ten polecam każdemu, kto chce zlikwidować nadmiar tkanki tłuszczowej w miejscach opornych na dietę i ćwiczenia. Metoda jest bezpieczna i skuteczna, a jej efekty widoczne są  już po jednym zabiegu – dodaje lek. med. Ewa Rybicka.

A efekty?

Popularność zabiegu wynika właśnie z jego spektakularnych i długoterminowych efektów, widocznych już po jednorazowym jego wykonaniu. Jeden zabieg usuwa 20-35% komórek tłuszczowych z danej okolicy. Końcowy efekt widoczny jest po 60 dniach od zabiegu. Dzięki rozłożeniu całego procesu w czasie nie ma ryzyka wystąpienia niekorzystnego zjawiska związanego z nadmiarem luźnej skóry.

Więcej informacji na www.Profemed.pl


 

[1] Badanie CBOS Polak zadbany – troska o sylwetkę i własne ciało, Komunikat z badań BS/130/2009, Warszawa 2009.


Uroda

Niezależność w związku? Akurat! Czy w ogóle jest możliwa? Czy da się ją osiągnąć?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 listopada 2015
Fot. iStock / BraunS
 

„Wiesz, taka jestem szczęśliwa. Nie, mój mąż mnie nie ogranicza. Jestem pomimo małżeństwa niezależna. Oczywiście, że mogę umówić się z koleżankami (byle nie za często), wyskoczyć na basen (jak dzieci położę spać) i pracować w domu (jak jest wyprane i posprzątane)”.

Ktoś powie: „Chcesz być niezależna, decydować o sobie, to bądź sama. Nie ciągnij za sobą kogoś, kto tylko będzie ci przeszkadzał w realizacji twoich celów”. I wiecie co, miałby rację. Bo jak pogodzić związek i niezależność. Wolność wyboru. Przecież związek z założenia tworzy dwoje ludzi od siebie zależnych w mniejszym, bądź większym stopniu. Wydaje ci się, że jesteście świetnie dobraną parą? On w weekendy spotyka się z kolegami. Ty po pracy biegasz od siłowni na basen, a przynajmniej raz w miesiącu z koleżankami wyjeżdżasz do SPA. Wspólnie spędzacie późne wieczory. Ale, kiedy nagle jedno z was w trudnej sytuacji musi liczyć na drugie, to okazuje się, że partner jest zajęty swoimi sprawami. Oczywiście będzie obok ciebie, ale za chwilę, za dzień, za kilka godzin Bo przecież nie może odwołać umówionych spotkań, zrezygnować z treningu: „Kotku, wiesz jakie to dla mnie ważne. Będę, przyjadę”. Tak, jasne, jak już zaspokoisz swoją potrzebę wolności i na chwilę przestraszysz się samotności.

Bywa jednak tak, że związki kipiące niezależnością nie zdążą przejść próby. Pojawia się dziecko. I nagle ona, ta ceniąca sobie wolność, w naturalny sposób bierze odpowiedzialność za swoje dziecko. Zatrzymuje się. Zmieniają się jej priorytety. Oczywiście chodzi na gimnastykę dla ciężarnych, do kina z przyjaciółkami. Ale to z nim chciałaby wybrać wózek, łóżeczko. No tak, ale musi poczekać, kiedy on znajdzie czas. I nagle ta dawana wolność zaczyna przeszkadzać. Chcemy ją ograniczyć. Dla nas, dla dzieci, dla rodziny.

Fot. Pixabay/Unsplash / CCO

Fot. Pixabay/Unsplash / CCO

Lądujemy w punkcie, kiedy mamy jedno lub więcej dzieci. On realizuje się zawodowo. Jest rozumiejącym ojcem i partnerem. Owszem, wynosi śmieci, wyjdzie z córkami na spacer w sobotę, kiedy ty chcesz w spokoju posprzątać. Macie czas wieczorem raz może dwa w tygodniu obejrzeć wspólnie film. Czasami on zadzwoni, że zaprosił przyjaciół na weekend. Bywa, że cieszysz się, kiedy mówi, że z kumplami umówił się na mecz. Bo wtedy masz czas dla siebie.

Tak twoja wolność i niezależność nagle ma miejsce tylko wtedy, kiedy dzieci śpią, a ich ojciec wyszedł z domu na siłownię, basen, czy kolację służbową. Wtedy możesz usiąść z książką w ręce. Włączyć ulubioną komedię. Oczywiście, jeśli pamiętasz w ogóle o sobie i nie robisz w tym czasie obiadu na kolejny dzień, nie prasujesz, nie myjesz podłogi.

Frustracja w końcu wybucha. Rozstanie. Rozwód. Wszystko w tobie krzyczy, że twój związek cię ogranicza. Że pochłonął twoją niezależność. Że będąc sama, nawet z dziećmi, więcej dasz sobie samej niż z mężczyzną u boku.

Czy naprawdę nie da się zachować swojej niezależności w związku? Czy może to my przestajemy o nią dbać? W prosty sposób stajemy się zależne od mężczyzny. Tak długo na niego czekałyśmy, tak bardzo chciałyśmy przecież, żeby się nami zaopiekował, żebyśmy przy nim mogły poczuć się kruche i wrażliwe, a teraz wyskakujemy z jakąś niezależnością? I pretensjami, że dusimy się w związku.

W ten weekend mam babskie spotkanie. Wyjeżdżam z domu, zostawiam męża z dziećmi. I wiecie co, czuję, jak lekko trzepoczą mi już skrzydła. Jak cieszę się, że pojadę, złapie dystans, spędzę świetny czas. Oczywiście skrzydła podcina mi poczucie winy, że zostawiam dom, rodzinę. Ale przestałam już słuchać tych wyrzutów. Zaakceptowałam je. I myślę, że jeśli chcesz być niezależna w związku to:

Po pierwsze: Pogódź się z wyrzutami sumienia

Z poczuciem winy, że robisz coś dla siebie. To co ogranicza naszą niezależność, to wieczny strach o to, że jak zadbam o siebie, to stanie się to kosztem moich bliskich. Czy twój partner ma wyrzuty sumienia, kiedy wychodzi na mecz z kolegami? Nie chodzi mi o to, że jeśli ich nie ma, to jest złym mężem. Nie, spójrz na jego punkt widzenia. Prosty. Umówił się, ty mówisz oczywiście, że nie masz nic przeciwko temu, więc wychodzi. Zrób dokładnie tak samo. Spytaj, czy wyjście trzy razy na fitness to będzie dla niego problem i BŁAGAM nie doszukuj się drugiego dna, gdy powie, że nie.

Po drugie: Nie daj sobie wmówić, że w czymś jesteś gorsza

Chcesz czuć się niezależna w związku? Więc nie wmawiaj sobie, że czegoś nie umiesz. Nie mów, że on lepiej prowadzi samochód. Że ma lepszą orientację w terenie – pewnie i ma ale od czego jest nawigacja. Nie doprowadzaj do sytuacji, kiedy bez niego nie dasz sobie zupełnie rady. On jest duszą towarzystwa, więc jak wyjeżdża w delegację, to ty już nikogo nie zaprosisz. Świetnie gotuje, to lepiej jak go nie ma, żeby teściowa nie przychodziła na obiad. Halooo. Same wpędzamy się w zależność, która ciągnie nasze poczucie wartości w dół. Oczywiście, nasz partner może być w czymś zdecydowanie lepszy od nas, ale to nie znaczy, że gdy go zabraknie, to my sobie nie poradzimy. Bzdura.

Po trzecie: Pamiętaj, że w związku jest was dwoje

Ty nie jesteś multitaskiem, który musi ogarnąć dom, zakupy, pranie i sprzątanie, i dzieci jeśli są. Trzeba zachować równowagę. Podzielić obowiązki, tak by starczyło przestrzeni na twoją wolność, niezależność. Nie bój się, że jeśli ograniczysz go domowymi obowiązkami, on się zbuntuje, zaprotestuje. Powie: „Ograniczasz mnie”. A co jeśli ty powiesz: „Ty też mnie ograniczasz…”? Usiądźcie i rozpiszcie sobie, co jest dla kogo ważne i jak podzielić się codziennością, by potrzeby każdego z was zostały zaspokojone.

Po czwarte: Mów o swoich potrzebach

Bo jeśli o nich nie mówisz, nie nazywasz ich, to nikt się nie domyśli, że uwiera cię związek i brak niezależności w nim. Jeśli powiesz: „Potrzebuję, żebyś bardziej zajął się dziećmi, bo mam ciężki czas w pracy. Pracuję na awans”, to jest szansa, że powiedziane wprost trafi tam, gdzie powinno. Nie wystarczy mówić, jaka jestem zmęczona rzucać garnkami wieczorem. „Muszę wyjechać na weekend, bo czuję, że zwariuję. Odpocząć”. Tak, ty też masz do tego prawo. Wyrzuty sumienia? Wróć do kroku pierwszego.

Po piąte: Zadbaj o finansową niezależność

I nie mówię tu od razu o osobnych kontach i ukrywaniu, kto ile na którym ma środków. Pieniądze dają nam bardzo duże poczucie niezależności. Jeśli o wszystko musimy prosić, tłumaczyć dlaczego wydajemy na to czy tamto, to nigdy nie poczujemy się niezależne. Nawet, gdy jedziemy na świetne wakacje, za które zawsze on płaci z waszego konta, gdy nie kupujemy sobie kremu, bo będzie widać na koncie, albo oszukujemy że buty były tańsze niż w rzeczywistości. Chcesz być niezależna, miej swoje pieniądze. Tylko dla siebie. Na kosmetyczkę, fryzjera, ciuchy, książki. Cokolwiek. Bez poczucia winy, że wydajesz WASZE pieniądze na twoje potrzeby.

Pięć rzeczy. Może tyle właśnie potrzebujemy na zachowania niezależności w związku. Poczucia, że jesteśmy też dla siebie. Ta niezależność nie spycha najbliższych na dalszy plan, nie jest ignorancją uczuć dzieci, partnera i innych bliskich nam osób. Ta niezależność pozwala budować pewność siebie. Pozwala być szczęśliwym w miejscu, w którym jesteśmy.


Uroda

„Gdy uderzyła ich pięcioletniego syna w twarz, bo kolorując wyszedł za linię, Marek spakował walizki i zabrał dzieci”. Błędne koło domowej przemocy

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
10 listopada 2015
Fot. iStock / Elisabetta Stoinich

Znam ją z czasów licealnych: smukła, ciemnowłosa dziewczyna o wiecznie smutnych oczach.

Z powodu tego spojrzenia właśnie, ukrytego pod długimi rzęsami, chłopcy z naszej szkoły wiecznie próbowali zwrócić na siebie jej uwagę. Ona jednak nie dopuszczała do siebie nikogo. Chyba miała jakąś bliższą przyjaciółkę, ale nigdy jej nie poznałam. Wiem, że miała psa, wesołego kundelka w kolorze orzecha. Codziennie przed lekcjami wyprowadzała go na trawnik pod naszym blokiem. Miała jeszcze młodszego brata, którego odbierała z przedszkola: maluch wlókł się niemiłosiernie całą drogę, popłakując by wziąć go na ręce. Siostra bardzo rzadko spełniała jego prośby.  

Uczyła się dobrze, czasem nawet bardzo dobrze, ale trudno było powiedzieć, by odnajdywała w tym jakąś przyjemność. No może pozą nauka języka polskiego. Czarna, jak na nią mówiliśmy, celowała w interpretacji poezji. Nosiła obcisłe dżinsy i koszule w kratę. 

Pamiętam jej mamę, szczupłą, wiecznie znerwicowaną kobietę o tym samym, smutnym spojrzeniu. Widziałam ją kilka razy i zawsze miałam to samo wrażenie: rozmowa z innymi rodzicami, czy nauczycielami sprawiała jej  trudność. Podobno na zebraniach nigdy nie miała dodatkowych pytań i zawsze zgadzała się z decyzjami większości rodziców. Zawsze. Z tym samym, nieobecnym wyrazem twarzy.

Czarną trudno było namówić na jakiekolwiek zwierzenia, czy poważniejsze rozmowy o życiu. Aż do pamiętnej wycieczki klasowej w Bieszczady, kiedy to tuż przed maturą, upojona winem z lokalnego spożywczaka rozpłakała się w gronie czterech koleżanek i dwóch kolegów. Raz jedyny otworzyła się przed nami, odważyła opowiedzieć o swoim ojcu, który na koniec roku przychodził do naszej wychowawczyni z szerokim uśmiechem (zawsze przypominał mi wtedy rekina z mojego atlasu zwierząt) i ogromnym bukietem kwiatów, ubrany w nienagannie wyprasowany, szary garnitur.

To wtedy dowiedzieliśmy, jak wyglądało jej życie i relacje z ojcem. Usłyszeliśmy o codziennych wyzwiskach i kuksańcach, o poszturchiwanej i wiecznie poniżanej matce.

I o tym, że najmniej z tego wszystkiego rozumie jej mały brat, którego ojciec bije za – dosłownie – wszystko. Od źle zawiązanych sznurówek, po niedokładnie pokolorowany obrazek.

O tym, jak za karę, że uzyskała za małą – jego zdaniem – liczbę punktów na zaliczeniu z języka angielskiego podarł jej pamiętnik i wyrzucił do śmieci album, w którym wklejała ulubione cytaty i słowa, który ją inspirowały i które dawały jej siłę. O tym, że nigdy nie jest i nie będzie w niczym „dobra” i, że zawsze się za słabo stara. O tym, że jej mama jest kłębkiem nerwów, że nie daje swoim dzieciom wsparcia ani ciepła, tak jak to było kiedyś. Poddała się, nie ma już siły, wie, że z nim nie wygra. – Zabierz mi dzieci, a znajdę cię i zabiję – krzyczał, gdy jeszcze próbowała obronić przed nim syna.  

Czarna powiedziała nam wtedy, że marzy o tym, żeby on zniknął z ich życia , żeby wyszedł, tak, jak wychodził co rano i już nigdy nie wrócił.  Obojętnie co się z nim stanie. W milczeniu słuchaliśmy tej opowieści. Została ona głęboko w nas i choć następnego dnia, Czarna zamknęła się znów szczelnie w swojej skorupce, wiedziała, że ma w nas jakieś, skromne wsparcie. Czy próbowaliśmy jej pomóc? Tak, ale ona tę pomoc odrzucała, jakby świadomie wybierając tę codzienność, którą  znała od dziecka, zamiast jakiejkolwiek zmiany.

Dziś Czarna ma 34 lata. Jest może bardziej kontaktowa niż kiedyś, ma więcej znajomych i duże, ładnie urządzone mieszkanie.Wyszła za mąż i ma dwójkę dzieci: pięcioletniego chłopca i trzyletnią dziewczynkę. Ubiera się tak, żeby było widać jak piękną jest kobietą. Uśmiecha się. Ale wciąż patrzy smutnym, niepewnym wzrokiem.

Dwa lata temu minęłam ją w sklepie, nie poznała mnie. Tydzień później spotkałam jej męża, naszego wspólnego kolegę z klasy. Jednego z tych, którzy wysłuchali jej opowieści wtedy w górach. Nie wiem, dlaczego akurat w momencie naszego spotkania wszystko w nim pękło. Wystarczyło jedno pytanie: „Co u Czarnej?”. Rozpłakał się, stojąc przede mną na ulicy. Jego żona, która po drugim roku studiów wyprowadziła się z domu i zerwała kontakt z rodziną, z ukochanej kobiety i dbającej mamy stała się katem.

Na początku w ich związku nie działo się nic niepokojącego. Jacy byli dla siebie? On – łagodny i ciepły. Ona – mniej wylewna, bardziej „na dystans”. Ale kochała, czuł to. Problemy zaczęły się, gdy ze sobą zamieszkali, pół roku przed ślubem. Czarna kochała dalej. Tylko krytykowała wszystkie decyzje i propozycje Marka. Była jakby zrezygnowana. Potem zaczęła go upokarzać przy wspólnych znajomych. Wyśmiewała jego czułe gesty, problemy w pracy, domowe kulinarne porażki. Kpiła z sukcesów.

– Przemyślmy to. Może mnie już nie kochasz? Wstrzymajmy się ze ślubem  – poprosił.   Przestraszyła się. Przepraszała, zapewniała że kocha, że nie wie co się z nią dzieje, ale na pewno chce być z Markiem.

Pobrali się i te kilka miesięcy po ślubie, to był najszczęśliwszy i najbardziej spokojny okres w ich związku. Potem wszystko zaczęło się walić. Wróciły kpiny, wyzwiska, poszturchiwanie.

Pierwszy raz uderzyła go kiedy była w ciąży. Tłumaczył to hormonami i złym nastrojem. Kiedy jednak po narodzinach syna, sytuacja zaczęła się regularnie powtarzać, postawił sprawę jasno: terapia albo rozstanie. Przestraszyła się drugi raz. Obiecywała, błagała: będzie nad sobą pracować, poprawi się. Przez prawie dwa lata walczyła.

Potem zaszła w drugą ciążę i urodziła córeczkę. Marek widział, jak rośnie w niej agresja. Nauczył się bezbłędnie rozpoznawać jej nastroje, przewidzieć kiedy wybuchnie. Błagał, by poszli na terapię. Bezskutecznie. – Spróbuj tylko zabrać mi dzieci! – usłyszał pewnego dnia – Znajdę cię i zabiję.

Gdy uderzyła ich pięcioletniego syna w twarz, bo kolorując obrazek wyszedł za linię, Marek spakował walizki, zabrał dzieci i wyprowadził się do rodziców. Spotkałam go w momencie, gdy negocjował z żoną warunki ich powrotu do domu.

Nie mam pojęcia jak potoczyły się dalsze losy Czarnej i Marka, ich dzieci. Wiem jedynie, że zdarzają się w naszym dzieciństwie takie sytuacje, pojawiają się w nim takie osoby, które powodują, że całe nasze dorosłe życie próbujemy się jakoś otrząsnąć i pozbierać. Zamiast żyć. Jak wielu z nas zrozumie, że jedyną słuszną decyzją jest wówczas podjęcie terapii umęczonej, zdeptanej duszy? Przecież stawka jest najwyższa: szczęście. Swoje i tych, których kochamy.


Zobacz także

Plastyka powiek górnych i dolnych. Na czym polega blefaroplastyka?

Planujesz wiosenny detoks? Poznaj TOP 10 produktów oczyszczających!

Potrząsasz buteleczką lakieru przed malowaniem paznokci? Nie rób tego więcej