Lifestyle

Jak dobrać się dobrze na wakacje ze znajomymi, by nie zwariować i nie urządzić sobie najgorszego urlopu ever

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
26 lipca 2022
wakacje
fot. Eric Nopanen/Unsplash
 

Wakacje z większym gronie znajomych zazwyczaj są świetną okazją do pośmiania się i wymienienia doświadczeniami. Można podpatrzeć, jak inni rozwiązują rodzinne konflikty. Kiedy zespół jest zgrany, warto skorzystać z pomocy w przyrządzaniu wspólnych posiłków i dzielić się opieką nad dziećmi, by mieć chwilę tylko dla siebie. Jednak korzyści z takich wyjazdów może być tyle samo co zagrożeń. Dlatego podpowiadamy, o czym warto pomyśleć, zanim wybierzesz się na urlop z przyjaciółmi. Przeczytaj, by nie mieć koszmarnych wakacji, o których będziesz chciała natychmiast zapomnieć. Zastanów się więc…

1. Czy nie jedziesz z dusigroszami?

Nie ma dwóch zdań, na takich wakacjach trzeba wrzucać pieniądze do wspólnej skarbonki. Warto więc ustalić wcześniej, jak będziecie się rozliczać. Jeśli twoi znajomi są wyluzowani i uważają, że raz jedna rodzina coś kupi do lodówki, a potem kolejna, wszystko OK. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że w grupie znajdzie się jakiś maruder, który będzie żerował na takim sposobie rozliczania. Kiedy przyjdzie jego kolej płacenia za parking, powie, że akurat nie posiada gotówki. Gdy trzeba będzie oddać komuś za rachunek w restauracji, zacznie się ociągać, a gdy pójdziecie do supermarketu, nagle powie, że robi zakupy tylko dla siebie pod pretekstem nagłego nawrócenia się na wegetarianizm. Jeśli macie kogoś takiego w swojej grupie, natychmiast odpalcie jedną z aplikacji (np. tricount), która znakomicie dzieli wakacyjne rachunki i nie przegapi ani złotówki z długu dusigrosza.

2. Czy są rannymi ptaszkami?

Zdarzyło ci się pojechać na wakacje ze znajomymi, którzy wstawali o świcie i mieli ciśnienie, by zacząć natychmiast zwiedzanie, albo chcieli błyskawicznie zebrać wszystkich i jechać na plażę, podczas gdy ty marzyłaś tylko, by się w końcu porządnie wyspać? A może masz przyjaciół, którzy nalegają, by podczas urlopu wszyscy robili dokładnie to samo, na przykład szli jedną trasą w górach albo jedli w tej samej knajpie? Koszmar! Bo przecież nie wszyscy mają taką samą kondycję i dysponują podobnym budżetem. Moim zdaniem wielką sztuką jest dobrać się tak, by umieć elastycznie dopasowywać się do różnych sytuacji, które z całą pewnością pojawią się nieoczekiwanie podczas każdego urlopu. Bo komuś zachoruje dziecko, bo nagle trzeba zmienić miejsce noclegu, bo w drodze urwie się tłumik w samochodzie kolegi. Jeśli twoi kumple nie pieklą się i potrafią odpuszczać, jest fajnie. A jeśli mają tendencję do trzymania się swoich przyzwyczajeń i nie ustąpią na krok od wyznaczonego wcześniej planu, szykują się kłopoty.

3. Czy cały dzień chodzą na rauszu?

Nie wiem jak was, ale mnie wkurzają na wakacjach znajomi, którzy piją alkohol przez cały dzień. Zwłaszcza ci panowie, którzy wstają w południe na kacu i w pierwszym odruchu otwierają piwo, żartując sobie, że muszą przecież „walnąć klina”. Potem „jadą” już z tym alkoholem przez cały dzień, przyspieszając picie wieczorem. Szczerze mówiąc, kobiety robią często to samo. Nie lubię tego, bo pamiętam ze swojego dzieciństwa, że w chwilach imprezowych (które u mnie w rodzinie zdarzały się rzadko!) naprawdę trudno było się z rodzicami dogadać. Owszem, my dzieci bawiliśmy się wtedy w swoim gronie, ale każdy z nas  kochał jednak te chwile, gdy ojciec zbierał nas na ryby i uważnie tłumaczył, jak je zanęcać i jak odróżnić płoć od okonia. Dlatego warto starannie dobierać znajomych pod względem gotowości do imprezowania przy alkoholu. Dla niektórych rausz jest nieodłącznym elementem całego urlopu.

fot. Jed Villejo/Unsplash

4. Czy lubisz ich dzieci?

Zanim wyjedziecie razem, zadaj sobie pytanie: czy lubisz dzieci swoich przyjaciół? Czy w ogóle lubisz jakiekolwiek dzieci? Jeśli odpowiedź brzmi „niespecjalnie”, pakuj walizki, ale jedź z kimś innym. Kiedyś pewna psycholożka powiedziała mi, że konflikty na wakacjach pomiędzy tobą a córką twojej przyjaciółki nie zawsze tak naprawdę dotyczą… dzieci. One częściej wynikają z konfliktów między dorosłymi. Po prostu nieświadomie mamy tendencję do tego, by kierować swoją złość na dzieci znajomych. Łatwiej zwrócić uwagę córce przyjaciółki, by rozwieszała ręcznik po kąpieli niż powiedzieć dorosłej przyjaciółce, że wkurza cię fakt, że nie pomaga przy gotowaniu obiadu i rozwieszaniu prania. Tu przypomina mi się film, który niedawno można było oglądać w kinach pt. „Fucking Bornholm”. Na początku krótkiego urlopu, na który wybierają się dwie rodziny, wybuchają spory między ich dziećmi, a potem okazuje się, że to ich rodzice mieli tak naprawdę masę niewyjaśnionych spraw z przeszłości i nieświadomie wzniecali konflikty, przerzucając je na dzieciaki.

5. Czy wyjaśniliście sobie wszystkie spory?

Kiedyś pojechałam na wakacje z przyjaciółką, z którą miałam mnóstwo niedokończonych rozmów dotyczących ważnych spraw. Mówiąc wprost, wtrąciłam się kiedyś w jej małżeństwo. Zrobiłam to w dobrej wierze, ale doszło między nami do scysji, dąsów i nigdy nie wyjaśniłyśmy sobie wszystkiego do końca, tylko zostawiłyśmy sprawę, licząc, że emocje same się kiedyś wyciszą. Nic więc dziwnego, że dwa lata później, kiedy zaczęłyśmy przebywać ze sobą non stop na jednym jachcie, wszystko ożyło na nowo. A w zasadzie nie ożyło, tylko eskalowało. Dlatego doradzam powyjaśniać spory i przebaczyć sobie winy wcześniej. Jeśli tego nie zrobicie, istnieje duże prawdopodobieństwo, że „zadry w sercu” będą domagały się domknięcia i przebaczenia. Stare zatargi i nieporozumienia są zapalnikami negatywnych emocji, które mogą zmarnować wam wspólny wypoczynek.

6. Czy stać was na to samo? 

Mam koleżankę, którą stać, by podczas wakacji spać w hotelu, w którym doba kosztuje 500 złotych od osoby za noc. Ona mówi, że tak ciężko pracuje, że musi mieć rewelacyjny widok za oknem, wygodne łóżko i śnieżnobiałą pościel. Mam też drugą koleżankę, która jeździ tylko na urlop pod namiotem, bo lubi rano wyjść bosą stopą na trawę i nie stać jej na luksusy. Z obiema zdarza mi się spędzać weekendy za miastem. Ale zawsze biorę pod uwagę ich potrzeby i środki finansowe, którymi dysponują. Potrafię się dostosować do obu. Myślę jednak, że wyjazd w trójkę byłby niemożliwy. Dlatego nigdy takiego nie proponuję, bo wiem, że wybuchłyby nieporozumienia. Dzielą nas finansowe oczekiwania nie do przeskoczenia. Dysponujmy po prosty innymi zasobami portfeli.


Lifestyle

Letnie smaki miodów z Pasiek Rodziny Sadowskich

Redakcja
Redakcja
26 lipca 2022
 

Lato w Pasiekach Rodziny Sadowskich ma smak prawdziwego, świeżo zebranego miodu, który osładza orzeźwiające lemoniady, sorbety i koktajle z sezonowych owoców. Sprawdza się także do marynat potraw na grilla i do sosów do sałatek. Idealnie komponuje się ze smakiem owsianek, gofrów i naleśników, bo naturalnie słodkie śniadania, obiady i podwieczorki latem smakują najlepiej! Miody w lato nabierają nowej, wyjątkowej pyszności!

Lato w Pasiekach Rodziny Sadowskich ma smak prawdziwego, świeżo zebranego miodu, który osładza orzeźwiające lemoniady, sorbety i koktajle z sezonowych owoców. Sprawdza się także do marynat potraw na grilla i do sosów do sałatek. Idealnie komponuje się ze smakiem owsianek, gofrów i naleśników, bo naturalnie słodkie śniadania, obiady i podwieczorki latem smakują najlepiej! Miody w lato nabierają nowej, wyjątkowej pyszności!

MIÓD RZEPAKOWY to zazwyczaj pierwszy miód w corocznych miodobraniach. Odznacza się jasną barwą i kremową, maślaną konsystencją. Ma charakterystyczny lekko ostrawy smak, z mocno wyczuwalnym aromatem, który przychodzi na myśl zapach świeżo kwitnących pól rzepaku! Miód rzepakowy to prawdziwa bomba energetyczna. Duża zawartość glukozy i cukrów prostych sprawia, że jest on doskonałym sposobem na szybką regenerację sił. Poza tym wzmacnia układ krwionośny oraz moczowy, a także poprawia odporność i przynosi ulgę w alergiach i nieżytach dróg oddechowych.

Cena:
słoik 450 g – 20,85 zł
słoik 1200 g – 42,75 zł

MIÓD WIELOKWIATOWY pod względem składu jest najbardziej różnorodny. Również jego kolor i smak nigdy nie będzie taki sam – różnić się będzie ze względu na porę zbiorów i rodzaj kwiatów kwitnących w okolicy. Miód wielokwiatowy może zaskoczyć kolorem – bywa blady i jasny, ale również intensywny i ciemnożółty! Jego łagodny, słodki smak sprawia, że pasuje do wielu napojów i potraw. Miód wielokwiatowy doskonale wspomaga organizm w przypadku chorób alergicznych górnych dróg oddechowych np. astmie lub katarze siennym.

Cena:
słoik 450 g – 20,85 zł
słoik 1200 g – 42,75 zł


Lifestyle

Czasem słyszę, że „powinnam oddać część dzieci, to byłoby łatwiej”. Miałabym oddać kogoś, bo jest upośledzony, bo jest po traumach, bo ma FASD, bo „nic z niego nie będzie”?

Redakcja
Redakcja
25 lipca 2022

Ewa jest rodzicem w pieczy zastępczej. Samotnym rodzicem. Samodzielną matką. Co roku, 26 maja, dostaje od dzieci laurki i zazwyczaj jeden kwiat. „Nie chcę bukietów”, mówi. „Uczę, że nie ilość jest ważna, a intencja”. Ewa ma 12 dzieci pod opieką. Pochodzą z bardzo różnych domów. Nie zawsze dobrych. Trafiły do niej po interwencji policji, najczęściej z domów z problemami alkoholowymi i pełnych przemocy. Dzieci, które były podtapiane, przypalane, maltretowane, zaniedbywane. Ewa walczy, jak lwica o dobro i spokój dzieci, które wzięła pod swoją opiekę. Dzięki dobrym ludziom i zbiórce internetowej udało się wykupić dom, w którym mieszkają. Już nikt ich nie wyrzuci na ulicę ale teraz przyszedł czas na jego remont i dostosowanie go do potrzeb tak dużej rodziny. Nie możemy zostawić ich bez pomocy. Zasługują na nią.

Rozdział 1. Wykup domu

Kiedy właściciele domu, w którym mieścił się Rodzinny Dom Dziecka, prowadzony przez Ewę, zdecydowali się go sprzedać, Ewa postanowiła go wykupić. Dlaczego? – Dla dzieci byłaby to kolejna zmiana w ich życiu, a im, jak nic innego na świecie, potrzebna jest stałość i spokój, bo to również czynniki dające poczucie bezpieczeństwa – mówiła w rozmowie z Małgorzatą Ohme. Wiedziała też, że brak stałego miejsca, kolejny wynajem oznaczałby, że po ukończeniu 18 lat dzieci miałyby problem, być może musiałyby wrócić do swojego „starego życia”.  Nie chciała dostać pieniędzy, chciała tylko i aż, aby ten dom stał się jej własnością, z zapisami prawnymi, że będzie przeznaczony dla tej konkretnej 12-stki dzieci, które ma pod opieką. Żeby był ich ostoją.

Dzieci mają teraz miłość, bezpieczeństwo i świadomość, że jest jedna osoba na świecie, która bez względu na wszystko – zawsze im pomoże i ochroni. To jednak jest możliwe teraz, kiedy dzieci są nieletnie, uczą się i mieszkają ze mną. Dostaję środki na ich utrzymanie, rozwój, leczenie. Jednak co zrobię, kiedy dorosną? Za wszystkimi skoczyłabym w ogień ale sama niewiele mogę zdziałać. Obserwuję, co dzieje się z dziećmi wychodzącymi z pieczy, widzę niewydolność obecnego systemu ich wsparcia i nie chcę, aby dzieci, które kiedyś opuszczą mój dom, miały być zdane na przypadek i niepewność, przerwanie stabilizacji – mówiła Ewa.

Bardzo chciała, aby nie zatrzymały się na starcie w dorosłość, tak jak to dzieje się z większością dzieci wychodzących z domów dziecka, czy rodzin zastępczych. Kilka tysięcy na tzw. start, brak mieszkania, rodzina biologiczna – niewydolna. Co więc robią te dzieci? Czasem dostają możliwość zamieszkania w mieszkaniu socjalnym, choć bardzo rzadko. Takie mieszkania znajdują się z reguły w starym budownictwie, często w okolicy, z jakiej te dzieci zabrano, co wiąże się z powrotem do starego otoczenia, gdzie mieszka dużo rodzin i znajomych z problemem alkoholu i używek. Nie mając innej możliwości, bądź jej nie widząc, często wracają do swoich rodzin biologicznych, bo mama czy tata dowiedziawszy się, że dziecko na start w dorosłość otrzyma kilka tysięcy złotych – chętnie je przygarnie…

Niestety, „dobrze” jest do momentu końca pieniędzy na koncie. Często zdarza się, że dziewczyny wchodzą od razu w tzw. dorosłe życie i szybko znajdują chłopaka, zachodzą w ciążę, aby mieć gdzie i z kim mieszkać. Takie związki z reguły szybko się kończą, a ilość partnerów i dzieci rośnie. I tak kolejne pokolenie idzie w ślady rodziców, żyje na koszt państwa, korzysta z pomocy MOPS-u, pije, ćpa, itd. To czarna wizja, niestety prawdziwa i częsta.

Zaczynając pracę, jako rodzic zastępczy, starałam się bezpiecznie wprowadzić je w dorosłe życie, założyłam, że każde z nich zda maturę, aby mieć tzw. otwartą furtkę w przyszłość, tak i te dzieci, które do mnie trafią, doprowadzę do matury. To niemożliwe. Maluchy mają taką szansę, jednak im starsze dziecko, tym ta szansa jest mniejsza. To są dzieci po ciężkich przejściach, emocjonalnie „pokiereszowane”, często z FASD, dzieci które się „wyłączają”, bo nie są w stanie udźwignąć wszystkiego. O tym, co dorośli im zafundowali mogłabym napisać książkę, jednak dla osób z zewnątrz, które tylko widzą te dzieci, nie żyją z nimi, nie wychowują ich, to abstrakcja – przyznaje Ewa.

Tak wiele razy czuła niezrozumienie innych dorosłych, instytucji. Choć nie narzeka, bo wie, że ten brak empatii i zrozumienia wynika z niewiedzy tych ludzi. Ale jest też na szczęście drugi biegun – ludzi, którzy rozumieją i pomagają. Ewa bardzo długo nie prosiła o pomoc, uważała, że sami sobie poradzą. Coraz częściej jednak myśli o tym, że sama nie zapewni im tego, co konieczne, aby miały szansę.

Mogę je przygotować do tego emocjonalnie, na ile to możliwe, po tym co przeszły. Jednak chciałabym, aby miały gdzie żyć, mieszkać, jak będą dorosłe. Nie spakuję im walizki, jak skończą 18 lat i nie powiem, że są już dorośli i mają sobie radzić. Nie powiem, że mają się wyprowadzić. Z drugiej strony nie wiem, co zrobię, jak nie będę miała wyjścia – zastanawia się.

Ewa Rzepa ma troje własnych dzieci, dodatkowo mocno uczestniczyła w wychowaniu chrześniaka, który po śmierci mamy był pod opieką dziadków. Kocha go jak własnego syna. Człowiek – anioł. Równie mocno kocha i lubi 11 – kę swoich podopiecznych.

Moje dzieci studiują, pracują, są samodzielne mimo, że nic nie spadło im z nieba. Mogłabym powiedzieć, że skoro moje dzieci sobie radzą, to te dzieci też muszą sobie kiedyś poradzić. To jednak nie takie proste. To są dzieci, które mają bardzo zaniżoną samoocenę, dążenie do celu kończą na najmniejszym potknięciu, czy porażce. Mam możliwość, żeby im pomóc, ale potrzebuję wsparcia, ponieważ wiele tematów jest dla mnie samej nie do przebrnięcia. Mogę zapewnić tym dzieciom mieszkanie, a tym samym magiczne słowo: „mój dom” – może być dla nich realne i prawdziwe.

Rozdział 2. Remont domu

Dom udało się wykupić, co dalej? Należy wymienić całą instalację elektryczną, grzewczą i hydrauliczną. Zrobić remont wnętrz i przebudowę tak, aby dostosować budynek do potrzeb 12. dzieci w różnym wieku. Ewa jeszcze się nie załamuje. Każdego dnia, konsekwentnie dzwoni, pisze pisma z prośbami, wierzy, że ten projekt jej życia może i musi mieć happy end.

Budynek  ma około 250m², z czego obecnie około 100m²  powierzchni użytkowej. Działka daje możliwość oddzielenia 4 osobnych, niezależnych wejść. W budynku zaś można stworzyć 4 osobne mieszkania, trzy po około 40m² i jedno 130m². To stworzenie domu dla trzech najstarszych dziewczynek, przy jednoczesnym zapewnieniu mieszkania dla pozostałych dzieci.

 

Chciałabym też, aby dziewczynki, które są dużo starsze od pozostałych dzieci, miały już swój azyl. Teraz, jak budzą się maluchy, budzi się cały dom. Pokoje starszych dzieci są obok sypialni maluchów, nie ma prywatności i spokoju. Chciałyby również mieć własną kuchnię. Gdybym mogła zrobić tu remont, mogłyby poczuć oddech, co z pewnością pozytywnie wpłynęłoby na ich dalszy rozwój. Marzę, bym była skupiona na wychowaniu tych dzieci, a nie ich bycie.

 

Ale z tyłu głowy Ewa ciągle towarzyszy strach o ich przyszłość. Marzy, by ten lęk był poza nią, aby dzieci miały, poza poczuciem bezpieczeństwa, ładne dziecięce pokoje, funkcjonalną kuchnię, pokój do nauki – siedmioro dzieci jest w wieku szkolnym. Kiedy przyszła pandemia i zostali sami, zrozumiała, że te dzieci mają tylko ją, a cała otoczka wokół (instytucje, szkoły, przedszkola) są na chwilę, na odległość, na dystans.

Czasem słyszę, że „powinnam oddać część dzieci, to byłoby łatwiej”. Tylko komu? Po pięciu latach one i ja jesteśmy rodziną, kochamy się, razem żyjemy, złościmy się na siebie, godzimy, itp. I nagle dla wygody miałabym oddać kogoś, bo jest upośledzony, bo jest po traumach, bo ma FASD, bo „nic z niego nie będzie”? Nie zrobię tego, choć czasem mówię, że „się zakopię i nie wyjdę, bo już nie wytrzymam”. Wytrzymuję i wytrzymam, choć fizycznie i psychicznie jest ciężko, ale jest dla kogo – mówi Ewa. Ten dylemat dotyczy zresztą każdej z mam zastępczych prowadzących rodzinne domy dziecka, bo nie znam takiej, która by powiedziała, że to prosta i zwykła praca, jednak żadna z nas nie zamieniłaby jej na inną. Słyszałam też, że jeżeli z tych jedenaściorga dzieci chociaż jedno „wyjdzie na ludzi”, to już będzie sukces.

Ewa dała swoim własnym dzieciom dużo swobody w myśleniu, dzisiaj świetnie sobie radzą w dorosłym życiu. Okres ich wychowania przypadał na 90-lata i pozwolenie im wówczas na malowanie i rysowanie po całej ścianie w pokoju dziecięcym nie budziło zrozumienia, a raczej uważano, że jest„stuknięta” – opowiada. Dzisiaj dzieci Ewy mają twórcze umysły, studiowały architekturę, córka ukończyła Akademię Teatralną. Wspaniali, otwarci na potrzeby innych ludzie. Dzieci, którym zastępuje rodziców, chodzą do szkoły sportowej, należą do akademii piłkarskiej, lubią śpiewać, pewnie ujawniłyby wiele innych talentów, gdyby tylko ciocia Ewa miała czas na ich odkrycie. Czasem brakuje doby na wszystko, ale nie narzeka. Chce tylko być zrozumiana, że nie porywa się z motyką na słońce, że jej cel, by dzieciom ułatwić funkcjonowanie w codziennym życiu, jest kluczowy,bo pozwoli skupić się na tym, co najważniejsze – na rozwoju tych dzieci.

Dzisiaj oglądałam w Internecie zdjęcia z wnętrz rodzinnych domów dziecka, są jak wyjęte z 90-tych lat, bure i ponure. Nasz dom zewnętrznie jest ładny, wewnątrz króluje czas komuny. Dzieciaki chciałyby dużo białych, szarych, błękitnych i różowych kolorów. Marzę, aby nie było zbieraniny mebli, brązowej boazerii na ścianach, marmurkowych wstrętnych schodów. To wszystko bardzo przytłacza, a one potrzebują przede wszystkim radości i kolorów.

Ewa wie, że są jedną z ośmiuset takich rodzin. Dlaczego więc moje dzieci mają mieć szansę na zmianę? – pyta retorycznie i zaraz sobie odpowiada: Jak to mówią dzieci – bo tak. Chcę im pokazać, że wszystko w życiu jest możliwe, jeżeli bardzo tego chcemy i o to walczymy. Ale musimy być w tym konsekwentni, odważni, zdeterminowani.

Łzy płyną Ewie po policzkach: „Pomóżcie moim dzieciom, aby kiedyś one dla innych mogły przenosić góry.”

 


Zobacz także

Postanowienia noworoczne? Zacznij od prostych zmian! Akcja „Mówię dość niezrealizowanym postanowieniom noworocznym”

Jak oduczyć dziecko picia coli i jednocześnie sprzątnąć mieszkanie? Tak, dobrze czytasz

Dezodorant, który nie podrażnia, a jednocześnie chroni przed przykrym zapachem? Znalazłyśmy!