Lifestyle

Ta diagnoza to już nie wyrok. Dziś nie wyklucza też z pracy, czy uprawiania seksu

Media Room
Media Room
10 listopada 2021
fot. andresr/iStock
 
Grzegorz jest najlepszym przykładem, że z HIV da się normalnie żyć, a nawet… przezwyciężyć chorobę nowotworową. Zakażenie HIV nie wyklucza teraz satysfakcjonującej pracy, uprawiania sportu, życia seksualnego, które nie stanowi zagrożenia dla innych. Żeby to wszystko mieć, trzeba tylko stosować ogóle zasady zdrowego stylu życia i pamiętać o przyjmowaniu leku, który wirusa trzyma w szachu.

Jako wolontariusz projektu „Buddy Polska” pomagasz zrozumieć innym zakażonym HIV, że nawet po takiej diagnozie można być dalej szczęśliwym. Opowiedz, na czym polega ten projekt?

Program rozpoczął się tuż przed pandemią, na początku 2020 roku. Prowadzi go pozarządowa organizacja Społeczny Komitet AIDS, która od wielu lat zajmuje się tematyką HIV/AIDS w Polsce. Ten projekt to inicjatywa oddolna, stworzona przez społeczność osób żyjących z HIV dla tych, którzy dowiadują się o swoim zakażeniu HIV, takie rówieśnicze wsparcie. Jest nas ośmiu w różnych miastach Polski: w Gdańsku, Poznaniu, Wrocławiu i Warszawie, ale prowadzimy także działania zdalne. Wspieramy osoby, które dopiero dowiedziały się o zakażeniu. Podczas warsztatów przygotowujących do tego programu dużo rozmawialiśmy o tym, co nam samym było potrzebne tuż po diagnozie. I wszyscy mówiliśmy o tym samym: najbardziej w takiej sytuacji brakuje wsparcia emocjonalnego. Jest oczywiście możliwość porozmawiania z konsultantem w punkcie diagnostycznym, ale najczęściej to dość krótka rozmowa, po której trafia się do lekarza, a potem człowiek znowu zostaje sam.

Nie każdy ma wsparcie w rodzinie czy wśród znajomych, a poza tym na początku ciężko jest o tym porozmawiać z kimś spoza „kręgu wtajemniczonych”. Nie każdy ma też w sobie gotowość, żeby od razu o tym powiedzieć. To naprawdę jest bardzo trudne. Wyszliśmy więc z założenia, że osobie która dowiaduje się, że ma HIV łatwiej będzie podzielić tą informacją z kimś, kto był w takiej samej sytuacji. I to rzeczywiście działa.

Jak do was trafić?

Można się do nas zgłaszać przez stronę internetową www.buddy-polska.pl, można napisać maila lub sms-a. W odpowiedzi dostaje się kontakt do któregoś z nas, proponujemy rozmowę – możemy spotkać się osobiście lub porozmawiać przez telefon, to zależy już od tego, jak woli uczestnik.

A jak to było z tobą?

Po odebraniu wyniku, a był to początek 2018 roku, dość szybko udałem się do poradni. Nie od razu mi się to udało – od wejścia odbiłem się dwa razy. Lęk przed nieznanym, myślenie, kogo tam spotkam, czy do rejestracji będzie kolejka, czy lekarz będzie mnie oceniał… Poziom stresu jest tak wysoki, że ciężko jest przez to przejść samemu. Za trzecim razem poszła ze mną przyjaciółka, której powiedziałem o zakażeniu i dopiero wtedy się udało. Stąd moje przekonanie, że – zwłaszcza na początku – dobrze jest nie zostać z tym wszystkim samemu. Ja miałem o tyle dobrą sytuację, że mogłem powiedzieć o tym swoim przyjaciołom, jednak nie każdy ma taką możliwość. Dlatego proponujemy wspólne wyjście do lekarza i to często się sprawdza.

Warto pamiętać, że nie jesteśmy lekarzami ani terapeutami, więc nie udzielamy profesjonalnej pomocy – to nie jest nasze zadanie. Natomiast udzielamy wsparcia emocjonalnego, z nami można porozmawiać o codziennym życiu z HIV, można nam zadać każde pytanie, nawet takie o które zakażony wstydzi się zapytać lekarza, na przykład: „Czy kiedykolwiek jeszcze będę mógł uprawiać seks?” albo: „Czy leki będę musiał brać już do końca życia?”.

Oczywiście to są rzeczy o których można, a nawet trzeba rozmawiać z lekarzem, ale czasami skrępowanie jest tak wielkie, że to trudne. My naszych uczestników w tym wspieramy i zachęcamy do tego, aby ten dialog z lekarzem prowadzić. Lekarze, przynajmniej tutaj w Warszawie, naprawdę są w porządku. A pamiętajmy, że jest to związek na lata, bo póki co nie ma leku, który wyleczyłby z HIV, więc trzeba się do tego przyzwyczaić i jakoś sobie te relacje ułożyć.

Trzeba też powiedzieć o tym, że część osób wypiera fakt, że są zakażeni i odpada nie docierając do poradni. Przecież tam mogą dostać fachową pomoc, leczenie, więc dlaczego?

Z różnych przyczyn: bo wypierają, że to się stało, bo nie chcą uwierzyć w diagnozę, bo myślą sobie: „No przecież nic się nie dzieje, dobrze się czuję, więc to pewnie jakaś pomyłka”. Ci ludzie czasami przepadają albo tkwią w tym lęku, boją się iść do poradni. Naszym zadaniem jest, aby wspierać takie osoby, motywować do podjęcia i kontynuacji leczenia.

To trudne?

Nie! W poradni trzeba stawić się raz na trzy miesiące, żeby się zbadać i odebrać leki. I tyle. Nie jest to więc jakieś obciążające leczenie. Dziś HIV jest jak choroba przewlekła, z którą, biorąc leki, można żyć wiele lat w całkiem niezłej kondycji. Leki najczęściej nie dają żadnych skutków ubocznych, przynajmniej ja ich nie mam i żadna ze znanych mi osób też nie ma. Trzeba jedynie pamiętać, aby raz dziennie brać pigułkę i mieć świadomość tego, że tego leczenia nie powinno się przerywać.

Najtrudniej jest oczywiście na początku, bo trzeba się z tym oswoić, wtedy też  jest więcej wizyt i badań, bo trzeba ustalić jaki jest typ wirusa, czy jest lekooporny, czym go leczyć. Zanim ustali się leczenie, czasem trzeba je modyfikować i to trwa. Ale to wszystko jest dobrze zorganizowane. Leczenie koordynuje Krajowe Centrum do spraw AIDS, a centralne zarządzanie sprawia, że wszędzie system leczenia jest taki sam. To, że leki dostaje się w poradni, a nie poprzez realizację recepty w aptece, też ma swój sens, bo sprawia, że pacjent musi się pojawić się u lekarza. Jest więc jakaś kontrola nad tym, jak to leczenie przebiega i motywacja, by się regularnie badać. No i teraz leki dostaje się już na pierwszej wizycie, a nie jak kiedyś, gdy trzeba było czekać do momentu aż odporność będzie wystarczająco niska. Potem nie zawsze udawało się ją odbudować.

Czy osoby z twojego otoczenia wiedzą o tym, że jesteś pozytywny?

Tak, powiedziałem o tym swoim przyjaciołom, niektórym znajomym i wie o tym wiele osób w pracy. Nigdy nie spotkało mnie z tego powodu nic złego. Ale muszę przyznać, że pracuję w dużej korporacji medycznej, w której część działalności to produkcja leków na HIV, więc zapewne świadomość w tym miejscu jest trochę wyższa.

Sporo się zmieniło, ale czy HIV/AIDS wciąż nie ma łatki choroby na własne życzenie, w dodatku wstydliwej, bo kojarzonej ze „złym prowadzeniem się”?

Mam 45 lat, więc pamiętam końcówkę lat 80-tych czy lata 90-te i tę atmosferę Monaru, Kotańskiego, ośrodków dla chorych na AIDS, których nikt nie chciał w okolicy. Ale wtedy ta choroba była zupełnie inna, wiele się od tego czasu zmieniło. Warto wiedzieć, że dziś, lecząc się, jest się zupełnie bezpiecznym dla innych, a nawet można bezpiecznie uprawiać seks, także w tzw. mieszanych związkach, czyli  gdy jedna osoba jest HIV+, a druga nie. Nie ma więc uzasadnienia stygmatyzacji, bo jesteśmy bezpieczni dla innych.

Ale oczywiście z tą akceptacją czy zrozumieniem wciąż bywa różnie. Dlatego my nie namawiamy naszych podopiecznych, aby mówili wszystkimi o swoim zakażeniu. Kiedyś jeden z moich rozmówców spytał mnie, kiedy ma powiedzieć o tym swojemu chłopakowi.

I co mu odpowiedziałeś?

Że nie ma uniwersalnego rozwiązania. Ja mówię na samym początku. Czasami ta druga strona odpada od razu, ale wtedy sytuacja jest jasna i to też jest mniej bolesne. Niektórzy wolą mówić później, szukają dobrego momentu, chcą się zorientować, czy mogą tej drugiej osobie zaufać. I fizjologicznie to nie jest groźne, jeśli tylko zakażony się leczy. Ale to może być bardziej kosztowne emocjonalnie. Jednak rozumiem takie podejście, bo ta stygmatyzacja, choć maleje, wciąż jest. Liczę na to, że to się będzie zmieniało, ale też wiem, że to jest proces i nie stanie się to z dnia na dzień. Dlatego tak potrzebna jest nieustająca edukacja, na przykłada taka jak kampania Tomka Siary „Niewykrywalni”, w której on też otwarcie mówi że jest zakażony. Powoli ten łagodniejszy obraz HIV zaczyna przebijać się do mediów, a jednocześnie widzimy, że już nie jest tak medialny jak kiedyś. To świadczy o tym, że temat został oswojony, powszednieje i nie budzi już tak gigantycznych emocji jak kiedyś.

Jednak obawa przed ocenianiem jest tym, co najbardziej skłania zakażonych do ukrywania tej prawdy o sobie…

Tak, wciąż o HIV myśli się jak o chorobie na własne życzenie. Wciąż jest trochę takiego rozliczenia: „Masz to, bo sobie zasłużyłeś”. Ja też kiedyś usłyszałem: „O, to  musiałeś nieźle balować”. Ale przecież jakie to ma tak na prawdę znaczenie? Co to oznacza? Bo nawet jeśli to jest konsekwencja moich wyborów, to przecież tak jest z wieloma chorobami: z paleniem papierosów, z jeżdżeniem na rowerze bez kasku – to się po prostu zdarza i czy to oznacza, że nie należy mi się leczenie? Tak oceniając wkraczamy w moralny dyskurs.

No dobrze, to porozmawiajmy może o tym jak się dzisiejszych czasach żyje z tą chorobą na co dzień.

Codziennie biorę leki, raz na pół roku badam się – ogólne badanie krwi i moczu, sprawdzam, co dzieje się z wirusem, czy wciąż jest na niewykrywalnym poziomie, jak się ma moja odporność. To wymaga regularnych spotkań z moją panią doktor. I to wszystko. Gdy zostałem zdiagnozowany, musiałem przejść operację, powiedziałem o zakażeniu w szpitalu i nic złego w związku z tym się nie wydarzyło – choć wiem, że jeszcze bywają miejsca, gdzie to bywa problem.

No, ale HIV to skrót od angielskiej nazwy „human immunodeficiency virus”, co oznacza „ludzkiego wirusa nabytego niedoboru odporności”, więc jak to jest z ta odpornością?

To nie oznacza, że ona jest słabsza, ale że trzeba o nią dbać. Zalecenia jednak są takie same jak dla zdrowych osób: trzeba dbać o dietę, uprawiać sport, prowadzić zdrowy tryb życia. Nie jest zalecane palenie papierosów i nadużywanie alkoholu. Nie mogę powiedzieć żebym jakoś przesadnie o siebie dbał. Uprawiam dużo sportu, tak jak to robiłem wcześniej, staram się dobrze odżywiać. Przez przez pierwsze 2 lata brałem tabletki, które spowodowały u mnie przyrost masy ciała – z badań klinicznych wynikało, że tak faktycznie może się dziać. Zgłosiłem to swojemu lekarzowi i powiedziałem, że nie czuję się z tym dobrze. Zmieniliśmy leczenie i to pomogło. Dziś dostępnych jest więcej opcji leczenia, a nie jak kiedyś, gdy był jeden lek, na który było się skazanym do końca życia. Możliwe jest indywidualne dobieranie terapii, co jest ważne, bo ludzie różnie reagują na ten sam lek i mają też różny poziom wirusa. Tak więc żyje mi się zupełnie okej, pewnie też dlatego, że jestem w dobrej kondycji i, jak mówi moja lekarka, jestem zdrowszy niż niejedna tak zwana zdrowa osoba.

Ale wciąż to sytuacja, w której musisz uważać. Lekarz mówił ci kiedy choroba może się uaktywnić?

Tak oczywiście – istotą sukcesu w tej chorobie jest ciągłość leczenia i to też przekazujemy swoim podopiecznym. To nie jest leczenie, o którym można zapominać czy robić sobie przerwy. Oczywiście jeżeli zapomni się raz czy dwa razy, nic się nie stanie, ale jeśli już zapomina się regularnie, to tworzy się wrota do tego, aby wirus mógł nabrać oporności na leczenie. Poziom leku spada i staje się na tyle niski, że wirus zaczyna się uaktywniać.

Zdarzają się pacjenci, którzy przerywają terapię, znikają na jakiś czas i pojawiają się na przykład po dwóch, trzech latach. W różnym stanie – czasami nic się nie dzieje, bo ta choroba potrafi się rozwijać i 10 lat, więc tak od razu nie widać efektów przerwania terapii. Ale bywa różnie i to jest po prostu niebezpieczne, nawet jeśli zewnętrznie nic nie widać, to nie znaczy że nic złego się nie dzieje.

Czy czas pandemii cię przeraził?

To był trudny czas jak dla wszystkich – izolacja, narzucone zmiany, to było przykre. Jeśli chodzi o HIV zamknięte były punkty testowania i to był kłopot, bo nie było gdzie się badać. Choć akurat poradnia w Warszawie przyjmowała nowych pacjentów cały czas, a ci, którzy byli już leczeni, konsultowali się telefonicznie. Leki także można było bez problemu odebrać. Ten system działał, wpływ mogło to mieć jedynie na rozpoczęcie leczenia.

U mnie sytuacja trochę się skomplikowała, bo w lutym dowiedziałem się że mam HIV, a w marcu, że mam raka. Po tej informacji mój HIV trochę zbladł. Ale proszę pamiętać, że byłem już po czterdziestce, więc być może to jest też kwestia wieku, nie wiem, jak wygląda to u młodych chłopaków.
Oczywiście na początku byłem zły na siebie, że sobie to zafundowałem. No wiadomo – taka rzecz nie ułatwia życia. Oswajałem się z tym jakieś pół roku.

Dwie poważne choroby, o których dowiedziałeś się w krótkim czasie to  naprawdę nie brzmi za wesoło…

Przyznaję, że było ciężko. Ale o dziwo moje rokowania wcale nie były określane jako gorsze. Choć faktycznie pierwsza rozmowa z moim onkologiem sugerowała, że przez HIV będzie trudniej. Pamiętam, że powiedziałam to mojej pani doktor, a ona się zezłościła, że to bzdury. Wszyscy myślą, że mam deficyt odporności, a ona powiedziała, że to nieprawda. To tylko pokazuje, że sporo jeszcze mamy do zrobienia w kwestii edukacji.

W każdym razie to faktycznie był dla mnie ciężki czas. Najgorszy był moment po operacji nowotworu. Jestem zadaniowy, wcześniej na wszystko miałem plan:  wizyta jedna, druga, badania, przygotowania do operacji. A potem nagle to się urwało i już było po wszystkim. Na szczęście leczenie nowotworowe zakończyło się sukcesem.


Grzegorz Jezierski, wolontariusz Buddy Polska

Jest biologiem, ma tytuł doktora nauk przyrodniczych w zakresie neurobiologii. Od ponad 10 lat związany z biznesem wysokospecjalistycznego sprzętu medycznego – obecnie zajmuje się głównie marketingiem. Od 2020 roku wolontariusz w programie „Buddy Polska” prowadzonym przez Społeczny Komitet ds. AIDS. Od 2021 roku członek European AIDS Treatment Group, międzynarodowej organizacji pozarządowej zrzeszającej głównie osoby żyjące z HIV i prowadzącej działania rzecznicze dla tej społeczności i ich bliskich na terenie Europy. Prywatnie miłośnik reportażu literackiego, trenuje amatorsko boks.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Lifestyle

„Szanowny eksmężu, uważasz, że kobiety to suki, które lecą na kasę? Sprawa jest bardziej skomplikowana”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
10 listopada 2021
fot. Betul Aktas/iStock
 

Pytasz mnie, Arturze, czemu od ciebie odeszłam. Teraz? Po tylu latach? Dobrze, powiem ci, bo miałam czas na zastanowienie i wydaje mi się, że dobrze już wiem, co się między nami wydarzyło. Kiedy znajomi pytają mnie, czemu się rozstaliśmy, opowiadam im o twojej wrednej byłej żonie. Ale robię to tylko dlatego, by się ode mnie serdecznie odwalili. Bo sprawa jest bardziej skomplikowana.

Oczywiście twoja była żona (przy jej zaburzeniach borderline) potrafiła być potworem i naprawdę uprzykrzała nam życie. Za każdym razem, kiedy mieliśmy jechać na wakacje, a szczególnie te na kilka dni bez dzieci, tylko we dwoje, ona pozorowała samobójstwo. I z wakacji nic nie było!

Ty oczywiście wierzyłeś we wszystkie bzdury, które ci opowiadała. Potrafiłeś jechać po nią w środku nocy do szpitala psychiatrycznego taksówką, za którą płaciłeś niewyobrażalne pieniądze. Tylko dlatego, że ona odmawiała przyjęcia na oddział i chciała wrócić do domu. A przecież miała swojego faceta, który z nią mieszkał i to on mógł o nią zadbać. Czasem więc śmiałam się, że twoja żona tak naprawdę ma dwóch partnerów – tego nowego oraz ciebie, bo byłeś na każde jej wezwanie.

Czemu czułeś się z nią tak związany i odpowiedzialny? Dziś już trochę więcej z tego rozumiem. Zawsze mi tłumaczyłeś, że ona przyjechała z Białorusi i nie ma w Polsce żadnej rodziny. Ale to nie jest wytłumaczenie, żeby kogoś traktować jakby był małym dzieckiem. Powodów tej sytuacji było oczywiście znacznie więcej – macie przecież wspólne dziecko, synka Kazika, na którym tobie bardzo zależy. Bałeś się, że z matką, która ma zaburzenia osobowości i jest niewydolna finansowo, on będzie miał bardzo ciężkie dzieciństwo i dorastanie. Bałeś się, że jak nie będziesz się nimi opiekował, to ona go zabierze i wyjedzie gdzieś daleko na Białoruś i nie będziesz mógł go codziennie widywać. Nie wziąłeś pod uwagę jednego – musiałabym być świętą, by godzić się na tę chorą sytuację. Bardzo lubiłam Kazia, ale kiedy patrzyłam, jak manipuluje tobą Madina, byłam wściekła, okropnie zazdrosna, rozżalona, że mną się tak nie opiekujesz.

Kompletnie się w tym wszystkim, Arturze, pogubiłeś. Zacząłeś zaciągać gigantyczne pożyczki, by móc utrzymywać byłą żonę i dokładać się do naszego budżetu. Przede wszystkimi wokoło udawałeś, że masz pieniądze. Pewnie męska duma nie pozwalała ci przyznać się do porażki i do tego, że nie wyrabiasz się ze wszystkimi zobowiązaniami. Nie mniej bałeś się Madiny i dlatego robiłeś dla niej wszystko. Tu nie wchodziło w grę słowo : „Nie!”. Jeśli ona chciała nowe buty dla Kazika, natychmiast za to płaciłeś. Co z tego, że ci mówiłam, że buty dla dziecka nie kosztują 500 złotych. Odpowiadałeś: „Nie wtrącaj się, to są sprawy między mną a matką mojego dziecka”. Wtedy szlag mnie brał, bo znów ignorowałeś moje zdanie. Do tego płaciłeś co miesiąc żonie niewyobrażalne pieniądze – 5 tys. złotych alimentów, sam się na to zgodziłeś w sądzie i byłeś z siebie tak strasznie dumny, że okazałeś się w lepszy od większości „tatusiów”. Co z tego, że nie było cię na to stać?

Ja to wszystko rozumiem, ale powiem ci, że moje życie z tobą było cholernie trudne. Musiałam być zawsze tą drugą. Tą, której możesz swobodnie powiedzieć, że nie masz pieniędzy, by zrobić zakupy w supermarkecie i która jednocześnie odkrywa, że dwa dni wcześniej podarowałeś swojej byłej żonie kartę kredytową. Twierdziłeś: „To tak, na wszelki wypadek”. Czy wiesz, że ja wtedy czułam się tak, jakbym dostała od ciebie twarz.

Pamiętam, jak kiedyś okrutnie pokłóciliśmy się w samochodzie, gdy odkryłam, że mimo naszych kłopotów finansowych, poszedłeś do banku, by wziąć na siebie kredyt dla Madiny, by ona mogła otworzyć swój poroniony interes, czyli białoruskie bistro. Byłam wkurzona, bo przed chwilą ja musiałam zapłacić za cały remont naszego mieszkania. Mnie mówiłeś, że nie masz kasy i muszę poczekać. Która kobieta znosiłaby to na dłuższą metę? Ale z tobą na te tematy nie było wtedy rozmowy. Trzasnąłeś drzwiami samochodu i wróciłeś dopiero nad ranem. Pijany.

Ale do rzeczy. Po naszym rozstaniu poszłam na terapię i wtedy zrozumiałam, że za tym, co się między nami wydarzyło, kryje się jeszcze drugie i trzecie dno. Już tłumaczę, gdzie jest to „drugie dno” naszej historii. Kiedy opowiadałam swojej terapeutce, jak bardzo pragnę męskiej opieki, ona zwróciła uwagę, że tak naprawdę, to jest mój, a nie twój kłopot. Rozmawiałyśmy o moim dzieciństwie i o tym, że wychowywałam się w rodzinie, w której alkohol lał się strumieniami i dlatego dziś tak mocno czuję, że chcę, aby ktoś mi to wynagrodził. Najlepiej ukochany mężczyzna. Chcę, by on był dla mnie tak troskliwy i opiekuńczy, bym mogła poczuć się jak małe usłyszane i zadbane dziecko.

Terapeutka próbowała mi wytłumaczyć, co mogło dziać się z tobą. W twojej rodzinie przecież też był alkohol i ty też bardzo potrzebowałeś akceptacji i podziwu innych ludzi. Dlatego lubiłeś się chwalić przed znajomymi, jak pomagasz Madinie. Oni cię za to podziwiali, a ty czerpałeś z tego wielką satysfakcję. Mnie koleżanki mówiły: „Jaki ten Artur jest empatyczny. Gdzie ty go znalazłaś? Ze świecą takiego szukać, co ma serce dla tej wariatki byłej żony”. Co ja miałam im powiedzieć, przecież nie chciałam się skarżyć, że wspaniałomyślny jesteś owszem, ale dla Mariny, a nie dla nowej rodziny, którą zdecydowałeś się ze mną założyć.

Teraz czas na opisanie tego, co było ukryte bardzo głęboko. Nazwijmy to może tym „trzecim dnem”. Otóż: czy zastanawiałeś się kiedykolwiek, dlaczego tak skąpiłeś mi pieniędzy? Nawet pierścionek zaręczynowy kupiłeś mi tak tani, że aż mnie wcięło. Była na nim drobniutka cyrkonia, a w pudełeczku niewyjęta cena. Nie potrafię jej zapomnieć do dziś 354 złote. Aż odjęło mi mowę, kiedy to odkryłam. A więc, według mojej terapeutki, ty też w tym skąpstwie mogłeś mieć ukryty cel. Twoja była żona cię nie kochała. Była z tobą dla pieniędzy i wyciągała ci je z kieszeni przy byle okazji. Choć się publicznie nie przyznawałeś do tej świadomości, na pewno o tym wiedziałeś. Dlatego dla mnie byłeś zdecydowanie mniej hojny. Chciałeś sprawdzić, czy ktoś potrafi cię kochać tak naprawdę, bez pieniędzy!

To w sumie jest wstrząsające, ponieważ oboje trzymaliśmy się w jakimś okrutnym klinczu. Kochaliśmy się, ale chcieliśmy od siebie rzeczy, które się absolutnie wykluczały. Oboje robiliśmy to nieświadomie i żadne z nas nie potrafiło odpuścić na milimetr. Ja chciałam opieki także demonstrowanej w finansach. A ty chciałeś kobiety, która udowodni, że kochać ciebie można takim jakim jesteś, za darmo, bez twojego portfela. Zmarnowaliśmy więc naszą miłość, walcząc ze sobą. Walcząc, choć wtedy nie mieliśmy świadomości, co tak naprawdę się między nami dzieje.

Ciekawa jestem, jakie masz dziś zdanie o kobietach. Przypuszczam, że jak się upijesz z kumplami, to mówisz im, że baby to suki, które lecą na kasę. A więc mój drogi, sprawa jest bardziej skomplikowana. Tyle, że tego, co wydarzało się między nami, nie da się już naprawić. Zbyt wiele wycierpiałam. Co z tego, że dziś rozumiem już z naszej historii więcej? Cóż z tego….


Lifestyle

Czy można umrzeć z samotności? Jest podobnym czynnikiem ryzyka jak tytoń, alkohol czy otyłość

Media Room
Media Room
10 listopada 2021
fot. coldsnowstorm/iStock
Samotność jest nie tylko przykrym doświadczeniem emocjonalnym. Jest podobnym czynnikiem ryzyka dla przedwczesnej śmierci jak palenie tytoniu, nadużywanie alkoholu czy otyłość! Prof. Halina Sienkiewicz-Jarosz z Instytutu Psychiatrii i Neurologii w Warszawie jest przekonana, że można i warto się przed samotnością chronić, także w czasie pandemii.

W wykładzie „Izolacja społeczna i samotność a funkcjonowanie mózgu”, który wygłosiła podczas III Kongresu „Zdrowie Polaków” specjalistka przytoczyła szereg rezultatów badań na temat samotności i jej wpływu na zdrowie.

Przypomniała, że w opublikowanym w czasopiśmie Lancet tekście amerykański psycholog społeczny John T. Cacioppio z Uniwersytetu w Chicago napisał: „Wyobraź sobie, że istnieje choroba, która sprawia że człowiek staje się drażliwy, przygnębiony i skoncentrowany na sobie, która wiąże się z 26 proc. wzrostem ryzyka przedwczesnej śmiertelności. Wyobraź sobie też, że w uprzemysłowionych państwach choroba ta dotyka około jednej trzeciej ludzi, a u jednej osoby na 12 osiąga znaczne nasilenie i że te odsetki rosną. Dochód, wykształcenie, płeć i rasa nie chronią przed nią i jest ona zakaźna.  Taka choroba istnieje i jest to samotność”.

Profesor zastrzegła, że szczególnie w czasach pandemii warto zwrócić uwagę, iż samotność to coś innego niż izolacja, która w ostatnio stała się dla wielu osób nowym doświadczeniem.

Izolacja społeczna to obiektywna sytuacja wynikająca z braku więzi społecznych, ograniczonych sieci społecznych, rzadkich kontaktów interpersonalnych.

Samotność zaś to subiektywnie postrzegana izolacja społeczna, negatywny stan emocjonalny wynikający z rozbieżności między tym, jakie chcielibyśmy, a jakie mamy w rzeczywistości kontakty z innymi.

Samotność jest odwrotnością naszej potrzeby przynależności, potrzebą, która dosyć wysoko plasuje się w hierarchii ludzkich potrzeb według Maslowa – zwraca uwagę prof. Halina Sienkiewicz-Jarosz.

Abraham Maslow przedstawił hierarchię ludzkich potrzeb w postaci piramidy. Na samym jej dole znajdują się potrzeby fizjologiczne (zaspokojenie głodu, pragnienia it.) – brak ich spełnienia zaburza całkowicie funkcjonowanie człowieka. Kolejne warstwy to:  bezpieczeństwa, przynależności i miłości, szacunku i uznania oraz samorealizacji.

Samotność skraca życie

Samotność zwiększa ryzyko przedwczesnej śmierci aż o 26 proc.!

Dla porównania warto zwrócić uwagę, że nadmierne spożycie alkoholu, palenie i otyłość, które wymieniane są jako główne czynniki ryzyka, mają podobne oddziaływanie jak samotność. Wpływ samotności na przedwczesną śmiertelność jest porównywany z wypalaniem około 15 papierosów dziennie. Tak więc jest to naprawdę poważny czynnik zagrażający naszemu życiu – uważa prof. Halina Sienkiewicz-Jarosz.

Jak do tego dochodzi?

Psychika powoduje aktywację układu podwzgórze-przysadka-nadnercza prowadząc do aktywacji adrenergicznego układu współczulnego i uwalniania cytokin. To z kolei skutkuje powstawaniem stanu zapalnego, który – jeśli jest przewlekły – zaczyna nam zagrażać. To wszystko składa się na ryzyko przedwczesnej śmiertelności. Proszę zwrócić uwagę, że także pogarszająca się jakość snu, która – jak dowiedziono – też jest skutkiem samotności, ma wpływ regulację osi podwzgórze-przysadka-nadnercza wywołując zwiększone uwalnianie sterydów, które z kolei mogą sprzyjać zaburzeniom depresyjnym i niekorzystnie wpływać np. na funkcje poznawcze – wyjaśniała neurolożka.

Samotność a sen i funkcje poznawcze

Samotność ma ogromny wpływ na nasze codzienne życie. Z analiz naukowców z King’s College London w Wielkiej Brytanii wynika, że osoby samotne są bardziej narażone na złą jakość snu niż osoby, które nie narzekały na samotność. A co za tym idzie – częściej odczuwają większe zmęczenie w ciągu dnia i mają większe problemy z koncentracją.

Mało tego, jak wykazały badania opublikowane przez „Journal of Gerontology: Psychological Sciences” ryzyko otępienia u samotnych osób zwiększa się nawet o 40 proc. Autorzy tłumaczą, że to proces złożony. Po pierwsze, samotność może podwyższać poziom stanu zapalnego w organizmie, który powoduje szkody, jeśli utrzymuje się zbyt długo. Po drugie, osoby czujące się samotnie mogą próbować „radzić sobie” z tym poprzez szkodliwe dla mózgu zachowania, takie jak spożywanie nadmiernych ilości alkoholu czy siedzący tryb życia. A na dodatek, dla mózgu interakcje społeczne są istotnym treningiem oraz budują motywację do działania, a przez to w niezauważalny sposób dbamy sprawność umysłową. Wreszcie samotność zwiększa ryzyko stanów lękowych, depresji, a nawet tendencji samobójczych i znacznie częściej prowadzi do uzależnienia od substancji psychoaktywnych.

Samotność obejmuje też somę

Jeżeli chodzi o czynniki zdrowia somatycznego, na które wpływ ma samotność, to przede wszystkim osłabienie funkcjonowania układu immunologicznego. Może to skutkować nie tylko spadkiem odporności, z czym zwykle wiążemy układ immunologiczny, ale również z występowaniem chorób nowotworowych. Ten stan aktywuje procesy zapalne, które mogą powodować nasilenie chorób układu sercowo-naczyniowego i przyspieszać tworzenie się blaszek miażdżycowych, a tym samym powodować ryzyko przedwczesnej śmiertelności – wyjaśniała prof. Halina Sienkiewicz-Jarosz.

Samotność a depresja

Dla nikogo nie powinno stanowić zaskoczenia to, że samotność znacząco pogarsza jakość życia osób z zaburzeniami psychicznymi, w szczególności z depresją.

Warto jednak pamiętać, że to samotność jest silniejszym predyktorem depresji niż depresja – samotności – podkreślała lekarka.

Zaznaczyła, że samotność jest zdecydowanie większym problemem u osób, u których już występowały choroby psychiczne. W badaniu przeprowadzonym w Wielkiej Brytanii okazało się, że częściej występuje ona z zaburzeniami psychicznymi, w tym z fobiami, depresjami, zaburzeniami lękowymi czy zaburzeniami psychotycznymi.

Epidemia samotności

Samotność jest coraz powszechniejszym problemem. Specjalistka przytoczyła niepokojące dane:

  •     Co trzeci Polak powyżej 75. roku życia mieszka sam.
  •     Wysokie są liczby dotyczące samobójstw – w 2020 r. po raz pierwszy od dwudziestu lat została przekroczona granica 12 tys. osób, które  podjęły próbę samobójczą.
  •     Pandemia tylko pogorszyła i tak już niedobrą sytuację wywołując szereg pośrednich i bezpośrednich niekorzystnych sytuacji dla zdrowia psychicznego. U osób, które przebyły infekcję COVID-19, szczególnie u tych którzy chorowali ciężko lub stracili z powodu tej choroby kogoś bliskiego odnotowuje się zespół stresu pourazowego.
  •     Pandemia u wielu osób miała niekorzystny wpływ na sytuację ekonomiczną – a utrata pracy, lęk o przyszłość, niepewność jutra nie sprzyjają radości i dobremu samopoczuciu.

Wiadomo już także jak negatywny wpływ wymuszona izolacja miała na relacje międzyludzkie, szczególnie tam gdzie przed pandemią były one trudne, w wielu domach nasilił się problem przemocy domowej.

Skutki zdrowotne izolacji społecznej są naprawdę poważne i dotyczą nie tylko zdrowia fizycznego i psychicznego, ale przekładają się też na mniej oczywiste – wciąż nie zdajemy sobie sprawy jak destrukcyjny wpływ na nas ma przewlekła samotność – mówi specjalistka.

Warto zwrócić także uwagę na grupę niepełnosprawnych pracowników, którzy od marca do czerwca ubiegłego roku stracili pracę w dużo większym stopniu niż osoby w pełni sprawne (20 vs. 14 proc.). A są to osoby szczególnie zagrożone samotnością, lękiem i problemami psychicznymi.

Wpływ pracy zdalnej

W kontekście pandemii nie sposób pominąć aspektu pracy zdalnej. Prof. Halina Sienkiewicz-Jarosz przytoczyła dane z jednego z amerykańskich badań, z którego wynika, że nawet 60 proc. osób pracujących zdalnie skarżyło się na to, że samotność i izolacja to główne problemy, które wpływają na ich zdrowie psychiczne. Co ciekawe, sam koronawirus uplasował się dopiero na piątej pozycji.

Praca zdalna, poza brakiem rutyny, powoduje brak oddzielenia czasu na pracę i odpoczynek, zaburzenia snu, stres związany z całodobową opieką nad dziećmi i ich nauką w domu, uczucie osamotnienia. To wszystko nasila poczucie beznadziei – zwracała uwagę lekarka.

Niestety, zdaniem ekspertów musimy spodziewać się odległych skutków pandemii i jej wpływu na zdrowie psychiczne, zwłaszcza w kontekście jej oddziaływania na poczucie samotności i izolacji społecznej.

Jak przeciwdziałać samotności

Czynników, które mogą przyczyniać się do negatywnego wpływu na ogólny stan zdrowia jest więc bardzo dużo. Zauważając ten problem, specjaliści na całym świecie podjęli szereg działań – w Japonii i w Wielkiej Brytanii utworzono na przykład ministerstwa samotności, które mają za zadanie m.in. koordynację działań społecznych. Światowa Organizacja Zdrowia deklaruje, że podejmie działania służące poprawie warunków pracy (zwłaszcza zdalnej) i poprawie sieci społecznych. Zaczęto też mówić o tym, że każdy pracownik ochrony zdrowia, na różnych szczeblach, powinien zadawać pacjentowi pytanie o samotność.

Profesor Sienkiewicz-Jarosz zachęca, by nie dawać się samotności.

Sposobów na to jest wiele – jest mnóstwo aplikacji na smartfony, powszechne stały się teleporady, mamy coraz większe możliwości konsultowania pacjentów zdalnie. Ale powinniśmy szerzej myśleć nad wprowadzeniem na stałe na przykład takich rozwiązań, jakie na początku pandemii wprowadził Instytut Psychiatrii i Neurologii w Warszawie – uruchomiliśmy tzw. linię wsparcia, na którą dzwonili ludzie z całej Polski zadając pytania, zgłaszając swoje lęki i obawy. Sądzę, że tego rodzaju inicjatywy powinny powstawać szerzej – uważa prof. Sienkiewicz-Jarosz.

Spoglądając na statystyki ostatnich z dni wyraźnie widać, że pandemia jeszcze się nie zakończyła, stoimy w obliczu kolejnej fali, musimy więc mieć na uwadze, że problemy wynikające z tak długiej izolacji i samotności będą miały długofalowe skutki.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Zobacz także

11 seriali idealnych na długie, jesienne wieczory

Być jak rajski ptak. Dominika Tajner-Wiśniewska ambasadorką marki odzieżowej Vippi Design

Królowe nienawiści, jak hejtujemy się nawzajem

Królowe nienawiści, jak hejtujemy się nawzajem