Lifestyle

Można żyć. Pięknie żyć, mimo AIDS czy HIV

Anika Zadylak
Anika Zadylak
1 grudnia 2016
Ludziom się wydaję, że jeśli nie mówi się o tym tak głośno jak kiedyś, że jeśli wyczyszczono dworce i zamknięto meliny, że skoro mamy dwudziesty pierwszy wiek to problem AIDS i HIV, przestał istnieć.
Fot. iStock / teksomolika
 

Bartek miał 32 lata, gdy jego matkę zaniepokoiła cisza.  Zawsze o tej godzinie już się tłukł, ból mięśni i głowy nie pozwalał mu spać. Głód narkotykowy zrywał go bardzo wcześnie. Czasem zza ściany dobiegał jęk, cicha prośba pomocy. Pani Barbara wiedziała o tym, że jej syn jest narkomanem. Że jeszcze kilkanaście lat wcześniej tylko palił trawkę, czasem zarzucił jakiś syrop z kodeiną. Wtedy wydawało się to takie błahe, takie wręcz zwyczajne, bo przecież każdy małolat z czymś tam eksperymentuje.

Był rok 93-ci, modny mak i gotowanie z niego zupy. Bartek też ją gotował i pił. Potem poznał innych ludzi, tych którym już nie wystarczały prochy czy palenie trawki. Oni chcieli większych doznań, większych odlotów. I Bartosz też. Dlatego gdy ktoś w końcu podał mu strzykawkę z brunatnym płynem, nie wahał się nawet przez chwilę. Czy wtedy za pierwszym razem, czy może za setnym zaraził się HIV tego nie wiedział ani on, ani nikt inny. Dowiedział się przypadkiem, gdy wycieńczony trafił na oddział. Nie ukrywał tego nigdy, ale też nigdy nie leczył. Tłumaczył, że skoro nadal jest w ciągu narkotykowym  to bez sensu zabierać leki komuś, kto chce się leczyć. Komuś, kto chcę z tym żyć. Bartek żył z heroiną i wszystkim innym, co dawało porządny haj. Choroba go wyniszczała, narkotyki dobijały. Tego poranka, gdy zaniepokojona ciszą matka, otwierała drzwi do jego pokoju, Bartka już nie było. Poleciał w swoja ostatnią podróż. Na pogrzebie ksiądz powiedział, że zabił go nałóg i ciężka choroba, na którą nie ma ratunku. Już wtedy, było to kompletną bzdurą. HIV i AIDS w Polsce zaczęto diagnozować i leczyć w 1985 roku.

– Najgorsze jest to, że ludziom nadal się wydaję, że to choroba narkomanów i homoseksualistów. I, że skończyła się wraz z ostatnim ćpunem na Dworcu Zachodnim w Warszawie. Kiedy mówię komuś otwarcie, że jestem nosicielką reakcją nie jest ucieczka czy cofnięcie ręki, tylko głupi uśmiech. Jak to HIV? Przecież to było tyle lat temu w Afryce, albo środowiskach narkomańskich – Asia ma 26 lat, o nosicielstwie dowiedziała się dwa lata temu. Bierze leki, jest pod stałą opieką specjalisty. Pracuję w biurze projektów, jest szczęśliwą mężatką. – To nie jest tak, że jak ktoś daje w żyłę, czy prowadzi bujne życie seksualne i zapomina się zabezpieczyć, to łatwiej przyjmuje wiadomość o chorobie. Dołączyłam do takiej grupy wsparcia, różni ludzie, różne historie, ten sam finał. Pozytywny wynik, leki, strach. Mamy chłopaka narkomana, zaraził się pewnie skażoną strzykawką. Gdy usłyszał „wyrok” jak to nazwał, miał próbę samobójczą. Ludziom się wydaję, że jeśli nie mówi się o tym tak głośno jak kiedyś, że jeśli wyczyszczono dworce i zamknięto meliny, że skoro mamy dwudziesty pierwszy wiek to problem AIDS i HIV, przestał istnieć. A to nie tak. Całe życie zdrowo się odżywiałam, uprawiałam sport a z narkotyków, może ze  dwa razy paliłam trawkę. Szczerze, to do dziś nie wiem jak się zaraziłam. Może u któregoś stomatologa lub podczas zastrzyku w przychodni. Może podczas stosunku. Partnerów miałam zawsze stałych, ale z niektórymi byłam miesiąc lub dwa. Zdarzało się spontanicznie, nie do końca „bezpiecznie”. A może któryś z nich, też nie wiedział? Starałam się to ustalić, ale się nie udało. Mnie cieszy, jakkolwiek strasznie to nie brzmi ale cieszy to, że tak szybko zostałam zdiagnozowana.

Dzięki temu mogę żyć dalej, w zasadzie niewiele zmieniając. Na plakatach czy filmach dokumentalnych nierzadko straszy się, że HIV to śmierć, to cierpienie i wybroczyny ociekające ropą. Tymczasem my żyjemy wśród was. Załatwiacie u nas sprawy w urzędach, kupujecie rowery, tańczycie z nami na weselu. Rozumiesz? Najgorsza dla mnie wtedy była nie sama rozmowa z lekarzem, to że się dowiedziałam. Bałam się o Pawła, mojego wtedy jeszcze narzeczonego. Okazało się na szczęście, że jego ominęło, że teraz musimy być bardzo ostrożni. Ale też bez przesady. Kiedyś mnie znajoma zagadała, że ciężko tak musi się nam żyć, bo ciągle trzeba pilnować, żeby sztućców  nie pomylić. Nie bardzo wiedziałam o co jej chodzi, dopiero w domu oprzytomniałam. Ludziom się wydaje, że Paweł dotyka mnie w gumowych rękawiczkach, a obiad pewnie jem na tarasie, a nie przy wspólnym stole. Nie wiem skąd to się bierze, te mity które powielamy, które się za nami ciągną przez lata. Że z tym się nie da normalnie żyć, funkcjonować, pracować czy założyć rodzinę. A przecież to choroba jak wiele innych. Jeśli odpowiednio dbasz o profilaktykę, przyjmujesz regularnie leki, pilnujesz, żeby nie narażać innych, możesz żyć całkiem dobrze.

Nie komentuje osób, które to ukrywają, jeśli oczywiście świadomie nie zarażają innych ludzi. Nie wypowiadam się też na temat ciąży, bo sami myślimy o dziecku. Jeszcze się nie zdecydowaliśmy, bo dziecko to drugi człowiek, za którego życie odpowiedzialni są rodzice. Choroba i ryzyko istnieją zawsze, dlatego o tym dyskutujemy, pytamy lekarzy, radzimy się. Nie ukrywam, że marzę o byciu matką ale muszę być pewna, że zrobiłam wszystko by ustrzec moje dziecko przed zagrożeniem HIV. Nie myślę o tym, że w mojej krwi pływa wirus, że mi zagraża. Bo wtedy można tylko zwariować, załamać się, stracić wszystko. A po co, skoro można żyć. Pięknie żyć, mimo AIDS czy HIV.

Każdego dnia o zakażeniu wirusem dowiadują się trzy osoby.  Niestety, strach i niewiedza  nie każdemu pozwala na zbadanie się. A tylko to daję szansę na wczesne wykrycie i leczenie choroby. Daję szansę na życie.


Lifestyle

Istnieją związki otwarte. Na ile ta otwartość jest prawdziwa?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 grudnia 2016
Istnieją związki otwarte. Na ile ta otwartość jest prawdziwa?
Fot. iStock / EduardGurevich
 

Klub, o którym każdy wie, ale nie każdy się tam wybierze. Przyciemnione światło. Kobiety i mężczyźni, którzy zjawiają się w jednym celu – aby uprawiać wspólnie seks, w różnych konfiguracjach – ona z nim, oni z nią, w trójkącie, czworokącie – ograniczeniem jest tylko ich wyobraźnia i potrzeby. W klubach dla swingersów pojawiają się osoby nie będące w związku, ale żonaci faceci, mężatki, nierzadko też pary, małżeństwa. Większość z nas myśli: „wynaturzenie, jak można pieprzyć się z inną kobietą na oczach żony, albo robić loda innemu facetowi, gdy widzi to mąż?”. Można. Istnieją związki otwarte. Na ile ta otwartość jest prawdziwa? Czy nie jest jedynie kompromisem, układem, bo dzieci, bo już się nie kochamy? Jak jest w przypadku pary nazywającej się „prawie swingersami”.

On – mąż, ojciec, śmieje się, że ma „normalną” rodzinę i trochę inne niż standardowo przyjęte potrzeby seksualne.

Ona – żona, matka, zdecydowała się, że jej małżeństwo będzie otwartym związkiem.

Oni: małżeństwo od ośmiu lat, od trzech – w otwartym związku.

Ja – próbująca zrozumieć, czy otwarty związek to nie jest przypadkiem zwyczajna ściema.

On: Jesteśmy małżeństwem, ale żyjemy w otwartym związku. Ta otwartość polega przede wszystkim na naszym podejściu do życia, do związków, do zaufania dwojga ludzi. Po wielu rozmowach doszliśmy do wniosku, że najzdrowiej będzie jak żadne z nas w kwestii seksu nie będzie musiało się ograniczać. Mam ochotę na seks z kimś, kto mi się podoba – okej. Ale najważniejszą zasadą jest ta, że o wszystkim sobie mówimy.

To może wydać się dziwne, ale nie jest tak, że skaczemy z łóżka do łóżka. Wręcz przeciwnie. Fakt, że mogę uprawiać seks poza małżeństwem bez obaw, że moja żona nagle się dowie i poniosę tego konsekwencje, powoduje, że jeszcze bardziej doceniam ją i nasz związek. Wbrew temu, co się sądzi o takich związkach jak nasz, nie wykorzystuję tego.

Do swingers klubów chodzę zawsze po wcześniejszym uzgodnieniu tego z żoną. Sama się jeszcze na nie nie zdecydowała, ale cierpliwie czekam na spełnienie marzenia, czyli wspólne wyjście.

Ja:) A jak długo jesteście razem, kiedy i skąd właściwie pojawił się temat związku otwartego? To kwestia temperamentu? Ciekawości?

On: Małżeństwem jesteśmy osiem lat, parą znacznie dłużej. To zastanawiające skąd się dokładnie wzięła ta propozycja… Na pewno z mojego temperamentu, z chęci realizacji fantazji. Niby wszystko jest proste, ale w układzie takim jak nasz, gdzie na razie tylko jedna osoba korzysta z tej „otwartości” jest to dość niespotykane. Sam temat wyszedł naturalnie w jakiejś rozmowie… Potem kolejna. Ustalenie pewnych zasad, które oczywiście ewoluowały na przestrzeni czasu, ale ta jedna pozostaje bez zmian: szczerość i zaufanie są w tym wszystkim najważniejsze.

Ja: To mnie właśnie zastanawia… czy obie strony, kiedy otwarta na seks jest tylko jedna, mogą być szczęśliwe w takim układzie.

Ona: Oczywiście, że obydwie strony mogą być szczęśliwe. Mąż jest zadowolony, że w pewien sposób może realizować swoje fantazje, potrzeby. Ja jestem szczęśliwa, kiedy on jest szczęśliwy. Oczywiście, że mam obawy, że spotka kiedyś w klubie kobietę, która mu się spodoba na tyle, że będzie chciał kontynuować znajomość nie tylko ze względu na seks. Ale z drugiej strony taką kobietę może spotkać wszędzie, w pracy, w sklepie, na spacerze z dzieckiem. Wszystko zależy od tego, jak się para umówi, czy jest wobec siebie szczera, czy próbuje coś ukryć. 🙂

On: Myślę że wspólne szczęście to przede wszystkim realizacja siebie. Bo tylko człowiek, który nie musi nic udawać, może dać szczęście drugiemu człowiekowi.

Ja: Ale od razu pojawia się: „ona to robi, bo się boi, że i tak by ją zdradzał, że zostawiłby, więc godzi się na wszystko, choć sama się na seks z innymi mężczyznami nie decyduje”.

On: Niestety ocenianie innych to taka nasza narodowa specjalność. Kwestia wychowania, ale też doświadczeń.

Ja: Ale w związku jednak intymność i seks jest bardzo ważny, zwłaszcza to poczucie intymności… Może stąd brak zrozumienia?

On: Oczywiście że to bardzo ważne. Jedna ze składowych dobrego związku.

Różnica między nami, a innymi z poza tego swingowego świata polega na tym, że potrafimy oddzielić seks jako czynność fizyczną od prawdziwej miłości. Mówiąc obrazowo: my ze sobą uprawiamy miłość… Seks można uprawiać z każdym. Tam nie ma mowy o poczuciu bliskość, chodzi tylko o spełnienie fizyczne.

Tak, jak mówiła moja żona – zauroczyć się można się wszędzie. Fajnych facetów u niej w pracy nie brakuje. Jeśli będzie miała ochotę z kimś się bawić? Nie ma problemu. Byleby powiedziała mi o tym i opowiedziała, co się działo. Tylko w ten sposób nasz związek ma szansę trwać w pełnym zrozumieniu.

Ja: No dobra, ale twoje fantazje przy otwartości, dobrej komunikacji można realizować w związku i czynić go głębszy. A u was jest trochę odwrotnie: głęboka relacja budowana jest na mówieniu z kim i jak uprawiasz seks. Trochę to wywrócone do góry nogami.

On: To nie jest łatwe… Nam zajęło trochę czasu, by to wszystko określić i nazwać. I to jest tak, że nasz związek oparty jest przede wszystkim na zaufaniu i miłości, a seks jest ewentualnie dopełnieniem

Czy takie odwrócenie jest złe? Jeśli obie strony to akceptują, to uważam, że nie.

Oczywiście, że gdybyśmy robili to razem, może nasza relacja byłaby jeszcze głębsza, ale równie dobrze mogłoby to zniszczyć wszystko, co już mamy. Choć sądzę że raczej byłby to powodów do przedyskutowania.

Namawiam żonę, aby tak zrobić, ale tu nie ma miejsca na pośpiech i działanie na siłę. Jak będzie chciała to pójdziemy razem i spróbujemy. Przed każdym moim wyjściem na swingerską imprezę proponuję, aby zrobić to wspólnie,  choć nie na każdą imprezę chciałbym ją zabrać.

No ale to już kwestia tematyki imprezy. W moim mniemaniu moja żona zasługuje na te najlepsze imprezy i atmosferę, której na przykład imprezy GB raczej nie zapewnia. Tam nie ma tej subtelności i delikatności.

Ja: Co to jest impreza GB?

On: Impreza Gang Bang, gdzie na jedną kobietę przypada wielu mężczyzn. Może to wydać się dziwne, ale idąc do klubu zawsze ustalam z żoną czy danego dnia mogę iść. Nawet będąc w klubie często piszę do niej, co się dzieje. Oczywiście po powrocie zdaję relację.

Ja: Próbuję zrozumieć ten układ i uwierzyć, że nie ma tu krzywdy żadnej ze stron, dla związku…

On: Każdy widzi to inaczej. Bo dla wielu osób otwartość musi się zawsze kończyć dzikim seksem, a tu chodzi o relację między partnerami.

Ja: Okej, ale powiedz mi, jakich fantazji twoja żona nie była w stanie spełnić, że padł pomysł związku otwartego, naprawdę nie byłeś w stanie po prostu z czegoś zrezygnować?

On: To nie jest kwestia tego, że nie jest w stanie czegoś spełnić. To bardziej kwestia różnicy w potrzebach. Mnie zwyczajnie nakręca widok innych ludzi, którzy bez skrępowania bawią się obok. Atmosfera w klubach. Otwartość ludzi. Rozmowy. Generalnie dla mnie taka zabawa w grupie jest bardzo stymulująca i chciałbym, aby moja żona także brała w tym udział.

Ja: Jeśli poprosiłaby, żebyś zrezygnował?

On: To rezygnuję, jak tylko oboje ustalimy że coś nam nie pasuje. Wiesz, oboje wyznajemy zasadę, że nie należy się wzajemnie w niczym ograniczać. Tylko zrozumieć siebie nawzajem.

Ja: Trzeba sporo odwagi i wiary w zrozumienie ze strony partnerki, żeby powiedzieć o swoich potrzebach, o takich potrzebach: „kręci mnie uprawianie seksu w grupie, lubię patrzeć jak inni to robią”. A w sumie można by to robić w ukryciu i się do tego nie przyznawać.

On: Wiele osób robi to w tajemnicy, wiele takich spotykam, prowadząca fanpage „Prawie Swingersi” dostaliśmy kilka propozycji od żonatych panów, którzy robią to za ich plecami. One o niczym nie mają pojęcia.

Ja: A co z tą odwagą. Nie bałeś się tej rozmowy z żoną, otwarcie powiedzieć o swoich pragnieniach.

On: Zawsze jest strach, myślę że oboje się baliśmy. I wbrew pozorom nie była to łatwa rozmowa, tym bardziej, że nie załatwia się tego tematu jedną rozmową, tematu, który mogą niejeden związek po prostu rozbić. My postanowiliśmy na tej otwartości i wzajemnym zrozumieniu budować związek dalej. Rozwijać go na bazie zaufania, ale też zrozumienia potrzeb.

Ja: Jedno nie daje mi spokoju. Otwarty związek, to twoja propozycja, ty z tego korzystasz. A twoja żona? Nie wychodzi poza wasz związek?

On: I tu cię zaskoczę, bo propozycja otwarcia padła ze strony żony, nie mojej… Na chwilę obecną ona z tego nie korzysta. Do klubów wychodzę sam. Choć za każdym razem namawiam do tego żonę.

Ja: Dlaczego od niej? i co znaczy „na chwilę obecną”? Nie spotykacie się prywatnie z innymi parami?

On: Nie korzysta, ale w każdej chwili może to zrobić. A prywatnie – nie spotykamy się, uważamy, że takie spotkania powodują już jakąś bliskość…

Ona: Ja tak naprawdę niewiele mam w temacie swingersów. To bardziej świat mojego męża niż mój. Mnie nie interesuje podglądanie innych, ani robienia tego z innymi. Mamy inne potrzeby seksualne.

Ja: To dlaczego zaproponowałaś otwarty związek?

Ona: Jak to wyszło? Od jakiegoś czasu wiedziałam, że mój mąż „po kryjomu” podgląda różne osoby, pary na kamerkach. Kiedyś wzięłam jego telefon, żeby sprawdzić coś w internecie – miał otwarty jakiś taki portal.

Z jednej strony bardzo mnie to zabolało. Poczułam się tak, jakby mnie zdradził. Pomyślałam, że mu nie wystarczam, że już go nie pociągam. Przez kilka dni kisiłam to w sobie, aż któregoś wieczoru, a właściwie już nocy, poruszyłam ten temat. Nie pamiętam, jak się zaczęła ta rozmowa. Wiem, że była długa i tak naprawdę ciężka. Bo na początku przez myśl przeszło słowo „rozstać się”. Skoro mu nie wystarczam, skoro mnie zdradza (bo tak to odebrałam) to lepiej się rozstać.

Ale czasie kilku godzin rozmowy zrozumiałam, że to nie jest tak, jak mi się wydaje, że on po prostu ma inne potrzeby i wstyd mu było się przyznać wiedząc, że moje są sporo mniejsze. Przegadaliśmy całą noc. Związek otwarty z pewnością nie od razu został przeze mnie zaproponowany, musiałam to wszystko w sobie przetrawić, ułożyć. Propozycja wyszła przy jakiejś kolejnej rozmowie. Kocham bardzo mojego męża i rozstanie tylko dlatego, że on ma większe i inne niż ja potrzeby seksualne byłoby zwyczajnie głupie. Po co przekreślać wiele lat bycia razem z takiego powodu? Uważam, że lepiej znaleźć złoty środek.:) I tym środkiem dla nas było właśnie pozwolenie na wizyty w klubach dla swingersów, na seks z inną kobietą. Warunek jest taki, że ma mi o wszystkim opowiedzieć. I oczywiście nie mam 100% gwarancji, że powie mi wszystko, ale to też kwestia zaufania. Bo skoro może to zrobić, to po co miałby coś ściemniać?

Mamy taka umowę (już nie pamiętam, czy to było powiedziane), że jeśli jedno z nas zrobi to z kimś innym, to wszystko przegadany. Otwarcie opiszemy swoje uczucia. Może to być złość, żal, smutek. Ale trzeba o tym powiedzieć, aby oczyścić sytuację. Dopiero później ustalimy, czy „wchodzimy w to dalej” czy przestajemy. Jeżeli okazałoby się, że miałoby się to zakończyć, bo na przykład jedno z nas nie może z jakiegoś względu sobie z tym już poradzić – musimy to uszanować.  Bez żalu. Bez wypominania tego w przyszłości

Ja: To trudne dla kobiety, żeby przełamać w sobie poczucie bycia zdradzaną, a skupić się na innych aspektach związku – że nie seks, ale inne rzeczy stanowią o jego wartości.

Ona: Właśnie, bo wiesz, każda z nas ma swoje wady. A to parę kilogramów za dużo, a to krzywe nogi, a to za małe piersi… Wiadomo, że partner wychodząc do klubu dla swingersów nie będzie uprawiać seksu z księżniczką Fioną przed przemianą, tylko z ładną i zadbaną kobietą.

I myślę, że tego może się boimy. Ja się boję. Że będzie „fajniejsza”, „ładniejsza”, czy „chudsza”. A ona tak naprawdę będzie tylko na chwilę, na jeden raz – jakkolwiek to brutalnie by nie zabrzmiało. A swoją kochająca drugą połówkę mamy w domu. Z tymi krzywymi nogami. Z dużym nosem. Małymi

Ja: Myślisz, że kiedyś się skusisz na swingerską imprezę?

On: Bardzo bym chciał, aby spróbowała.

Ona: Czy się kiedyś skuszę? Nigdy nie mów nigdy. Nie wiem, nie zapieram się, że nie. Ale na pewno nie teraz, nie jestem na to gotowa.


Lifestyle

Nie oczekuj, że przyjaciel zerwie się na równe nogi o czwartej nad ranem by ci pomóc. Co jest miarą dojrzałej przyjaźni

Karolina Krause
Karolina Krause
1 grudnia 2016
Nie oczekuj, że przyjaciel zerwie się na równe nogi o czwartej nad ranem by ci pomóc. Co jest miarą dojrzałej przyjaźni
Fot. iStock/SanneBerg

Kobiecie nie dogodzisz. Same wiecie, jak jest. My kobiety to twardy orzech do zgryzienia, a dla siebie nawzajem potrafimy być jeszcze bardziej oschłe niż w stosunku do facetów. Przyjaźń między dwoma kobietami to prawdziwa mieszanka wybuchowa. Skomplikowany związek, którego cząsteczki nieustannie odpychają się od siebie, aby później nawzajem się przyciągać. Czytałam ostatnio, że od najlepszej przyjaciółki nie powinnyśmy się spodziewać, że gdy tylko grunt zacznie nam się obsuwać pod nogami, ta przyjdzie i zacznie nas ratować. Czego więc możemy się spodziewać? Jak naprawdę wygląda dojrzała przyjaźń?

Miara dojrzałej przyjaźni

Niektórym z nas wydaje się, że prawdziwy przyjaciel to taki, który skoczy za nami w ogień, zrobi dla nas wszystko. Nasz jeden telefon powinien postawić go w gotowości, by nam pomóc, nawet jeśli akurat jest 4:00 rano. Problem w tym, że im jesteśmy starsze, zaczynamy mieć swoje rodziny i obowiązki, tym trudniej jest sprostać tak wysoko postawionym poprzeczkom. To już nie ten czas, kiedy mogłyśmy sobie pozwolić na zarwanie nocki w środku tygodnia. By przy pomocy butelki wina pomóc przyjaciółce utopić jej smutki. I nie ma co się z tego powodu pieklić i obrażać. Przyjaźń zmienia się wraz z wiekiem, a miarą dojrzałej przyjaźni jest osobista dojrzałość każdego z przyjaciół. Co to właściwie oznacza? W zasadzie tyle, że prawdziwy przyjaciel, jest w stanie zrozumieć, że ta druga osoba też ma swoje życie – wymagającą pracę, nowego faceta, dzieci, które nie zawsze ma z kim zostawić. Czasami wystarczy telefon, znak, że przy nas jest, że nas wspiera. Czy bez ciągłych poświęceń na rzecz drugiej osoby nie ma prawdziwej przyjaźni?

„Dorosłe” problemy z przyjaźnią

Wraz z wiekiem bywa, że pojawiają się między nami nieporozumienia związane z pieniędzmi. Bo oto każda z was wybrała dla siebie inną ścieżkę życia. Macie różne prace, a przez to inne zarobki. To może powodować konflikt. Mam wrażenie, że kobiety, które najczęściej doświadczają nieporozumienia na tym polu, zapominają o różnicy między związkiem a przyjaźnią. A konkretnie o tym, że przyjaciel nie ma obowiązku nas utrzymywać. Nie musi troszczyć się o to, żeby nam komornik nie zapukał do drzwi, ani znacząco obniżać standardu swojego życia, aby nam pomóc. Powinniśmy sobie pomagać, ale z głową. Dając przysłowiową wędkę, a nie rybę.

Choć oczywiście zdarzają się sytuacje podbramkowe, kiedy to przyjaciółka właśnie rozwiodła się z mężem i nie ma się gdzie podziać. Wtedy to ryba potrzebna jest na już! I to najlepiej sushi! Nie ma co świrować z wędkami, a zwyczajnie zaoferować kanapę w salonie lub przynajmniej pomóc jej szukać mieszkania czy dobrego prawnika (jeśli tego właśnie potrzebuje). Zgadzam się, że przyjaciół poznaje się w biedzie. Bieda jednak biedzie nierówna. A niektóre osoby mają niekończące się tendencje do wpadania w tarapaty. Świat nie jest czarno-biały. Ważne jest, abyśmy zawsze widziały dwie strony medalu i potrafiły spojrzeć na sytuację oczami tej drugiej osoby.

Prawdziwe vs sztuczne przyjaźnie

Czasami też dajemy od siebie trochę więcej, niż się od nas oczekuje. Takie dobro potrafi do nas wrócić w najmniej oczekiwanym momencie. A kiedy przecieramy oczy ze zdumienia, słyszymy: „Pomogłaś mi wtedy, pamiętasz?”. Jednak zdarza nam się doświadczać przyjaźni, w których nieustannie czujemy się wykorzystywane. Bo my jesteśmy dla tej osoby zawsze i wszędzie, a kiedy same jesteśmy w potrzasku, w zamian dostajemy tylko suche: „Przykro mi, nie mam dla ciebie teraz czasu”. To nie są nasi prawdziwi przyjaciele. To osoby, które oczekują, że będziemy tylko dla nich. Używają ludzi do konkretnych zdań. Ten pomoże mi w pracy, a z tym pójdę sobie na piwo. Niestety jest ich dzisiaj coraz więcej. Kiedy w końcu postawisz im granicę, nawet nie zauważą, że ciebie tam nie ma.

Jak więc odróżnić przyjaźń od zwykłej znajomości?

Wyobraźcie sobie taką sytuację. Ania i Magda to dwie najlepsze przyjaciółki, które pracują razem i są razem w zespole. W ich zespole jest jeszcze kilku facetów i Kaśka. Codziennie po pracy Ania i Magda umawiają się na kawę. Kilka razy zdarzyło się, że wychodząc z pracy, Kasia szła akurat w tym samym kierunku co dziewczyny, więc nie wypadało jej nie zaprosić. Po pewnym czasie Kasia zorientowała się, że nie jest już zapraszana, a dziewczyny dalej „potajemnie” się widują. Kasia poczuła się odtrącona. Nie wiedziała, czym zasłużyła sobie na takie „odrzucenie” przez „przyjaciółki”. Ile jabłek razem mają Ania i Kasia?:)

A pytając już zupełnie serio, kto tu jest czyim przyjacielem? Czasami tylko wydaje nam się, że ktoś jest naszym przyjacielem. W obliczu bezpośredniej konfrontacji okazuje się jednak, że ona zupełnie tego tak nie postrzega.

Relacje z matką

Sposób w jaki nawiązujemy przyjaźnie w dużym stopniu zależy także od naszej relacji z matką. Jeśli ta była przepełniona lękiem i nieufnością, będziemy podchodziły do nowych znajomości z dystansem. Z brakiem przekonania, że bliskość z drugą kobietą to coś bezpiecznego. Będziemy starały się zachować czujność. Wchodzimy wtedy w rolę powierniczki sekretów, takiej samej, jaką byłyśmy dla naszej matki, kiedy wieszała psy na ojcu. Same nie oczekujemy po tej relacji zbyt wiele, tylko słuchamy i pocieszamy.

Albo tak dobieramy sobie przyjaciółki, aby zawsze przy nich lepiej wypadać. W takich układach przeważnie chodzi o odtwarzanie rywalizacji z matką. To podświadoma chęć udowodnienia drugiej kobiecie, że ja to bym lepiej wychowała jej dzieci, że byłabym lepszą żoną dla jej faceta. Wszystko to po to, aby tylko się dowartościować. Takie przyjaźnie nie trwają zbyt długo, prędzej czy później, królewna zostaje zdemaskowana.

Prawdziwa przyjaźń to bardzo silna więź. Dojrzała jest silniejsza od zmieniających się okoliczności. Ewoluuje wraz z nami. W kontaktach z innymi ciągle poszukujemy prawdy o sobie, rozwijamy się, przepracowujemy piętno własnych problemów, jakie pozostawiła w nas nasza przeszłość.


Źródło: wysokieobcasy.pl


Zobacz także

Jak zniszczyć swoją skórę? 10 prostych sposobów. Który dziś zaliczyłaś?

„Najłatwiej powiedzieć, niech zostawi męża, ułoży sobie życie, przecież da radę. Tak się tylko mówi…”. Portrety

7 things a strong woman should never apologize for