7 rzeczy, którymi nie powinniśmy się dłużej stresować. Bo szkoda na to życia

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
13 października 2017
Fot. iStock/SrdjanPav
Fot. iStock/SrdjanPav

Życie codziennie przynosi nam dużo niepotrzebnego stresu. Niestety, wielu z nas martwi się dodatkowo sprawami, sytuacjami i osobami, którymi absolutnie denerwować się nie powinniśmy. Mamy tendencję do popadania w obsesyjne wręcz myślenie o rzeczach, na które nie mamy wpływu lub które nie mają większego znaczenia. A przecież stawką jest nasz spokój i zdrowie.

Warto uświadomić sobie, z których potencjalnych stresorów powinniśmy natychmiast zrezygnować.

1. Co inni o tobie pomyślą

To pułapka, w którą łapiemy się z zaskakującą częstotliwością. Następnym razem, gdy będziesz martwił się czyjąś opinią na twój temat, przypomnij sobie do kogo należy… twoje życie. Nikt nie powinien sprawiać, że tracisz pewność siebie, że ubywa ci miłości własnej. Ludzie wokół ciebie zmieniają się, ty zostajesz ze sobą na zawsze. Zacznij dbać o to, co sam o sobie myślisz i w jaki sposób się traktujesz.

2. Że masz czegoś za mało

Mowa o rzeczach materialnych. Niech nie wyda ci się banalne stwierdzenie, że inni mają dużo mniej niż ty. Tak po prostu jest, choć nie lubimy tego argumentu. Pamiętaj także, że badania wykazały, że poza możliwością zaspokojeniem podstawowych potrzeb, większa ilość pieniędzy nie sprawia, że jesteśmy bardziej szczęśliwi. Naucz się wdzięczności za to, co masz już dzisiaj.

3. Że popełniasz błędy

Przychodzi taki moment, w którym musimy po prostu wybaczyć sobie przeszłość i ruszyć dalej. Rozpamiętywanie błędów i trudnych doświadczeń niczego nie zmienić i nie sprawi, że poczujesz się lepiej w sytuacji, w której się obecnie znalazłeś. Każdy błąd, jaki popełniłeś sprawił, że czegoś się o sobie dowiedziałeś, potraktuj go więc z…większym szacunkiem. Przestań winić się za swoje pomyłki i zacznij widzieć je jako życiowe doświadczenia, które pomogły ci dotrzeć do miejsca, w którym teraz jesteś.

4. Że „nie pasujesz”

Prawda jest taka, że jedynie życie zgodne z tym co dyktuje ci serce – zgodnie z samym sobą –  pozwoli ci być naprawdę szczęśliwym. „Przystosowywanie się” nie sprawi, że wewnątrz staniesz się kimś innym. Twoje pragnienia i marzenia zostaną takie same, jedyne co możesz zrobić to stłumić je w sobie i popaść we frustrację, gdy okaże się, że twój czas mija, a ty nie zdążyłeś go wykorzystać tak, jak byś tego naprawdę chciał.

5. Że nie wszystko jest „idealne”

Twój wygląd, twój dom, twoje życie… Myślenie o tym i ciągłe denerwowanie się, że do perfekcji wciąż daleko, nie pozwalają ci cieszyć się chwilą i doceniać tego, co masz. Akceptacja jest podstawą wewnętrznego spokoju. Jeśli chcesz coś zmienić – działaj, a nie porównuj się do innych.

6. Że ktoś cię nie lubi

Sympatia innych osób mile łechce naszą próżność, ale chęć przypodobania się im i zadowalania za wszelką cenę (nawet za cenę swojego szczęścia i bycia szczerym z samym sobą) nie sprawi, że będziesz szczęśliwy. Raczej przyciągnie do ciebie niewłaściwych ludzi, którzy chcą cię tylko wykorzystać. Dowiedz się, jak kochać siebie i słuchać własnych potrzeb.

7. Że ktoś cię skrzywdził

Wybacz to sobie wreszcie. Ludzie pojawiają się w naszym życiu i z niego odchodzą, nie powinieneś mieć do siebie żalu za to, że pozwoliłeś komuś się skrzywdzić. Nie zawsze w porę włącza nam się „czerwona lampka”, nie zawsze odpowiednio wcześnie orientujemy się, że ważna dla nas relacja jest jednocześnie destrukcyjna.


Na postawie: powerofpositivity.com

 


Kiedy my staniemy przed egzaminem, w którym odpowiemy na pytania: jak żyjemy, z kim, w co wierzymy, co wyznajemy, co mówimy swoim dzieciom na dobranoc?

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
13 października 2017
Fot. iStock / praetorianphoto
Fot. iStock / praetorianphoto

Na początku śmiałam się z tych, którzy mówili „zobaczysz co się będzie w Polsce działo“, nie lubię histeryków. Przecież to wielki kraj – ta Polska – historycznie umocowany na mapie świata, walczący, suwerenny, przetrwał zabory, przetrwa i ten.

Potem śmiech zastąpiło zdziwienie. Jak to? Te zmiany tak blisko mnie? Moje prawa? Moje sądy? Moje media? Wreszcie moje dzieci?! Wyszłam z parasolką, śpiewałam hymn pod Sądem Najwyższym, kilka razy jeszcze coś krzyczałam z racji różnych inicjatyw obrony wolności. I tak powoli zdziwienie moje zastąpiła czujność.

Na zebraniu w szkole widzę edukatorkę seksualną z nowym podręcznikiem pod pachą, która ma uczyć mojego syna, że antykoncepcja zmienia łono kobiety w śmietnik, a że poczęcie dokonuje się pod sercem; ma również zadać im szereg niestosownych pytań dotyczących dotykania miejsc intymnych, czy też nieprzyzwoitych zabaw.

Walka o Miłosza w kanonie lektur szkolnych, stracony Bruno Schulz i Bułhakow na rzecz Lamentu Świętokrzyskiego czy Kazań Sejmowych. Na pierwszy plan wysunęła się polityczna i społeczna rola Kościoła Katolickiego i jego myśl przewodnia, która stoi na straży moralności.

Kto jest, a kto nie rodziną – tu jasno określona zostaje definicją małżeństwa. Poza tym preferowana jest zgodność rasowa, bo mieszane małżeństwa się rozpadają (z Arabami niemal wszystkie, z czarnoskórymi prawie ¾). Orientacje seksualne – jakie orientacje? Jest jedna orientacja, reszta to dewiacja, homoseksualista to chory, nie będzie zbawiony.

A więc to się dzieje naprawdę.

Jestem powoli przerażona, ale myślę sobie, że są przecież nauczyciele. Ograniczeni programem nauczania, ale nieograniczeni własnym myśleniem. Otóż nie. Właśnie dowiadujemy się, że według nowego projektu ich poglądy także trafią pod lupę dyrekcji. Co trzy lata nauczyciele będę oceniani pod kątem swojego światopoglądu, ma to służyć wyeliminowaniu tych z nieodpowiednim. Nieodpowiedni to pewnie tacy, jak Profesor Keating ze Stowarzyszenia Umarłych Poetów lub Pan od Muzyki we wzruszający francuskim filmie o tym samym tytule. Odważni, liberalni, nonkonformistyczni.

Co nam zatem zostaje? Bycie rodzicem. Konfrontowanie poglądów przyniesionych ze szkoły, dostarczanie wiedzy nieeksponowanej na lekcjach, nieustająca czujność w stosunku do tego, czego dzieci uczą się w szkołach. Można pocieszać się tylko tym, że to będzie wymagało od nas większego zaangażowania, rozmów i wspólnej nauki, a to zawsze umacnia więzi.

Zastanawiam się tylko, czy kolejnym krokiem „dobrych zmian“ nie będzie poddanie także nas rodziców cenzurze wychowawczej. Kiedy my staniemy przed egzaminem, w którym odpowiemy na pytania: jak żyjemy, z kim, w co wierzymy, co wyznajemy, co mówimy swoim dzieciom na dobranoc? Czy zdamy ten egzamin (ja raczej nie) i czy wobec tego będziemy mogli nadal być rodzicami swoich dzieci.


Jak to jest „pożyczyć” sobie kawałek szczęścia? Nie zapominajmy, że kiedyś też byliśmy dziećmi

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
13 października 2017
Fot. iStock / Martin Dimitrov
Fot. iStock / Martin Dimitrov

Inteligencja emocjonalna. Słowo klucz. Odkąd udowodniono, że umiejętność odczytywania uczuć i emocji (swoich i u innych) ma realny wpływ na nasze szczęście i sukcesy, pragniemy jej jak niczego innego. Chętnie czytamy, jak poprawić u siebie EQ, jak zwiększyć swoją wartość taką cenną umiejętnością. Czasem zastanawiamy się, czy można w naszych dzieciach wytrenować zdolność emocjonalnego czytania świata.

Inteligencję emocjonalną można w sobie wypielęgnować i wyćwiczyć. W dzieciach też, choć, chyba można pokusić się o stwierdzenie, że najważniejsze to nie odbierać im tej całej trudnej emocjonalności, która w nich jest, a jedynie nauczyć je te uczucia oswajać i nazywać. Pamiętać, jak to jest być dzieckiem. Czuć całym sercem i brzuchem, całym ciałem – i nie mówić po chwili „ale…”.

Już jako dzieci zaczynamy niesamowitą podróż przez życie, niestety często zapominamy o tym, co zobaczyliśmy. Uczymy się wytrwale emocje zagłuszać, upraszczać świat, żeby i nam było ciut łatwiej… A przecież na końcu tych wszystkich zabiegów, gdy nasz pancerz jest już kompletny i uzbrojony, dochodzimy do wniosku, że nie potrafimy znaleźć swojego szczęścia, że znów musimy od nowa uczyć się tego wszystkiego, co mieliśmy na początku. I uczymy się, jak to jest „pożyczyć” sobie kawałek szczęścia, bo przecież to niemożliwe, żeby je mieć, tak po prostu.

Ostatnio trafiła w moje ręce książka „Skrawki  nieba”, opowieść o Irze i Zaku, rodzeństwu z sierocińca Skilly. I choć to książka dla dzieci, przyznam, że dawno lektura tak mocno mnie nie poruszyła.

Ira i Zak tułają się między sierocińcami i rodzinami zastępczymi, ich świat wydaje się być szary, a oni pozbawieni władzy nad swoim życiem – bo przecież „sierota” coś znaczy… Idą przez swoje życie w przekonaniu, że zbyt wiele im się nie należy, że mogą sobie od czasu do czasu pożyczyć jakiejś dobrej chwili. Wyrwać z całej tej szarości swoje „skrawki nieba” – tego błękitnego, dającego nadzieję. Uczą nas olbrzymiej życiowej pokory. Nie ma tam przerysowanych złych opiekunów, są wokół nich prawdziwi ludzie – ci ciepli, ci szorstcy i zasadniczy i ci kolorowi jak papugi. Jak w prawdziwym życiu. A jednak możemy tym dzieciakom pozazdrościć. Czego?

Tego, że wciąż chcą spełnienia swoich marzeń szukać, że choć mają pod górkę, umieją złapać te małe kawałeczki, docenić. Potrafią to wszystko, co my zgubiliśmy w pośpiechu. Uczą nas tego, jak spojrzeć na świat i się nim po prostu zachwycić.

Dlaczego ta książka jest ważna dla dzieci?

Jeśli pragniecie, by wasze dzieci podczas dorastania nie zgubiły tego, co najcenniejsze – swojej emocjonalności, ta książka jest dobrym miejscem na nowy początek. Opowiedziana pięknym, lecz prostym językiem, pokazuje świat trudny – taki, jaki czeka za oknem. Nie wyolbrzymia, nie odciąga swoją fabułą od prawdy, a jednak pokazuje, jak wiele dobrego można z tego świata wyłuskać. Pokazuje, że happy endy to nie wróżka, która „pstryk” rozwiąże wszystkie problemy. Ale zamiast wróżki jest Hortense, uosobienia dobra, czułości. Opowieść jest jedną z piękniejszych historii o emocjach, tych najprawdziwszych na świecie. Nie ma lepszego sposobu, by pielęgnować w dziecku wrażliwość.

Dlaczego „Skrawki nieba” zmieniają dorosłych?

Narratorką jest dziewczynka, starsza z rodzeństwa Ira i czujemy to doskonale. Z każdym zdaniem, nawet tym z pozoru błahym, prostym, opisującym ogród czy ludzi, zaczynamy przypominać sobie, jak dzieci widzą świat, jak wiele potrafią dostrzec. Przypomina nam coś najważniejszego na świecie – nigdy nie myśl, że coś jest  nieważne tylko dlatego, że ty nie masz już na to czasu…  Każdy zasługuje na dobre zakończenie, nie tylko w bajkach.

„(…) Bo dzisiejszy dzień był dobrym dniem i nie trzeba było tego udawać”.*

9788380735514„Skrawki Nieba” to jedna z książek, które warto przeczytać, gdy się jest dzieckiem, i gdy po dzieciństwie zostało nam już tylko ulubione zdjęcie w albumie. Nawet, jeśli dziś widzisz tylko skrawek niebieskiego nieba, prędzej czy później wiatr rozwieje chmury…


*”Skrawki nieba”
S. E. Durrant
Wiek: 9-11 lat

Artykuł powstał we współpracy z Wydawnictwem Zielona Sowa


Zobacz także

IMG_4249

To nieprawda, ze zmiany są najważniejsze. Po prostu nic innego ważnym nie jest

Fot. iStock/jacoblund

To, jak trzymacie się za ręce wiele mówi o twoim związku

Fot. iStock /  Jason Doiy

7 kroków do lepszego jutra. Nauka pozytywnego myślenia – odrzuć to, co cię blokuje!