Lifestyle

Warto czekać na to, co dobre. Ale nie całe życie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 września 2017
Fot. istock/grinvalds
 

Czekanie. Na lepszy moment, lepszą pracę, lepsze okoliczności. Lepszą miłość. Życie przecieka nam przez palce, minuty, godziny, dni i miesiące tracimy na tym czekaniu. Ciągle coś nie tak, ciągle niewystarczająco, ciągle pozostaje niedosyt. Czy naprawdę wiemy, czego pragniemy? Czy kierunek, który obraliśmy, jest dobry? Czy warto czekać na to, co dobre?

Wyobraź sobie, że jesteś w związku. Niezbyt udanym, delikatnie mówiąc. Daleko ci do tego, by przyznać, że jesteś szczęśliwa. Ale życie ci się tak ułożyło, że nie potrafisz ruszyć do przodu, choć może w głębi serca szczerze tego pragniesz. Instynktownie, dla własnego dobra (czy rzeczywiście?) dusisz w sobie, tłumisz to pragnienie. Bo skoro nie potrafisz powiedzieć „stop”, nie będziesz zmuszona nic zmieniać, w żaden sposób kreować nowej rzeczywistości. Jest tylko jeden problem. Cierpisz. Męczysz się. Uciekasz w marzenia o innym życiu, innym partnerze. O miłości. Być może nawet wdajesz się w całkiem realny romans, sama nie rozumiejąc jak to możliwe, że oszukujesz osobę, której przysięgałaś wierność. Ale wszystko jest teraz relatywne. Twoje poczucie winy również. Potrafisz świetnie usprawiedliwić swoje zachowanie, wszystko co się wydarzyło. Coś ci mówi, że należy ci się szczęście, że los cię oszukał, ON cię oszukał. Jest inaczej niż miało być, więc MASZ PRAWO zadziałać. Czekasz dalej, czy sięgniesz wreszcie po to, o czym marzysz? O spokój duszy, o życie zgodne z własnym sumieniem? Niekoniecznie u boku nowego partnera, decyzje podejmowane pod wpływem długo tłumionych emocji rzadko kiedy są rozsądne. Ale żeby chociaż żyć tak, jak chcesz. Chęć do zmian już w tobie dojrzała – zrobiłaś pierwszy krok: zdradziłaś, choćby nawet w marzeniach. Jedno jest pewne – nic już nie będzie nigdy tak samo. Więc już nie czekaj dłużej. Po co czekać?

Wyobraź sobie, że od kilku, a może nawet kilkunastu lat tkwisz na tym samym stanowisku. Praca jest stabilna, daje ci stałą, całkiem niezłą pensję i pewność, że gdyby co, masz, dokąd wracać. Znajomi mówią, że złapałaś Pana Boga za nogi z tą pracą. Że każdy chętnie by się z tobą zamienił. Bo możliwości, bo pieniądze, bo doświadczenie. Tylko, że ty jej nienawidzisz. Coraz bardziej, coraz mocniej. W niedzielę wieczorem robi ci się niedobrze, bo wiesz, że zostało ci niewiele godzin do kolejnego, poniedziałkowego poranka. Że znowu usiądziesz przy biurku, żeby odruchowo, automatycznie wykonywać czynności, w których nie odnajdujesz żadnej radości, które nie są dla ciebie żadnym wyzwaniem. Że przygotowując sobie kolejną kawę i prowadząc zdawkowe rozmowy o niczym, poczujesz, że ani ci ludzie wokół ciebie, ani twoje raporty i starania nie wnoszą nic, dosłownie NIC, do twojego życia. Powoli umierasz, bo umiera w tobie ciekawość, ambicja, motywacja. Chęć do działania. Popadasz w depresję, masz stany lękowe, nic cię nie cieszy. Chciałabyć uciec, więc coraz częściej bierzesz wolne. Czekasz. No, nie do końca. Trochę uciekasz –  w świat marzeń. Kim w nim jesteś? Nieistotne. Ważne, że zawodowo znajdujesz się w zupełnie innym punkcie niż w rzeczywistości. Może w ogóle nie pracujesz, tylko wolna, z walizką wypchaną tym, co najbardziej potrzebne błąkasz się po świecie, żeby dowiedzieć się kim jesteś? Tak, wiem – marzeniami lodówki nie zapełnisz. Ale przecież chodzi o to, by nie pozostawać biernym.

Czy przestaniesz czekać?  Zamiast wziąć sprawy w swoje ręce, odwracasz wzrok. Może masz nadzieję, myślisz, że zjawi się ktoś, kto w magiczny sposób zabierze ten niepokój.  Wiesz, czego żałują ludzie, umierając? Tego, że czas popłynął szybciej niż się tego spodziewali. Tego, że nie zdążyli przeżyć go zgodnie ze sobą, że nie poświęcali odpowiedniej ilości dni, minut i sekund na to, by być SZCZĘŚLIWYMI. Spełnionymi. Dobre przyjdzie wtedy, gdy sami wyciągniemy po nie rękę.

Czekanie uczy wrażliwości na to, co mamy. Czekanie uświadamia nam, że jesteśmy większymi szczęściarzami niż myśleliśmy. Ale czekanie to jedynie stan przejściowy, droga od punktu A do punktu B lub C. Pozbądź się blokady, pozbądź się ograniczeń. Warto czekać na to, co dobre, zasługujemy na to. Ale nie warto czekać wiecznie.


Lifestyle

Czy tylko dzieci i starsi ludzie potrafią dziś zaufać nieznajomym?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
30 września 2017
Fot. iStock/shironosov
 

Stałam dzisiaj w kolejce, przy kasie w dużym sklepie. Takim, gdzie muzyka ma zachęcać klientów do robienia zakupów, promocje kuszą ich na każdym kroku obietnicą szczęścia, a rozpakowanych i zjedzonych przed zapłaceniem batonów już nikt nie liczy. Takim, w którym każdy się spieszy, a wizytę tam traktuje jak cotygodniowy obowiązek. Takim, którego nie lubię, bo jest w nim za tłoczno i za głośno.

Tuż przede mną, za zakupy płaciła starsza pani. Zgarbiona, malutka, dama – inaczej nazwać bym jej nie mogła. Kobieta o niezwykle niebieskich oczach, pięknych siwych włosach spiętych w kucyk. Ubrana skromnie, ale z elegancją, tą, którą ma się w sobie od urodzenia. Kasjerka podała sumę do uregulowania, starsza pani, nie słysząc dobrze, wyjęła banknoty. Wtedy zniecierpliwiona kasjerka upomniała się o drobne, a  „problemowa” klientka podała jej swój portfel i poprosiła z uśmiechem: „Proszę sobie wybrać, bo ja już nie widzę tak, jak dawniej”. Kasjerka, zakłopotana, opróżniła portfel z drobnych i zaczęła je głośno liczyć. Kolejka przestępowała z nogi na nogę, ale nie zaprotestowała. Jakimś cudem, tego dnia, w tej chwili, nie miała odwagi. Normalnie przecież natychmiast usłyszałabym komentarze, że jak się jest na emeryturze, to zakupy można robić rano i nie przeszkadzać innym (autentyk!).

Ale ja chciałam napisać dziś o czymś innym. Zaufanie. Czy i nasz, trzydziestolatków, czterdziestolatków stać by było na to, by pozwolić zajrzeć do portfela obcej osobie? Widziałam wiele razy podobne sytuacje, kiedy starsze osoby wysypywały zawartość portfela na sklepową ladę, prosząc o odliczenie potrzebnej sumy albo gdy prosiły przechodnia o pomoc przy włożeniu klucza do drzwi zamka, bo ręce już nie sprawne… Nie rozumiemy tego, bo w drugim, obcym człowieku widzimy zazwyczaj zagrożenie, a nie życzliwość i chęć pomocy.

A przecież kiedyś było inaczej. Pamiętam z dzieciństwa, że drzwi do mieszkania mojej babci zamykano na klucz jedynie na noc, tak, by każdy z sąsiadów mógł wejść, pożyczyć sól, czy cukier, a osiedlowy kot swobodnie otworzyć je sobie skacząc na klamkę.  Czy naprawdę byliśmy wtedy lepszymi ludźmi? Czy świat był mniej niebezpieczny, bardziej przyjazny?

Pamiętacie, jak jako dzieci biegaliśmy w wakacje po podwórku, całymi dniami z kluczem na szyi? Gdyby rodzice spóźniali się wracając z pracy, mogliśmy zaczekać u kolegi czy koleżanki, a jego mama zadbała o to, żebyśmy nie głodowali. To było naturalne.

Tydzień temu podeszła do mnie na ulicy mała dziewczynka, zapłakana, przerażona. Zgubiła się, jej mama weszła do któregoś ze sklepów, dziecko miało poczekać przed drzwiami, ale pobiegło za czymś, co je zaciekawiło.  Mała podbiegła do mnie z ufnością, prosząc, bym znalazła jej mamę. Wierzyła, że ze mną jest bezpieczna, bo jestem dorosła. Że uratuję ją z opresji i wszystko będzie dobrze. Była pewna, że jej pomogę. Więc uspokoiłam ją jak umiałam i wyruszyłyśmy na poszukiwania mamy. Ta na szczęście, znalazła się szybko i zdenerwowana prawie wyrwała mi rączkę swojej córki z dłoni. Nie usłyszałam słowa „dziękuję” za to, że zadbałam o spokój jej dziecka, o bezpieczeństwo. Byłam kimś podejrzanym, bo trzymałam JEJ córkę za rękę. Za to dziewczynka dała mi na pożegnanie buziaka i uśmiechnęła się do mnie promiennie.

Tak, rozczula mnie dziecięca naiwność, to przeświadczenie, że świat jest dobry, a dorośli są na nim po to, by pomagać. I wzrusza mnie nieustannie zaufanie starszych ludzi, mających za sobą trudne, nawet wojenne doświadczenia – ich wiara w życzliwość innych. Jakbym chciała, by się nie mylili.

P.S. Starsza pani, powoli, nieśpiesznie zapięła czerwony skórkowy portfel na złoty guziczek i trzęsącymi się dłońmi schowała go do torebki. A potem odwróciła się do nas, stojących za nią w kolejce, uśmiechnęła się najpiękniejszym uśmiechem i powiedziała „dziękuję państwu za cierpliwość, do widzenia”. Tak jakbyśmy stali się jej znajomymi.


Lifestyle

„Dziewczyna z odzysku”, czyli 297 dni do rozwodu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 września 2017
Fot. iStock/pixdeluxe

Na początku podchodzisz do tego spokojnie. Karmisz się złudzeniami, bo przecież nie pierwsza bierzesz rozwód. Koleżanki już brały i przeżyły. Jakoś to będzie – myślisz i rano dalej zalewasz kawę rozpuszczalną w dwóch kubkach, tak jakbyście wciąż mieszkali razem. Dopiero w domu, wypakowując zakupy powoli zaczynasz rozumieć, że przecież sama tego wszystkiego nie zjesz, a tej suchej krakowskiej to w ogóle nigdy nie znosiłaś. Więc zapraszasz przyjaciółki na suchą krakowską, na babski wieczór i… mówisz tylko o nim, o was. Ryczysz. O co tak ryczysz? Przecież byłaś z nim nieszczęśliwa. Chciałabyś go teraz rozerwać na strzępy!

Ale nic na to nie poradzisz. Głupie serce. Jest ci źle. No pewnie, rozumiesz, że tak to musiało się skończyć. Właściwie, sama tego chciałaś, bo jak dalej żyć z kimś, kto cię oszukał, zdradził, wykorzystał, a na dodatek teraz próbuje okraść (i to nie tylko z najlepszych wspomnień). Facet, który będąc twoim mężem, bił rekordy niezaradności, fajtłapowatości i bylejakości, teraz staje do ringu jak zawodowy bokser. Nie chce ci się już nawet myśleć, że z pewnością to wina tej jego pani adwokat, to ona umie go tak ”ustawić”, żeby, mimo ewidentnej winy i on coś na tym rozwodzie „ugrał”.

Znowu płaczesz. Tak już jesteś skonstruowana, że choć nie jesteście razem, ciągle sobie „wyobrażasz”. Jego z nią, ale niekoniecznie. Jego zadowolonego, śmiejącego się z ciebie za plecami. Szczęśliwego. I nadal nie umiesz znienawidzić, nie myśleć, podrzeć jak na filmie ślubnych zdjęć… A, zaczekaj, może jednak się uda? Nie. Drżąca ręka zatrzymuje się tuż nad jego głową. Kiedyś był naprawdę przystojny. Jak to dobrze, że dziś wygląda dużo gorzej. Trochę ci przez to łatwiej, troszkę mniej żal.

Twoja wina, za naiwność trzeba płacić. Teraz trzeba tylko przejść przez to wszystko z godnością. Zapomnieć, na nowo zbudować siebie, swój świat. I już więcej nie dać się nabrać. Ostrożnie podchodzić do miłości. Albo lepiej wcale.

Ale między wami wcale nie jest „skończone”. On wysyła ci SMSy. E, wcale nie żadne „kocham cię, nie mogę zapomnieć”,” odwołajmy to wszystko i zacznijmy od początku”. Raczej: „pamiętaj, że tamten komplet srebrnych sztućców po mamusi jest mój, kolekcji też nie oddam”.  Myślisz sobie – jak ja mogłam za niego wyjść, jak mogłam go kochać. Ale to nie pomaga. No, jak ma pomóc, kiedy dociera do ciebie, że byłaś idiotką?!

Mijają dwa miesiące. Nie czujesz się o wiele mniej idiotycznie, ale nauczyłaś się już, ze herbatę robisz tylko dla siebie. Ale zdarza ci się jeszcze spojrzeć na drugi kubek i wyobrażać sobie, że dosypujesz tam jakiejś skutecznej trucizny i podajesz swojemu jeszcze-nie-byłemu mężowi. STOP! Co mówiła twoja terapeutka? Negatywne emocje szkodzą. Przede wszystkim tobie, jemu już nic nie zaszkodzi, głupszy nie będzie, może być co najwyżej jeszcze bardziej łysy. Liczysz do dziesięciu, potem do dwudziestu, do stu… Wciąż boli.

Jego już najwyraźniej nie. Wczoraj wysłał ci całą listę rzeczy, które chciałby kategorycznie zatrzymać. Nie będziesz się upierać, a on nie będzie z tobą dyskutował. Sama nie masz dużych wymagań. Chyba jednak, do cholery, to mieszkanie ci się należy, choćby za straty moralne? Łóżko, na którym cię zdradzał, kiedy byłaś w podróży służbowej niech sobie weźmie, do dziś nie umiesz na nim spać i wybierasz tę niewygodną kanapę w salonie.

Gorzej ze znajomymi. Ci, nie do końca wiedzą jak się odnaleźć w tym waszym rozwodzie. Raczej wolą się zgubić. Niektórzy nie odpowiadają na twoje telefony, inni dyplomatycznie czekają, aż „to” się skończy. Teściowie należą do tej pierwszej grupy. W sumie nawet cię to cieszy, nie będziesz musiała więcej uczsetniczyć w niedzielnych obiadkach, imieniach itd.

Mijają kolejne miesiące. Nadchodzi ten dzień. Po drugiej rozprawie wychodzicie z sądu wolni. Masz w głowie pustkę, ale też zupełnie nowe poczucie, że coś się… zaczyna. Jak to teraz będzie? Czy na pewno nic już was nie łączy? Bardziej się boisz, czy cieszysz, że już po wszystkim…?

Jesteś dziewczyną z odzysku – mówi ci „żartobliwie” pan strażnik, kiedy bardziej dla zasady podajesz swojemu byłemu mężowi rękę na pożegnanie. Masz ochotę go palnąć. Ale tylko przez chwilę. Bo już trzy minuty pózniej,  uśmiechasz się i idziesz dalej. Przecież wiadomo, że najlepsze ciuchy można znaleźć w second-handach… 😉