Lifestyle

Między przyjemnością a obowiązkiem

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
8 czerwca 2016
 

Niedawno wybrałam się ze znajomą do restauracji. Okazja była wyjątkowa, więc znajoma się zgodziła, chociaż zaznaczyła, że ona to w zasadzie nie lubi restauracji i nie chodzi, dla niej to bez sensu. Ale poszła. Siedziała naprzeciwko mnie i zachwycała się każdym kęsem chinkali i każdym łykiem gruzińskiego wina. Patrzyłam na nią i widziałam, że to nieprawda, że nie lubi restauracji. Zaczęłam drążyć. Szybko okazało się, że to „bez sensu” to konieczność wydania pieniędzy – znajoma jadła w domu nie z miłości do zdrowego jedzenia, nie z dbałości o smak i jakość potraw, a z troski o koszty. Niby dobra rzecz, oszczędność, zgadzam się.

Tyle że to część większego planu była, ta niechęć do wydawania pieniędzy. Znajoma ma naprawdę dobrą pracę, razem ze swoim partnerem zarabiają tyle, że za roczną pensję każdego z nich można by wyjechać w podróż dookoła świata. Ale oni nigdzie nie jeżdżą, wszak podróże to zbytek. Wakacje, jeżeli już, spędzają na campingu, pod namiotem, w domku letniskowym cioci – wyłącznie. Bo taniej, wiadomo. Do kina nie chodzą, bo po co, skoro filmy można ściągnąć za darmo? Kto by wydawał pieniądze na książki, oryginalne płyty cd, teatry, nawet na ciastko w kawiarni. Na co wydają wobec tego? No na samochód na przykład – co roku jest większy, nowocześniejszy, z większą ilością gadżetów. Tylko że nim nie jeżdżą za często, bo paliwo drogie przecież. Odkładają na dom – i super, tyle że co jakiś czas się okazuje, że zmieniły się priorytety i chcą mieć większy i bardziej odpicowany niż planowali poprzednio, więc nie przystępują do budowy czy kupna, tylko odkładają pieniądze dalej. Mają milion elektronicznych gadżetów, których nie używają – no ale mają! I tak dalej. Być może ta moja znajoma to przypadek ekstremalny, owszem – tylko że ja znam całkiem sporo osób, które wypruwają sobie żyły i odmawiają sobie niemal każdej przyjemności po to, żeby mieć kolejną rzecz w domu, na półce, w garażu. Żadna z tych rzeczy nie zmieści im się do trumny, gdy nadejdzie moment.

Wiem, że priorytety są sprawą indywidualną. Ale czy w życiu naprawdę chodzi tylko o to, żeby mieć kolejny przedmiot? Tylko o pracę i o kasę (ze wskazaniem na to drugie oczywiście)?

Zdarza się, że pracuję po 16 godzin dziennie, owszem. Na szczęście udaje mi się czasami pracować, dla równowagi, np. dwie godziny lub wziąć wolne po to, żeby pojechać do lasu. Mój budżet jest mocno ograniczony i każdą złotówkę oglądam przez palce nim ją wydam, mimo to pilnuję, żeby regularnie chodzić do kina, do teatru, do restauracji. Szukam okazji, promocji, obniżek – udaje mi się! Im jestem starsza i im więcej problemów mam w życiu, szczególnie ze zdrowiem, tym więcej sybaryty odkrywam w sobie. Jest tyle piękna i mądrości dookoła, tyle smaków, zapachów, widoków… Rezygnować z tego w imię najnowszego modelu Playstation?
No cóż, ale z takim podejściem to ja się na przykład Iphona nigdy nie dorobię, mam świadomość. Nie noszę staników za 1000 zł, jak moja koleżanka, ale mam w biblioteczce książki warte łącznie dziesiątki tysięcy.

Jest jeszcze druga strona medalu – są tacy, którzy przedłożą przyjemność nad obowiązek czy zdrowy rozsądek. Takich też znam. Odwiedzą Modesta Amaro i zapłacą mu 100 zł za mini piankę na talerzu, a nie zapłacą mandatu. Nie pójdą do dentysty, ale wybiorą się na narty. Alimentów nie zapłacą, bo nowy moto muszą kupić. Telefon niech im mama albo żona opłaci, oni zbierają na nowe buty z górnej półki. I tak dalej.
Taki brak dojrzałości i umiejętności wyznaczania sobie, co jest ważne i na co można sobie pozwolić w danej chwili – wbrew pozorom nie jest rzadki.

Oczywiście, życie z kimś nieodpowiedzialnym, komu wszelkie pieniądze przechodzą przez palce, to jest tragedia. Ale naprawdę, związek z zapatrzonym w portfel materialistą jest drogą przez mękę. Równowaga jest w życiu chyba najważniejsza. Finanse ogarnąć jest bardzo trudno, niestety nie uczy się nas zarządzania pieniędzmi, co robią np. Amerykanie i Szwedzi już w przedszkolach. Musiałam się nauczyć tego sama, żaden milioner bowiem nie uznał za stosowne przybyć i wyratować mnie z obowiązku zarabiania i cudownego rozmnażania pieniędzy, by na wszystko starczyło. I jeśli ja dałam radę, to każdy może.


Lifestyle

Gdy świat stoi tyłem

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
10 czerwca 2016
Fot. Pixabay / Pixabay / CC0 Public Domain
 

WSTĘP
Tu był naprawdę dobry tekst. Ale komputer się zbiesił. I macie, co poniżej 😉

ROZWINIĘCIE
To zadziwiające, jak w ciągu pół roku świat może się odwrócić o 180 stopni. Myślę o tym, wpatrując się w zrobioną jeszcze w grudniu rezerwację w uroczym pensjonacie w górach. Miał to być prezent dla mojego partnera z okazji jego urodzin. Takie reset na nowy rok życia i kolejny rok ze mną. Było, ale się zmyło, no cóż. Oczywiście, mogłabym pojechać sama albo z kimś innym, ale nie czas i nie miejsce. Miałabym poważne trudności logistyczne i techniczne, poza tym byłoby podwójnie przykro, jak sądzę. Obecnie rytm mojego dnia i nocy wyznacza walka o siebie. Licząc te wszystkie leki i krople, przyjmowane z rozsądku, zastanawiam się przynajmniej dwa razy dziennie, jak można być hipochondrykiem – kto z własnej, nieprzymuszonej woli, pisałby się na to wszystko?

Mój świat wirował niezapowiedzianie kilka razy w moim życiu. Najmniej lubiany przeze mnie okres to ten, gdy nagle świat obrócił się do mnie tyłem i moje życie przypominało kiepski remake filmu „Och Karol”. Nie wiem, czy wiele rzeczy umiem, ale wydaje mi się, że jestem mistrzynią w zaczynaniu od nowa – lub od zera, jak wypada. Obecnie nie wiem, jak naprawdę zacząć, skoro zanosi się, że niebawem może będę musiała skończyć…? Jak nie zmarnować ani dnia? Jak się nie poddawać?
Bardzo bawi mnie, gdy słyszę od lekarzy, że mam nie dźwigać nic cięższego niż 4 kg (na litość boską, moja torebka jest cięższa!), mam unikać stresu (czy w naszym kraju jest w ogóle taka opcja, gdy prowadzi się działalność gospodarczą?) i unikać ludzi, którzy mnie denerwują i wysysają pozytywną energię (wolne żarty!). I odpoczywać, ciągle odpoczywać! Odpoczynek wychodzi mi już bokiem.
Bawię się więc w ogrodniczkę amatorkę, tłumacząc sobie i innym, że przecież zabawy w ziemi to zabawa oraz element arteterapii. Wystarczy zapytać dowolnego przedszkolaka, potwierdzi. Podobnie sprawa się ma z malowaniem domu – dlaczego mi nie wolno?

Tylko nagle cholera bierze, że wymaluję połowę pomieszczeń i siły znikają. Choroba się nie poddaje, syczy na mnie w nieodpowiednich chwilach i próbuje przejąć kontrolę.
Z tym można sobie jeszcze dać radę, wbrew pozorom. Chciałabym, żebym odtruwanie i leczenie organizmu było tak łatwe jak odcinanie się od trujących ludzi i wspomnień. Te toksyny odkładają się w nas na lata…

Trudne są wieczory i noce. I ataki bólu, zanim zdołasz je uśmierzyć, ujarzmić. Wtedy czujesz najmocniej samotność. Widzisz wszystko wyraźniej. Czasem czujesz wyraźniej, że świat nadal jest do ciebie odwrócony tyłem. Przeważnie nie czujesz już złości, tylko zgodę na świat. Poważna choroba jest czymś tak intymnym, że nie chcesz jej dzielić z byle kim.

ZAKOŃCZENIE
„Nieważne jak wielka bitwa i jak wielkie zwycięstwo, ostatecznie i tak każdy bohater umiera sam” – Hans Fallada


Lifestyle

Pokonać miłość

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
6 czerwca 2016

Miłość zwycięża wszystko i my ulegamy miłości.
Wergiliusz

Dwa razy w moim życiu usłyszałam, że prawdziwa miłość wszystko zwycięży. Pierwszy raz powiedziała mi to starsza pani, która przeżyła ze swoim partnerem 70 lat – razem przeżyli wojnę, udar, narodziny niepełnosprawnego dziecka, kryzysy ekonomiczne, śmierci w rodzinie, choroby, niepowodzenia. Prawie do końca życia chodzili razem na spacer, trzymając się za rękę. Pani regularnie karmiła mnie opowieściami o tym,  że warto się starać i że we dwoje można przejść przez każde piekło jeszcze bardziej wzmocnionym i zakochanym. Wbiła mi do głowy myśl, że jak coś się psuje, to trzeba najpierw naprawiać, dopiero w ostateczności, gdy kompletnie nie ma wyjścia, można wyrzucić na śmietnik. Mocno się przejęłam.

Kiedy znajomy powiedział mi tą sentencję po raz drugi, w moim związku działo się już bardzo, bardzo źle. Nie umiałam sobie z tym poradzić, próbowałam już wszystkiego, bez skutku – a tu ktoś mi znowu takie mądrości w twarz rzuca. Do tego opowiada mi historie ze swojego życia, porównywalne do moich, które jego małżeństwo wzmocniły i scementowały, a moje zostało totalnie przeczołgane i rozszarpane niemal na strzępy. Czułam – chyba zrozumiałą – wściekłość. Już wiedziałam, że miłość nie zawsze wszystko zwycięża.

Po latach mogę powiedzieć z całą odpowiedzialnością: to nie miłość zwycięża, to ludzie. To my decydujemy, ile przetrwamy my, a ile nasze uczucie. Jeśli tylko jedna strona chce zwyciężyć, niestety skazani jesteśmy na porażkę. Łatwiej jest odejść niż walczyć. Co więcej, jeśli odpuściło się wiele rund podczas walki, nie możemy dziwić się, gdy okaże się, że jednak przegraliśmy całą rozgrywkę. Jak zawodowi bokserzy, wymierzamy regularne ciosy naszej miłości, a potem dziwimy się, że leży na łopatkach.

W obliczu mojej choroby mój ex uznał, że warto okazać mi wsparcie i uwagę. Było to tak nieoczekiwane i niezwykłe, że aż rozglądałam się po niebie, szukając czterech jeźdźców apokalipsy – tak niesamowite było to doświadczenie. Nie wykluczam (choć powątpiewam), że nagle dojrzał. Bardziej jednak wiążę to ze stanem zdrowia i moimi raczej marnymi rokowaniami. Nie czepiam się.
Ale jest pewien szkopuł – pomiędzy nielicznymi smsami i długimi okresami milczenia i niedopowiedzeń, nadal jestem sama w najgorszych chwilach: wieczorami, podczas brania garści leków, podczas ataków bólu, w chwilach totalnego osłabienia. Wtedy czuję, że miłość nie wszystko zwyciężyła w moim życiu, i nie ma szans na poprawę. Bóle, niemożliwe do uśmierzenia żadnym lekiem, podpowiadają mi, że urodziliśmy się sami i sami pomrzemy.
I, wedle mojego odczucia, sami także skazujemy się na miłość bez szans na przeżycie.