Wszystko, co powinnaś wiedzieć o koloryzacji w domu. Nie daj sobie wmówić, że sama nigdy dobrze nie ufarbujesz włosów

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
19 października 2017
Fot. iStock/bowie15
Fot. iStock/bowie15
 

Farbowanie włosów w salonie to koszt nawet 200-300 zł w zależności od miasta. Chociaż większość z nas z bólem serca i ze łzami w oczach jest gotowa wyłożyć na ladę taką sumkę, by dobrze wyglądać, pytanie brzmi – czy warto? Domowa koloryzacja może być równie udana. Ważne jednak, by wybrać jak najlepszy produkt i przestrzegać kilku podstawowych zasad. Podpowiadamy, jak zrobić się na bóstwo, nie niszcząc włosów i jednocześnie oszczędzając kupę pieniędzy.

Farbowanie włosów w domu wcale nie musi zakończyć się katastrofą, jak pewnie nie raz próbował wmówić ci fryzjer. Dzięki najnowocześniejszym produktom, które dostępne są w większości drogerii, z łatwością zrobisz to samodzielnie. No, ewentualnie z pomocą koleżanki, łącząc przyjemne z pożytecznym. Zresztą jej obecność może przydać się w trakcie wyboru farby. Jednym z najważniejszych elementów domowej koloryzacji jest bowiem… odpowiedni dobór koloru i odcienia.

Ciepły czy zimny?

Wiem, wiem – my, kobiety uwielbiamy eksperymentować z włosami. Jeśli jesteśmy naturalnymi blondynkami, marzymy o brązie i na odwrót. Odważniejsze z nas marzą o rudym, fioletowym czy platynowym. Jeśli chcesz być w pełni zadowolona z koloryzacji, powinnaś dobrze zastanowić się nad odcieniem. Tu z pewnością doradzi ci koleżanka.

ULTRAPLEX COLOR z Laboratorium Kosmetycznego Joanna

ULTRAPLEX COLOR z Laboratorium Kosmetycznego Joanna

Dobry produkt

Jeżeli nie chcesz, żeby twoje włosy były zniszczone, osłabione i pozbawione blasku, powinnaś zainwestować w dobry produkt, którego działanie potwierdziły liczne badania. Sięgnij po nowość do farbowania włosów – ULTRAPLEX COLOR z Laboratorium Kosmetycznego Joanna. To produkt, który zadba o regenerację Twoich włosów już podczas farbowania. Aktywator dodawany do farby ULTRAPLEX COLOR jest nośnikiem składników odżywczych i regenerujących. Składniki te razem z farbą wnikają głęboko w strukturę włosa i intensywnie wzmacniają oraz odbudowują wiązania wewnątrz włosów, sprawiając, że stają się one mniej łamliwe. To właśnie dzięki temu możesz cieszyć się intensywnym kolorem bez obaw podczas domowego farbowania.

Próba uczuleniowa

Każdorazowo przed użyciem farby do włosów powinnaś wykonać próbę uczuleniową na niewielkim fragmencie skóry (np. za uchem) mniej więcej 48 godzin przed planowaną koloryzacją. Do tego celu użyj samej farby bez utleniacza. W pierwszej chwili może pojawić się uczucie szczypania lub mrowienia. Jeśli jednak po kilkudziesięciu minutach dolegliwości nie znikają lub wręcz stają się nie do zniesienia, powinnaś zrezygnować z użycia farby.

ULTRAPLEX COLOR z Laboratorium Kosmetycznego Joanna

ULTRAPLEX COLOR z Laboratorium Kosmetycznego Joanna

Pełna gotowość

Przed farbowaniem najlepiej nie myć włosów przez 2-3 dni. Dzięki temu nie usuniesz z nich naturalnej bariery lipidowej, która chroni skórę głowy i włosy przed działaniem chemicznych składników. To prosty sposób, by uniknąć ewentualnych podrażnień. Tuż przed przystąpieniem do działania dokładnie rozczesz włosy, zabezpiecz ubranie (możesz założyć starą koszulkę, której nie będzie szkoda ci wyrzucić, jeśli się pobrudzi) i przygotuj niezbędne akcesoria – miseczkę, rękawiczki i pędzelek do nakładania farby (spokojnie, możesz użyć starej szczoteczki do zębów lub gęstego grzebyczka).

Instrukcja

Dokładnie zapoznaj się z instrukcją, dołączoną do opakowania. Ważne, by postępować zgodnie z zaleceniami. W przypadku farby ULTRAPLEX COLOR należy połączyć farbę z kartonika z utleniaczem i aktywatorem. Następnie, po czasie, jaki został określony w instrukcji, zmyj farbę i nałóż stabilizator, który zamknie łuski włosowe. Po skończonym farbowaniu umyj włosy szamponem ULTRAPLEX z Laboratorium Kosmetycznego Joanna. Możesz też używać tego szamponu podczas każdego mycia włosów dla wzmocnienia efektu regeneracji.

ULTRAPLEX COLOR z Laboratorium Kosmetycznego Joanna

ULTRAPLEX COLOR z Laboratorium Kosmetycznego Joanna

Chociaż farbowanie włosów w domowym zaciszu jest naprawdę proste, niektóre z nas popełniają kilka podstawowych błędów. Oto one:

1. Nie nakładasz farby tuż po rozmieszaniu

To bardzo ważne, ponieważ reakcja chemiczna pomiędzy farbą i utleniaczem zachodzi natychmiast po połączeniu tych dwóch produktów.

2. Trzymasz farbę na włosach zbyt długo

Albo wręcz przeciwnie – za krótko.  Czas odgrywa tu kluczową rolę. Powinnaś dokładnie sprawdzić godzinę, gdy tylko skończysz nakładać farbę i trzymać się czasu podanego przez producenta.

3. Nakładasz za mało produktu

Jeżeli masz bardzo długie włosy, powinnaś jednocześnie wymieszać dwa opakowania produktu. To, co zostanie, trzeba wyrzucić. Farba nie nadaje się do kolejnego użycia. Niektóre kobiety nakładają na włosy jedno opakowanie, licząc, że taka ilość produktu wystarczy. Jednak w trakcie koloryzacji okazuje się, że farba została nałożona na włosy nierównomiernie. Zdarza się też, że w trakcie koloryzacji panie otwierają drugie opakowanie i dopiero wtedy mieszają składniki. Różnica w czasie pomiędzy jednym, a drugim opakowaniem może spowodować, że odcień nie będzie jednolity. Minuty naprawdę mają tu ogromne znaczenie.

4. Przegrzewasz głowę

Po nałożeniu farby nie wolno niczego zakładać na głowę. Tylko w ten sposób produkt może się utlenić i zadziałać we właściwy sposób na włosy.

Już wiesz, jak poprawnie i bez szkody dla włosów wykonać domową koloryzację. Pytanie brzmi – na jaki kolor zdecydujesz się tej jesieni?

Artykuł powstał przy współpracy z Laboratorium Kosmetyczne Joanna


8 koszmarnych typów ludzi, których nie potrzebujesz w swoim życiu

Redakcja
Redakcja
19 października 2017
Fot. iStock / darkbird77
Fot. iStock / darkbird77
 

Każdy z nas styka się, a często i dłużej funkcjonuje obok osoby, która zamiast ofiarować spokój, bezpieczeństwo i wsparcie, szkodzi. Nie zawsze jesteśmy tego świadomi, bo toksyczne relacje nie od razu rzutują na życie ofiary. Sprawa jest tym trudniejsza, ponieważ nie istnieje jedyny słuszny profil osoby, która będąc tuż obok, niszczy nas, spoglądając prosto w oczy.

Układ z toksyczną osobą w wyobrażeniu wielu, od razu nabiera cech jawnej patologii, znęcania się fizycznego, wyzwisk czy popadania w nałogi. A tak naprawdę, tam, gdzie jest pozorny spokój, świat wręcz do pozazdroszczenia, dzieją się rzeczy, o które byśmy kogoś nie podejrzewali.

8 typów ludzi, których nie potrzebujesz w swoim życiu

1. Wieczni krytykanci

Takim osobom nic nigdy nie pasuje. Cokolwiek byś mówiła, czy robiła, w ich mniemaniu będzie to „gorsze” i niepełnowartościowe. Największym problemem z takimi ludźmi jest to, że przez większą część swojego czasu i poświęcając na to ogrom swojej energii, krytykują cię, nie podejmując żadnych działań w celu znalezienie lepszego wyjścia. Ich krytyka nie ma wymiaru konstruktywnego, a destrukcyjny.

2. Złodzieje czasu

Nie interesuje ich, że akurat ty nie masz czasu czy ochoty na spotkanie. Wpadają bez uprzedzenia, przysiadają się do stolika i gadają jak najęci, nie interesując się tym, co masz do powiedzenia. Dla nich jest bez różnicy, czy piszą przez komunikator, dzwonią po pięć razy w ciągu dnia lub pukają do ciebie, bo akurat niedaleko przechodzili. Traktują twój czas i energię jako pole do zagospodarowania.

3. Kłamliwi

Potrafią patrzeć ci  prosto w oczy i kłamać. A to w sprawach najmniej istotnych, gdy zapomnieli czegoś dla ciebie kupić albo w poważnych przypadkach, gdy kłamstwem przykrywają działanie wymierzone przeciwko tobie. Nie brzydzą się ani plotkowaniem ani obgadywaniem. Największym problemem z nieuczciwymi ludźmi jest to, że mogą krzywdzić na wiele sposobów, szkodzić innym rozpowszechniając złośliwości i nieprawdziwe informacje.

4. Nieodpowiedzialni 

Takie osoby chętnie odgrywają rolę ofiary, chcąc zrzucić na ciebie odpowiedzialność za swoje życie. Chętnie wpędzają cię w poczucie winy, gdy oni sami coś zawalą. Robią wiele, byś nigdy nie zapomniała, po czyjej stronie leży zarówno odpowiedzialność, jak i wina, za poniesione porażki.

5. Bez współczucia

Osoby pozbawione empatii w stosunku do innych, nie rozumieją gorszych dni czy pojawiających się kłopotów. Nie potrafią wesprzeć, za to chętnie całą energię wyciągają dla siebie. Brak zrozumienia powoduje, że ofiara zostaje sama ze swoim problemem i zamyka się w sobie.

6. Dołujący

Negatywne osobowości wyjątkowo skutecznie pozbawiają sił i energii do życia. To swego rodzaju energetyczne wampiry, które zamiast słońca, przynoszą ciężkie, ciemne chmury nad twoją głowę. Nie widzą nic dobrego, fajnego, rozsiewają za to niepokój, pesymizm, przygnębienie i zarażają czarnowidztwem. Przy nich po prostu odechciewa się wszystkiego.

7. Złośliwi

Niby uszczypliwy charakter to nic strasznego i da się wytrzymać z taka sobą. Owszem, da się, o ile złośliwość nie przybiera patologicznej formy. Chętnie rejestrują i wyciągają, gdy trzeba twoje niepowodzenia, po czym wbijają wielokrotnie przysłowiową szpilkę pod żebra. Mają z tego rzeczywistą satysfakcję, czerpiąc zadowolenie z faktu, że tobie jest o wiele gorzej. Oni zostawiają głęboki ślad w duszy ofiary i skutecznie podcinają jej skrzydła.

8. Manipulanci 

Oto wybitni przedstawiciele fałszywych przyjaciół. Bawią się twoimi uczuciami, manipulują emocjami, sprawiają, że robisz to, czego oni oczekują. Manipulują tobą tak, że uzyskują potrzebne im informacje, aby poznać swoje słabości i wykorzystać je na własną korzyść. Nie mają żadnego problemu z nadużywaniem sumienia czy hojności, grają nieczysto i bez skrupułów.

Obecność tego typu osobowości w twoim otoczeniu zawsze będzie destruktywne. Szczególnie trudno jest temu przeciwdziałać, gdy powyższe zachowania dotyczą najbliższej ci osoby. Jeśli nie możesz uciec od niszczycielskiego wpływu, powinnaś zachęcić tę osobę do terapii. Dobry specjalista i chęć faktycznych zmian w życiu mogą poprawić funkcjonowanie danej osoby i uczynić wspólne życie jeśli nie dobrym, to na pewno bardziej znośnym.


 

źródło: exploringyourmind.com


Skoro zdecydowałam się na aborcję, to czy mam prawo opłakiwać śmierć mojej córki? To NIGDY nie jest prosty wybór

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
18 października 2017
Fot. iStock/MarinaZg
Fot. iStock/MarinaZg
 

Zapaliłam znicz na grobie mojej córki. Długo zastanawiałam się, czy mam prawo obchodzić Dzień Dziecka Utraconego, skoro zdecydowałam się na aborcję.

Chcieliśmy mieć trójkę dzieci. Zawsze. Kiedy po urodzeniu syna, kilka lat później zaszłam w ciążę, a na świat przyszła Kinga, stwierdziliśmy, że nie ma co czekać dłużej i jak najszybciej trzeba postarać się o trzecie. Tylko Kinga była jakaś trochę inna. Niby wszystko w porządku, dostała 10 punktów po porodzie, ale, jak to każdy mówił: „coś było z nią nie tak”. W głowie zapadły mi słowa lekarza, który prowadził wówczas moją ciążę: „To, że badania wychodzą w porządku, to nic nie znaczy, to tylko statystyki”, a później wspomniał o badaniach za kilka tysięcy, które ewentualnie miałyby wpłynąć na moją decyzję. Pamiętam, jak byłam w szoku – bo jaką decyzję? Byłam w ciąży, wyniki badań prawidłowe, w czerwcu miała urodzić się Kinga.

To prawda, że mama czuje, kiedy z jej dzieckiem coś się dzieje. Kinga była ospała, nie łapała kontaktu, bardzo mało się ruszała. Gdy miała trzy miesiące postanowiłam zbadać jej słuch, później wzrok i wykonać jeszcze szereg dodatkowych badań, ale wszystko na papierze było w porządku, jakby nie było obaw do niepokoju.

Zaszłam w ciążę. Siostra Kingi miała się urodzić, gdy ona skończy rok i miesiąc. Byliśmy niesamowicie szczęśliwi, tylko ten dziwny strach o Kingę, który się wkradał w moje macierzyństwo. Gdy miała jakieś osiem miesięcy pediatra powiedział: „Ona ma takie nietypowe rysy twarzy”. Chcieliśmy obrócić to z mężem w żart… ale skierowania do genetyka już się nie da zlekceważyć uśmiechem. Termin wizyty – za rok.

Nie mogłam czekać. Wyszukałam w sieci wszystkie opisy chorób genetycznych, po objawach mojej córki dopasowałam jeden z zespołów. Zadzwoniłam do ginekolog prowadzącej moją kolejną ciążę mówiąc, że nie wiem, co robić, że pediatra podejrzewa u mojej córki genetyczną nieuleczalną chorobę. Przyjęła mnie od razu na wizytę, zleciła wszystkie badania. Mówili: „Proszę się nie martwić, jak będziemy dzwonić, dzwonimy też z dobrymi wiadomościami”. To był koniec roku, mieliśmy zaczynać nowy okres w naszym życiu, tylko wtedy nie wiedzieliśmy już, jak będzie on wyglądał.

Telefon. I od razu pytania dotyczące Kingi, jak się rozwija, jak się zachowuje. Spytałam, co z ciążą… Moje obawy okazały się słuszne – dziewczynka, którą nosiłam pod sercem miała tę samą genetyczną chorobę. Co to oznaczało? Że nie będzie w stanie samodzielnie funkcjonować, że nie będzie prawidłowo rozwijać się motorycznie ani poznawczo,  zawsze będzie uzależniona od osób trzecich, nigdy nie pojedzie z lalką w wózku, nie powie: „Mamo, zrobisz mi warkocze”… Bardzo szybko zebrała się komisja, która wydała zgodę na aborcję…

To był gorący czas, czas czarnych poniedziałków, marszów kobiet. Kilka miesięcy wcześniej myślałam: „Popieram was dziewczyny”, ale poza kliknięciem „lubię to” nic więcej nie robiłam, bo przecież „mnie to nie dotyczy”. Jaki los bywa przewrotny… Bo teraz dotyczyło mnie i kilkanaście osób ze mną związanych. Od nikogo nie usłyszałam: „Spokojnie, pomożemy ci, damy jakoś wszyscy radę”, wszyscy wierzący i chodzący co niedzielę do kościoła. Oczywiście, że wiem, że gdybym urodziła, to by pomogli, ale nikt z nich nie zasiał we mnie choćby odrobiny wątpliwości… Tylko jedna bliska mi kobieta, która miała aborcję powiedziała: „Zastanów się, może urodzisz i oddasz do adopcji?”. Zagotowałam się wtedy, bo jak to moje dziecko do adopcji?!? A zaraz przyszła myśl: „Ale przecież ja to moje dziecko chcę zabić”.

Decyzję musieliśmy podjąć szybko, bo to był już 20 tydzień ciąży… Myślałam o moim synku… O tym, że jak będzie miał 30 lat, będzie miał dwie siostry z ciężkim upośledzeniem. A jak będzie miał 50? Jak nas już nie będzie, ani dziadków, ani nikogo z bliskich mu teraz osób, to kto mu pomoże zająć się dwoma chorymi siostrami? Nie ma dziś godnej opieki dla dorosłych ludzi z upośledzeniem, nie ma kto zająć się nimi w ludzki sposób, przetrzymywani w ośrodkach, gdzie czekają jedynie na śmierć…

Gdzieś bardzo głęboko w sobie wiedziałam, że to jest jedyna decyzja, że tak powinnam postąpić, dziękowałam za to, że mam możliwość wyboru, choć żaden z nich nie był ani oczywisty, ani wprost.

Urodziłam Monikę… To nie jest tak, jak chcieliby, żebyśmy widzieli aborcję jej zagorzali przeciwnicy. Tu nie ma rozrywanych płodów i wiader z krwią i dziećmi. Miałam normalny, choć wywołany poród. Monika nie walczyła, nie podjęła w ogóle życiowych funkcji… Nie widziałam jej. Dlaczego? Bo dziewczyna, która leżała ze mną na sali, a która poroniła pięć razy, powiedziała: „Swoje pierwsze dziecko poroniłam w 20 tygodniu i wtedy chciałam je zobaczyć, do dzisiaj żałuję. To nie jest różowiutki śliczny bobasek… Ten widok jest bardzo daleki od tego, co sobie wyobrażamy”. Zrezygnowałam z zobaczenia swojej córki. Ale postanowiliśmy ją pochować, mieć miejsce, gdzie będziemy mogli przychodzić, pokazać, że była dla nas ważna, tylko życie postawiło przed nami potworny wybór, wybór, w którym każda z opcji jest cholernie trudna. Tak trudna, że aż brakuje ci oddechu… Tak trudna, że kiedy ją podejmujesz, kiedy wracasz do domu bez dziecka, choć twoje ciało reaguje, jakbyś je miała obok siebie, to myślisz, że to już koniec, że życie się skończyło… Że już niczego więcej nie udźwigniesz. Że już zawsze będziesz żyć ze świadomością tego, co się stało, tego nie wymażesz, to nie zniknie, może z czasem będzie trochę mniej boleć…

W dzień jakoś funkcjonowałam, bo dzieci, wiadomo. Ale kiedy tylko w domu zapadała cisza, nie byłam w stanie powstrzymać łez… Przez kilka tygodni nie chciałam wstawać z łóżka…

W międzyczasie Kinga przeszła badania, lekarz stwierdził, że objawy świadczą o umiarkowanym upośledzeniu, że jest lepiej, niż by można było się spodziewać, i że może ta choroba nie odsłoni przed nami swoich najczarniejszych scenariuszy. To wybudziło mnie ze stanu zawieszenia, całą swoją energię, siłę skierowałam w stronę córki, w jej rehabilitację, pracę z nią. Dzisiaj Kinga ma półtora roku, właśnie jest w żłobku, uczy się chodzić, je samodzielnie. Motorycznie jest jakieś dwa do trzech miesięcy za swoimi rówieśnikami, poznawczo-behawioralnie na równi… Czy tak już będzie, czy wieku pięciu lat nie dojdzie do ściany swojego rozwoju. Nie wiem, dzisiaj cieszymy się jej osiągnięciami.

Gdybym teraz zaszła w ciążę? Patrząc na rozwój Kingi, być może zdecydowałabym się urodzić mając nadzieję, że choroba u niej przebiegać będzie łagodnie, że być może z drugim chorym dzieckiem też nie będzie tak źle. Ale to by było dziś. Nie mogę myśleć: „co by było gdyby”, bo to mnie zniszczy, nic nie da rozpamiętywanie.

Wiem, że mogłam urodzić i wtedy pewnie nie rozmawiałybyśmy ze sobą, bo nie byłabym w stanie znaleźć czasu, siły i chęci. Bo psychicznie nie byłabym w stanie udźwignąć cierpienia moich dzieci. Byłabym siłaczką dzielącą swój czas i energię na troje dzieci, która pewnie w nocy płakałaby do poduszki, a w dzień udawała, że wszystko jest w porządku, choć nic by nie było. Tymczasem mogłam poświęcić większość swojego czasu Kindze, zająć się nią odpowiednio, żeby ona mogła cieszyć się życiem.

Niektóre moje znajome na Facebooku piszą o morderczyniach dzieci, a ja sobie myślę: „gdybyście wiedziały… i oby życie nigdy nie postawiło was w takiej sytuacji, przed takim wyborem”.


wysłuchała Ewa Raczyńska 

 


Zobacz także

Fot. iStock / portishead1

Powiedzieć, że jest zajęta, kupić kota, mieć gorszy dzień… Czego jeszcze singielce nie wolno?

Poczuj energię jogi - oto 8 korzyści, dla których warto ją ćwiczyć

Poczuj energię jogi – oto 8 korzyści, dla których warto ją ćwiczyć

Fot. iStock/wildpixel

Kiedy bliska osoba zmienia się w kogoś obcego. O czym musisz pamiętać, jeśli kochasz kogoś z demencją