„Powiedz jej, że zmierza do miejsca, z którego ja właśnie wracam. Ja przynajmniej nie skrzywdziłam swoim uzależnieniem dzieci”

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
12 września 2017
dlugo ie zdawalam sobie sprawy z uzaleznienia
 

Praca odgrywa w dzisiejszych czasach ogromną rolę. Wykonujemy zadania, których nie lubimy, ale nie mamy innego wyjścia. Robimy więc to, co do nas należy, a po przyjściu do domu staramy się zapomnieć o służbowych obowiązkach. Niektóre z nas mają ten komfort, że oprócz zarabiania pieniędzy, realizują też swoje pasje. Nie jest to jednak recepta na szczęście. Ciężko wtedy wyznaczyć granicę między domem, a pracą. 

Trudno dziś znaleźć osobę, która choć raz w tygodniu nie pracuje po godzinach. Motywacja jest różna – osobiste i emocjonalne zaangażowanie w projekt, poczucie obowiązku, zbliżający się deadline, wizja premii lub… strach. Paraliżujący strach przed utratą pozycji, gniewem szefa czy osobistą porażką. Czasy są, jakie są – zasuwać trzeba. Z przyjemnością lub bez niej.

Mail prosto z porodówki

Iwona uwielbia swoją pracę w agencji reklamowej. Od dziecka miała głowę pełną pomysłów i lubiła wyzwania. Karierę zawodową stawiała na pierwszym miejscu nawet wtedy, gdy wraz z Piotrem starali się o dziecko. Trochę im to zajęło, bo aż 4 lata. Czy to z powodu nieustannego stresu? A może niedostatecznej ilości snu? Gdy już się udało, pracowała do samego końca. – Pamiętam, że jeszcze na porodówce wysłałam ostatniego maila z poprawkami. Nigdy nie nawalałam. Musiałam mieć wszystko dopięte na ostatni guzik – opowiada. Gdy koleżanki dzwoniły z gratulacjami, ona pytała, co tam w firmie. Po około dwóch tygodniach już regularnie czytała służbowe maile, czasem podrzucała jakiś pomysł na kampanię. Ostatecznie do pracy wróciła po 6 miesiącach. 4 godzinny dziennie była w siedzibie firmy, potem pracowała z domu. Piotr jest taksówkarzem, więc wszystko udawało się pogodzić.

Iwona czasem wpada w szał

Poza wypełnianiem obowiązków służbowych, Iwona zawsze była też na bieżąco ze sprawami innych. Wiedziała, kto nad czym aktualnie pracuje, co się dzieje u kogo w domu – zawsze pomocna i zaangażowana. Była nawet założycielką firmowej grupy na messengerze, gdzie można było w każdej chwili rzucić jakiś nowy pomysł. O ile wszyscy traktowali to na luzie i częściej ograniczali się do plotkowania i żalenia się na szefa, Iwona nie. Odpisywała zawsze – nawet w środku nocy. Była wyczulona na odgłos powiadomienia bardziej, niż na płacz własnego dziecka. – Kiedy Helenka była mała, w ciągu dnia wkładałam ją do bujaczka lub kładłam na macie edukacyjnej i spokojnie mogłam pracować przy komputerze. Jestem dowodem na to, że macierzyństwa nie oznacza końca kariery. Mała nie była szczególnie wymagająca – wspomina. Ogólnie praca dawała jej mnóstwo satysfakcji, poza momentami, gdy coś nie wychodziło. Wtedy dosłownie wpadała w szał. Była perfekcjonistką, nikt nie mógł jej wytknąć błędu.

Coś jest nie tak

Piotr coraz częściej się złościł. Przez moment nawet podejrzewał żonę o romans. Bo jak to możliwe, żeby własne dziecko w chorobie zostawiać i lecieć, gdy zadzwoni telefon? – Zdarza mi się wykorzystywać pracę Piotrka. Jest nienormowana, więc czasami wracam dużo później niż obiecałam. Kąpię Helenkę 3-4 razy w tygodniu. Czasem już śpi, jak wracam. Ale za to spędzamy razem poranki. Do 10 pracuję z domu, dopiero potem wychodzę do biura – mówi. „Spędzanie razem poranków” brzmi szumnie. Po prostu przebywają w jednym pomieszczeniu. Pytam, na co jej to wszystko, ten pęd, ta kariera? – Takie czasy, trzeba dawać z siebie 200 procent. Poza tym ciągle mam wrażenie, że jeszcze wiele muszę się nauczyć – mówi. Owszem śpi źle, bo ciągle śni jej się praca. I tak, owszem, coraz częściej boli ją głowa i kręgosłup, a stres nie daje o sobie zapomnieć.

Pierwsza w biurze

Życie Marty zupełnie zmieniło się 10 lat temu, kiedy jej narzeczony zerwał zaręczyny tuż przed ślubem. Po prostu kogoś poznał i się zakochał. Po roku opłakiwania związku wzięła się za siebie. Zaczęła więcej czasu spędzać w pracy, podejmowała wyzwania, dawała z siebie więcej niż inni. W końcu się opłaciło – dostała awans. Stanowisko głównej księgowej w dużej firmie to było coś. Choć momentami czuła się samotna, zajęć nie brakowało. Do biura przychodziła pierwsza, a wychodziła ostatnia. Jako szefowa czuła się odpowiedzialna dosłownie za wszystko. Wiedziała, że sama zrobi najlepiej. Prezes mógł do niej zadzwonić o każdej porze, a ona dokładnie wiedziała, gdzie dany papierek leży i kiedy mija termin na fakturze. Z resztą często z tego korzystał. Nawet się nie zorientowała, kiedy w ramach przysługi zaczęła też zajmować się księgowością w drobnej firemce jego szwagra.

Brak nieodebranych połączeń

– Czy chodziłam do pracy chora? Oczywiście. I to ile razy! Raz zdarzyło się, że przez tydzień pracowałam z domu, gdy dopadła mnie grypa. To cud, że nie straciłam wtedy głosu, bo wszystkiego musiałam dopilnować przez telefon – opowiada. Chociaż przez kilka lat praca dawała jej satysfakcję, w końcu coraz mniej ją cieszyła. Pojawiły się kłopoty ze snem, infekcje, kłucie w boku. Posłuchała rady, że powinna iść na urlop. Poszła, ale siedziała w domu. A gdyby ktoś z firmy zadzwonił? Nikt nie znał się tam na księgowości tak dobrze, jak ona. Ale nikt nie dzwonił. – Systematycznie sprawdzałam pocztę, ale przychodził tylko spam. Zaczęłam się zastanawiać, czy mi się przypadkiem telefon nie zepsuł. Kiedyś zadzwoniłam do siostry i mówię „Kaśka, zadzwoń do mnie, bo nie wiem, czy mi przychodzące dochodzą”. Tak mi padło na głowę – opowiada.

Marta nie podołała presji

Na dwa dni przed powrotem do biura nie mogła spać i jeść. Czuła, że coś się wydarzy. I tak też było. Przede wszystkim panował bałagan – niczego nie mogła znaleźć, niektóre faktury zawierały błędy, ktoś czegoś nie dopilnował. – Dosłownie wpadłam w szał. Najpierw zaczęłam na wszystkich w pokoju krzyczeć, że do niczego się nie nadają. A potem sama się rozpłakałam. Z nerwów, z przemęczenia i z przerażenia, że teraz będę musiała po nocach to wszystko poprawiać – wspomina. Jej reakcja zmroziła wszystkich. Gdy płakała w toalecie, przyszła do niej jedna z koleżanek. Powiedziała, że niektórzy od dawna podejrzewają u niej pracoholizm, ale wiedzą też, że jest samotna, więc nie chcieli jej urazić. Zaczęła też namawiać Martę na wizytę u psychiatry, leki i zwolnienie lekarskie. Zgodziła się, ale głównie dlatego, że nie mogła znieść wstydu. Kto to widział, żeby na forum tak się rozbeczeć?

Długa droga

Marta nie wróciła już do firmy. Terapia otworzyła jej oczy – pracoholizm. Otworzyła własne biuro rachunkowe i wyraźnie rozgranicza czas między życiem zawodowym i prywatnym, jak zalecił psycholog. – Mam 39 lat i jestem sama. Zupełnie sama. Uczę się na nowo dysponować swoim wolnym czasem, chodzę na jogę, czasem spotkam się z koleżanką, ale przede wszystkim dużo czytam o wewnętrznej harmonii. Powiedz tej młodej dziewczynie, że zmierza do miejsca, z którego ja właśnie wracam. A najlepiej napisz. Ja przynajmniej nie skrzywdziłam swoim uzależnieniem dzieci. Za to pewnie już nie będę ich mieć.


Przestań robić tysiąc rzeczy jednocześnie. 8 dowodów na to, że multitasking szkodzi, a nie pomaga

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 września 2017
Fot.i stock /  ArtMarie
Fot.i stock / ArtMarie
 

Znasz to – idziesz po zakupy, odpowiadasz w telefonie nam maila, gotujesz obiad jednocześnie wieszając pranie i rozmawiając z przyjaciółką. Wydaje się, że dzisiaj robienie tylko jednej rzeczy jest luksusem ba, a nawet marnotrawstwem.

Multitasking, czyli wielozadaniowość na stałe weszły do naszego języka. Bo przecież kto, jak nie my – kobiety, może być lepszy w multitaskowaniu? Potrafimy jedną ręką przebierać dziecko, drugą mieszać zupę w garze, a trzecią odbierać telefon z pracy, prawda? Tyle tylko, że to co teraz wydaje się nam ogromną zaletą, tak naprawdę nam szkodzi. Dlaczego?

Tak naprawdę nie jesteśmy wielozadaniowi

To, co nazywamy wielozadaniowościom jest w rzeczywistości przełączaniem zadań. Nie jest tak, że kilka rzeczy robimy jednocześnie w tym samym stopniu poświęcając im uwagę. To nieprawda, nasz mózg, jeśli chodzi o wydajność jest ograniczony. Robiąc kilka rzeczy naraz żadnej z czynności nie oddajesz się w pełni, za to tracisz energię na tak zwaną zmianę biegów, czyli przeskakiwanie z jednej rzeczy na drugą. To iluzja, że potrafimy być wielozadaniowi.

Multitasking spowalnia

Wielozadaniowość wcale nie oszczędza czasu. Wiem po sobie – robię zakupy jednocześnie odpisując na maila – będąc szczera sama ze sobą muszę przyznać, że gdybym zrobiła zakupy i na nich się tylko skupiła – poszłoby im szybciej, tak samo jak odpisanie na maila w domu. Najlepiej byłoby podzielić czynności, czyli jak wysyłam maile, to wysyłam wszystkie i przechodzę do następnego zadania. Jak sprzątam – to wszystko, co mam do sprzątnięcia, a później siadam na przykład do zrobienia przelewów, czy wykonania zaległych telefonów. Wówczas czas nam nie ucieka.

Częściej popełniamy błędy

Eksperci szacują, że przełączanie się między zadaniami może spowodować 40-procentową utratę wydajności. Może też powodować błędy w tym, nad czym pracujesz, zwłaszcza jeśli jedno lub więcej z twoich działań wymaga dużo krytycznego myślenia.

Francuskie badania przeprowadzone w 2010 r. Wykazały, że ludzki mózg może obsługiwać dwa skomplikowane zadania bez większego problemu, ponieważ posiada dwa płaty, które mogą dzielić odpowiedzialność między nimi równomiernie. Dodane jednak trzecie zadanie może przytłoczyć korę czołową i zwiększyć liczbę popełnianych błędów.

Nie zauważamy tego, co wokół ciebie

Nie jest tak? Że wykonując kilka rzeczy jednocześnie jakoś zwykłe życie ucieka nam przez palce? Co z dzieckiem, które odbierasz ze szkoły – jednocześnie prowadzisz auto, sprawdzasz pocztę i z nim rozmawiasz… Hej, co jest dla ciebie w tym momencie naprawdę ważne?

Na uniwersytecie w Waszyngtonie kilka lat temu wykonano badanie dotyczące multitaskingu. Okazało się, że 75% studentów, którzy chodzili po terenie uniwersytetu rozmawiając przez telefon, nie zauważało klauna który jeździł obok nich na rowerze. Naukowcy nazywają to „niewłaściwą ślepotę”, mówiąc, że nawet jeśli rozmówcy telefonów komórkowych technicznie patrzyli na otoczenie, ich mózg nie rejestrował właściwie tego, co widział.

Na wielozadaniowości cierpi nasza pamięć

Okazuje się, że robienie dwóch rzeczy naraz – przykładowo oglądanie telewizji i czytanie książki sprawia, że uciekają nam szczegóły obu czynności. Według amerykańskich badaczy nawet przerwanie jednego zadania, aby nagle skupić się na innym, może zakłócić naszą krótką pamięć, ponieważ wracając do poprzedniego musimy sobie przypomnieć, co bywa trudne, co przed chwilą robiliśmy, by kontynuować daną czynność.

Cierpią nasze relacje

Tak rzadko zdajemy sobie sprawę, jak negatywny wpływ ma multitasking na nasze relacje z bliskimi. Ile razy było tak, że podczas rozmowy z partnerem robiłyśmy obiad, wieszałyśmy pranie, sprzątałyśmy okruchy ze stołu. A gdyby tak poświęcić tej drugiej osobie 10 minut i przez ten czas skupić się tylko na niej, na wspólnej komunikacji? Pomyślcie, może naprawdę warto spróbować, a nie robić tysiąc innych rzeczy przy okazji?

Tyjemy

Zdziwieni? Pewnie nie, jeśli przez chwilę się nad tym zastanowimy. Przecież nie raz słyszałyśmy, że, kiedy jemy, powinniśmy skupić się na posiłku, nie oglądać telewizji, nie czytać gazety czy książki, nie zaglądać do telefonu. Dlaczego, bo wówczas nasz mózg nie ogarnie tego, co zjedliśmy skupiając się jeszcze na innych naszych czynnościach? Efekt? Po niedługim czasie wysyła nam sygnał, że jesteśmy głodni.

Nikt nie jest dobry w wielozadaniowości

Teraz pomyśl, że bierzesz udział w teście, w którym masz określić swój poziom wielozadaniowości. Oczywiście, uważasz, że jest świetny, więc przystępujesz do testu na przykład – jednoczesnego prowadzenia auta i rozmawiania przez telefon – proste, prawda? Tymczasem badania wykazały, że choć świetnie multitaskujesz, to jesteś słabym kierowcą i w dodatku nie pamiętasz szczegółów rozmowy telefonicznej… Może czasami naprawdę warto skupić się na jednej rzeczy, żeby zrobić ją dobrze, skorzystać na czasie i spokojnie przejść do następnej?

Tak sobie myślę, że to cholernie trudne, to rezygnowanie z wielozadaniowości, skąd się u nas wytworzyła taka potrzeba?


źródło: health.com

 


Twoja seksualna biografia zaczyna się w dzieciństwie. Potrafisz szczerze odpowiedzieć na pytania?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
12 września 2017
Fot. iStock/golubovy
Fot. iStock/golubovy
 

Wszyscy mamy seksualną biografię. Wiesz, co to oznacza? Że już od najmłodszych lat odbieramy z otaczającego nas świata sygnały, dotyczące cielesności, nagości, przyjemności i wstydu. Choć przyjmujemy je nieświadomie, mają ogromny wpływ na nasze dorosłe życie. Czasem powodują, że stajemy się bardziej otwarci. Innym razem mogą doprowadzić do poważnych problemów emocjonalnych. Czy jesteś gotowa, by sięgnąć pamięcią do swoich pierwszych wspomnień, związanych z seksualnością?

Zapewniam, że to nie będzie łatwy moment. Być może przyjdzie ci zmierzyć się z przykrymi wspomnieniami. Jeśli masz odwagę, weź czystą kartkę i odpowiedź na te pięć, bardzo osobistych pytań.

Pierwsza informacja na temat seksu, jaką pamiętasz, to..?

Dobrze się zastanów. Chodzi o obrazy, dźwięki czy słowa. Czy seks przedstawiony był jako coś niewłaściwego, wstydliwego? A może chodziło o pożądanie? Czy wiadomość, która do ciebie dotarła była radosna i pociągająca, a może powodowała nieprzyjemne dreszcze i strach? Niektóre kobiety mówią, że w ich głowach zakodowały się ostrzeżenia, by uważać na chłopców, bo tylko o jedno im chodzi. Czy ciało było źródłem wstydu („Ta spódniczka jest za krótka”), a może zobaczyłaś pełne miłości i pożądania twarze swoich rodziców, gdy trzymali się za ręce? Czułaś się wtedy zakłopotana? A może ktoś ci wytłumaczył, że seks to po prostu prokreacja?

Co zrobiłaś z tymi informacjami?

Zastanów się, jak pierwszy kontakt z seksualność wpłynął na twoje poglądy. Spróbuj dokończyć poniższe zdania.

„Dobre dziewczyny nie …”
„Prawdziwy mężczyzna powinien …”
„Prawdziwa kobieta powinna …”
„Mam orgazm tylko, jeśli …”

W jakim stopniu te przekonania hamują cię lub napędzają?

Zdaniem Emily Nagoski, autorki wielu książek na temat seksualności, każdy z nas ma w sobie zakodowane pewne akceleratory i spowalniacze, które albo pobudzają seksualność, albo ją osłabiają. Mogą to być słowa, obrazy, dźwięki, zapachy, wspomnienia. Potrafisz wymienić swoje?

Czy w twoim domu otwarcie mówiło się o seksie?

Większość osób powie zapewne, że był tematem tabu. Zdaniem Nagoski, w każdym domu rodzinnym wysyłane i odbierane są sygnały na temat seksualności człowieka. Czasem po prostu uważane są za coś nieprzyzwoitego, brudnego, coś, o czym nie można rozmawiać. A może widziałaś lub słyszałaś coś, o czym nie chcesz pamiętać? Skrywane żale, lęki i zmartwienia kumulują się i narastają przez lata.

Czy twoje doświadczenia seksualne wzmocniły czy też zakwestionowały informacje, otrzymane w dzieciństwie?

Przypomnij sobie ostatni stosunek seksualny i wszystkie wcześniejsze. Czy zakodowane przekonania na temat seksualności potwierdziły się? Czy może to, czego doświadczyłaś w dzieciństwie, nie ma przełożenia na twoje życie seksualne? Zastanów się, czy wspomnienia cię ukształtowały czy może przeszkadzały w spełnieniu.

Na koniec pomyśl o jednej wiadomości z dzieciństwa, która w dorosłym życiu najbardziej ci przeszkadza, blokuje i hamuje w poszukiwaniu własnej seksualności. Zidentyfikuj ją i przeanalizuj. A potem, gdy już będziesz dokładnie wiedziała, co do tej pory tłamsiło twoje potrzeby, po prostu zacznij od nowa.


 

Źródło: Mind Body Green


Zobacz także

Fot. iStock / bedya

Jest przynajmniej 6 powodów, żeby się jednak dziś uśmiechnąć

Serce dziecka pęknięte na pół. Gdy rodzice rozstają się i walczą między sobą

Serce dziecka pęknięte na pół. Gdy rodzice rozstają się i walczą między sobą

Fot. istock/vadimguzhva

Kilka sposobów, by ochronić twoją córkę przez złym związkiem w dorosłym życiu. Naucz ją żyć bez żalu