Związek

Kiedy Książę w siną dal odjeżdża…

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
22 kwietnia 2016
Fot. Unsplash/Josh Felise / CCO
 

Książę postanowił się wyprowadzić. Tak się dzieje w bajkach niekiedy, wbrew propagandzie mało która tak naprawdę kończy się na „I żyli długo i szczęśliwie”. Takie czasy. I nie o sam fakt wyprowadzki czasami nawet chodzi, ale o styl, w jakim Książę odjeżdża w siną dal. Jakże w punkt trafione jest stwierdzenie, że prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. Niestety jest pewien problem, natury technicznej, rzekłabym.
No bo tak: sposób na sprawdzenie przed ślubem, czy księżniczka to prawdziwa Księżniczka, literatura fachowa nam podaje, i owszem: ziarnko grochu pod materac na noc i rano liczymy siniaki. Ale jak poznać, czy książę to prawdziwy Książę? No ni ma metody! I jakże często na koniec się okazuje, że ten nasz wymarzony, wyszukany, a czasem wymodlony Książę jest Made In China – mały i podrabiany. To się niestety na końcu wie dopiero na 100%.

I tak w pewną sobotę rano Księżniczkę obudził szum rozkładanych kartonów. To szanowny Książę postanowił się wyprowadzić. Zrobił to w charakterystycznym dla siebie stylu – weź się kobieto i domyśl, że idę. Bo niby wcześniej para książęca odbyła rozmowy tematyczne, jednakże samo wykonanie planu zadziwiło Księżniczkę. Wszak niedawno słyszała, że odpowiedniego pałacu Książę jeszcze nie znalazł, a w piątek wieczorem wszystko było po staremu. Przez noc widocznie go jednak natchnienie naszło, a że trudno było się w konspiracji spakować, to Księżniczka rankiem musiała zostać wtajemniczona.

divorce

Jednakże na tym jej poziom wtajemniczenia się zatrzymał – nie było już jej dane dowiedzieć się, gdzie ten nowy pałac Księcia, na jak długo się wyprowadza (być może na wieki wieków?), czy ma pracę i się utrzyma w tym swoim tajemniczym pałacu, ba! nawet co zabiera, owiane było niejaką tajemnicą.

Dziesięć lat wspólnego pożycia książęcej pary zostało zredukowane do przedmiotów, wkładanych namiętnie do coraz to nowych kartonów wyprodukowanych przez IKEA, bynajmniej zresztą przedmiotów nie pierwszej potrzeby. Nie miało znaczenia, czy ta książeczka została już przez Księżniczkę przeczytana, czy będzie potrzebować tego uchwytu do nawigacji, co to niby dostała od Księcia na urodziny, ani nawet przez kogo i w jakim celu co zostało zakupione. Zbiór przedmiotów bez ładu i składu wędrował w ramiona grubej tektury, a Księżniczka przez wiele kolejnych dni miała się sama przekonywać, czy przedmiot A ma w domu, czy już nie. Księżniczka przedmioty miała w głębokim poważaniu, uznając, że jak kupiła raz, to kupi i drugi, poraziła ją jednakowoż bezceremonialność, z jaką Książę potraktował ich wspólne, wieloletnie pożycie. Była mniej istotna w tej sytuacji niż pudło książek, to było oczywiste.

Rozmawianie o uczuciach i ciężarze sytuacji jest niemęskie i po prostu nie wypada Księciu, który jedną nogą jest poza progiem małżeńskiego pałacu. Lepiej powiedzieć Księżniczce coś okrutnego, niech ma, ku pamięci.

W tej sytuacji Księżniczce nie pozostało zbyt wiele do roboty, więc poszła spać. A jak już wstała, to energię skupiła na pomalowaniu paznokci na czerwono. Z każdym ruchem pędzelka od lakieru coraz wyraźniej wiedziała, co dalej. Była wdzięczna, nieludzko wręcz, za brak tekstów pt.: „Zostańmy przyjaciółmi”. Przyjaciółmi można być z kimś, kogo się podziwia, szanuje, lubi. A Księżniczka coraz mniej to wszystko czuła, z każdym kartonowym pudłem, pakowanym do karety innego, nieznanego księcia, coraz mocniej utwierdzała się w przekonaniu, że zmarnowała całą masę pozytywnych uczuć na niedojrzałą podróbę. Brak informacji na temat tego, co się z Księciem dzieje, odebrała jako żałosną próbę wymierzenia jej kary, za cudze winy. Jej uczucia nie miały tu żadnego znaczenia. Książę postanowił tupnąć nóżką. Koniec związku to moment, kiedy w końcu spada maska królewskich manier.

Nawet jeśli królestwa upadają, to świat kręci się dalej.


Związek

Dieta mandarynkowa

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
27 kwietnia 2016
 

– Nie wolno ci słuchać takich rzeczy! – rzucił się wyłączać radio niczym do gaszenia pożaru. Leciał Piotr Bukartyk i jego „Małgocha”, a ja właśnie podśpiewywałam sobie z zapałem i ze wskazaniem: „Niektórzy chyba rodzą się przegrani, bo nigdzie miejsca nie ma dla nich…” – A już wypowiadanie takich słów to zbrodnia na feng shui, kabale, karmie i neopogańskim mistycyzmie!
– To co mam śpiewać? Co mam mówić? – zapytałam, lekko już rozbawiona.
– Temat przewodni z filmu „Rocky” najlepiej, eye of the tiger, cośtam, cośtam. I powtarzać sobie w kółko: „Jestem silna, nikt mi nie podskoczy, dupę każdemu złoję”. Nie wiesz, że jesteś tym, co mówisz? – przewrócił oczami, siląc się na poważną minę.
– Myślałam, że jestem tym, co jem – siliłam się na żart z całą siłą osoby leżącej na szpitalnym łóżku.
– Jesteś i tym, co mówisz, i tym, co jesz, i jeszcze tym, co śnisz. – wtrąciła się Pani Basia zza swojego biurka.

Pani Basia jest od jakichś dwóch tygodni moją muzą, prywatną boginią i jeszcze Ciocią Dobra Rada. Pilnuje niemal co dzień, żeby mnie nie kłuli za głęboko, wie dokładnie, gdzie mam krwiodajne żyły (bo u mnie to w tym temacie jest mało sympatycznie), a przede wszystkim karmi mnie mandarynkami. Mandarynki są podobno dobre na wszystko. Masz „doła”? Zjedz mandarynkę! Wenflon wypadł po raz dwunasty? Zjedz mandarynkę! Kolejny raz musisz budować życie od nowa? No przecież zjedz mandarynkę!
Najmniej spodobało mi się, że mam być tym, co mi się śni, bo ostatnio to mi się nic nie śni, a ja wolałabym być czymś niż niczym. Impuls, by zaprotestować, zszedł jednak na plan dalszy, przed oczami stanęłam bowiem sobie ja sama, z niezliczoną ilością plastrów, z wenflonami i tubkami, wystającymi z odnóży, wcielającą się w postać Rockiego.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu roześmiałam się naprawdę serdecznie.

I wtedy w zasadzie wszystko puściło:
– cały żal i złość na Troskliwego Misia, co to zarzekał się, że zawsze pomoże i oburzał się, gdy o pomoc nie prosiłam – ale telefonów w kluczowych momentach nie odbierał i nie miał w zwyczaju odpowiadać na smsy. Obietnice „na gębę” jak widać nic nie kosztują, a wyjście ze związku równa się odejście z życia,

– wszelkie obawy, czy dam radę. Wizja Rockiego z wenflonem zrobiła swoje.
– narzekanie, że świat jest okropny. Bo nie jest! Zawsze gdzieś jest Pani Basia, która się przejmuje i karmi mandarynkami.

I zawsze jest ktoś, kto jednak odbierze telefon.
Do ludzi ogólnie mam szczęście. Jedna wpadka reguły nie czyni.


Związek

Nie rodzić, po ludzku

Justyna Feret-Lech
Justyna Feret-Lech
18 kwietnia 2016

W takim Salwadorze na przykład, byłabym skazana na podwójne dożywocie.
Tak sobie myślałam, drepcząc przez centrum przy kilku okazjach, z tym moim wieszakiem, wiankiem czy transparentami garażowej roboty.
Mój udział w protestach i akcjach z cyklu Odzyskać Wybór oraz Dziewuchy Dziewuchom to nie tylko walka o prawo do samostanowienia o sobie i moim ciele. To także walka o godne traktowanie w sytuacji, gdy dzieci nie posiadam. Mnie roznosi bunt – wobec traktowania mnie jako kobiety gorszego sortu. Jestem pełnoprawną kobietą! Należy mi się szacunek i zrozumienie także w sytuacji, gdy nie rodzę! Mam prawo nie tłumaczyć się z decyzji, wydarzeń, spraw prywatnych; mam prawo być traktowana po ludzku także, gdy dziecka nie donoszę.

Poroniłam dwukrotnie. Za każdym razem, obok szoku, przeżyłam serię upokorzeń, których żadna kobieta w tak intymnych sytuacjach przechodzić nie powinna. Totalne niezrozumienie i brak taktu na przykład – bo po co wczuwać się w sytuację kobiety, która urodzić nie mogła? Nie wykluczam, że gdzieś tam w Polsce jest akcja pt. „Nie rodzić po ludzku”, podczas której uczą personel medyczny, jak postępować z osobami, którym utrata dziecka się przytrafiła. Być może –  jednak lekarze i pielęgniarki, opiekujący się mną w tejże specyficznej i delikatnej sytuacji, na takie szkolenia ewidentnie się nie załapali, a z rozmów z osobami zrzeszonymi np. w stowarzyszeniu Rodzice Po Poronieniu chociażby mogę wyciągnąć wnioski, że w niewielu szpitalach i klinikach w ogóle jest to temat oswojony. Ode mnie domagano się na przykład tłumaczeń, dlaczego ojciec dziecka nie jest ze mną – początkowo próbowałam się tłumaczyć nawet (!) z mojej sytuacji rodzinnej i zdziwienia, że mój partner był tak bardzo nieobecny na ten czas w moim życiu, że w zasadzie szokiem jest, że w ogóle był obecny przy zapłodnieniu. Oczywiście szybko uznano mnie za lesbijkę, a nawet wyrażono opinię, że w takim razie dobrze się stało, że ogólnie moja wina, taki odszczepieniec na świat miałby życie powoływać? Inwektyw nasłuchałam się przy kilku okazjach, żeby mi zapewne milej i lżej było. Na przykład pan doktor, grzebiąc mi w macicy metalowymi urządzeniami, stwierdził, że za jego czasów depilacje intymne były domeną dziwek. Poradził mi również od serca, żebym na przyszłość podmywała się piaskiem, bo tak robią Afrykanki i rodzą jak zwierzęta. Jeszcze bardziej sympatyczna za to była pani doktor przy drugiej mojej wizycie w szpitalu na patologii ciąży, wyrażająca święte oburzenie, że ryczę na wieść o utracie kolejnego dziecka – wszak ani ja ładna, ani zgrabna, ani bogata, a i ewidentnie niemądra, skoro ciąże W TYM wieku w ogóle planowałam donosić.

Brzydka, gruba, głupia, homoseksualna dziwka. Tyle przyjemności mnie spotkało podczas dwukrotnego rozłożenia nóg w gabinetach ginekologicznych. Nic tylko zachęta do rozmnażania się.

Ale najgorsze, absolutnie najgorsze było to, że dwukrotnie położyli mnie w pokojach z kobietami, które już urodziły. Poza moim totalnym bólem i depresją na widok zdrowych bobasów był jeszcze element przerażenia, które rodziło się na twarzy młodych matek na mój widok. Jakby śmiercią dziecka można było zarazić.

Pominę może opowieści o tym, jak trudno jest LEGALNIE zapłodnić się w klinikach tym kobietom, które są w związkach małżeńskich – muszą mieć pozwolenia małżonków, choćby byli w trakcie wieloletniego rozwodu, bo wszak prawnie dziecko będzie takiego męskiego, niechętnego delikwenta.

Oszczędzę cytowania słów matek, rzucanych pod moim adresem, że niby z maluchami pracować nie powinnam jako osoba bezdzietna (a prowadzę zawodowo żłobki).

Nie warto wspominać o rozczarowanych babciach i ciociach, które nie mogą mojego bobasa na rękach ponosić, a które oczywiście mają milion teorii na temat tego, dlaczego się nie rodzi.

Parodią są słowa osób duchownych, które doszukiwały się we mnie demonów, zachęcały do pokuty za grzechy (bo ewidentnie Bóg mnie pokarał za moje rozpustne życie), a jedna zakonnica (nota bene w szpitalu na tzw. posłudze) wyraziła zatroskanie, że to na pewno od noszenia rajstop i skąpej bielizny.

Maszeruję więc, wkurzona, że jakoś o takie sprawy obrońcy życia się nie troszczą. Komu jest bliski los kobiety, która nie spełnia wymogu prokreacji? Takie jak ja praw mieć nie powinny. Kobieta spełnia się jedynie w akcie macierzyństwa. Wiadomo przecież.