Związek

„Naprawdę chcesz się kłócić w sobotę?” pyta i ucieka w milczenie. Nawet seksu nie pragnie

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
2 sierpnia 2022
10 rzeczy, które rozumiemy dopiero po rozwodzie, a szkoda…
Fot. iStock/PeopleImages
 

„Dlaczego on nie chce ze mną rozmawiać? Dlaczego dąsa się, naciąga tylko kołdrę na głowę i milczy? Mogę do niego mówić, a on nic. Cisza. Mam tego ku…a dość. Krzyczę. Wtedy on wychodzi z domu i trzaska drzwiami”. Ileż kobiet opowiada podobne historie. Chcesz wiedzieć, dlaczego faceci wybierają bierność. Milczenie? Święty spokój zamiast normalnej rozmowy o uczuciach i potrzebach?

Perspektywa żony:

„Ostatnie nasze rodzinne wakacje to było po prostu koszmar. Rządził nimi nasz syn: dziesięcioletni Łukasz. Kiedy chcieliśmy iść na plażę, syn kładł się do łóżka i krzyczał: „Nieeee!”. Kiedy już udawało nam się go wyciągnąć na spacer, siadł na pierwszej ławce i płakał, że chce wracać, bo jest zmęczony. Kiedy był młodszy, ktoś brał go w takiej sytuacji na barana, teraz już się tak nie da. Najgorsze, że mój mąż nie chce pomóc mi dogadać się z dzieckiem. Ucieka od stawiania granic i na wiele synowi pozwala. Kiedy proszę, by z nim jakoś porozmawiał i zmotywował go do poderwania się z łóżka, on mówi, że nie chce awantur i woli z synem zostać w domku campingowym.  Kiedy wieczorem próbuję wrócić do tematu i powiedzieć partnerowi, że musimy trzymać jeden front, być konsekwentni, nie odpuszczać, bo Łukaszek wyrośnie na tyrana lub narcyza, mąż nasuwa na siebie kołdrę i mówi: Jest sobota, są wakacje! Naprawdę chcesz się kłócić? Naprawdę musimy o tym teraz rozmawiać? Wkłada słuchawki do uszu i odpala coś na Netflixie i tyle jest z nim porozumienia. A seksu nici”.

Perspektywa męża:

„Moja żona nie daje mi odpocząć nawet podczas wakacji. Ciągle chce wałkować różne sprawy dotyczące dzieci, ona jest strasznie lękowa. Przeraża ją każdy drobiazg wychowawczy. Już nie wiem, jak mam jej tłumaczyć, że z naszym synem wszystko jest w porządku. Uważam, że to dobrze, że czasem się przeciwstawia. Tak go wychowałem, że w przyszłości nie da się „pożreć korporacji”. Jak nie będzie miał ochoty pracować po godzinach, to powie wyraźnie „Nie!”. Prawda, że Łukaszek czasem bywa niesforny i nie sposób do niego dotrzeć. Ale co jak mam wtedy robić? Bić go na kwaśne jabłko?! Przecież tak nie wolno! Kiedy syn nie chce wstać z łóżka, często próbowałem brać go pod pachy i stawiać na ziemi, ale to nie pomaga. Kiedy żona znowu chce, bym z nim poszedł porozmawiać, boję się, że dojdzie w końcu między nami do bójki. A tego wolałbym uniknąć. Nie wierzę też, że pomoże nam rozwiązać ten problem psycholog. Nie wierzę, że powie mi cokolwiek, na co sam nie wpadłem”.

Dlaczego oni nie chcą rozmawiać z kobietami?

1. Wstydzą się, że nie dają rady

Mężczyźni szczególnie niechętnie mówią o swoich potrzebach i pragnieniach w relacjach z kobietami, ponieważ zostali wychowani tak, aby być samowystarczalni. Wstydzą się, że potrzebują czegokolwiek od kogokolwiek.

2. Martwią się, że konfrontacja wszystko pogorszy

Wielu panów tak naprawdę nigdy nie rozmawia ze swoimi kobitami o tym, co faktycznie ich drażni, ponieważ spodziewają się silnego wybuchu partnerek. Tak naprawdę nie wierzą, że ich męska perspektywa mogłaby uleczyć relację. Wolą więc ściemniać, bo wydaje im się, że wyjawienie powodów frustracji tylko pogorszy sprawę. Co ciekawe, im bardziej kobiety naciskają na rozmowę, tym faceci bardziej się wycofują i zamykają w sobie. Często dopiero terapeutom podczas sesji indywidualnych mówią, o co im chodzi naprawdę. Ale ze szczerym zdziwieniem reagują na sugestię psychologa, że warto z kobietą na ten temat w ogóle porozmawiać.

3. Boją się, że eskalują ich silne emocje

Faceci są świadomi tego, że drzemią w nich „zakorkowane” pokłady agresji, których w żaden sposób mogą wyładować na żonie i dzieciach. Obawiają się jednak, że w którymś momencie awantury nie uda im się powstrzymać impulsów i dojdzie do sytuacji krytycznej. Dlatego na wszelki wypadek unikają jak ognia rozmów, które mogą być dla nich niekomfortowe.

4. Panikują, że zostaną porzuceni

Żaden facet do tego się nie przyzna. Ten lęk staje się bardziej widoczny dopiero wtedy, kiedy przyjrzymy się długości stosowania przez nich uników tylko po to, by nie mieć konfrontacji. To może trwać całe dekady. Faceci dość uważnie monitorują stan emocjonalny swoich partnerek, wyszukując oznaki potencjalnego konfliktu, a dowody dezaprobaty interpretują jako bezpośrednią krytykę i osobistą porażkę. Dlatego unikać dolewania oliwy do ognia. Martwią się, że niezadowolenie kobiety zwiastuje rychłą decyzję porzucenia.

5. Naprawdę obawiają się gniewu kobiet

Faceci mają swoją mantrę z dzieciństwa, która brzmi mniej więcej tak: „Jeśli mama nie jest szczęśliwa, nikt w domu nie jest szczęśliwy”. Jako dorośli zastępują ją nieco innym tekstem: „Szczęśliwa żona, szczęśliwe życie”. Dlatego tak często mężczyźni przekazują sobie poradę, że warto zgadzać się z babą we wszelkich drobnych domowych sprawach. Nie ma sensu kruszyć kopii o kolor kanapy ani o to, dokąd pójdziecie na lody. W takim męskim przekazie „zaszyta” jest informacja, że mądry partner (czytaj: szukający spokoju) w drobnych sprawach pozwala decydować kobiecie. To nie ujmuje mu żaden sposób, ponieważ w tych WAŻNYCH sprawach, samiec nadal nie daje sobie w kaszę dmuchać.

6. Z czasem są już zawstydzeni kłótniami

Zwłaszcza takimi, które nigdy nie doprowadzi ją do pozytywnych zmian. Wtedy po prostu… przestają próbować i niejako udają się na wewnętrzną emigrację. Mówisz do niego – nie słucha. Prosisz o coś – nie dostajesz. Tacy faceci żyją obok swoich kobiet. Boją się odejść, ale stają się głusi na to, co mówią do nich partnerki. Skupiają się na swojej marnej egzystencji. Nie chcą miłości, seksu, czułości. Chcą tylko świętego spokoju.

 


Związek

Przestań! Nie trać energii na sprawy, na które nie masz wpływu. Nie marnuj szansy, bądź szczęśliwa!

Redakcja
Redakcja
3 sierpnia 2022
fot. Sarah Cervantes/Unsplash
 

Tak rzadko dbamy o siebie. I nie chodzi o dawanie sobie prezentów, o byciu dla siebie dobrym przez chwilę. Nie dbamy o siebie na co dzień, w życiu. Trzymamy się rzeczy, które ciągną nas w dół, które nas nie rozwijają. A to przecież ja – jako człowiek tu i teraz jestem ważny. Nie, to nie egoizm, to nie zamknięcie się na innych. To realne spojrzenie na rzeczywistość i dostrzeżenie siebie w całości. Moich potrzeb. I faktu, że życie jest największym darem. Dlatego dbajmy o siebie i o swoje życie. Bądźmy dla siebie dobre.

Przestań myśleć o sobie złe rzeczy

I nie chodzi o myślenie: jaka jestem beznadziejna, a o konkretne rzeczy, które sobie wyrzucasz. Że nie masz talentu do gotowania. Że trudno ci utrzymać porządek. Że się spóźniasz. Że jesteś zbyt mało zorganizowana. Że zbyt kontrolująca. Naiwna. I przez cały czas próbujesz to w sobie zmienić. Walczysz ze sobą, z cechami, które ciebie określają, czynią taką, jaką jesteś. Dlaczego sobie to robisz? Dlaczego nie pozwalasz sobie na skupienie się na tym, co w tobie dobre. Na pochwalenie siebie. Docenienie tego, kim jesteś.

Rada: Zaakceptuj swoje wady. Jeśli próbujesz w sobie coś zmienić, a ci się nie udaje – odpuść. I jeśli nikogo nie krzywdzisz tym, kim jesteś, pomyśl, że to część ciebie. Może zbyt chaotyczna, a może zbyt perfekcyjna. Ale jednak twoja. Zaakceptowanie siebie, to ogromna sztuka, która daje spokój i siłę.

Przestań skupiać się na problemach

Nie skupiaj uwagi na problemie. Nie myśl o tym, jak beznadziejną pracę masz. Jak nie możesz schudnąć. Jak w złym związku tkwisz. Jak jesteś nieszczęśliwa. Problemy są po to, by je rozwiązywać, a nie w nich tkwić. Ktoś kiedyś powiedział, że skupiamy się na problemie, bo rozwiązań nie widać. Ale to nie znaczy, że ich nie ma. Trzeba tylko podjąć odrobinę wysiłku, by je dostrzec. Często rozwiązania są w nas samych, kiedy pozwolimy sobie na wyjście z problemów. Kiedy zrobimy jeden, ale bardzo stanowczy i pewny krok, by znaleźć rozwiązanie – zobaczymy je.

Rada: Nie użalaj się nad sobą, nad tym gdzie jesteś, co cię przytłacza. Nie mów: „Mam problem”, tylko: „Szukam rozwiązania” i szukaj go, na różne sposoby, jakie tylko przyjdą ci do głowy. Ale szukaj naprawdę, a nie powtarzaj, że tylko spróbujesz.

Przestań tracić energię na rzeczy, na które nie masz wpływu

Na kolejkę w sklepie i na to, że kolejna kasa nie jest otwarta. Na korki w mieście. Na spóźniony pociąg. Na to, że zabrakło twojego ulubionego pieczywa. Że jest ślisko. Że mróz. I że zima. Po co tracić czas na zajmowanie się tym, na co kompletnie nie mamy wpływu. Szkoda energii. Bo to, że się wściekamy, przeklinamy pod nosem i przez pół dnia chodzimy rozdrażnieni sytuacją, która nie jest od nas zależna – nic nie zmieni. Zupełnie nic. Oprócz tego, że wyssie z nas energię, wprawi w podły nastrój.

Rada: Gdy zaczynasz denerwować się czymś, na co nie masz wpływu, odwróć swoją uwagę, skup myśli na czymś przyjemnym. W samochodzie włącz ulubioną płytę, w sklepie zadzwoń do dawno niesłyszanej przyjaciółki. A zimą wyciągnij sanki, idź na spacer w mroźny wieczór.

Przestań narzekać na to, czego nie masz

Na to, że nie masz większego domu, lepszego samochodu. Że nie pojedziesz na wczasy do Dubaju. Dlaczego narzekasz? Dlaczego koniecznie szukasz powodów, by umniejszać to, co już masz, co osiągnęłaś. Narzekanie nic nie zmieni. Nie prowadzi do żadnych konstruktywnych rozwiązań. Wręcz przeciwnie sprawia, że tkwisz w zniechęceniu, w rozżaleniu, skupiasz się na tym, czego nie masz, zamiast dążyć do tego, by to osiągnąć.

Rada: Doceń to co masz, rozejrzyj się wokół, to wszystko co osiągnęłaś masz dzięki swojej pracy, swojemu wysiłkowi. Doceń to. To wcale nie jest mało. Pomyśl, ile starań, siły musiała włożyć, by to osiągnąć.

Przestań stawiać sobie wysokie cele

Dlaczego poprzeczka wymagań wobec ciebie samej wisi tak wysoko? Frustruje cię, że nie możesz osiągnąć wyznaczonego celu? Że nie możesz schudnąć od razu 10 kilogramów, że nie ćwiczysz pięć razy w tygodniu, że nie przeczytałaś trzech książek w miesiącu. Że za mało spędzasz czasu z dziećmi. Zbyt mało z siebie dajesz? Halo – nie tędy droga. Dlaczego jesteś dla siebie tam wymagająca? A gdyby tak odpuścić trochę, rozłożyć cel w czasie, dochodzić do niego małymi krokami? Jego osiągnięcie będzie równie wartościowe, a przede wszystkim możliwe dla ciebie.

Rada: Skup się na małych celach. Dąż do zmian, ale bardzo małymi krokami. Doceniaj każde osiągnięcie, choćby to najmniejsze. I nagradzaj się za nie. Pamiętaj każdy twój wysiłek jest warty uznania dla siebie w twoich oczach.

Przestań rozpamiętywać przeszłość

Nie myśl o tym, co było. Bo to już minęło. Niech zostaną wspomnienia, jeśli warte są zapamiętania. Ale przestań oglądać się za siebie. Rozpamiętywać, analizować, co się wydarzyło. Myśleć, co mogłaś zrobić, co pomyśleć, powiedzieć, jak się zachować. Tam już nic nie zmienisz. Możesz tylko wyciągnąć wniosku z tego, co się wydarzyło. Uczyć się na własnych błędach, dążyć do tego, by nie powtarzać tego, co było.

Rada: Patrz przed siebie. Skupiaj się na tym, co spotka cię za chwilę. Tylko tak twoje życie nabierze radości i wartości. Ciesz się na to, co nowe, a nie skupiaj się na tym, co stare. Po co? Żeby podręczyć samą siebie? Bo chyba tylko do tego do służy.

Przestań myśleć, że już nic dobrego cię nie czeka

Bo to kompletna bzdura. Wszystko co na ciebie czeka zależy tylko od ciebie. Od twojej otwartości, chęci do zmian, odwagi w patrzeniu w przyszłość. Nie zakleszczaj się. Szukaj bodźców, które pomogą ci się rozwijać. Wyjdź z kokonu, w którym jesteś. Jeśli myślisz, że już nic przed tobą, rozejrzyj się wokół szeroko otwartymi oczami. Próbuj nowych rzeczy, choćby najbardziej zdawałoby się banalnych. Idź na spacer, do kina. Pomaluj paznokcie na inny kolor niż dotychczas, zmień fryzurę. To już jest zmiana, która za chwilę może ci przynieść coś dobrego.

Rada: Posłuchaj siebie. Pomyśl: „Czego ja chcę. Gdzie chcę być za pół roku, za rok?”. Wypisz swoje potrzeby, a później pomyśl, jak je zaspokoić. Oswój strach przed zmianami. Pamiętaj: jeśli się czegoś boisz, to znaczy, że ci zależy, a to już bardzo ważny sygnał. Tylko od ciebie zależy, co z nim zrobisz.

 


Związek

„Nie jestem już smarkulą, co się niby puszcza na lewo i prawo. Stałam się kobietą i matką. Siłę mam… dzięki teściowej

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
1 sierpnia 2022
barbie
fot. Sandra Gabriel/Unsplash

„Od teściowej dostałam największe wsparcie w swoim życiu. To jej zawdzięczam całe swoje poczucie wartości”, powiedziała mi Marta. Ale jak to możliwe? Zazwyczaj słyszę, że kobiety nie przepadają za swoimi teściowymi, walczą z nimi o dominację, a czasem także o synka. „Moja też bywa upierdliwa, ale dała mi wszystko, czego nie dostałam od matki”, skwitowała.

Marta jest szczupłą blondynką z długi włosami do pasa, czarującym spojrzeniem i z lekko skośnymi zielonymi oczami. Ma przyklejone czarne grube rzęsy 3D. Jest opalona jak czekoladka. Z biustem idealnym, silikonowym w rozmiarze miseczki C. Mówi o sobie z dystansem i śmiechem, że była najpiękniejszą Barbie w całym Goleniowie. Już jako nastolatka ubierała się modnie.

„Koleżanki zazdrościły mi dekatyzowanych spodni, które mama przywoziła z Turcji na handel. Byłam śliczna, ale kompletnie tego nie czułam, dlatego musiałam wszystkim nadrabiać. Jako czternastolatka miałam długie wypielęgnowane paznokcie, jako szesnastolatka tleniłam włosy na blond i nosiłam bardzo krótkie spódnice”, mówi. Marta lubiła na siebie zwracać uwagę. Chłopcy się za nią oglądali, ale ona miała ich w nosie.

Puszczalska Barbie

Jednak z tego powodu szybko dorobiła się opinii puszczalskiej. Takie to były czasy, takie miasto.

„A przede wszystkim taki był mój dom. Dom, w którym babcia wyzwała mnie od dziwek, bo poszłam na dyskotekę w kabaretkach. Dom, w którym matka szarpała mnie za włosy, kiedy odkryła, że palę papierosy. Kazał mi potem klęczeć przed krzyżem i przyrzec, że już nigdy tego nie zrobię. Klęczałam z rękoma do góry. Modliłam się i byłam tak zawzięta, że ich nie opuszczałam ani na chwilę”, wspomina.

Marta tak naprawdę była dzieckiem grzecznym, bo nigdy już papierosa nie zapaliła. Świetnie się też uczyła, ale nikt nigdy jej za to nie chwalił. „U mojej mamy wszystko musiało być pod linijkę. Co drugi dzień wycierałam kurz z mebli, a mój brat odkurzał. Do mnie należało też mycie sedesu oraz podłogi. Sobota to już było wielkie sprzątanie: mycie okien, szorowanie całej łazienki i schodów na korytarzu. Gdy coś robiłam za późno, nie na czas, albo niedokładnie, mama mnie biła. Pamiętam taką awanturę, kiedy tak mocno wytargała mnie za warkocze, że potem siedziałam i wyciągałam całe pasma włosów z głowy w swoim pokoju. Nie, nigdy nie płakałam. Byłam okropnie zawzięta. Cierpiałam i znosiłam razy po cichu”, mówi.

Zimny chów

Zimny chów — tak właśnie określa swój dom. Marta rosła w nim bez miłości. Nie czuła się kochana, akceptowana. Nie była przytulna i chwalona. Dlatego nie wiedziała, że jest inteligentna, śliczna i warta miłości.

„Matka potrafiła zabierać mnie ze sobą na przemyt na granicę. Miałam trzynaście lat i jechałam z nią fiatem 126p, siedząc na kartonach wódki. Zatrzymywali nas celnicy. Bałam się, ale matka patrzyła im prosto w oczy. Podnosiła na tylnym siedzeniu koc, pokazywała mnie słodką dziewczynkę o wielkich naiwnych oczkach i wstawiała taką bajerę, że zawsze puszczali nas bez rewizji. A ja wtedy umierałam ze strachu, bo nie dość, że pod siedzeniem miałam wódkę, to jeszcze wiedziałam, że mama wkłada ją w drzwi pomiędzy karoserię a tapicerkę”, opowiada.

Córeczka teściowej

Marzyła, by jak najszybciej uciec tego miasteczka. Jak najdalej od kobiet, które wyzywają ją od dziwek, choć nigdy się nie puszczała. Pewnie dlatego właśnie tak szybko zaszła w ciążę facetem starszym o sześć lat. „Nie wiem, czy bym z nim była, gdyby nie to dziecko i nie… przyszła teściów”, mówi. Kiedy Leszek zawiózł ją do swojego domu, stanęła na progu, wgapiając się w czubki swoich butów. Była przestraszona, niepewna siebie, zalała ją fala nieśmiałości. Ale mama Leszka natychmiast przygarnęła ją do siebie swoim silnym, pulchnym ramieniem. „Powiedziała, że jestem najpiękniejszą istotą, jaką w życiu widziała. Gdy dowiedziała się o ciąży, miała łzy w oczach i natychmiast do mnie powiedziała: Córeczko! Tego słowa nigdy nie słyszałam od swojej matki. Ona mówiła do mnie zwyczajnie: Marta albo Martucha. Zdrobnień w naszym domu nigdy nie było”, wspomina. Kiedy więc poznała rodzinę Leszka i zobaczyła, jak bardzo (mimo różnych niesnasek) wszyscy tam kochają się i jak czułą kobietą jest ich mama, nie miała wątpliwości. Jej serce zabiło mocniej, mówiło, że chce do nich przynależeć, że potrzebuje karmić się taką miłością.

 

Od niej bukiet róż

Kiedy Marcie urodził się syn Stanisław, od teściowej natychmiast dostała wsparcie. Natomiast jej mama nie przyjechała zobaczyć wnuka przez długie miesiące. Teściowa, choć mieszkała wiele kilometrów dalej i pracowała na etacie, wpadała co dwa dni, by przywieźć obiad, przewijać wnuka, wesprzeć Martę przychylnym słowem i wytłumaczyć, jak karmić piersią. „Zawsze była ze mnie dumna. Kiedy zaczęłam pracować w sklepie, podziwiała mnie za pracowitość i za to, że chcę się  jeszcze uczyć. Doceniała zwykłe rzeczy: to, że świetnie zajmuję się domem, prasuję Leszkowi koszule do pracy, pamiętam o jej urodzinach, odprowadzam syna do przedszkola i jeszcze pracuję na pół etatu. Dla mojej mamy to wszystko była norma. Natomiast teściowa widziała, że wstaję w nocy do niemowlaka i do pracy chodzę niewyspana”, mówi. Od niej po raz pierwszy w życiu usłyszała słowa: „Marta, odpocznij”. Ona rozumiała, że czasem synowa może być zmęczona. Mówiła: „Usiądź, zdrzemnij się”. „A ja nawet nie wiedziałam, że to mi się należy. Wydawało mi się, że muszę zasuwać non stop na najwyższych obrotach. Kiedy uczyłam się do egzaminów, to teściowa zabierała wnuka do siebie. A kiedy przyjechałam do niej do domu z licencjatem w ręku, czekała na mnie na progu domu z wielkim bukietem czerwonych róż”, dodaje.

Nie jestem już dziwką, jestem już sobą

Dziś Marta czasem zastanawia się, co by z nią było, gdy nie spotkała na swojej drodze tej mądrej kobiety. „Pamiętam, że kiedy ona załatwiła mi pierwszą poważną pracę w biurze rachunkowym, poszłam na rozmowę kwalifikacyjną zlękniona. Chyba nie zaprezentowałam się dobrze, bo byłam jeszcze wtedy taką dziewczyną, która dosłownie przepraszała wszystkich za to, że żyje. Teściowa, która rozmawiała potem ze swoją znajomą z HR-ów, która mnie rekrutowała i musiała od niej usłyszeć, że się po prostu nie nadaję, nigdy nie dała mi odczuć, że się na mnie zawiodła”, mówi.

Ciekawa sprawa, bo dwa lata później jechały z teściową samochodem do kościoła właśnie z tą kobietą z HR-ów. Marta była już wtedy znacznie pewniejsza siebie i nie wstydziła się wyrażać swojej opinii. Po tej podróży znajoma powiedziała teściowej: „Ależ to jest wspaniała kobieta, masz świetną synową”. Naprawdę nie poznała Marty, tak bardzo zmieniła się i dojrzała „Pękałam z dumy. Czułam jak dzięki rodzinie mojego męża rozkwitłam i że jednak jestem coś warta”, mówi Marta i dodaje: „Nie byłam już tą dziwką, smarkulą, co się puszcza na lewo i prawo. Nie byłam tą niedobrą ladacznicą, która pali papierosy, nosi mini spódniczki i białe kozaki, bo próbuje na siebie zwracać uwagę tylko po to, by ją ktoś pokochał, albo chociaż przytulił. Nie byłam już tą małolatą, która pozwala się lać matce, za to, że niedokładnie umyła podłogę na klatce schodowej.

Stałam się kobietą, matką, żoną. Silną osobą, która wie, czego chce, która może wymagać od męża, która w pracy nie da sobie w kaszę dmuchać, która z każdym potrafi się dogadać i działać pod presją różnych trudnych sytuacji.

Czy zostało coś we mnie z tej zalęknionej i zwracającej na siebie uwagę nastolatki z Goleniowa? Chciałabym powiedzieć, że nie. Ale to byłaby nieprawda. Nadal noszę tlenione włosy, przyklejam rzęsy, robię sobie permanentny makijaż ust. Mam absolutnego świra na punkcie swojego wyglądu! Mówię koleżankom, że nie chcę straszyć ludzi, ale tak naprawdę moja niepewność siebie lokalizuje się gdzieś głęboko pod powierzchnią zadbanej, wysportowanej i nienagannie ubranej Barbie. Dziś śmieję się z tego, ale mam też świadomość, że jednak dziecięcego spieprzonego poczucia wartości nie da się kompletnie pozbyć. Ono drzemie gdzieś głęboko pod skórą. Szczególnie jak moja mama jest niezadowolona i obraża się za to, że wolę spędzić wakacje u teściowej. Bardzo wtedy jej humory przeżywam. Muszę więc zadzwonić do przyjaciółki, porozmawiać z bratem i mężem. Muszę to przegadać i usłyszeć od nich, że jestem już dorosła i mam prawo spędzać urlop, tak jak chcę”.

 

 


Zobacz także

Kiedy miłość przeradza się w obsesję, pojawia się szaleństwo i niebezpieczeństwo

"Nigdy ci nie wybaczę...". Trzy fazy gniewu po rozstaniu, przez które musisz przejść

„Nigdy ci nie wybaczę…”. Trzy fazy gniewu po rozstaniu, przez które musisz przejść

„Przy tobie byłam tylko kolejnym kawałkiem stłuczonej filiżanki. Odeszłam, dla siebie. Po to, żeby znów poczuć, że jestem”