Fitness Zdrowie

Na co komu aktywność fizyczna i czy w ogóle jest potrzebna? 10 powodów, żeby ruszyć tyłek z kanapy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 listopada 2015
Na co komu aktywność fizyczna i czy w ogóle jest potrzebna? - Oh!me
Fot. istock / Leonardo Patrizi – Na co komu aktywność fizyczna i czy w ogóle jest potrzebna?
 

Ostatnio usłyszałam: Jak ruch nie sprawia ci przyjemności, nie zmuszaj się do niego. Pomyślałam – super. Idealne usprawiedliwienie. Nie lubię – nie robię. Przecież nie wszyscy muszą być usportowieni, biegać od fitness na basen. Ja będę siedzieć i za Chiny Ludowe nikt nie wyciągnie mnie z domu na bieganie, cross fit, czy zumbę. I właściwie na tym można by zakończyć rozważania na temat braku ruchu. Nie chcesz – nie ruszaj się, ale pamiętaj o kilku kwestiach. A jednak aktywność fizyczna (nie chodzi tylko o karnet na wuef dla dorosłych 😉 ) jest nam szalenie potrzebna!

Na co komu aktywność fizyczna i czy w ogóle jest potrzebna?

Jest co najmniej dziesięć powodów, by jednak „coś” zrobić!

1. Dłuższe życie

Osób prowadzących nieaktywnych tryb życia umiera o 50% więcej niż otyłych. Bez względu na to czy mają nadwagę, czy są szczupłe.

2. Umieralność

Powszechne uprawianie sportu przez Europejczyków zmniejszyłoby wskaźnik umieralności o 7,5 %, czyli o 676 tysięcy zgonów.

3. Zdrowie

Nawet 20 minut spaceru to już aktywność, która w znacznym stopniu może wpłynąć na poprawę zdrowia i wydłużyć nasze życie.

4. Ochrona przed depresją

Aktywność fizyczna chroni przed depresją. Ale nie tylko dlatego, że pozwala uwolnić endorfiny – to w końcu może zrobić nawet zjedzenie tabliczki ulubionej czekolady. Więc po co od razu się ruszać. Okazuje się jednak, że wyćwiczony mięsień szkieletowy wytwarza białko, które pozwala oczyszczać organizm ze szkodliwych substancji. Według WHO na całym świecie na depresją dotkniętych jest 350 milionów ludzi.

5. Mniejsze ryzyko chorób serca

Nawet pięć minut biegania dziennie może wydłużyć życie. Przeprowadzono badania na 55 tysiącach ludzi. Przez 15 lat obserwowano ich styl życia i zdrowie. Naukowcy dowiedli, że o 45% zmniejsza się ryzyko śmierci z powodu choroby serca lub układu krwionośnego, u osób, które uprawiały jogging. Nie ma zupełnie znaczenia czy biegamy bardzo wolno, czy w zawrotnym tempie.

6. Aktywność fizyczna, to zdrowe serce

Wystarczy biegać jeden do dwóch razy w tygodniu łącznie przez maksymalnie godzinę, by zmniejszyć znacznie ryzyko zachorowania na choroby serca. O trzy lata możemy wydłużyć nasze życie.

7. Dłuższa młodość

Aktywność fizyczna opóźnia proces starzenia się. Ruch, odpowiednia dieta, ćwiczenia relaksacyjne – jak joga czy medytacja sprawiają, że wydłużają się telomery – osłonki na końcach chromosomów, które odpowiadają za podział komórek. Jeśli zadbamy o siebie poprzez aktywność fizyczną będziemy się wolniej starzeć.

8. Remedium na „siedzenie”

Jeśli spędzasz większość dnia w pozycji siedzącej to o 24% wzrasta ryzyko śmierci powodowanej chorobami sercowo – naczyniowymi.

9. Aktywność fizyczna chroni przed rakiem

Prowadzenie siedzącego trybu życia wpływa na zwiększenie ryzyka zachorowań na nowotwory (piersi, okrężnicy, jelita grubego, jajników) i cukrzycę.

10. Lepszy sen – lepsze życie

Aktywność fizyczna poprawia jakość snu, który jest jednym z najważniejszych czynników wpływających na nasz stan zdrowia i samopoczucie.

Nie możesz ruszyć tyłka z kanapy? Naukowcy odkryli, że brak ruchu zmniejsza ilość enzymu zachęcającego nas do aktywności. To nie jest usprawiedliwienie, wręcz przeciwnie – pokazuje, że brak ruchu osłabia naszą wolę. Im dłużej się nie ruszamy, tym trudniej się na jakąkolwiek aktywność zdecydować.

Aktywność fizyczna, czyli co?

I wiecie co jest najlepsze? Nie chodzi o jakieś wielkie uprawianie sportu. Regularne wizyty na siłowni czy basenie. Wystarczy, jeśli zaczniesz chodzić na pieszo do sklepu, wysiądziesz przystanek szybciej i przejdziesz się do pracy czy domu. Wyciągniesz rower w weekend i pomimo chłodu zrobisz sobie krótką wycieczkę. Z aktywnością fizyczną jest tak, że apetyt na nią rośnie w miarę jedzenia. Nie musisz się upocić, zapisywać na zajęcia, które w ogóle ci przyjemności nie sprawiają. Dla ciebie, twojego zdrowia i długości życia znaczenie ma każda podjęta przez ciebie aktywność. Możesz zacząć od tego, co najłatwiej wprowadzić w życie. Pięć minut skakania na skakance w domu? Spacer z dziećmi – pół godziny po pracy, albo przed snem? Nie lubisz ruchu? Rozumiem, nie rozumiem tylko, jeśli odmawiasz swojemu ciału prawa do zdrowia. Pomyśl o tym. Zawsze można coś zmienić od dzisiaj.


źródło: Focus

Fitness Zdrowie

„Bardzo szkoda mi lekarzy z powołaniem i pasją, ale jeszcze bardziej szkoda mi pacjentów, którzy na nich nie trafią”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
30 listopada 2015
Fot. iStock / LdF
 

Obiecałam sobie już dawno, że nic złego nie powiem o lekarzach. Nie zazdroszczę im sytuacji z Narodowym Funduszem Zdrowia. Nie zazdroszczę też fajnych samochodów, pięknych domów i wakacji za granicą. Gdybym zazdrościła, to znaczyłoby, że wybrałam zły zawód i też powinnam ukończyć Akademię Medyczną.

Mam dobrego znajomego, który kończył studia medyczne. Mega zdolny, z pasją. Mam też znajomą, która kiedyś pomiędzy zdjęciami swoich dzieci przerzucała zdjęcia z operacji zakrywając ekran i przepraszając. Widać było po niej, że jest we właściwym zawodowo miejscu.

Był też taki lekarz, który wiele lat temu nie poszedł na skróty. Zlecił wiele badań i konsultację z doświadczoną panią doktor, która podziwiała jego zaangażowanie. Kila lat później ten sam lekarz wybrał jednak drogę na skróty, w zupełnie innym przypadku…

Rozmawiałam ze znajomym ginekologiem. – Nie współpracuję z NFZ, bo to mija się kompletnie z celem. Taka sytuacja: mam pacjentkę w ciąży. Zlecam jej badania, okazuje się, że ma problem z tarczycą, musi trafić do endokrynologa, bo tylko on może wypisać jej receptę. Nie mogę tego zrobić ja, bo NFZ nie zwróci mi kasy. Ona w 12. tygodniu ciąży, wizyta u endokrynologa za pół roku. Paranoja? Przychodzi do mnie pacjentka z infekcją układu moczowego, leczymy. Po półtora roku przychodzi ponownie z tą samą infekcją, która przecież kobietom przytrafia się dość często. Leczę ją, po czym otrzymuję z NFZ informację, że nie dostanę pieniędzy za tę pacjentkę, bo to jest kontynuacja leczenia sprzed półtora roku. Przecież ręce opadają. Mógłbym przykładów mnożyć. Teraz przyjmuję tylko prywatnie.

Sama bardzo rzadko korzystam z naszej służby zdrowia. Dwie ciąże, porody. Rozcięte głowy dzieci i jedno wycięcie migdałów. Zawsze z pełnym zrozumieniem dla lekarzy i w ogóle służby szpitalnej. W końcu wśród swoich koleżanek mam pielęgniarki, położone. Wiem, że nie jest im lekko. Jednak żadna z nich utyskując na wiele trudności związanych z wykonywaniem tego zawodu, nigdy nie powiedziała, że chciałaby się przekwalifikować. Wręcz przeciwnie, bardzo lubią to, co robią.

Taka sytuacja. Mecz siatkówki, nagle pod koniec kontuzja. Coś z łydką – naciągnięty, naderwany mięsień. Decyzja: jedziemy na pogotowie. Wózek dostaliśmy. To już było coś, bo targać wielkiego faceta na ramieniu lekko nie jest. Korytarz. Krzesła. Przypomniało mi się, jak śmiałam się z określenia „straszny szpital”, przecież szpital już w samej nazwie jest straszny. Wyszliśmy ze wstępną diagnozą od anestezjologa – akurat lekarz z taką specjalnością przyjmował i skierowaniem do ortopedy. Weekend z nogą jak bania, kulami i zimnymi okładami. A dzisiaj zderzenie z polską służbą zdrowia. Brak dostępu do ortopedy. Najbliższe wolne terminy, nawet prywatnie, za trzy tygodnie. Wrzucone z wściekłością kule do samochodu mówiły wszystko. Sfrustrowany lekarz mruczący coś pod nosem i z łaską wskazujący termin wizyty za tydzień.

I wylało mi się dziś. Lekarz na pogotowiu, gdzie trafiają ludzie z nagłymi przypadkami – złamaniami, zawałem serca, rozcięciami, poparzeniami – anestezjolog. Z całym szacunkiem dla niego, tylko co on robi, kiedy przywiozą mu kogoś ze złamaną nogą. Znajomemu nie włożył nawet w gips, bo stwierdził, ze złamania nie ma. Co, gdy trafiam z dzieckiem z rozciętą głową – do kości? Czekam aż ściągną mi chirurga, a w tym czasie dziecko słabnie od utraty krwi i cierpi. W poczekalni siada mężczyzna – po dwóch zawałach, a obok niego przechodzą lekarze ze słowami „Proszę czekać”. Gość wymiotuje, ciężko oddycha. A że pije? Co z tego w tym momencie? Może ma zawał. Obok siedzi jego córka, a oni traktują go jak intruza, który zakłócił wieczorny dyżur. Bo jak cuchnie alkoholem, to może czekać?

Czy naprawdę tak trudno być dla siebie zwyczajnie milszym. Czy lekarze są wyzuci z empatii, z uśmiechu. Czy nie potrafią powiedzieć: „Proszę czekać” w taki sposób, że aż czekać się chce, że zrozumiem, że nie ma innego wyjścia, że oni uwikłani w odgórne przepisy nic więcej na tę chwilę nie mogą? Czy dzisiaj lekarz zamiast rzucać pretensjami nie mógł powiedzieć: „Niech pan pokaże, zerknę, a w przyszły poniedziałek wypiszę co trzeba”? Nikogo w poczekalni nie było…

I nie, nie mam pretensji do lekarzy, że nie mogą. Mam pretensję, że nie chcą. Że nie okazują zrozumienia traktując nie rzadko pacjenta jako zło konieczne. Na zasadzie: swoje trzeba odbębnić. Byle szybko. Chirurg w przychodni: ośmiu pacjentów w pół godziny.

I tak bardzo szkoda mi lekarzy z powołaniem i pasją. Szkoda pacjentów, którzy na nich nie trafią. Jest we mnie dużo goryczy, bo ktoś w kogo ręce oddaję to co dla mnie najcenniejsze, nie widzi mnie. Widzi kolejny punkt w NFZ, malejący limit. A może gdyby lekarze zbuntowali się przeciwko tej bezdusznej biurokracji (tak jak znajomy ginekolog), gdzie pacjent jest na ostatnim miejscu, gdzie lekarze traktowani są jak wyrobnicy, to coś by się zmieniło? Nie wiem, gdybam sobie gdzieś w kosmos licząc na to, że w przyszły poniedziałek pan ortopeda nie wyleje znowu swojego jadu, tylko zachowa się profesjonalnie. Ja będę miła. On niech będzie chociaż profesjonalny.


Fitness Zdrowie

Woda z kranu kontra butelki – ostateczne starcie. Czyli, to warto wiedzieć

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
30 listopada 2015
Fot. iStock / Helmut Seisenberger

Woda prosto z kranu robi się coraz bardziej popularna i modna. I dobrze. Po przez całe lata narosło wokół niej tyle mitów, przekonań i przyzwyczajeń, że miejskie wodociągi zmuszone są promować wodę w specjalnych filmikach. To dość zabawne, że poniekąd sami płacimy za udowodnienie sobie, że kupujemy (bo wodę w kranie sami sobie  „kupujemy”) dobry produkt.

Co ciekawe na co dzień, również sami często zaprzeczamy swoim „przekonaniom”. A jak jest naprawdę?

Woda z kranu nadaję się do picia

TAK. Osobiście bardzo nie lubię tego stwierdzenia. „Nadaje” – nie brzmi zbyt zachęcająco, bo przecież gdybyśmy umierali z pragnienia ostatecznie nadawałaby się taka z kałuży… Woda z kranu jest BARDZO DOBREJ JAKOŚCI I JEST ŚWIETNA DO PICIA. Ale fakty są takie:

– woda z kranu jest całkowicie bezpieczna, jest wolna od toksyn, niebezpiecznych bakterii, zanieczyszczeń
– woda z kranu jest przez cały czas poddawana specjalistycznym kontrolom
– „kamień” z tej wody – czyli tak naprawdę osady mineralne – nie odpowiada za mityczną kamicę nerkową
– woda butelkowana wcale nie jest lepsza od „kranówy” – wbrew pozorom często nie podlega tak częstym i restrykcyjnym testom, jak woda miejska”.
– dyrektywy UE dokładnie regulują kwestie jakości i bezpieczeństwa. Zresztą czas, gdy woda lejąca się z kranu przypominała kolorem „żurek” już dawno minęły. 

Gdyby była czysta, to by smakowała, jak z górskiego źródełka

BIP – NIEPRAWDA. Czasem można odnieść wrażenie, że woda z kranu ma charakterystyczny zapach i smak. To z powodu chloru. Ale to właśnie on dba o bezpieczeństwo wody. Stężenie chloru jest bezpiecznego dla naszego organizmu – nie myślcie o nim w kategoriach chemii. Chlor jest jednym z wielu pierwiastków, potrzebnym naszym ciałom. A konkretnie, to własnie chlor (w towarzystwie sodu i potasu) odpowiada za regulację gospodarki wodnej i utrzymania równowagi kwasowo-zasadowej. Chlor dostarczany w wodzie – nie szkodzi naszemu zdrowiu.

Twarda woda szkodzi zdrowiu

NIE. To absolutny mit. Boimy się kamienia w kubku z herbatą, a po chwili biegniemy do sklepu po mineralizowaną wodę w butelce. Nie gotujcie wód mineralnych czy mineralizowanych – szkoda czajnika. Twarda woda najbardziej szkodzi naszym sprzętom. Tzw. kamień, który nęka nasze kuchenne akcesoria i pralki, to nic innego jak osad mineralny. Nie szkodzi nam. Podczas gotowania osad wytrąca się. To jedyny dodatkowy efekt wody przegotowanej. Żeby napić się wody prosto z kranu, wcale nie trzeba jej przegotowywać (nie zawiera żadnych szkodliwych drobnoustrojów) – to tylko nasze przyzwyczajenie, tak na wszelki wypadek. Komfort można poprawić sobie w banalny sposób. Wystarczy filtr wody do domowego użytku. I wcale nie mam tu na myśli wymyślnych i kosztownych instalacji. Wystarczy dzbanek filtrujący, mały, niedrogi – dostępny dla każdego. dzięki niemy zaoszczędzimy również trochę czasu (nienawidzę szorowania kubków po herbacie – znacie to?)  i przedłużymy życie naszego czajnika elektrycznego. Prawda, że proste?

Bardzo trudno nam jest zmienić przyzwyczajenia i przekonania, gdy byliśmy mali napicie się kranówy było oznaka odwagi lub głupoty, ale te czasy już dawno minęły. W ciągu ostatniej dekady Polska dokonała olbrzymich postępów i modernizacji sieci wodociągowych. Teraz tylko my musimy dokonać zmiany w swoich zwyczajach, bo przecież chodzi o to, by żyło nam się lepiej i wygodniej… i bardziej eko.

Eko, ponieważ…

– nie ma plastikowych butelek
– jest tańsza
– jej oczyszczanie i dystrybucja są o wiele bardziej przyjazne planecie (pomyślcie chociażby o tych butelkach, albo metodzie transportu?)

agat-blue_side_IMG_8782Nadal nie umiesz się przekonać? Wolisz wodę przegotowaną – tak dla bezpieczeństwa? A co powiesz na fakt, że myjesz w tej wodzie np. jabłko, które zjadasz? Przecież to ta sama woda. Dziś mamy do wyboru naprawdę szeroką ofertę akcesoriów i filtrów, które znacznie poprawiają jakość wody – nie tylko dla zdrowia, ale i dla komfortu. Może pora podrzucić sobie samemu taki dzbanuszek pod choinkę?  Sprawdź, jak wybrać dzbanek na miarę swoich potrzeb.

 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Dzbanki filtrujące – co musisz wiedzieć, przed zakupem

Jak działają dzbanki filtrujące wodę?

Niby prosta zasada, a jednak filtr filtrowi nie równy. Filtr, to serce takiego urządzenia i to od niego zależy czy nabędziemy ładny gadżet czy praktyczne i skuteczne urządzenie.

Wkłady filtrujące produkcji AQUAPHOR zawierają jonowymienne opatentowane przez producenta włókno Aqualen, które w wyjątkowo skuteczny sposób rozprawia się z metalami ciężkimi i doskonale uzdatnia wodę, czyniąc ją zawsze czystą i zdrową. Włókno Aqualen zapobiega również powstawaniu tzw. efektu kanałowego. Dzięki Aqualenowi woda, płynąc całą powierzchnią wkładu, nie żłobi w węglu kanalików, którymi „z przyzwyczajenia” płynie aż do zużycia się wkładu i jego wymiany. Aqualen wiąże ze sobą struktury węgla i żywicy na tyle ściśle, że wkład do samego końca filtruje swoją pełną powierzchnią i jest przy tym znacząco bardziej efektywny.

Wkłady filtrujące zmniejszają twardość wody, zapobiegają tworzeniu się kamienia na urządzeniach AGD.

Po co mi dzbanek?

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Dzbanki filtrujące z dodatkiem inteligentnego włókna Aqualen usuwają z wody:

– chlor – dzięki czemu woda ma lepszy smak i zapach
– produkty ropopochodne
– fenol
– pestycydy
– metale ciężkie
– redukują twardość wody – zbawienne dla sprzętów AGD

Czym różnią się dzbanki?

Dzbanki filtrujące wodę różnią między sobą pojemnością, designem oraz przede wszystkim rodzajem filtra. Firma AQUAPHOR posiada w swojej ofercie trzy rodzaje filtrów:
– m.in. dla dzbanków AQUAPHOR Ideal z wkładem uniwersalnym okrągłym AQUAPHOR B100-15 Standard – wystarcza na 1 miesiąc filtrowania
– m.in. dla dzbanków AQUAPHOR Agat z wkładem uniwersalnym, owalnym płaskim  AQUAPHOR B100-25 MAXFOR – wystarcza do 2 miesięcy filtrowania
– m.in. dla dzbanków AQUAPHOR Prestige z wkładem firmowym AQUAPHOR B100-5 – wystarcza nawet do 3 miesięcy filtrowania.

Wybór dzbanków jest ogromny – sprawdź, jestem pewna, że znajdziesz coś dla siebie.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

 


Artykuł powstał we współpracy z firmą AQUAPHOR

 


Zobacz także

Dzień #12. Zadbaj o siebie naprawdę. #SlimemGO

Mastektomia – siła jest kobietą

Mastektomia – siła jest kobietą

Nie przegap okazji! SENS życia