Lifestyle

Marzysz o pracy w domu? Uważaj, niektóre marzenia się spełniają!

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
8 sierpnia 2016
Fot. iStock/Geber86
 

„Ty to masz super. Praca w domu – marzenie”. Tjaa myślę sobie… marzenie. Marzenie chyba ściętej głowy.

„Masz czas dla dzieci. Jesteś w domu. Nie musisz się martwić, co zjedzą, obiadu wieczorem przygotowywać”. Tjaa. No faktycznie – świetnie, nie ma co. Zwłaszcza, gdy od rana słyszysz kłótnię o parówkę – która jest czyja, kto zje szybciej i czy jeden keczupu sobie zbyt dużo nie nałożył.

„Moje pranie cały dzień w pralce a taka pogoda była, ty to chociaż sobie powiesisz. I przerwy śniadaniowej nie masz na czas”. Tja nie mam. Za to mam trzy przerwy dla każdego osobno, plus przerwę na wywieszenie prania, przerwę na danie żarcia kotom i sprawdzenie, czy pies ma wodę. Nic na czas. Absolutnie.

Naprawdę marzysz o pracy w domu? Uważaj, bo niektóre marzenia się spełniają…

„Masz tyyyle czasu”

Co ci się wydaje:

Wstajesz rano, przygotowujesz śniadanie dzieciom i mężowi. Siadacie razem, bez poganiania, bo przecież ty masz czas. Z uśmiechem zamkniesz drzwi i pomachasz im jeszcze przez okno, gdy rozchodzą się każde do swojej placówki. Twoja jest w domu. Tylko jeszcze umyjesz naczynia i już siadasz sobie spokojnie.

Jak jest naprawdę:

Wstajesz grubo przed domownikami. Najchętniej o 5:00 rano, ale budzik przestawiasz w tryb drzemki, żeby choć jeszcze chwilę. W efekcie wstajesz wściekła pół godziny później niż planowałaś. Szybko robisz kawę, nogi przykrywasz kocem i bierzesz się do pracy. To wyścig z czasem, nim któryś z domowników wstanie. To rano w tej ciszy najlepiej ci się skupić. Każde skrzypnięcie podłogi czy łóżka przyjmujesz z drżeniem serca. Zerkasz na zegarek – jeszcze 10 minut, osiem, trzy. Dzwoni budzik u dzieci. Znowu nie zdążyłaś… Dobra płatki na śniadanie, co by szybko. Kiedy w pośpiechu żegnasz wszystkich w drzwiach, patrzysz na stos naczyń na stole i myślisz: „pie*dole później”. I znowu siadasz do pracy.

„Nie musisz się stroić i malować”

Co ci się wydaje:

Możesz cały dzień przechodzić w dresach. Żadnych szpilek, wciskania się w spódnice czy sukienki. Nie tracisz czasu na robienie makijażu. Ubierasz się tak, żeby było ci wygodnie. Koszulka, luźne spodnie – luz blues. Ewentualnie na telekonferencję robisz szybki makijaż i zmieniasz koszulkę na bluzkę śmiejąc się w duchu, że jeszcze zębów nie zdążyłaś umyć.

Jak jest naprawdę:

Zapominasz co to sukienka, spódnica. Dresy to twoje drugie imię. Dresy noszone jeden, trzy, a może pięć dni. Właściwie jakie to ma znaczenie, ewentualnie po plamach na koszulce widzisz ile dni minęło, od ostatniego spaghetti na obiad. Kąpiesz się, jak popadnie. Czasami o 13-tej, co by mózg odmóżdżyć, a czasami o 17-tej, kiedy czujesz, że już śmierdzisz, bo zdążyłaś oblać się kawą, wysmarować karmą dla kota i pies jeszcze opluł ci pół nogawki. Wyjście z domu to święta, na które nie wiesz, co na siebie włożyć, bo już nie pamiętasz, co masz w szafie.

„Masz dom na bieżąco ogarnięty”

Co ci się wydaje:

Jesteś w domu, więc wspomniane pranie powieszone i poskładane na bieżąco. Lodówka pełna, obiad nie robiony na szybko, tylko przemyślany i w końcu zdrowy, a wasz domowy jadłospis urozmaicony. Kibel czysty, zmywarka pusta. Żyć nie umierać.

Jak jest naprawdę:

Twoje myśli nieustannie krążą wokół tego, co zrobić na obiad, żeby starczyło na dwa dni. I co zrobić w maksymalnie pół godziny. Jesteś mistrzynią szybkich dań – ryżu, kaszy na zmianę z warzywami mrożonymi i zawsze skitraną w lodówce piersią z kurczaka. Rosół to zawsze zapowiedź pomidorowej i nigdy w twojej lodówce nie brakuje białego sera, który nas bardzo szybko możesz przygotować z makaronem. Aaaa no i szpinak zamrożony. I fasolki po bretońsku robisz wielki gar, żeby móc pomrozić na czarną godzinę, która zdecydowanie wypada zbyt często. A porządek w domu… Może lepiej nie będziemy o tym mówić.

„Jesteś cały czas z dziećmi”

Co ci się wydaje:

Tak, w końcu masz dla nich czas, żeby porozmawiać, pograć w jakąś planszówkę, wyjść na spacer, zabrać na rower. Możesz spokojnie wytłumaczyć zadanie domowe, przepytać przed sprawdzianem, zawieźć na dodatkowe zajęcia i popatrzeć, jak sobie radzą. A wieczorem jeszcze posłuchasz jak czytają książkę, albo położysz się z nimi choćby na chwilę. No i wakacje, nie musisz kombinować, bo przecież jesteś w domu.

Jak jest naprawdę:

Dzieci = wyścig z czasem. Dzieci determinują twój czas pracy. Dopóki są w szkole, pól biedy, zawsze masz kilka godzin na skupienie się tylko i wyłącznie na pracy. Ale jak przychodzi czas wolny… Dla dzieci czas wolny, bo nie dla ciebie. Ty musisz pracować dalej. W dziesiątkach pytań: „Mamo, jest jeszcze mleko”, „Mamo, mogę sobie zrobić kakao”, „Mamo, kiedy skończysz rozmawiać przez telefon”, w setkach informacji: „Mamo, a wiesz, że wczoraj…”, „Mamo, a pamiętasz, jak rok temu…”, „Mamo, a co myślisz o…”, w tysiącu żali, złości, kłótni i awantur, bo im się nudzi, bo on go uderzy, a tamten zjadł ostatniego loda, a właściwie to oni nie chcą pomidorówki na obiad.

I tak, oczywiście, oni rozumieją, że ty pracujesz, że zakładasz słuchawki, żeby się skupić. Ale przecież zawsze mogą klepnąć cię w ramię pytając: „Mamo, a mogę zadzwonić do taty”. Wrrrr, czemu nie ma całodobowych domów opieki dla dzieci rodziców pracujących w domu? Żeby ich tak chociaż na 24 godziny w tygodniu, żeby zaległości nadrobić… Tymczasem to u was śpią wszyscy koledzy twoich dzieci, bo przecież inni rodzice idą do pracy, a ty jesteś w domu… Idealne rozwiązanie na wakacje…

I jeszcze przyjaciółka (ma wolne), która w samo południe pisze: „Idziemy na basen, idziesz?”, i inna, która ma urlop i przecież wpadnie rano na kawę. I matka, która przyjeżdża pomóc, a tymczasem słyszysz: „no wiesz, ty naprawdę  MUSISZ tyle pracować”. Tak ku*rwa. MUSZĘ. I czasami marzę zamknąć się na osiem godzin w jakimś biurze i po godzinie w ciszy dojeżdżać do pracy w jedną i drugą stronę. Czasami… Kiedy sama czekam na urlop. Ale jest jeszcze przyjaciółka, która dzwoni: „Daj mi chłopaków na dwie nocki, mój się nudzi, pobawią się”. Kochana, z nieba mi spadłaś.


Lifestyle

Nikogo o tę wojnę nie prosiłam. Niczym nie zawiniłam, ani ja, ani moje dzieci, by jej doświadczyć

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
22 listopada 2016
Fot. iStock/martin-dm
 

Budzi mnie hałas. Ledwo świta. Przytulam do siebie mocniej dzieci, bo narasta we mnie niepokój. Co to za hałas? Nie umiem go zdefiniować. Chciałaby zasnąć snem spokojnym, chciałabym nie tulić dzieci, tylko przykryć je kołderką, posłuchać ich oddechów, zobaczyć uśmiech, który pojawia się na ich buziach. Pewnie śnią o czymś pięknym. Może biegają gdzieś po plaży, chlapią się w kałużach. Może bawią się z kolegami w chowanego i pękają ze śmiechu, kiedy okazuje się, że jeden z nich schowany zasnął za wielkim fotelem ich babci.

A może grają w piłkę. Każdy chce być znanym piłkarzem. Marzy o wielkiej karierze sportowej. Piją wodę śmiejąc się ze swoich żartów. Lubię ich obserwować – takich roześmianych, beztroskich. Chwilę później siedzimy w piwnicy… Tulimy się wszyscy do siebie. A ja żałuję, że nie mam takich wielkich ramion, by ich wszystkich objąć. Zastanawiam się, który z nich zostanie tym razem sierotą, którego rodzeństwo zginie w tym nalocie, który straci dom…

Nie mogę zasnąć. Słyszę samoloty, to źródło tego dźwięku, który wyrwał mnie z ciepłego o bezpiecznego snu. „Ciii” mówię do dzieci, które zaczynają się wiercić niespokojnie.

A mogłyby wstać rano i jak gdyby nigdy nic iść do szkoły. Mogłyby pokłócić się między sobą o to, kto ma więcej płatków w talerzu. Przytuliłyby się, dały buziaka, pomachały na „do widzenia” i poszły… Ale kto mi da pewność, że wrócą? Że to będzie spokojny dzień, kiedy nikt nie zrzuci trującego gazu w pobliżu ich szkoły, nie wybuchnie bomba. Czy jacyś obcy ludzie pragnący rozgłosu nie wezmą dzieci ze szkoły jako zakładników grożąc całemu światu wojną.

Znowu czuję łzy… Miałam nadzieję, że już wypłakałam wszystkie. Ale dopóki moje dzieci żyją, strach zawsze będzie uwalniał we mnie wszystkie te emocje, gdzie szczęście, że nadal są obok, mieszka się z paniką, że za chwilę może ich nie być, że nie uda mi się ich ochronić, że może rano już ich przy mnie nie będzie. Nie umiem przestać się bać. Nie wiem, jaka przyszłość ich czeka, jeśli myślę tylko o kolejnej wspólnie i w miarę bezpiecznie przeżytej godzinie.

Nie mają już kolegów, nie grają w piłkę. Na pogrzebie kilku byliśmy, innych nie udało się odnaleźć… Wybuchy nie dały szans ich matkom utulić swoje dzieci do tego ostatniego, wiecznego snu.

Tak, piszą o nas, mówią o naszych dzieciach, pozbawionych opieki, codziennie narażonych na utratę zdrowia, a przede wszystkim życia. Ktoś się pochyli, kimś wstrząsną fotografie, może kilka osób wieczorem porozmawia, jakie to straszne i dobrze, że nie dociera tam, gdzie te gazety wychodzą. Gdzie panowie w czystych garniturach siedzą za swoimi biurkami, gdzie mamy odbierają swoje dzieci z przedszkola. Takie czyste, najedzone, uśmiechnięte, które biegną do nich z rozłożonymi rączkami.

Nas tylko pokazują. Zdjęcia dzieci leżących w szpitalach na podłodze, gdzie pod nimi w komentarzach większość dyskutuje nad tym, czy to na pewno wcześniaki, kto kogo zaatakował i ile jeszcze tych ostatnich szpitali będzie w naszym mieście. Mało kto widzi tam człowieka, dziecko, które dotyka wojna. Prawie nikt nie dostrzega ogromu cierpienia jakiego każdego dnia doświadcza dziecko, bo ginie jego matka, ojciec, babcia, kolega ze szkolnej ławki, przyjaciel z podwórka, a może brat czy siostra. Nikt nie pochyla się nad ich, nad naszym losem. Zamkniecie gazety, wyłączycie komputery i pójdziecie do swojej codzienności. Wypijecie ciepłą kawę, dzieciom kupicie pączki podczas, gdy ja będę drżeć o kolejny dzień, kiedy dzieci nie widzą, będę wyć z bezsilności, bo co mogę zrobić, jak im pomóc przetrwać, jak je ochronić przed tym wszystkim, czego doświadczają na co dzień. Tu, gdzie trwa wojna, gdzie nie szanuje się żadnego życia. Nawet tego najmniejszego, najbardziej kruchego.

Nikogo o tę wojnę nie prosiłam. Niczym nie zawiniłam, ani ja, ani moje dzieci, by jej doświadczyć…

Pomyślcie o matkach, o ich dzieciach, kiedy kolejny raz zobaczycie nasz zdjęcia, bo wojna nadchodzi nagle, pod przykrywką nocy, dudni samolotami. Wyobraźcie sobie przez chwilę, że to wy, jak ja teraz siedzicie w ciemnym pokoju, wyrwani ze snu tuląc do siebie dzieci…

Ja próbuję sobie czasami wyobrazić…


Lifestyle

8 ważnych życiowych lekcji, które dostałam od innych ludzi

Matka Przebiegła
Matka Przebiegła
12 lipca 2016
Fot. iStock/gruizza

Gdzie byśmy byli, gdyby nie inni ludzie? Jakbyśmy żyli w samotności? Przecież ludzie, to siła napędowa naszego życia, nie uważacie? Dla nich i przez nich chcemy się zmieniać. Ale też dzięki nim dowiadujemy się wielu rzeczy o sobie i o człowieku w ogóle.

Spotykam różnych ludzi. Z jednymi się wiążę, z innymi nie. Dzisiaj wiem:

Że ludzie odchodzą

Tak się w życiu dzieje, że my porzucamy ludzi, oni porzucają nas. Puszczamy niektórych, choć nie raz nie jest to łatwe, ale pozwalamy w końcu sobie iść inną drogą i tamtej osobie również. Już bez tłumaczeń, bez próby walki udowadniając, że jednak trzeba przy sobie być. Usłyszałam jakiś czas temu: „Ludzie odchodzą, to naturalne”. Choć czasami za nimi tęsknimy, to jednak wiemy, że spotkaliśmy się na pewnym etapie życia po coś i pozostaje nam liczyć na to, że oboje wyciągnęliśmy z tego dobrą dla nas lekcję.

Że różnimy się na wielu płaszczyznach

To niby truizm, bo, że się różnimy, to często powtarzany frazes. Ale dopiero bliskie spotkania z drugim człowiekiem nam to unaoczniają. Bo nie różnimy się jedynie wyglądem, pasją, zainteresowaniami. Różnią nas priorytety, pojmowanie szczęścia, oczekiwania jakie stawiamy samym sobie i innym. I nagle okazuje się, że napotykamy w relacji z drugim człowiekiem mur nie do przejścia, płaszczyznę, na której nigdy nie znajdziemy porozumienia. A kiedyś myślałam, że dogadać się można z każdym. Jednak nie można, nie da się ze wszystkimi. Można odpuścić, zaakceptować, albo odejść. To też ważna lekcja.

Że nie ze wszystkimi trzeba się spotykać

Nie wiem, czy każdy ma w życiu taki czas, kiedy wokół niego jest dużo ludzi. Dużo znajomych nowych, starych, bliższych i dalszych. I nagle przychodzi moment, kiedy brakuje nam czasu na spotkania, kiedy wszystkich tych znajomości nie jesteśmy w stanie utrzymać z równym zaangażowaniem. I kiedy w końcu rozumiemy, że te znajomości zaczynamy wartościować – na te ważniejsze i mniej ważne, bo z jednych czerpiemy więcej, a inne są bardzo powierzchowne. Ta lekcja, że pewne relacje są dla nas bardziej wartościowe i że to na nich chcemy się skupić, jest bardzo cenna, choć bywa bolesna. Bo ktoś może nam zarzucić egoizm, ktoś inny arogancję. Ale z drugiej strony my wiemy, że tak nie jest, że są ludzie, przy których czujemy się lepiej, bezpieczniej, którzy akceptują nas takimi, jakimi jesteśmy. Mamy prawo do takich wyborów.

Że ludzie budzą w nas skrajne uczucia

To jest niezwykłe, jak wiele o nas samych dowiadujemy się dzięki innym ludziom. To dzięki spotkaniom z nim wiem, co mnie złości, co doprowadza do szału, co wzrusza, a co sprawia, że czuję bezsilność, ale też czego nie jestem w stanie zaakceptować. Często trwamy w relacjach, w których mamy mało punktów stycznych, ale nie potrafimy się z nich wyplątać, kiedy ktoś sprawia, że jesteśmy poddenerwowani, tracimy pewność siebie, kiedy wysysana jest z nas energia. Uczę się, że nie musimy trwać w takich relacjach, że możemy się wycofać, zareagować, nie pozwalać się używać. Nie wszystkie nasze relacje, nawet te, które wydają się nam na pierwszy rzut oka bliskie, trzeba podtrzymywać. Jeśli nam źle, mamy prawo się wycofać.

Że niektórzy pojawiają się tylko na chwilę

Są ludzie, których spotykamy na jakiś moment i wiemy, że już nigdy w naszym życiu się nie pojawią, a jednak odgrywają wielką rolę, wyciskają na nas swoją krótką obecność. Bywa, że ktoś staje się dla nas inspiracją, ktoś inny zmotywuje do działania, a jeszcze ktoś sprawi, że zrozumiemy, czym dla nas jest szczęście czy miłość. Tacy ludzie nauczyli mnie, że trzeba być uważnym, bo każdy, kogo spotykamy może dać nam ważną lekcję o sobie, o życiu, o wartościach, które warto pielęgnować. Jedna rozmowa może naprawdę wiele w naszym życiu zmienić. Naprawdę.

Fot. iStocl/Todor Tsvetkov

Fot. iStocl/Todor Tsvetkov

Że są ludzie, którzy ranią i to też dzieje się po coś

Bo przecież spotkania z ludźmi to nie tylko radość i przyjemność, to często także cierpienie i rozpacz, kiedy ktoś komu ufaliśmy, kogo kochaliśmy, zranił nas tak, że na chwilę świat przestał istnieć, zatrzymał się, a my chcieliśmy przestać żyć, zniknąć, byleby tylko przestało nas boleć. Ale przecież po każdym takim ciosie wstajemy, paradoksalnie silniejsi, bardziej pewni siebie, ale też ostrożniejsi nie pozwalając się ranić zbyt szybko i zbyt głęboko. Te wszystkie lekcje cierpienia pokazały mi, że jestem silna, że są ludzie, którym ufać nie powinnam, że kochając siebie też mogę być szczęśliwa nie szukając akceptacji w innym człowieku. A w końcu, że nie wszyscy ludzie są dobrzy – to było chyba najtrudniejsze.

Że nie można spełnić oczekiwań wszystkich wokół

Nie można być miłym i grzecznym dla wszystkich. Nie można sprawić, by każdy nas lubił. Nie da się zadowolić wszystkich, bo każdy ma wobec nas inne oczekiwania. I im bardziej my te oczekiwania będziemy chcieli spełnić, tym coraz to inne będą nam stawiane. Będziemy chcieli nieustannie uszczęśliwić innych, sami nie znajdując swojego szczęścia, a nawet sobie na nie nie pozwalając. To my powinniśmy pisać scenariusz, według którego chcemy żyć, nie rodzice, nie partner, nie znajomi.

Że ja też mogę być ważna dla kogoś

Kiedy ktoś pisze: „tęsknię” a ty wiesz, że tęskni naprawdę i czujesz to samo. Kiedy słyszysz w telefonie: „Musiałam cię usłyszeć” i wiesz, że twój głos i twoja obecność już komuś wystarczy. Bycie ważnym dla kogoś, to jedna z najważniejszych lekcji. Zbudować takie relacje, w których jesteś ważny i ta druga osoba jest ważna dla ciebie – bezcenne,  pozbawione żalów, pretensji i właśnie oczekiwań. To ten rodzaj bliskości, który sprawia, że jesteś szczęśliwa.

Że ludzie wracają

Tak, jak odchodzą, tak bywa, że wracają. Nie wszyscy i nie zawsze. Ale czasami puszczenie kogoś nie oznacza pożegnania na zawsze. To chyba najnowsza z lekcji, której się nauczyłam od ludzi. Że czasami trzeba się rozstać, by móc do siebie wrócić. To doświadczenie, które buduje w tobie pewność, że niektóre wybory i decyzje, choć tak bolesne, bywają podjęte słusznie.

Mam nadzieję, że ta lekcja nie była ostatnią i że wiele jeszcze nauczę się spotykając na swojej drodze kolejnych ludzi.