Psychologia uzależnienia

Małgorzata Ohme i Joanna Flis: Alkohol, kompulsywne objadanie i oglądanie seriali. Wysoki stres to pułapka uzależnień

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 kwietnia 2022
 

Wysoki stres to pułapka uzależnień. Jak zatroszczyć się o siebie i być czujnym w trudnych czasach? Na to pytanie odpowiadają Małgorzata Ohme i psychoterapeutka Joanna Flis, autorka książki „Współuzależnieni. Jak zatroszczyć się o siebie i budować zdrowe relacje z osobami uzależnionymi”. Całą rozmowę można zobaczyć na platformie Mindgram.

Małgorzata: Czy czas pandemii, a teraz wojny, który obfituje liczne stresory, sprawił, że uzależnialiśmy się częściej?

Joanna: Tak, ten czas był wyzwaniem, bo też zmienił naszą wewnętrzną mapę świata. Dotychczas większość z nas myślała, że na tym świecie można polegać i że jest on przewidywalnym miejscem. Mamy więc wyzwanie, a ono zawsze implikuje u niektórych osób niekoniecznie zdrowe sposoby na rozwiązywanie kryzysów, które są wewnętrzne. Dlatego wzrosła ilość osób korzystających z sieci w sposób nałogowy. Są badania (raport Nask „Nastolatkowie 3.0”), które pokazały, że 94% młodych ludzi cierpi po okresie pandemii na FOMO (fear of missing out – ssytuacja, w której osoba odczuwa przeraźliwy strach przed tym, że ominie ją jakaś ważna informacja i z tego powodu czuje potrzebę stałego monitorowania wydarzeń przy użyciu smartfona, czy komputera — przyp. red.) W czasie pandemii o 50 minut więcej spędzamy przy telefonie i teraz trudno nam się z tego wycofać. Izolacja i brak więzi społecznych wpłynęła na to, że szukamy w Internecie więzi, a nawet wsparcia psychologicznego.

Rozwinął się także bing-watching, czyli oglądanie seriali nadmiarowo, po 10 odcinków na raz. Uzależniliśmy się nawet od słuchania podcastów, które oczywiście są potrzebne, ale musimy zdać sobie sprawę z tego, że nie powinniśmy cały dzień chodzić ze słuchawkami w uszach. To nie jest zdrowe i pokazuje, że wypełniamy swoją głowę cały czas różnymi treściami, uciekamy od tego, co w tej głowie po prostu mamy. Rozwinęło się wiele kompulsywnych zachowań. Ludzie sięgają po telefon 120 razy dziennie i kupują coraz więcej, zwłaszcza przez Internet. Rozwijamy się nie tylko w zachowaniach nałogowych, ale też kompulsywnych. Coś takiego się dzieje, że mamy coraz mniejszy repertuar kontentowania napięcia.

Zobacz także: „Mój ojciec pije wódkę tak, jak my herbatę. Piwo, jak my wodę. A ja? Mam ataki paniki i napady gniewu”

Jeśli chodzi o alkohol, to ostatnie badania Uniwersytetu Jagiellońskiego pokazują, że na każdego mieszkańca, włączając w to dzieci, pijemy jedno piwo dziennie. To pokazuje, jaka jest skala. Do tego trzeba dołożyć fakt, że ten wskaźnik od wielu lat stale wzrasta. Czasem myślimy, że w latach 90. było źle, ale statystyka pokazuje jednak, że jesteśmy w gorszym miejscu.
Ostatnio zajmowałam się tematem jedzenia kompulsywnego, które pełni różne funkcje np. redukuje napięcia. Sięgamy też po jedzenie z powodu nudy. Jaki widzisz tu mechanizm? Dlaczego sobie z tym nie radzimy?

Joanna: Królową matką uzależnienia jest nałogowa regulacja uczuć. Po pierwsze: nie rozpoznajemy emocji. Po drugie: mamy niską zdolność do znoszenia emocji o silnym natężeniu i wszystko nam się wydaje dużo trudniejsze. A po trzecie: na nierozpoznane emocje reagujemy tylko w jeden sposób – nałogowy.

Wiele dzieciaków, które wychowują się w domach, w których mało się mówi o emocjach, nie potrafi od początku tych emocji nazywać. Jeśli te osoby trafią na przestrzeń, która jest w stanie regulować ich pobudzenie układu nerwowego w górę albo w dół, to jest to piękny fundament do tego, by rozwinęło się uzależnienie. U źródeł każdego uzależnienia leży trudność w rozpoznawaniu swoich stanów emocjonalnych, nieumiejętność przypisywania im prawdziwych potrzeb i ich adekwatnego zaspokajania. Mamy więc trzy kroki: muszę wiedzieć, co czuję. Muszę wiedzieć, co to dla mnie oznacza. Muszę umieć się tym zająć.

Zobacz także: Dorosła Córka Alkoholika. Wstyd czy siła, które bierze się z twojej wyjątkowej wrażliwości

W pewnym sensie zachowania kompulsywne albo nałogowe zwalniają nas z tego obowiązku. Ja mogę wykonać mniej pracy, sięgnąć po dwie kostki czekolady i zagłuszyć w ten sposób cokolwiek czuję: nudę, bezsilność, złość, żal, samotność. To dotyczy jakichkolwiek emocji, które niosą ze sobą cząstkę wiedzy na temat nas samych. Mogę się temu nie przyglądać, mogę to zagłuszyć.

Kultura i rodzina bardzo mocno unieważniają emocje. Dobrze, by już małe dziecko miało prawo przeżywać ich cały repertuar. My zazwyczaj jednak słyszymy: „Nie płacz, nic się nie stało, nie histeryzuj”. Jeśli unieważniamy część emocji, to unieważniamy wiedzę młodego człowiek na temat samego siebie. Na dzień dobry termostat jego wewnętrzny jest już uszkodzony. Pamiętajmy, że my potrafimy unieść tylko taką emocję, którą jesteśmy stanie w sobie poczuć. Jeśli środowisko unieważnia, nie masz na to szansy, bo mechanizmy obronne zniekształcają to doświadczenie i wtedy… boli cię głowa, brzuch, albo sięgasz po czekoladę czy alkohol. Po prostu nie masz dostępu do tego swojego centrum sterowania światem.

Małgorzata: Dzieci w rodzinach alkoholowych często dostają mylne przekazy od rodziców: „To nieprawda, że tata przyszedł pijany. To się nie wydarzyło!” Dlatego uczą się, że to, co widzę i czuję nie jest prawdą. To burzy im zaufanie do samych siebie.

Joanna: Dlatego tak wielu z nas nie ma dostępu do swojej intuicji, czegoś, co kiedyś miało potężne znaczenie dla ludzi, a teraz jest traktowane jako takie… czary -mary. A intuicja jest wypadkową tych naszych poczuć, doświadczeń, świadomości. Psychologowie twierdzą, że podstawową cechą syndromu DDA jest: nie widzę, nie słyszę, nie czuję. A przecież żebym mógł poruszać się po tym świecie, muszę najpierw mieć poczcie, że to, co czuję, widzę i słyszę jest prawidłowe i nikomu nie zagraża. (…) My natomiast bardzo ograbiamy siebie wzajemnie z naszych wewnętrznych zasobów. Bo emocje, to zawsze są nasze zasoby i drogowskazy. Dlatego osoby DDA zazwyczaj są bardzo zewnątrz sterowne, czyli uzależnione od tego, kto im coś powie, poradzi.

Małgorzata: Kiedy „nie nabyliśmy się dziećmi”, które mogły beztrosko bawić się, to tak naprawdę całe życie jest w nas ktoś, kto za tym tęskni. Zamieniamy się z rodzicami rolami. Musimy być dorosłymi za szybko. I to nam się czkawką odbija w dorosłym życiu. Ktoś mówi: on ma kryzys 30-latka, 40-latka, a okazuje się, że on „cofa się”, by nadrobić lata dziecięce, bo nie miał okazji nabawić się beztrosko w młodości. Trudno nam budować dorosłość, jak zatrzymaliśmy się na tym etapie dziecięcym, bo tylko pozornie jesteśmy tylko dojrzali.

Joanna: Wiele dzieci w takich rodzinach jest parentyfikowana przez swoich rodziców. To jest taka sytuacja, gdy zamieniamy się rolami. Dorosłe dziecko alkoholika, które było „bohaterem rodzinnym”, to jest właśnie taka postać sparentyfikowana. Później ta jego dojrzałość jest tylko pozorna i ono musi pomóc dorosnąć tym „niedojrzałym częściom” swojej osobowości. Najczęściej jednak tego nie chce. W zamian za to buduje w sobie np. poczucie kontroli, bo tylko to chroni go przed utraconą w dzieciństwie godnością. Musimy uświadomić sobie, jak wiele nieadekwatnego wstydu, upokorzenia i poczucia winy przeżywają dzieci w takich domach, w których dzieje się ta arytmetyka cierpienia. One muszą w niezdrowy sposób zbudować protezę poczucia własnej wartości. Najczęściej jest to proteza w formie: kontroli, dumy i przymusu bycia idealnym, perfekcyjnym.

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy koszykiem. W przypadku DDA ten koszyk jest jednak dziurawy. Zbieramy do niego kolejne trofea, które mają nam podnieść poczucie wartości, ale to jest jak syzyfowa praca. Ponieważ koszyk jest dziurawy, wszystko z niego wypada. Odwaga polega na tym, by zobaczyć dziurawy koszyk i zdjąć maskę mocy. Zobaczyć, kim się jest naprawdę. Jeśli mamy przyzwolenie wewnętrzne, by dotknąć swojej słabości, by zobaczyć ją w sobie, to możemy iść o krok dalej –  ta słabość tak naprawdę nic o mnie nie mówi. To jest tylko rana po doświadczeniach z dzieciństwa, powidok, pokłosie tego, co przeżyłam. A nie dowód na to, kim jestem. Tylko wtedy mamy szanse na zmianę. Zmianę swojego życia.

Cały wywiad można odsłuchać na YouTube.


Psychologia uzależnienia

Poprawianie urody za pomocą preparatów medycyny estetycznej. Co dajemy sobie wstrzyknąć?

Redakcja
Redakcja
8 kwietnia 2022
medycyna estetyczna
 

Medycyna estetyczna bazuje m.in. na wykorzystywaniu specjalistycznych preparatów, które mają za zadanie poprawiać nasz wygląd. Substancje chemiczne typu toksyna botulinowa, kwas hialuronowy, biostymulatory typu polikaprolakton, czy kwas l-polimlekowy – to tylko niektóre z powszechnie stosowanych w komercjalnie dostępnych produktach. Oczywiście każdy producent ma swoją recepturę, przez co każdy gotowy preparat różni się, ma trochę inny skład i technologię produkcji. To wszystko powoduje, że są różnice w bezpieczeństwie ich stosowania, skuteczności i trwałości efektu pomiędzy produktami zawierającymi tę samą substancję firmy A , B czy C. O tym na co zwracać uwagę i jak nie pogubić się w świecie preparatów medycyny estetycznej, mówi dr Marek Wasiluk.

Preparaty medycyny estetycznej warto sprawdzać z dwóch powodów. Przede wszystkim dla naszego bezpieczeństwa, ale też, aby poznać ich skuteczność! Jak mówi dr Marek Wasiluk, każda tego typu substancja powinna pochodzić ze sprawdzonego źródła. – Preparaty dopuszczone do obrotu, muszą mieć specjalne certyfikaty. Kwas hialuronowy wyrobu medycznego, a toksyna botulinowa leku. To daje gwarancję ich jakości i bezpieczeństwa, ponieważ, aby je otrzymać, producenci muszą trzymać się w trakcie ich produkcji określonych standardów, i muszą zweryfikować w procesie badań, że ich produkt, o danym składzie, jest bezpieczny dla ludzkiego organizmu.

Udając się na zabiegi, polecam więc pytać o certyfikaty preparatów, jakie będą nam podawane i stosowane w zabiegu. To klucz do bezpieczeństwa, tym bardziej, że zdarzają się na rynku preparaty bez certyfikacji. Warto również orientować się od ilu lat producent danego preparatu jest na rynku i skąd pochodzi.

– Są marki powszechnie znane i cenione, ale też totalne noname’y. Powierzenie swojej urody, ale i zdrowia tym drugim jest ryzykiem i brakiem rozsądku. Jeśli ktoś oferuje nam zabieg taką substancją, radzę też sprawdzić kwalifikacje samego gabinetu lub specjalisty – ostrzega dr Marek Wasiluk.

Jak się okazuje, dobrą, pośrednią wskazówką świadczącą o jakości substancji jest też ich cena i koszt samego zabiegu. Kilkukrotne różnice w cenach preparatów, np. z kwasem hialuronowym, to nie tylko marketing, ale też różnica w składzie, jakości samego produktu. Różnica w cenie takiego samego zabiegu, wykonanego dobrym i słabym preparatem, może być nawet trzykrotna. Tani zabieg, a co za tym idzie zazwyczaj również preparat, oznacza zwykle niższą jakość. A to przekłada się na możliwość częściej występujących powikłań, ale też słabsze działanie i efekt. Nie znaczy to, że trzeba koniecznie wybierać najdroższe zabiegi, ale nie sięgajmy też po najtańsze.

fot. GeloKorol/iStock

Względy bezpieczeństwa to jedno. Natomiast nawet, jeśli trafimy na dobry jakościowo preparat okazuje się, że może mieć nieco inne właściwości niż wydawałoby się ten sam i to z tej samej półki innej marki, a co za tym idzie może dawać też nieco inne efekty.

– To prawda. Np. dostępnych w Polsce, zatwierdzonych przez Polskie prawo toksyn botulinowych jest kilka. Np. Botox firmy Allergen, Azzalure Galdermy, czy Bocouture marki Merz. Każdy z nich różni się nieco działaniem oraz ma swoją odrębną procedurę podawania. Ale co więcej nawet w obrębie jednej firmy produkuje się różne odmiany tego samego preparatu! Np. Galderma wypuściła już 3 preparat toksyny botulinowej – Alluzience, która jako pierwsza na rynku ma płynną postać, jest gotowa do podania. Wszystkie inne botuliny, również innych producentów, do tej pory dostępne były w formie proszku, z których lekarz następnie musiał przygotować odpowiedni roztwór. M.in. od jego stępienia zależała skuteczność zabiegu. Nowy preparat ma nie pozostawiać pola do pomyłek. Poza tym oczyszczenie tej botuliny też ma być lepsze, przez co ma mniej alergizować – wyjaśnia dr Marek Wasiluk.

Także rynek wypełniaczy na bazie kwasu hialuronowego jest bardzo konkurencyjny. Dostępnych preparatów tego typu jest jeszcze więcej niż toksyny botulinowej, kilkadziesiąt. Ale nawet tutaj zdążają się ciekawe, trochę inne produkty.

– Mogę tu wymienić kwas hialuronowy MaiLi, który jest trochę inny niż pozostałe. Co wynika z technologii produkcji. Ma formułę wyjątkowo elastycznego żelu, dzięki czemu wykonane nim uzupełnienia tkanek są bardziej precyzyjne i plastyczne, a przez to pozwalające zachować bardziej naturalny wygląd twarzy niż inne preparaty, a to niezwykle ważne w przypadku pracy wypełniaczami – opisuje specjalista kliniki L’exerta.

Preparaty mogą się różnić w obrębie tego samego nazewnictwa również ze względu na wskazania do zastosowania. Dr Marek Wasiluk tak opisuje np. biostymulatory:

– Osoby, które mnie znają – są moimi pacjentami lub czytują np. mój blog wiedzą, że bardzo lubię biostymulatory. To substancje, które naturalnie odbudowują kolagen w skórze, przywracając jej właściwe objętości i kształt. Wśród biostymulatorów wiele lat stosowałem kwas l-polimlekowy, Sculptra. Potem pojawił się polikaprolatkon Ellanse, który ma o wiele szersze wskazania do stosowania m.in przez lepszą konsystencję, dzięki czemu umożliwia bardzo precyzyjne korekty.

Przestawiłem się więc zdecydowanie na niego. Natomiast niedawno wprowadzono nowy kwas polimlekowy Lanluma, który skłonił mnie do ponownego sięgnięcia po preparat z tej póki. Nie chcę nim zastąpić Ellanse, który pięknie modeluje i odmładza twarz, ale za to uważam, że tym nowym preparatem warto modelować ciało! Lanluma to bardzo efektywny stymulator syntezy włókien kolagenu i elastyny, który bardzo mocno zadziała na większych obszarach i poprawi kształt np. pośladków, biustu, ramion, bioder, czy brzucha. Zabieg ujędrni je i uniesie, sprawiając, że ich tkanka  będzie bardziej zwarta. To cenne wskazanie dla osób, które nie chcą decydować się na inwazyjne operacje plastyczne.

– Na tych kilku przykładach preparatów widać, ze ich świat jest bardzo bogaty, a jedna substancja drugiej, tylko z pozoru tej samej, wcale nie musi być równa. Warto więc przede wszystkim być tego świadomym, a decydując się na zabiegi, wcześniej dokładnie zapoznać z proponowanym nam preparatem.


dr Marek Wasiluk ‒ specjalista medycyny estetycznej, właściciel nowej, warszawskiej kliniki L’experta. Pierwszy i jedyny Polak, który ukończył studia MSC in Aesthetic Medic w szkole Barts and The London School of Medicine and Dentistry na prestiżowym uniwersytecie Queen Mary University of London. Autor eksperckiego bloga www.marekwasiluk.pl i książki pt. „Medycyna estetyczna bez tajemnic”.


Psychologia uzależnienia

14 cech toksycznych rodziców, którzy krzywdzą swoje dzieci, nie zdając sobie sprawy, że to robią

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 kwietnia 2022
toksyczni rodzice
fot. laflor/iStock

Toksyczni rodzice nie biją, nie zostawiają bez opieki samych w domu, nie piją zbyt dużo alkoholu. Jednak niektórzy rodzice nieświadomie krzywdzą swoje dzieci w obszarze psychiki. To zostawia ślady na wiele lat i obija się czkawką w dorosłości. Ale spokojnie! Tak naprawdę wszyscy czasem to robimy. Czytając ten tekst, pamiętaj, że nie musisz być rodzicem idealnym. Wystarczy, że będziesz wystarczająco dobrym. Każdy popełnia błędy. Ważne, byśmy chcieli się do nich przed sobą przyznać. Sprawdź więc, czy ty czasem bywasz toksyczny.

1. Toksyczni rodzice rządzą ze strachem

Toksyczni rodzice mylą stawianie granic ze stosowaniem surowych kar. Zamiast uczyć dzieci, jak mają się sprawnie poruszać po świecie, kontrolują, straszą, nadmiarowo wymierzają kary psychiczne i cielesne. Bo wierzą, że tylko w taki sposób wymusza posłuch. Ostatecznie niszczy to więź dziecka z rodzicem, burzy jego poczucie własnej wartości i uczy nieufności.

2. Kontrolują każdy aspekt

Czasem rodzice kontrolują każdy aspekt życia swojego dziecka. Nie pozwalają im iść własną drogą, robią wszystko, by ono zostało jak najbliżej matczynego domu. Przekupują finansami, opieką nad wnukami, zapewniają wygody lub grają na poczuciu winy, symulując własną słabość lub chorobę. Zachowują się tak, jakby nie wiedzieli, że dzieci wychowują dla świata, a nie dla samych siebie.

3. Są nadopiekuńczy

Każdy chce dla swojego dziecka jak najlepiej. Ale niektórzy rodzice swoją troską potrafią prawie… zabić. Rozpieszczając, zaspakajając każdą potrzebę dziecka — tak naprawdę hamujemy jego rozwój i nie pozwalamy mu doświadczać złożoności różnych uczuć.

4. Toksyczni rodzice wymagają nie wiadomo czego

Narcystyczni rodzice często mają nierealistyczne standardy zwłaszcza w stosunku do swoich dzieci. Zamiast postrzegać je jako istoty ludzkie z własnymi potrzebami i uczuciami, traktują jak by były „przedłużeniem ich samych”. Całkiem nieświadomie do ich umysłu zakrada się refleksja: „Jeśli moje dziecko jest niedoskonałe, to znaczy, że mną też jest coś nie tak”.

5. Boją się o wszystko

Przerażony, zalękniony rodzic, który obawia się, żeby jego dziecko nie wchodziło zbyt wysoko po drabinkach albo, żeby na studia nie jechało do innego miasta — nie jest dobrym wzorcem. Toksyczny strach jest zaraźliwy. Dzieci uczą się go od swoich rodziców.

6. Poniżają swoje dzieci

Jeśli maluch nie robi tego, czego chce toksyczny rodzic, potrafi on uciec się do słów okrutnych: „Ty cholerna leniwa krowo”, „Poczekaj, ojciec złoi ci skórę” czy „Żałuję, że cię urodziłam”, „Zaminowałeś mi życie”. Przykłady można mnożyć bez końca.

7. Unieważniają uczucia dziecka

Naszym zadaniem jako rodziców jest pomaganie dzieciom rozpoznawać i radzić sobie z emocjami. Niestety, toksyczni rodzice, ponieważ nie są przygotowani do radzenia sobie z własnymi emocjami, unieważniają to, co czuje ich dziecko. „Przestań być tak wrażliwy. Otrząśnij się z tego!”, „Nie becz dłużej. Faceci nie mogą się tak mazać”.

8. Toksyczni rodzice porównują do innych

Mówiąc: „Dlaczego nie możesz być bardziej jak…”, wysyłasz wiadomość do swojego dziecka, że nie jest wystarczająco dobre. Takie, często pozornie błahe stwierdzenie, niszczy poczucie własnej wartości.

9. Manipulują poczuciem winy

Kiedy toksyczny rodzic nie osiąga pożądanego rezultatu, ucieka się do wzbudzania poczucia winy. „Zrobiłem dla ciebie tyle rzeczy, a ty nie możesz tej jednej?!”  Lepiej rozmawiać na spokojnie, niż manipulować.

10. Stosują bierna agresję

Czy wiesz, że milczenie tygodniami, zaprzeczanie przezd synem czy córką swoim negatywnym emocjom: „Nie, nie jest na ciebie zła” albo sarkastyczne komplementy „Wow, niedługo głową sufit dziewczyno przebijesz” to bierna agresja? Toksyczni rodzice często zapominają, że słowa lub ich brak też ranią.

11. Nadmiernie krytykują

„Dlaczego nigdy nie możesz zrobić nic dobrze?”, „Postaraj się, bo widzę, że jesteś zdolny, ale leniwy”, „Skończysz jak twój brat” – to tylko kilka przykładów tego, jak nadmiernie krytyczny może być toksyczny rodzic. I chociaż wszyscy czasami mówimy rzeczy, których nie mamy na myśli, słowa mają moc. Warto być ostrożnym.

12. Toksyczni rodzice robią toksyczne żarty

Niby żart to coś niewinnego. Niestety to tylko pozory, bo toksyczny żart potrafi głęboko zranić dziecko. Zwłaszcza jeśli dotyczy jego wagi, wyglądu, inteligencji, seksualności, zdolności, miłosnych wyborów. A przede wszystkim jeśli wypowiada go ważna osoba. A rodzic taką na pewno jest.

13. Nie potrafią grać drugich skrzypiec

Kiedy zostajesz rodzicem, musisz nauczyć się, aby przez pierwsze lata własne potrzeby postawić na drugim miejscu. Małe dziecko jest niemal w stu procentach zależne od ciebie. Narcystyczni i niedojrzali emocjonalnie rodzice tego nie potrafią. Wewnętrznie cały czas czują się dziećmi żądnymi zainteresowania i poklasku oraz czasu wolnego tylko dla siebie.

14. Przekraczają granice

Toksyczni rodzice nie szanują autonomii swojego dziecka. Uważają, że mają prawo przekroczyć ją tylko dla tego, że są silniejsi, mądrzejsi i posiadają władzę. A przecież dziecko to odrębna jednostka. Ono ma swoje prawa i uczucia, które należy szanować.


Zobacz także

Świat się nie zawalił. Jest dobrze… wreszcie

inteligencji

Szalony naukowiec? Coś w tym jest, więc sprawdź czy u ciebie występują oznaki wysokiej inteligencji

Walcz o siebie, pokonaj własną bezradność wobec toksycznych relacji