Psychologia

„Mój ojciec pije wódkę tak, jak my herbatę. Piwo, jak my wodę. A ja? Mam ataki paniki i napady gniewu”

Redakcja
Redakcja
26 października 2021
fot. axelbueckert/iStock
 

– To DDA potrafią powiedzieć: „Mamo, to ty jesteś moją mamą, nie ja twoją”, „Co z tego, że to twoja rodzina, skoro wszyscy cię krzywdzą?”, albo „Jesteśmy ofiarami ofiar”. Tę bolesną i niełatwą lekturę polecam wszystkim rodzicom Dorosłych Dzieci Alkoholików oraz psychoterapeutom – mówi Ewa Woydyłło- Osiatyńska, psychoterapeutka, po lekturze nowej książki „Dom w butelce” autorstwa – Agnieszki Jucewicz oraz Magdaleny Kicińskiej. Woydyłło-Osiatyńska dodaje: „Aby dowiedzieć się nie tylko jakich cierpień przysparza „dom w butelce”, lecz również tego, że prawdziwie dobry dom to miejsce, w którym nie ma ustawicznych huśtawek nastrojów, wszystkie emocje są dozwolone i o wszystkim można bezpiecznie rozmawiać. I gdzie dzieci nie muszą być ratownikami swoich rodziców”.

Według szacunkowych danych półtora miliona polskich dzieci wychowuje się w rodzinach z problemami alkoholowymi. A przecież alkoholizm to nie jest tylko choroba osoby, która nadużywa alkoholu. Ta choroba wikła ich bliskich – partnerów, rodzeństwo, rodziców, ale przede wszystkim dzieci. W takich domach potrzeby najmłodszych schodzą na dalszy plan. One umieją ugotować zupę z niczego, zaopiekować się młodszym rodzeństwem, sprzątać wymiociny i przekonująco usprawiedliwiać nieobecność matki czy ojca na wywiadówce. Autorki zaczynają swoją książkę od słów: „To eksperci i ekspertki. Są biegli w odczytywaniu kroków, tonu głosu, sposobu, w jaki rodzic przekręca klucz w zamku. Wypił? Wypiła? Kończy swój ciąg, czy dopiero się rozkręca? Będzie się bić i awanturować czy po prostu padnie?”

Dwanaście osób w różnym wieku kobiet i mężczyzn powierzyło Jucewicz i Kicińskiej swoje historie. My dla czytelników Oh!Me wybraliśmy obszerne fragmentu historii Justyny, która ma teraz 44 lat.

Co poczułaś, gdy urodziłaś syna?

……Chyba poczułam, co straciłam… Zobaczyłam tego malutkiego człowieka, który jest całym światem, poczułam bezgraniczną miłość do niego, odpowiedzialność, taką totalną, bezwarunkową… Teściowa się ze mnie śmiała, że mam syndrom kwoki. Chciałam być z synkiem non stop. Niechętnie go komuś dawałam. Hołubiłam każdą chwilę z nim. Sprawiało mi to radość. I zaczęłam się wtedy zastanawiać: czy ja też tak miałam? Czy ktoś się mną tak opiekował? Przytulał? Robiło mi się coraz trudniej, bo nie przypominałam sobie takich chwil ze swojego dzieciństwa…

A co sobie przypominałaś?

Ojciec był albo nieobecny, albo pijany, albo wkurzony. Wkurzony, bo jeszcze nie był pijany, albo wkurzony, bo już wypił. Cały świat się kręcił wokół niego. Mamy świat też. Kiedy miałam siedem lat, urodził się mój brat. Był bardzo chory, miał wodogłowie, liczne dolegliwości. Pamiętam taką scenę – stoję sama nad jego pustym łóżeczkiem, w domu nikogo nie ma, mama jest jeszcze razem z bratem w szpitalu. Nie wiem, o co chodzi, bo nikt ze mną nie rozmawia, boję się… Kurczę, dziś mam dwóch synków. Jakub ma dziesięć lat, Franek osiem. Wiem, na jakim etapie jest siedmiolatek, czego potrzebuje. I jak patrzyłam na tych moich chłopców mniej więcej w tym wieku, to dotarło do mnie, jak bardzo samotna musiałam się wtedy czuć.

Ja w ogóle często czułam się sama. Rodzice przenieśli mnie do mojego pokoju, gdy miałam sześć lat. Mieszkaliśmy w dużym domu – ja sama na piętrze, oni na dole. Ta samotność była ze mną do czasu, aż poszłam na studia do Warszawy. Na początku myślałam jeszcze, że tam wrócę – do domu rodzinnego. Dzisiaj zaglądam tylko, jak jedziemy na wakacje na Mazury, bo to po drodze.

Dlaczego przestałaś tam jeździć?

Za każdym razem wracałam chora, zryczana, z potworną migreną. Jak te kilkanaście lat temu zaczęłam spotykać się z moim mężem i zobaczył, co się ze mną dzieje, to w pewnym momencie tupnął nogą i powiedział: „Justyna, koniec z tym, nie jeździmy tam”. Widział, że nie wynoszę stamtąd nic oprócz toksyczności. Brat miał i nadal ma do mnie pretensje, że mi się udało, że ja mam. (….) Od podstawówki mam migreny. Jak byłam młodsza, to miałam takie bóle głowy, że wymiotowałam od światła, od wszystkiego. Były takie dni, że mama biegała od łazienki, gdzie podtrzymywała mi głowę nad sedesem, do salonu, gdzie rzygał mój, za przeproszeniem, napierdolony ojciec. Pamiętam dokładnie moment, w którym przestałam tam jeździć z dziećmi. Bo gdy się one pojawiły, to pomyślałam: „No dobra, ja to ja, ale może ojciec się trochę zreflektuje ze względu na wnuki”. Tym bardziej że mój brat nie ma dzieci. To są jego jedyne wnuki. Jakub miał wtedy dwa i pół roku, Franek pół roczku. W domu mieliśmy remont. Pomyślałam, że pojadę do mamy na trochę. Zawsze mówię, że jadę do mamy, nie do rodziców.

Siedziałam na górze z Frankiem, zeszłam na dół po coś do kuchni i patrzę, że ojciec jest w swojej najlepszej formie – kompletnie pijany rzuca się po kuchni, jakimiś garnkami rozwala jedzenie, a na środku stoi mój dwuipółlatek i patrzy na to przerażony. Pomyślałam: „O, nie! Nie chcę, żeby miał w głowie to, co ja”. Zakręciłam się, zabrałam dzieci i wyjechałam. Na moją mamę nie mogę liczyć. Ona zawsze trzyma się z boku. Jej nie przeszkadzało, że dwuipółletni wnuczek na to patrzy.

W domu była przemoc?

Wobec mamy… Tata ją bił. Jedna z najgorszych scen, jaką pamiętam, miałam z siedem, osiem lat, mój brat był malutki, leżał w kołysce… O coś poszło. Nie wiem, o co. Ojciec ganiał mamę z butem dookoła domu. Dopadł ją i zbił po głowie. Do tego stopnia, że jak wróciła, to go nie poznawała… Siadła naprzeciwko mnie, tak jak ty siedzisz. Kompletnie w szoku. Oczy miała błędne. Mówiła, że to nie jest jej mąż, że jej mąż zaraz wróci, że wszystko będzie dobrze… Miałam do siebie potem długo żal, że nie zadzwoniłam po policję, że nic z tym nie zrobiłam. Ale ja miałam wtedy siedem lat! Co ja miałam zrobić?!

Nic nie mogłaś. Byłaś dzieckiem.

No nic… Nic… I to jest takie straszne.(…) Rodzice w którymś momencie przestali spać razem. Ojciec spał w pokoju na dole. Mama na górze. Do dzisiaj zresztą tak jest. Pamiętam, że przy łóżku trzymała kij. Na ojca.

Ciebie nigdy nie bił?

Czasem mnie tłukł. Jak coś przeskrobałam. Mama też, ale bardziej wychowawczo. Jak sobie nie radziła z nami. Przez kolano i kablem w dupę. Ojciec bił ręką. Kawał chłopa, to bolało. Mam w sobie teraz awersję do przemocy. Nie toleruję jej w ogóle. Raz uderzyłam własne dziecko. Ale to było w kompletnej panice. Byliśmy na basenie, w przebieralni. Odwróciłam się na chwilę, zajęta młodszym synem, a Jakub chciał włożyć rączkę w takie metalowe drzwi, którymi akurat ktoś przechodził. Mogły mu obciąć palce. Złapałam go i uderzyłam w pupę. Bardzo się rozpłakał, ja się od razu poryczałam. Przeraziłam się sobą. Dla mnie to była straszna porażka. (….)

(Ojciec) próbował przestać pić?

Nigdy. On pije wódkę tak, jak my herbatę. Piwo jak my wodę. Kilka piw dziennie to standard. Jego ojciec pił, jego brat się właśnie zapija. Nie mam ostatnio wieści stamtąd, ale ojca brat był już parę razy w szpitalu. Zaszywali go, wychodził, znów pił. Ojciec chyba w ogóle się nad tym swoim piciem nie zastanawiał. Ani mama. Kiedyś się mnie spytała, czemu nie dam jej chłopców na wakacje. Odpowiedziałam: „W tę patologię?!”. Oburzyła się. „Przecież to jest dom, będą mieć tu swoje miejsce”. Ona też tego nie widzi. (…)

I robi ci się żal?

Tak, bo to są takie stracone chwile, których już się nie odzyska. Nawet jak jechaliśmy z rodzicami na Mazury, bo czasem na weekend tam jeździliśmy, to zawsze były karczemne awantury. Ojciec pijany wieczorem potrafił nagle zniknąć. Wszyscy go szukali. Każdy wyjazd, zamiast być fajny, był beznadziejny. Czepianie się o wszystko, niezadowolenie ze wszystkiego. Ojciec się mną interesował tylko wtedy, gdy usłyszał, że dostałam trójkę. Od razu pytał: „Dlaczego trója?”. Na zebrania chodziła mama. (…)

Jak zaczęłam dojrzewać, bardzo zależało mi na jego akceptacji. Aż zaczęłam go naśladować w stosunku do matki. Stałam się wobec niej tak samo wredna. Dogadywałam jej, żeby mu się przypodobać. Wtedy wydawało mi się, że mamy z ojcem więź. Ale dziś wiem, że wcale nie, że jemu po prostu pasowało, że ja się tak zachowuję. To był taki jego kaprys. Zauważał mnie, gdy trzeba było w piecu rozpalić, obiad zrobić, guzik przyszyć, w sklepiku pomóc. (…)

Z mamą czuję się jednak bardziej związana. (…) Nigdy nie dzwonię do niej, żeby ją prosić o radę. Bo nigdy nie była dla mnie autorytetem. Dla mnie jest życiowo niezaradna. Wiem, że kocha mnie na swój sposób – tak jak potrafi. Ale ostatnio jej powiedziałam: „Mamo, to ty jesteś moją matką, a nie ja twoją”. To było przy okazji tego, jak ją namawiałam, żeby w końcu się wyprowadziła. (…)

Na studiach udało mi się skutecznie od tego odciąć. Przynajmniej tak myślałam. Poznałam męża, układałam sobie życie, pojawiły się dzieci i nagle wszystko wróciło. Było ze mną źle, coraz gorzej, coraz trudniej. Miałam poczucie ogromnej niesprawiedliwości. Na przykład szłam z dziećmi na plac zabaw, widziałam inne dzieci z dziadkami i robiło mi się potwornie smutno, że tego dziadka nie ma w ich życiu, że on to tak olał.

Próbowałaś tę relację jakoś odbudować?

Próbowałam. Jak Franuś miał pięć lat, zapragnął zaprosić mojego ojca na przedstawienie do przedszkola z okazji Dnia Babci i Dziadka. Wykręciłam jego numer, włączyłam telefon na głośnomówiący, mówię: „Tato, dzwonimy, bo Franio chce cię zaprosić na przedstawienie”. Powiedział: „Ale ja nie przyjadę, bo na godzinę to mi się nie opłaca”. Franek zalał się łzami – było mu okropnie przykro. To był jeden z ostatnich razów, gdy rozmawialiśmy przez telefon. (…)

Dlaczego w końcu zdecydowałaś się na terapię?

Przestałam sobie zupełnie radzić z emocjami. Często płakałam. Wpadałam w stany depresyjne. Dwa razy dostałam ataku paniki. Raz na zajęciach aikido. Nagle poczułam, że muszę stamtąd wyjść, bo będzie źle. Zacznę zaraz krzyczeć.

Coś się wydarzyło?

No właśnie nie. Może tylko to, że ćwiczyłam z osobą, z którą nie chciałam ćwiczyć. Nie szło mi. Znów weszłam w tryb: „Nic nie umiem, nie nadaję się”. Może to był ten dwudziesty czy dwusetny raz za dużo? I mi się wylało? Wcześniej podobnie przydarzyło mi się w pracy. Miałam kiepski dzień. Byłam w drodze do domu i nagle ścisnęło mnie za gardło, nie mogłam oddychać. Szłam przez centrum, wszystko dookoła mnie przerażało. Mąż widział, co się ze mną dzieje, że reaguję nadmiernie, że jak jestem zmęczona, to się robię odpychająca, i namawiał mnie, żebym coś z tym zrobiła. Wcześniej miałam kilka podejść do terapii, ale nie trafiłam na osobę, która by mnie przekonała. Teraz spotkałam terapeutę, który pokazuje mi ciąg przyczynowo-skutkowy. Zaczynam rozumieć, co się z czego bierze. Na pierwszym spotkaniu zapytał mnie: „Z czym pani przychodzi?”. Miałam problem, żeby odpowiedzieć.

Co w końcu odpowiedziałaś?

Niby jest OK – mam fajnego partnera, dzieciaki, rodzinę, dom – ale nie jest. Bo ta złość, bo te ataki paniki, bo ta niska samoocena. Przez półtora miesiąca nie byłam w stanie ustalić, czego od tej terapii oczekuję. Dopiero niedawno to odkryłam. Najbardziej przeszkadza mi we mnie to, że czuję się uzależniona od bycia ważną. Potrzebuję ciągle docenienia. Uwagi. Bez tego czuję się nic niewarta. Terapeuta powiedział mi: „Wie pani, dziewczynka, żeby móc się rozwijać, być pewna siebie, potrzebuje wspierającego, kochającego bezgranicznie ojca. Pani tego nie miała, więc musi to pani przepracować”. Odkryłam to w pracy.

Kilka miesięcy temu zaczęłam w nowej firmie. Przez jakiś czas nie miałam przydzielonych konkretnych zadań, więc nie mogłam się wykazać i totalnie zgasłam. Jak wreszcie dostałam nowe projekty, to odżyłam. To samo się dzieje w relacjach. Kiedy przyjaciel mówi, że zadzwoni i nie dzwoni, to nie mogę się skupić, robię się smutna, czasem zła. Ostatnio wyjechaliśmy ze znajomymi na weekend, w dwa samochody. Mieliśmy wspólny apartament. Zostałam dłużej, żeby spakować rzeczy, jeszcze ogarnąć. Wyszłam i zobaczyłam, że znajomi już odjechali. Pomyślałam: „Kurde, ale buraki, nie poczekali na mnie”. Już byłam załamana. A oni się po prostu spieszyli.

Rozumiem, że odbierasz wszystko bardzo osobiście?

Strasznie! Do granic! Ktoś na mnie krzywo popatrzy, a ja już robię z tego gorącą historię, że pewnie mnie nie lubi. A jego może akurat zabolała stopa. Z dziećmi to samo. Ta moja potrzeba ważności była zaspokajana, gdy byli malutcy. Teraz dorastają. Ostatnio wchodzę do domu, Kubuś robi jakiś projekt do szkoły, Franek czyta, i zamiast się cieszyć, że są już tacy samodzielni, zrobiło mi się przykro. Wkurza mnie, że moje dobre samopoczucie zależy od tego, czy ktoś mnie potrzebuje. Terapeuta powiedział mi, skąd się może brać ten mój nadmierny smutek, który często przechodzi w nadmierną złość.

Skąd?

Przez tyle lat starałam się być taka grzeczna, nie sprawiać problemów. Czułam smutek, złość, żal, ale nie mogłam ich pokazać, więc one tak we mnie narastały, narastały, aż w końcu po latach zaczęły się wylewać.

Złość na ojca?

Na rodziców, na dom, na samotność, na bycie niesłuchaną. Na wielokrotne przekraczanie moich granic. Teraz jak ktoś tylko trochę je przekroczy, od razu wybucham.

Myślisz, że długo będziesz w terapii?

Nie wiem. Czasem jest bardzo ciężko. Zresztą tego się bałam, że się przez to rozpadnę. Terapeuta spytał mnie o moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Powiedziałam mu, jak stałam nad pustym łóżeczkiem brata. To była straszna wizualizacja. Spłakałam się okropnie, bo wreszcie dotknęłam tej samotności. Terapeuta powiedział mi, żebym zamknęła oczy i porozmawiała z tą dziewczynką, która tam stoi.

I co jej powiedziałaś?

Że nie jest sama.

 


Psychologia

„Kiedyś miałam orgazm na spotkaniu z prezesem. Nieświadoma jęknęłam, gdy przemawiał”

Redakcja
Redakcja
27 października 2021
fot. BenAkiba/iStock
 

– Seksoholik popada w swego rodzaju paranoję, która towarzyszy mu na każdym kroku. Po pierwsze, chcesz więcej i więcej seksu. Po drugie, gdy jesteś w ciągu, ale zachowujesz pozory, że żyjesz normalnie – że chodzisz do kina i kosmetyczki, że spotykasz się ze znajomymi, że uczestniczysz w życiu rodzinnym – pojawia się w tobie strach, że oni albo już wiedzą, co robisz, albo za chwilę to odkryją.(…) Najłatwiej jest usunąć się w cień i nie mieć zbyt wielu kontaktów z ludźmi, którzy znają cię na wylot i potrafią rozszyfrować każdy twój gest czy po głosie rozpoznać twój stan. Nie mam już siły okłamywać matki czy ojca, że wszystko jest dobrze, kiedy nie jest. Nie chcę siedzieć na obiedzie rodzinnym i jak wariatka zerkać w telefon, żeby sprawdzić, czy chłopak, którego poznałam wczoraj w nocy w necie, już dał mi znać, że mogę do niego wpaść na seks. (…) – mówi 34-letnia seksoholiczka Sylwia.

Jeśli wierzyć badaniom, to pięć procent populacji cierpi na seksoholizm. Mijamy ich każdego dnia na ulicy. Seks zniszczył ich związki, rodziny, kariery, przyjaźnie. Wiktor Krajewski przeniknął to tego hermetycznego środowiska i opisał historie jedenastu osób w książce „Seksoholicy”, Prószyński i Ska.

Autor w przedmowie tłumaczy: „Pisząc tę książkę, poznałem mnóstwo osób, których nigdy nie miałbym okazji spotkać, oraz odwiedziłem miejsca, do których normalnie nie trafiłbym z własnej woli. (…) Nie mogę natomiast przemilczeć swojej oceny niektórych opisanych zachowań, które przez większość czytelników mogą być uznane za nieetyczne, inne z kolei, z punktu widzenia prawa, są karalne. Nie ma dla nich mojej zgody. Słuchając moich rozmówców, wielokrotnie miałem ochotę przerwać wywiad i wrócić do swojej strefy komfortu. Dziś, po przeprowadzeniu godzin rozmów z bohaterami, czuję, że już inaczej patrzę na ludzi. Nie lubię tej zmiany. Ale zaszła. Trudno.”

Większość historii jest bardzo szczerym zapisem wyniszczającej choroby. Tak szczerym, że momentami brutalnym. Wybraliśmy więc historię Sylwii i zapis tylko tych fragmentów, które służą refleksji psychologicznej. Po resztę musicie sięgnąć na własną odpowiedzialność. Znajdziecie je w książce Prószyński i S-ka „Seksoholicy”.

Posłuchajcie Sylwii, 34 lata

Długo musiałem cię namawiać na spotkanie i rozmowę o seksoholizmie.

Dziwisz mi się? Ja się sobie nie dziwię. Trudno jest się przyznać przed sobą, że ma się problem, który nie tylko dotyka każdej sfery twojego życia, ale i ma na nią miażdżący wpływ. Nawet jeśli zdajesz sobie sprawę, że on istnieje, na wszelkie sposoby opóźniasz moment, kiedy odpowiesz sobie na pytanie, z czym walczysz. (…) Byłam u wielu psychologów i terapeutów i wielokrotnie czułam ich obrzydzenie. Raz nawet poproszono mnie, żebym zmieniła gabinet, bo psycholog nie była w stanie mi pomóc. Widziałam jej pełny dezaprobaty wzrok. Straszne uczucie. (…)

Słyszałaś wcześniej o innych osobach, które zachowywałyby się tak jak ty?

Nie. O seksoholizmie nie mówi się głośno. Jakby problem w ogóle nie istniał. Ludzie opowiadają o swoich różnych uzależnieniach, ale jeżeli chodzi o seksoholików – cisza. To wstyd blokuje nas przed przyznaniem się na forum do swojej słabości. Zanim moje uzależnienie, z którego doskonale zdaję sobie sprawę, doszło do głosu, nie sądziłam, że seks może być tak niszczący dla psychiki i ciała. Dla mnie niewątpliwie właśnie taki był, i dalej jest. (…) Uzależnienie od seksu to katorga. Jeżeli chcesz, żeby twoje życie było normalne, musisz poskramiać swoją dzikość, bezustannie walczyć z tą zwierzęcą stroną człowieka.

Ta walka trwa cały czas?

Na nasze spotkanie szłam od samochodu do kawiarni góra pięć minut. Po drodze minęłam sześciu mężczyzn, z którymi byłabym gotowa iść do pierwszej lepszej bramy i uprawiać z nimi seks. Ot tak, seks dla samego seksu. Specjalnie liczyłam, ile razy przez głowę przemknie mi myśl o seksie na tak krótkim dystansie. (…)

Mówisz, że budujesz wszystko od nowa. Co masz na myśli?

Z miasta do miasta przeprowadzałam się już sześć razy, licząc, że zmiana otoczenia da mi nowy start, bo nie będę na każdym kroku spotykać kogoś, kto wie, do czego jestem zdolna. Kogoś, komu wysyłałam wiadomości z propozycją seksu, albo wręcz kogo nagabywałam, żebyśmy poszli do łóżka. Że wchodząc do restauracji, nie będę się zastanawiać, czy chłopak, który przed chwilą powiedział mi „cześć”, to była jednonocna przygoda, dlatego twarz kojarzę, ale jego nie jestem w stanie umiejscowić w czasie i okolicznościach. Ale czy to ma znaczenie, gdzie jestem? Trochę ma, ale tak na serio nie ma. Nowe miejsce nie sprawi, że nagle przestanę mieć obsesję seksu. Seksoholik popada w swego rodzaju paranoję, która towarzyszy mu na każdym kroku.

Po pierwsze, chcesz więcej i więcej seksu. Po drugie, gdy jesteś w ciągu, ale zachowujesz pozory, że żyjesz normalnie – że chodzisz do kina i kosmetyczki, że spotykasz się ze znajomymi, że uczestniczysz w życiu rodzinnym – pojawia się w tobie strach, że oni albo już wiedzą, co robisz, albo za chwilę to odkryją.(…) Najłatwiej jest usunąć się w cień i nie mieć zbyt wielu kontaktów z ludźmi, którzy znają cię na wylot i potrafią rozszyfrować każdy twój gest czy po głosie rozpoznać twój stan. Nie mam już siły okłamywać matki czy ojca, że wszystko jest dobrze, kiedy nie jest. Nie chcę siedzieć na obiedzie rodzinnym i jak wariatka zerkać w telefon, żeby sprawdzić, czy chłopak, którego poznałam wczoraj w nocy w necie, już dał mi znać, że mogę do niego wpaść na seks. (…)

Swoją nieobecność zawsze usprawiedliwiałaś obowiązkami zawodowymi?

Kilka, co ja mówię, kilkadziesiąt razy dochodziło do sytuacji, że zmyślałam, że mam awarię w pracy, jakąś nagłą sytuację i muszę szybko wyjść z rodzinnej imprezy, żeby podjechać do biura. Tyle że nie było żadnej podbramkowej sytuacji, po prostu mój fuck buddy napisał do mnie, że właśnie teraz ma wolną godzinę i chęć wybzykania mnie na wszelkie możliwe sposoby. Moje uzależnienie w pewnym momencie doprowadziło do tego, że kiedy wychodziłam z domu, wcześniej umieszczałam w sobie miniwibrator. Działał na Bluetooth, czyli można było nim sterować za pomocą telefonu. Siedziałam z bliskimi, z rodziną czy na zebraniu w pracy i uruchamiałam tę zabawkę niby pod pretekstem, że muszę sprawdzić maile. Gdy wibrator się włączał, czułam ulgę. Jakbym wdrapała się w męczarniach na stromą górę i nagle mogła usiąść, żeby odpoczęły mi nogi. Alkoholik pewnie porównałby to z ulgą, jakiej doświadcza, gdy budzi się rano po nocnej libacji i bierze łyk alkoholu, żeby zabić kaca.

Wszyscy, z którymi pracowałam, widzieli, że ze mną jest coś nie tak. Że za moim dziwnym zachowaniem kryje się coś dziwniejszego. Bywałam rozkojarzona, nerwowa, nieobecna, wszystko mnie drażniło i pohukiwałam na każdego, kogo spotkałam. Wibrator pod ręką przynosił mi ulgę. Kiedyś osiągnęłam orgazm na ważnym spotkaniu z prezesem. Nieświadoma jęknęłam, gdy przemawiał. Wszyscy z mojego działu, a było to około dwudziestu osób, popatrzyli na mnie z zaskoczeniem, bo nie wiedzieli, o co chodzi. Zwaliłam to na rwę kulszową, która odezwała się po latach… Żadna rwa. Najzwyczajniej świecie dostałam orgazmu na oczach wszystkich. Wstyd mi za to.

Coś się zmieniło po tym wydarzeniu?

Nie, z czasem mój seksoholizm tylko się pogłębiał, a ja podporządkowywałam życie spotkaniom na seks. Rzeczy, które jeszcze do niedawna sprawiały mi przyjemność: kino, teatr, koncert, przestały mieć dla mnie znaczenie. Nie miałam na nie czasu. Nawet jeżeli umówiłam się z kimś, kogo lubiłam, w ostatniej chwili potrafiłam odwołać spotkanie, bo akurat zabrzęczała mi aplikacja randkowa, a jakiś gość chciał się bzykać. Nie potrafiłam mu odmówić, nawet jeśli miałam w planach już coś zupełnie innego. Zresztą nie było sensu, żebym odmawiała, bo myślami i tak byłabym z nim na spotkaniu. (…)

Ostatnio byłam w klubie w sobotnią noc. Sama. Poznałam Włocha, który przyjechał tu na weekend. Od razu pojechaliśmy do niego do hotelu. Seks z nim był dobry, ale nie rewelacyjny. Postanowiłam, że wrócę do klubu, żeby poznać kogoś innego, lepszego w łóżku. Pojechałam i poznałam. Znowu ten sam scenariusz: zamawiamy taksówkę, jedziemy do niego do domu, zabawiamy się. Już po wszystkim znowu poczułam, że mogłabym jeszcze, ale nie mam z kim. Gdy wchodziłam po raz kolejny do dyskoteki, ochroniarz wziął mnie za prostytutkę i zapytał bez ogródek, ile biorę za numerek, dodając, że chyba muszę być dobra, skoro mam takie powodzenie. (…)

Na co potrafiłaś się zgodzić?

Odejmuje mi rozum, więc nie jestem w stanie przeciwstawić się niektórym pomysłom. Na tamtą chwilę nawet nie chcę się przeciwstawiać, bo mi się to podoba. Refleksja przychodzi z czasem, już po. (…)

A miłość? Nie myślałaś nigdy, że mogłaby ci pomóc wyjść z uzależnienia?

Oczywiście, że tak sądziłam. Myślałam, że związek z drugim człowiekiem, który będzie dla mnie interesujący i pociągający fizycznie, sprawi, że przejdę metamorfozę i wrócę na właściwe tory w swoim życiu. Spotkałam kogoś takiego. Miał ujmujący uśmiech. Spotykaliśmy się i wspaniale spędzaliśmy czas. Włóczyliśmy się po mieście, żartowaliśmy, czuliśmy się ze sobą niezwykle swobodnie. Nadszedł dzień, który zaplanowaliśmy, że spędzimy razem. Leniwa sobota u mnie w domu – jemy, śpimy, oglądamy filmy. Pech chciał, że napisał do mnie mój były kochanek z propozycją, żebym do niego wpadła, bo jest podniecony do granic możliwości (…).

Przysłał roznegliżowane zdjęcie, dodał kilka wulgarnych zdań, co mi zrobi, jeżeli do niego wpadnę. Myślałam, że oszaleję, tak bardzo chciałam, żeby tamten gość potraktował mnie tak, jak opisał. Starałam się odganiać te myśli, przekonywałam siebie, że spędzam dzień z najwspanialszym facetem pod słońcem i że nie mogę go zdradzić. Ale głowę już miałam zawaloną wizjami, jak wchodzę do mieszkania tamtego i jak on bierze mnie na wszystkie możliwe sposoby. Tak zawsze robił. On też był seksoholikiem, wyjeżdżał do seksklubów na całym świecie i bawił się na potęgę. (…)

Wróćmy do historii. Jesteś z mężczyzną życia, a na seks zaprasza cię twój były kochanek. Co zrobiłaś?

Czułam, że za chwilę przegram z samą sobą i pojadę do kochanka, ale nie wiedziałam, jak to zrobić, przecież siedziałam w domu z moim chłopakiem. Nie chciałam, żeby się domyślił, że coś knuję. Leżeliśmy przytuleni w łóżku. W pewnym momencie udałam, że dzwoni mój telefon. W łazience głośno poprowadziłam „rozmowę” i zmyśliłam, że muszę pilnie wyskoczyć do biura na godzinę, góra dwie. Nie oponował. Uśmiechnął się tylko i zapytał, czy spotkamy się później w naszej ulubionej restauracji. Zgodziłam się, bo chciałam już wyjść, jak najszybciej wyjść.

„Jestem jak narkoman – on musi walnąć działkę heroiny, ja muszę dać komuś d***” [18+]

Pędząc samochodem do tamtego gościa, myślałam, że rozbiję się po drodze, bo z podniecenia nie potrafiłam się skupić. Dojechałam. (… ) A potem pojechałam do mojego chłopaka do restauracji. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, zamówiliśmy ulubione dania, rozmawialiśmy. Patrzył na mnie z taką miłością, że aż się przy nim popłakałam.

Dlaczego?

Z ogromnego poczucia winy. Przez cały wieczór zżerały mnie wyrzuty sumienia. Miałam ochotę wstać od stołu i rzucić się pod pierwszy nadjeżdżający samochód, byle skończyć to marne życie. Próbowałam zrozumieć, po raz kolejny, czemu, mając kogoś tak dobrego, na kogo mogę liczyć, kto jest pociągający, zachowuję się jak zwykła szmata. To jest straszne myśleć o sobie, że jest się materacem dla byle kogo. Ja sama siebie błagam, za każdym razem, gdy wychodzę od jakiegoś nieznajomego, żeby to był ostatni raz.

I co z tego? Rozczarowałam siebie już milion razy. I czasem zastanawiam się, że może nie ma w tym sensu, że żyję. Jestem swoją własną stręczycielką. (…)

Bardzo się męczysz sama ze sobą?

Noszę w sobie nienasycenie, które doprowadza do szaleństwa. Łatwy przykład. Wyobraź sobie, że jesteś spragniony, więc sięgasz po wodę, ale każdy łyk powoduje, że jeszcze bardziej chce ci się pić. Obłęd. Żeby zgasić to pragnienie, jesteś gotów uklęknąć na ulicy i wypić wodę z kałuży. I tak nigdy nie poczujesz się dobrze, bo satysfakcja nie jest możliwa. Spełnienie jest tylko pozorne, za chwilę znika, bo znowu pojawia się pożądanie. (…) Próbowałam żyć normalnie i stworzyć stały związek, ale za każdym razem kończyło się to porażką. Postanowiłam kiedyś powiedzieć o swoim problemie chłopakowi. Nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Zadawał pytania i próbował zrozumieć.

Nigdy wcześniej nie byłam aż tak szczera, mówiąc o swoim problemie. Łudziłam się, że ta otwartość sprawi tylko, że znajdę kogoś, kto mi pomoże. Kto w chwili, gdy ponownie będę stawać do walki z uzależnieniem, będzie po mojej stronie. Z naszego związku jednak z każdym dniem zaczęło coraz bardziej ubywać ciepła i czułości. Przestał się do mnie przytulać, dotykać mnie, całować…

W końcu zdobyłam się na odwagę i przy kolacji zapytałam, co się dzieje. Bo czułam, że coś się dzieje. Doznałam szoku, bo nie spodziewałam się, że będzie aż tak brutalny. „Twoje wyznanie było niepotrzebne”, „Brzydzę się tobą”, „Nie chcę być z kobietą, która na drugie ma Wenera”. Mówił długo. Chyba na zawsze zapamiętam tamte słowa. I tamten ból również. Wierzyłam, że gra w otwarte karty przyniesie zrozumienie, a ja nie będę miała poczucia, że go oszukuję, nie przyznając się do swoich słabości. Jeszcze tego samego dnia spakował swoje rzeczy i się wyprowadził. Nie mogłam sobie znaleźć miejsca. Nie miałam też nawet do kogo zadzwonić. To jest w tym wszystkim najstraszniejsze, że…

Dokończ, proszę.

Że jestem w tym kompletnie sama. Oczywiście, psycholog powie, że moje uzależnienie odbija się na ludziach związanych ze mną, że oni również mają wynikające z tego problemy. Ale mnie w tym momencie nie interesują inni, bo problem tkwi we mnie, a ja sama nie potrafię się z nim uporać.

Gdy pomyślę o tych wszystkich seksimprezach, o mężczyznach, z którymi spałam, o własnych myślach, mam ochotę na siebie zwymiotować. Zawiązać sobie sznur na szyi. Strasznie się ze sobą męczę. Nienawidzę siebie. Nie jestem w stanie wytrzymać swoich myśli, ale nie umiem nad nimi zapanować. W głowie mam tylko seks. Pozbawiony przyjemności seks. Chodzę co chwilę na badania, żeby sprawdzić, czy nie złapałam jakiejś choroby. Umieram ze strachu, gdy znowu idę odebrać wyniki. Gdy okazuje się, że nic mi nie jest, czuję ulgę i oczywiście tłumaczę sobie, że to był ostatni raz, że już nigdy nie zafunduję sobie takiego stresu.


Psychologia

Młody (zielony) jęczmień – źródło „zielonej krwi” i nie tylko. Dlaczego warto włączyć go do diety?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
26 października 2021
Młody (zielony) jęczmień
Fot. iStock

Młody jęczmień, zwany także zielonym jęczmieniem, zyskał na popularności jako uzupełnienie zdrowej diety oraz wsparcie procesu odchudzania. Doceniony został m.in. za wpływ na wygląd skóry, pomoc w oczyszczaniu organizmu z toksyn, oraz jako wsparcie dla układu odpornościowego. Jakie zalety posiada zielony jęczmień i w jaki sposób można włączyć go do diety?

Czym jest młody jęczmień?

Jęczmień (Hordeum vulgare) to najdłużej uprawiane przez ludzi zboże, znane od czasów neolitu. Młody jęczmień to mniej więcej 7-dniowe źdźbła trawy jęczmiennej, z których przygotowuje się tabletki, susz z pociętych listków oraz sproszkowany liofilizowany sok. Proszek z zielonego jęczmienia powstaje z wyciśniętego z trawy soku, z którego odparowuje się wodę pod ciśnieniem w niskiej temperaturze. Ten proces pozwala proszkowi zachować właściwości świeżego zielonego jęczmienia — jest świetnie przyswajalny, ale nie zawiera błonnika.

Z kolei proszek z trawy to listki suszone w wyższej temperaturze i przez dłuższy czas. Taki sposób produkcji jednak zmniejsza walory odżywcze suszu, choć znajdziemy w nim dużo błonnika pokarmowego.

Młody (zielony) jęczmień

Fot. iStock/Młody (zielony) jęczmień

Moc młodego jęczmienia wynika z faktu, że liście zebrane w początkowej fazie wzrostu zawierają o wiele więcej cennych dla zdrowia witamin i różnych substancji biologicznie czynnych, w porównaniu do dojrzałych roślin.

Co zawiera młody jęczmień?

Młody jęczmień stanowi bardzo dobre źródło witamin i minerałów. Zawiera witaminy B1, B2, B6, kwas foliowy, kwas pantotenowy, w dodatku ma więcej witaminy C niż sok pomarańczowy, a także więcej beta-karotenu niż marchewka. Ponadto jest źródłem wapnia, miedzi, żelaza, magnezu, potasu i cynku. Dzięki dużej zawartości żelaza młody jęczmień polecany jest w diecie zapobiegającej niedokrwistości (anemii).

Zawiera dużą ilość flawonoidów, które są silnymi antyoksydantami wymiatającymi wolne rodniki z organizmu. Antyoksydanty chronią komórki organizmu przed procesem przedwczesnego starzenia się i ich uszkodzeniami. Są ważnym elementem diety chroniącej przed nowotworami, chorobami przewlekłymi czy chorobami neurodegeneracyjnymi. Zielony jęczmień dostarcza dużą ilość egzogennych aminokwasów (organizm ich sam nie produkuje), kwasy tłuszczowe (linolenowy i linolowy), oraz chlorofil, zwany zieloną krwią.

Młody (zielony) jęczmień

Fot. iStock/Młody (zielony) jęczmień

Zielony jęczmień skarbnicą chlorofilu  

Chlorofil to roślinny zielony barwnik, który pełni dla roślin rolę podobną do krwi u człowieka. Cząsteczki chlorofilu mają podobną budowę chemiczną do hemoglobiny. Różnica polega na tym, że w centrum chlorofilu znajduje się magnez, a hemoglobiny żelazo. Obie substancje łączą się z tlenem, odbierając z komórek niepotrzebne i szkodliwe produkty przemiany materii. Chlorofil jest odpowiedzialny za prawidłowy przebieg funkcji metabolicznych, bez których rośliny nie byłyby w stanie rosnąć.  Tak więc obecność tej substancji w młodym jęczmieniu podnosi jego wartość dla zdrowia.

Zielony jęczmień to moc błonnika pokarmowego

Młody jęczmień jest znakomitym źródłem rozpuszczalnego błonnika pokarmowego. Błonnik pełni ważne funkcje w organizmie. Przyspiesza metabolizm, obniża stężenie cholesterolu we krwi, a tym samym może zmniejszać ryzyko rozwoju chorób układu krążenia. Reguluje pracę układu pokarmowego, ułatwia wypróżnianie i zapobiega dokuczliwym zaparciom. Wzmacnia także uczucie sytości po posiłku, co pomaga wytrwać na diecie odchudzającej. Dieta obfitująca w błonnik zdecydowanie obniża ryzyko nowotworu jelita grubego. Dobrze wpływa na regulację poziomu cukru we krwi, co szczególnie ważne jest dla osób chorujących na cukrzycę. Błonnik ogranicza wchłanianie toksyn oraz metali ciężkich, przyspieszając ich usuwanie z organizmu.

Młody (zielony) jęczmień

Fot. iStock/Młody (zielony) jęczmień

Jak stosować młody zielony jęczmień?

Młody jęczmień charakteryzuje się specyficznym smakiem, do którego trzeba się przyzwyczaić. Można poprawić go, dodając nieco miodu dla osłody. Najbardziej wartościowy dla zdrowia jest świeżo wyciśnięty sok z liści młodego jęczmienia, ale takiej formie do bezpośredniego  spożycia, trudno jest go dostać. Sproszkowany jęczmień, który najczęściej można nabyć, nadaje się do przygotowania napoju, może być dodatkiem do owocowo-warzywnych soków czy koktajli, do sałatek i zup. Wystarczy rozpuść go w szklance chłodnej wody lub soku. Tak przygotowany napój należy pić 20 do 30 minut przed jedzeniem, 2 razy dziennie. Trzeba pamiętać przy tym, by nie zalewać młodego jęczmienia wrzątkiem, ponieważ zbyt wysoka temperatura niszczy jego cenne właściwości.


źródło:  www.poradnikzdrowie.pl, dietetycy.org

Zobacz także

Zdrada lubi „okoliczności”. 8 rzeczy, które popychają do zdrady

Dlaczego nie wychodzi ci w miłości, czyli jak przerwać złą passę w związkach

Wielki balon oczekiwań