Psychologia

Syndrom DDA lub DDD: czy zawsze dorosłe dzieci z takich rodzin muszą udać się na terapię?

Redakcja
Redakcja
14 maja 2021
Photo by Anthony Tran on Unsplash
 
Z uwagi na bardzo duże rozpowszechnienie choroby alkoholowej, jest bardzo wiele osób określanych jako dorosłe dzieci alkoholików (DDA). Ale rodzin dysfunkcyjnych było i jest więcej niż te z problemem uzależnienia. Anna Sternik, psychoterapeutka i specjalistka terapii uzależnienia z Centrum Terapii Dialog wyjaśnia, czy zawsze dorosłe dzieci z takich rodzin muszą udać się na terapię, co może utrudniać im życie i jak sobie z trudnym dziedzictwem radzić.

Co to jest syndrom DDA?

Zacznę od tego czym nie jest – nie jest chorobą ani żadną jednostką chorobową wpisaną w klasyfikację chorób i w tym sensie nie jest też diagnozą. DDA to opis pewnych stanów, uczuć i zachowań, postaw, schematów, które pojawiają się na podstawie określonych doświadczeń z dzieciństwa. To określenie wywodzi się z lat 70-tych, kiedy zaobserwowano, że uzależnienie w rodzinie ma wpływ na dzieci i później te dzieci przejawiają pewien zespół cech, z którymi borykają się w dorosłym życiu. W Polsce o tym syndromie zaczął mówić w latach 80. prof. Jerzy Mellibruda, a później też inni, związani z Instytutem Psychologii Zdrowia. Dziś sporo już wiemy na ten temat. Zrozumienie, że uzależnienie wprowadza rozmaite dysfunkcje, otworzyło „furtkę” do pomagania i do oferty psychoterapeutycznej dla tych osób.

O jakich cechach mówimy mając na myśli DDA?

Taką listę cech stworzyła Janet G. Woititz autorka książki „Dorosłe dzieci alkoholików”. Ale to nie jest tak, że jeśli rozpoznamy u siebie kilka z tych cech to jesteśmy DDA, a jak nie – to nie jesteśmy. Właściwie każdy z nas boryka się z jakimiś problemami i znajdzie na tej liście cechy, które pasują do niego. Osoby z DDA mają zazwyczaj większość z nich, choć nie wszystkie, bo każdy ma swoją mapę doświadczeń z dzieciństwa. Te najbardziej charakterystyczne to m.in. bezlitosne ocenianie siebie samego, zastanawianie się, czy moje zachowanie jest normalnie, trudność z przeprowadzaniem zamiarów od początku do końca – np. osoba kończy studia, ale nie pisze pracy magisterskiej. Niektórzy mają problem z odprężaniem się, zrelaksowaniem i przeżywaniem radości, żyją w ciągłym napięciu i traktują siebie bardzo poważnie. Trudno im nawiązywać bądź pogłębiać relacje, co przeszkadza w osiąganiu satysfakcji życiowej. Dorosłe dzieci alkoholików przesadnie reagują na zmiany, na które nie mają wpływu. Unikają zmian i robią wszystko co możliwe, żeby różne rzeczy się nie zmieniały, dlatego często są w pewnym zatrzymaniu, czyli trwają w sytuacji, która im nie odpowiada, np. w pracy czy pozostają w związku, który ich nie satysfakcjonuje. Boją się zmian, bo to kojarzy im się z czymś złym. W rodzinie z problemem uzależnienia największą wartością jest utrzymanie rodziny i w związku z tym dorosłe dzieci alkoholików nieustannie poszukują aprobaty, uznania, potwierdzenia, tego by ktoś cały czas mówił, że są w porządku.

Osoby z syndromem DDA często myślą o sobie, że się różnią od innych, ale w negatywny sposób. Słyszę od nich: jestem dziwakiem, dziwolągiem. W tym sensie zetknięcie się z tą listą cech może dawać rodzaj ulgi. Bo nagle widzę: „O, to jest opisane, to znaczy, że są inni, którzy czują i myślą tak jak ja. Może jest dla mnie nadzieja, może jest dla mnie szansa”. Wielu osobom robi się lżej, kiedy widzą, że to nie jest tylko ich osobliwy wewnętrzny świat, lecz inni też przeżywają podobne stany.

Trzeba jednak wiedzieć, że jeżeli ktoś spotkał się z listą cech DDA i rozpozna w niej siebie, to bardzo ważnym krokiem jest niedefiniowanie siebie przez ten syndrom.

Co to znaczy?

Chodzi o znalezienie swojej tożsamości i siebie w tym wszystkim. Powiedzenie sobie: „To jestem ja, mam takie i takie cechy, dziś jestem już dorosłą osobą, pracownikiem, matką i żoną”. Dopiero gdzieś tam dalej jest fakt, że wyrosłam z takiej rodziny. Chodzi o to, żeby nie przykleić sobie etykiety: „Jestem DDA”. Taka etykieta niesie ze sobą dużo więcej strat niż korzyści, może prowadzić do zanurzenia się w poczuciu krzywdy i bycia gorszym.

Z tego właśnie powodu jakiś czas temu syndrom DDA zaczął być środowisku psychologów krytykowany. Zaczęto zwracać uwagę na to, że tak naprawdę każda inna dysfunkcja może wyzwalać takie cechy. Na przykład nadmierna odpowiedzialność czy branie na siebie obowiązków za inne osoby zdarza się także osobom bez syndromu DDA. Powstaje więc pytanie: po co to tak naprawdę nazywać? Może po prostu jest szeroka grupa osób wywodząca się z rodzin dysfunkcyjnych lub z problemami emocjonalnymi, która ma określone cechy i tyle.

Jednak warto mieć na uwadze, że niektórym osobom pomaga nazwanie problemu, chcą wiedzieć co im jest i kiedy znajdują wyjaśnienie swoich reakcji i zachowań mogą powiedzieć: „Aha, ja tak mam nie dlatego, że jestem jakaś dziwna czy głupia, tylko dlatego, że spotkało mnie pewne doświadczenie”.

I nie ma w tym nic złego, trzeba tylko zadbać – a to już najczęściej praca dla terapeutów – żeby pójść dalej, nie zostać w etykiecie DDA. Bo uświadomienie sobie tego na początku odciąża, ale później może ciążyć. Dlatego tak ważne jest znalezienie swojej tożsamości, wyodrębnienie się, myśleć o tym: to jest element mojej historii, ale to nie kieruje moim życiem, nie myślę o tym cały czas. Dzięki temu, że rozumiem, co się ze mną dzieje, lepiej radzę sobie ze swoimi schematami.

Da się wyjść całkowicie z DDA?

To nie jest jednostka chorobowa, więc w tym sensie nie. Powiedziałabym, że chodzi raczej o to, żeby rozeznać, na ile różne doświadczenia, które mnie spotkały, wpłynęły na mnie i sprawić, by podświadomie mną nie kierowały. Rozpoznanie schematów postępowania pozwoli nam przejąć kontrolę nad swoim życiem, nie wchodzić w szkodliwe sytuacje. Na przykład: nie angażuję się w relację, w której nie czuję się komfortowo, odmawiam, stawiam granicę, nie staram się być za wszelką cenę lojalna wobec osoby, która wobec mnie zachowuje się nie w porządku, nie daję się wykorzystywać w pracy. Innymi słowy: zauważam, że mam taki problem i nie powielam go.

Czy konieczna jest do tego terapia, czy można to przepracować samemu? 

Jestem przekonana, że jest wiele osób, które radzą sobie z tym same, nawet po rozpoznaniu problemu. Gdyby było inaczej, wszystkie poradnie na świecie pękałyby w szwach. Niektórzy mają takie zewnętrzne punkty oparcia, że są w stanie to zrobić. Część osób radzi sobie z różnymi schematami, natomiast mimo wszystko nie umie się z nich wyzwolić. W kółko potyka się o tę samą trudność: „Mam nową pracę, a znowu wszyscy weszli mi na głowę”, „Mam nowy związek, a znowu wszystko robię sama”.

Coś, co sprowadza pacjentów z DDA do gabinetu psychoterapeuty, to powtarzalność takich sytuacji. Psychoterapia pomaga to zauważyć, zrozumieć, uczy, jak właściwie reagować. Samodzielne pomaganie sobie jest możliwe, z pewnością pewne rzeczy można sobie samemu uporządkować, jest wiele książek do pracy nad sobą. Gdyby jednak to wszystkim wystarczało, psychoterapia nie miałaby racji bytu. Poza tym w psychoterapii znajdziemy coś, czego nie dostaniemy w pracy z książką czy podręcznikiem – bliskość, wsparcie, leczącą relację terapeutyczną oraz bezpieczne warunki do uporania się z problemami.

Psychoterapia dorosłych dzieci alkoholików to często terapia zaburzeń emocjonalnych, czasem dochodzą do tego choroby psychiczne, np. depresja, stany lękowe czy zaburzenia osobowości.

Czym się różni syndrom dorosłego dziecka alkoholika od syndromu dorosłego dziecka wywodzącego się z domu trzeźwego, ale dysfunkcyjnego? 

Tak na prawdę niczym albo jednym: tym, że tę dysfunkcję wprowadza uzależnienie rodzica.

Jednym z problemów osób z DDA jest lęk przed bliskością. Co zrobić, by go pokonać?

Nie ma na to pytanie jednej odpowiedzi. Po kilkunastu latach zajmowania się psychoterapią mogę powiedzieć, że bezpieczne relacja terapeutyczna sprawia, że ludzie otwierają się na tę bliskość, na coś, co dotychczas uważali za zagrażające. To się dzieje w psychoterapii, ale też może się dziać w innych dobrych relacjach, na przykład ktoś spotyka na studiach otwarte osoby, z kimś się zaprzyjaźnia i zaznaje bliskości, która może mieć leczący wpływ.

Nie warto jednak zwlekać z terapią, bo z wiekiem ten lęk może być coraz trudniej pokonać – jeśli powtarzają nam się doświadczenia trudności w bliskości, w pogłębieniu relacji, czerpania satysfakcji, w zaufaniu, to te doświadczenia wzmacniają stary schemat, który mówi: nie warto wchodzić w zależność, to może mnie zranić. Tak wzmacnia się schemat dystansowania się.

Czy zawsze tak jest, że wchodzimy w schemat: ojciec alkoholik to i mąż alkoholik?

Jestem daleka od kategorycznych odpowiedzi, choć obserwacje kliniczne faktycznie pokazują taką powtarzalność. Jedna z pacjentek powiedziała mi kiedyś: „Tak bardzo pilnowałam, żeby nie wybrać sobie pijącego partnera, a po latach okazało się, że on też nadużywa”. Przypomina mi to książkę „Jak żyć w rodzinie i przetrwać” autorstwa psychiatry Robina Skynnera oraz komika Johnego Cleese’a.

Jest tam mowa o ćwiczeniu terapeutycznym, które Skynner przeprowadza na początku terapii grupowej, gdy osoby jeszcze się nie znają – prosi ich, żeby dobrali się w pary, a później te pary w czwórki i żeby posługując się tylko swoją intuicją przypisali sobie role: mamy, taty, brata, siostry. Kiedy już poznają swoje historie i przyglądają się tym „swoim rodzinom” okazuje się, że zadziałała tzw. „ślepa siła”, tak jakby wybór odbywał się poza ich wolą. To znaczy, że podświadomie dobieramy się albo na zasadzie podobieństwa (zbliżamy się do osoby, która kogoś nam bardzo przypomina) albo odwrotnie: szukamy kogoś, kogo bardzo nam brakowało.

Czasem nasz wybór jest kontra wyborem, czyli wybieram kogoś dokładnie odwrotnego, ale nadal pozostajemy w uwikłaniu, bo punkt odniesienia jest ten sam – wzór czy antywzór, awers czy rewers to wciąż ta sama moneta, a chodzi o dokonywanie własnych wyborów.

Czy agresja może być jedną z cech osób z DDA?

Agresja często wynika z nieumiejętności regulacji emocjonalnej. To z jednej strony mogą być emocje, których dana osoba nie jest w stanie w inny sposób wyrazić, lub poradzić sobie z nimi inaczej niż poprzez agresywne zachowania wobec partnera, a z drugiej strony może to też być czynnik środowiskowy związany z przekazanym nam w dzieciństwie określonym modelem ekspresji, emocji czy też stylem komunikacyjnym (krzyki, wyzwiska). Mamy tu do czynienia z dwoma aspektami: z jednej strony destrukcyjny model komunikacji w związku, a z drugiej – uszkodzony mechanizm regulacji emocji, kłopot z kontrolą impulsu.

Przyczyny mogą być różne, np. przeciążenie pracą odreagowywane w domu, sfrustrowane potrzeby (na przykład nie mam dla siebie czasu), brak umiejętności zrelaksowania się i odprężania. Żeby to zmienić, trzeba się zastanowić jaka jest tego przyczyna.

Czy w rodzinie, w której to nie rodzic, ale dziadek lub babcia byli alkoholikami także możemy mówić o syndromie DDA?

Jeżeli dziecko mieszkało z takimi osobami pod jednym dachem, a rodzice byli w jakimś sensie nieobecni, bo np. dużo pracowali i jeżeli u danej osoby wykształciły się pewne cechy, jak na przykład trudność w nazywaniu swoich potrzeb, w wyrażaniu uczuć, stawianiu granic, kłopoty w relacjach – to można mówić, że osoba ma cechy syndrom dorosłego dziecka z rodziny dysfunkcyjnej. Sporo tu zależy od rodziców – jeżeli są w stanie ochronić swoje dzieci, to jest szansa, że cechy się nie rozwiną. Natomiast jeżeli dziadkowie byli ważnymi osobami, choćby ze względu na nieobecność rodziców, to pewne cechy mogą się wykształcić.

Czy  dzieci mogą odziedziczyć cechy DDA po swoich rodzicach? 

Nie ma dziedziczenia DDA. To nie jest choroba. W tym przypadku możemy myśleć raczej o problemie parentyfikacji – odwrócenia ról, czyli sytuacji gdy dziecko opiekuje się swoim rodzicem i odbywa się to kosztem jego potrzeb emocjonalnych, przekracza jego możliwości rozwojowe i w dodatku jest utrwalone, bo trwa długo. To może odbywać się poprzez długotrwałą obserwację i modelowanie postaw.

Spotkałam się z dylematem, czy osoba DDA powinna planować rodzinę. Co pani sądzi na ten temat?

W tym dylemacie widzę lęk. Ważne jest to, by jeśli taka osoba zauważa problem, coś z nim próbowała zrobić – czytała publikacje na ten temat, zdecydowała się na terapię, znalazła grupę wsparcia. W takim działaniu chodzi o to, by rozeznać swoje deficyty. Bo jeśli nauczy się je rozpoznawać, zaspokajać, wyrażać uczucia, to one nie będą wpływały na jej dzieci. Poprzez nieradzenie sobie ze swoimi uczuciami, na przykład ze złością, będzie podświadomie tłumić w dzieciach te uczucia – w tym przypadku złość. Działa to wtedy jak w zabawie „podaj dalej”, czyli pewne postawy są przekazywane. To nie dzieje się na poziomie genów, lecz poprzez reakcję na uczucia, na to że dziecko ma swoje potrzeby i wyraża je, a my to respektujemy, uznajemy, że ma takie prawo, jesteśmy wrażliwi na jego potrzeby. Ale żeby tak się stało, najpierw musimy być wrażliwi na swoje potrzeby i umieć je nazwać.

U DDA zdarza się też tzw. schemat samopoświęcenia, który polega na tym, że  osoba zaspokaja wszystkie potrzeby dziecka na żądanie, niezależnie od jego wieku, zapominając o swoich potrzebach. Takie doświadczenie nadmiaru, nadopiekuńczości też może być urazowe. Kiedyś jeden z pacjentów powiedział mi, że jego dramatem jest to, że wszystko otrzymał, o nic nie musiał walczyć, niczego nie musiał zdobywać, przez co nie mógł poczuć się dorosły, nie mógł poczuć się mężczyzną.

Niektóre osoby z DDA często używają tej informacji do usprawiedliwiania swoich reakcji i zachowań…

To negatywna konsekwencja życia z etykietą, co czasem skutkuje roszczeniową postawą: więcej należy mi się od życia, od innych, od systemu, od życia, bo w dzieciństwie zostałem skrzywdzony. Takim „metacelem” w pracy z osobami DDA jest praca z krzywdą, rozprawienie się z nią. Używam czasem takiego porównania, że życie z tym syndromem to jakby w małym przedpokoju mieć wielkie pudło, przez które codziennie wychodząc do pracy trzeba przeskoczyć. Ono mi cały czas przeszkadza, czasem się o nie potykam, ale ciągle nie mam siły i czasu żeby do niego zajrzeć i poskładać te rzeczy. Proces psychoterapii jest zatrzymaniem się na tym wielkim pudłem, zajrzeniem do tego, co jest w środku, obejrzeniem tych rzeczy, zdecydowaniem, co zostawiamy, a co wyrzucamy, i włożeniem uporządkowanego pudła na pawlacz. Ono nie znika zupełnie, wiem, że tam jest – bo to część mojej tożsamości, ale już się o nie nie potykam, na co dzień zapominam o tych rzeczach z pudełka.

Czy bycie DDA przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu, w pracy?

To zależy, jaki sposób na przetrwanie w takim dysfunkcyjnym domu wybrało dziecko, albo do jakiej roli zostało przypisane. Może to być rola rodzinnego bohatera, kozła ofiarnego, maskotki, niewidzialnego dziecka. W rozumieniu parentyfikacji dziecko może pełnić rolę opiekuna rodzica, bufora emocjonalnego, terapeuty.

Na przykład rola bohatera rodzinnego, takiej pozytywnej wizytówki rodziny, może objawiać się poprzez bycie najlepszym uczniem, tym najgrzeczniejszym w rodzinie, chwalonym, podziwianym przez sąsiadów. Wyrastają z nich superpracownicy, którzy zawsze biorą na siebie odpowiedzialność, zawsze wywiązują się ze swoich obowiązków, natomiast ponoszą ogromne osobiste koszty nadmiaru obowiązków, poczucia odpowiedzialności, dociążania siebie, niestawiania granic, robienia trzech fakultetów i dbania o idealną rodzinę. Dla pracodawcy to wymarzony pracownik, ale dla niego samego to ryzyko chorób somatycznych, zawałów, stanów lękowych.

Osoba, której przypadnie rola maskotki, to ktoś kto zawsze będzie rozładowywać atmosferę, będzie trochę błaznem, żartownisiem, wbrew swoim prawdziwym uczuciom napięcia i lęku. Wiele zależy więc od tego, jaki sposób na przetrwanie w tej trudnej sytuacji, jaką jest wychowywanie się w rodzinie z problemem uzależnienia, wybrało dziecko albo jaka rola została mu przypisana, jednak tak czy inaczej to zawsze jest urazowe doświadczenie.

Czy odejście od męża alkoholika pozwoli uchronić dzieci przed syndromem DDA?

Tym, co chroni przed rozwojem większego natężenia negatywnych cech jest dobra relacja, tzw. dobra figura w dzieciństwie. Czasem to ciepła, opiekuńcza babcia, czasem trener, którego można podziwiać. Jeśli jeden z rodziców jest świadomy zagrożenia i stara się być uważny na uczucia i potrzeby dzieci, jeżeli granice i wymagania są adekwatne, jeśli pilnuje, żeby nie doszło do procesu parentyfikacji, czyli dzieci nie starają się zajmować uczuciami rodziców, a rodzic dba, by miały swój własny dziecięcy świat – to jest to możliwe.

Samo uzależnienie nie daje automatycznie objawów u dziecka. Ważne są relacje, w których dziecko ma oparcie. Bo to, czego najczęściej doświadczają w dzieciństwie dzieci alkoholików, to właśnie brak oparcia i odrzucenie oraz nieprzewidywalność zdarzeń i reakcji. Nigdy nie wiadomo, co mnie spotka w domu: czy ten uzależniony rodzic będzie pod wpływem alkoholu, czy będzie w porządku. Czy nieuzależniony będzie napięty, czekając na powrót uzależnionego, czy może będzie rozluźniony. Chwiejność zasad i norm wpływa na to, że wykształcają się pewne cechy i to w dwie strony: albo w sztywny porządek, zachowania zero-jedynkowe, albo że wszystko jest płynne i nie ma żadnych zasad i norm.

Jak przekonałaby pani osobę niezdecydowaną, aby poszła na terapię?

Warto sięgać po wsparcie. Ja jestem zwolenniczką psychoterapii, bo widzę, że działa, bardzo lubię swoją pracę, wiem, że jakoś trzeba przejść przez trud otwierania się, mówienia o rzeczach trudnych, ale na końcu jest nagroda. To wzruszające uczestniczyć w takim procesie, patrzeć jak w trakcie terapii poprawia się jakość życia pacjenta. Kiedyś jedna z pacjentek użyła takiego porównania, że terapia jest jak poród: krew, pot i łzy, ale rodzi się nowe życie. To porównanie bardzo mnie poruszyło, bo coś w nim jest.

Trzeba jednak mieć też świadomość, że to nie jest tak, że po terapii wszystko się zmieni, że będę tylko szczęśliwym człowiekiem. Natomiast można lepiej sobie radzić, szybciej zatrzymywać szkodliwe dla mnie schematy. Warto też liczyć się z tym, że w terapii będą trudne momenty, może zweryfikują się niektóre relacje, bo zaczniemy stawiać granice, dbać o siebie i nagle się okaże, że ktoś, kogo odbieraliśmy jako bliską osobę, zacznie się wycofywać, bo zmienia się nasz sposób bycia z drugim człowiekiem. Jednocześnie większość osób zaczyna wtedy rozwijać nowe relacje, poznawać nowe osoby i w tym sensie zmienia się jakość jego życia. Nie jestem innym człowiekiem, ale lepiej mi się ze mną żyje, lepiej siebie znam, dzięki czemu mogę kierować swoim życiem i czuć się w nim w miarę dobrze.

Monika Wysocka, zdrowie.pap.pl

Korzystałam z webinaru zorganizowanego 2 marca przez Centrum Terapii Dialog pt. „Gdy byłam/em mała/y moi rodzice pili alkohol – jak doświadczenia z dzieciństwa wpływają na nasze dorosłe życie”.


Psychologia

Niedobór żelaza – objawy, przyczyny, skutki. Czy wiesz, jak uzupełnić żelazo w organizmie?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
14 maja 2021
Fot. iStock / Cecilie_Arcurs
 

Niedobór żelaza może objawiać się bardzo dyskretnie i zaskakująco. Częste bóle głowy, podejrzana zadyszka czy sińce pod oczami zazwyczaj przypisujemy przemęczeniu. Okazuje się, że niedobór żelaza może mieć bardzo nietypowe objawy, których nie warto bagatelizować, ponieważ skutki są niebezpieczne dla zdrowia. Aby zdiagnozować niedobór żelaza w organizmie wystarczy proste badanie krwi.

Rola żelaza w organizmie

Choć niedobory różnych mikro i makroelementów wydają się nam błahymi dolegliwościami, nieleczone i nieuzupełniane niedobory ważnych składników, prowadzą do poważnych zaburzeń i chorób. Predysponują również do zwiększenia ryzyka zachorowania na inne jednostki chorobowe. Żelazo pełni w ludzkim organizmie bardzo ważne funkcje. Przede wszystkim jest niezbędne do prawidłowego funkcjonowania układu krwionośnego, ponieważ jego poziom stanowi o jakości i wydolności ludzkiej krwi.

Najważniejsze funkcje żelaza w organizmie:

  • tworzenie pełnowartościowej hemoglobiny (transport tlenu),
  • produkcja erytrocytów w szpiku kostnym,
  • produkcja mioglobiny,
  • prawidłowe reakcje układu odpornościowego,
  • usuwanie nadmiaru szkodliwych wolnych rodników.

Kiedy żelaza zaczyna brakować, cały organizm odczuje przykre skutki. Długotrwałe niedobory mogą prowadzić do powstania poważnych chorób i zaburzeń.

Objawy niedoboru żelaza:

  • nadmierne lub chroniczne zmęczenie,
  • bladość skóry i błon śluzowych,
  • niedokrwistość,
  • krwotoki z nosa,
  • łamliwość włosów i paznokci,
  • ospałość,
  • zajady w kącikach ust,
  • owrzodzenia jamy ustnej,
  • problemy z koncentracją,
  • szybka męczliwość podczas aktywności fizycznej.

Niedobór żelaza – nietypowe objawy:

  • mrowienie nóg,
  • sińce pod oczami,
  • apetyt na kostki lodu,
  • spaczone łaknienie (ochota na piasek, mydło czy kredę),
  • białawe zabarwienie płytki paznokcia,
  • prążki i rowki na powierzchni paznokci

Niedobór żelaza – przyczyny i grupy ryzyka

Kto jest najbardziej narażony na niedobór żelaza? Można wyróżnić kilka grup, które predysponują do wystąpienia niedoborów Fe. Są to między innymi:

  • kobiety o silnych krwawieniach podczas miesiączki,
  • rozpoczynające miesiączkowanie dziewczęta,
  • kobiety w ciąży,
  • kobiety karmiące piersią,
  • osoby po zabiegach operacyjnych,
  • cierpiące na chorobę wrzodową przewodu pokarmowego,
  • osoby zmagające się z częstymi krwotokami,
  • chorzy przyjmujący leki hamujące wchłanianie żelaza,
  • osoby stosujące rygorystyczne diety,
  • osoby na niektórych typach diety wegetariańskiej (np. weganie),
  • sportowcy i osoby wykonujące ciężką pracę fizyczną,
  • osoby chorujące na choroby zaburzenia krzepnięcia krwi,
  • osoby z pierwotnymi lub wtórnymi zaburzeniami wchłaniania.

Niedobór żelaza – wskazówki właściwego uzupełnienia niedoborów

Najważniejszym i najbardziej skutecznym sposobem na uzupełnieni niedoborów żelaza jest dobrze skomponowana i zbilansowana dieta. Niestety, nie obejdzie się bez zakazów, bo całkiem sporo produktów, może ograniczać wchłanianie dostarczanego żelaza.

Produkty bogate w  żelazo

  • wołowina,
  • cielęcina,
  • baranina,
  • gęś,
  • kaczka,
  • królik
  • ryby, takie jak: łosoś, makrela, sardynka, śledź oraz dorsz wędzony, makrela wędzona,
  • jajka
  • pełnoziarniste pieczywo,
  • zielone warzywa,
  • warzywa strączkowe: soczewica, fasola, groch i soja,
  • morele,
  • porzeczki,
  • poziomki,
  • maliny,
  • awokado.

Należy pamiętać, że żelazo wchłania się w obecności witaminy C, dlatego i jej nie może zabraknąć w codziennej diecie.

Produkty hamujące wchłanianie żelaza

Wchłanianie żelaza znacznie utrudnia przede wszystkim kawa i herbata, dlatego warto drastycznie ograniczyć te dwa napoje lub zupełnie z nich zrezygnować.

 

W walce z niedoborem żelaza wspiera

FLORADIX Żelazo i witaminy

Zazwyczaj okazuje się, że dodatkowa pomoc, w postaci suplementacji żelaza, jest koniecznością. Warto wybierać wtedy produkty, jak najbardziej naturalne o dobrym wchłanianiu i pozbawione efektów ubocznych. Niestety choć żelazo występuje powszechnie, jego wchłanianie z pokarmów jest mocno ograniczone i kształtuje się na poziomie około 10 procent.

Korzystając z produktów naturalnego pochodzenia w dobrze przyswajalnej formie unikniemy bóli brzucha czy zaparć – charakterystycznych dla suplementacji tym mikroelementem.

FLORADIX Żelazo i witaminy zawiera żelazo – składnik niezbędny do regeneracji czerwonych krwinek, a tym samym wspomagający prawidłowe funkcjonowanie serca, wątroby, układu pokarmowego i mięśni. Składnikami dodatkowymi są wyciągi z kopru włoskiego i kłącza perzu, które poprawiają działanie układu trawiennego, co jest istotne w procesie przyswajania żelaza z pożywienia.

Dla kogo? Dla osób, które chcą utrzymać prawidłowy poziom żelaza we krwi. Polecany w stanach zwiększonego zapotrzebowania organizmu na żelazo – w momentach intensywnego wzrostu organizmu (dzieci), w czasie ciąży, karmienia piersią, a także przy diecie, która zawiera małą ilość tego składnika (np. wegetariańskiej).

Zalety: Zawiera dobrze przyswajalne żelazo. Nie powoduje zaparć. Produkt w stu procentach naturalny.

Uwaga! Produkt Floradix Żelazo i witaminy dostępny jest także w formie tabletek.


Źródło: Poradnik Zdrowie/Medycyna Praktyczna/Forum Ginekologiczne

Artykuł powstał we współpracy z marką Floradix


Psychologia

„Wielu z Was myśli swoim wygodnictwem. Gdyby było równouprawnienie, to nie musiałybyśmy ciągle czegoś udowadniać”

ROZMÓWKI NIEOBYCZAJNE
ROZMÓWKI NIEOBYCZAJNE
14 maja 2021
Photo by Jared Sluyter on Unsplash

– Zgrabne słowa na papierze, a w chwili gdy zabieramy głos, to Was ogarnia furia i frustracja. Inwektywy na nasz temat. Bo nie jest to po Waszej myśli i nie odpowiada Waszej wizji KOBIET. Trochę na zasadzie „(…) dlaczego ten łańcuch jest taki długi, że ona zamiast w kuchni jest w przedpokoju”. Wielu z Was myśli swoim wygodnictwem i swoimi kanonami równości. Nie mówię wszyscy. Gdyby było równouprawnienie, to nie musiałybyśmy ciągle czegoś udowadniać, zabiegać o swoje, prężyć się i stawać siłaczkami, aby usłyszano nas i zauważono. Mogłybyśmy pozostać w swoim stanie kobiecości i spokoju – dziś Rozmówki nieobyczajne o równouprawnieniu w… randkowaniu i seksie.

Melisandra: No właśnie Marcinie, bo to chyba różne dwie kwestie: równouprawnienie, czyli dostęp do tych samych praw, a równość płci. Czy to samo? Ja chcę Ciebie podpytać o równouprawnienie w relacjach i związkach. Jak reagujesz kiedy kobieta pierwsza podrywa Ciebie i zaprasza na kolację? Płaci za siebie?

Marcin Michał Wysocki: Jak wiesz, gdyż niejednokrotnie to deklarowałem, uważam, że jesteśmy sobie PRAWIE RÓWNI. Prawie? Tak, bo jesteście od nas O NIEBO LEPSZE :)! Pod większością względów. Nie będę ich powtarzał. To także oznacza, że mamy te same prawa. Kropka. Możemy mieć RÓŻNE OBOWIĄZKI z racji predyspozycji biologicznych (oczywiste), jednak ta lista staje się coraz krótsza, bo przejmujecie albo włączacie się do coraz większej liczby zajęć, zawodów, zadań, kompetencji itp.

To samo dotyczy relacji i kontaktów międzyludzkich. I Ty i ja, mamy prawo w związku współdecydować o wszystkim. Nawet nie wiem, po co o tym piszę – gdyż to jest dla mnie takie oczywiste. I, co ważne, ta równość musi trwać niezależnie, kto i w jakim stopniu utrzymuje tę rodzinę/relację finansowo czy u kogo – dajmy na to – mieszkamy.
Odnośnie randek, to nie tylko nie mam nic przeciwko byciu podrywanym, ale wręcz mi to schlebia. Z drugiej strony (myślę, że masz podobnie), osoba, której awanse nie zostają
przyjęte, nie zawsze pojmuje dlaczego i, niestety, niekiedy próbuje tego dociec…

Czy kobieta płaci za siebie? Bywa, że płaci i za mnie, jeśli mnie zaprasza. Niekoniecznie na podryw, ale zwyczajnie, po przyjacielsku. W sumie zdarza mi się telefon od kumpeli: „Hej, idziemy na lunch? Zapraszam!”. Nie jestem chodzącym portfelem. NIKT NIE JEST – w każdym razie, nie powinien być. Moja płeć, nie może determinować automatycznego płacenia za posiłki innych, tak jak Twoja, do bycia czyjąś utrzymanką. Zgadzasz się? (założę się, że nie, hahaha).

Melisandra: W tej równości kobiet jest coś dla mnie zakłamanego. Takie ślepe utożsamianie się z trendami społecznymi, a nie tym, co się naprawdę czuje lub w co się wierzy. „Bo to fajnie wygląda”, a wiem jak kobieta lubi być adorowana, zdobywana, zapraszana. To jak przywilej. Tak przywilej kobiecości, bez naprężania się i posiadania odpowiedzi na każdy temat. Może sobie po prostu być. A my targamy własne i czyichś bagaże, coś udowadniamy, szarpiemy się i do tego te miny „co ty mi tu jeden z drugim próbujesz powiedzieć”. Stajemy się robotami. Często wyglądamy śmiesznie. Ego nam odwala i nie potrafimy poprosić nie tylko mężczyzn, ale w ogóle kogokolwiek o pomoc. Wiem o czym mówię, bo też byłam tą „suką korporacyjną”, co to rządziła – tak mi się wydawało – setkami dusz i wszystko wiedziałam najlepiej. I wiesz co? Faceci uciekają w popłochu. Nie dlatego, że się boją, tylko szkoda im czasu na relację z facetem w spódnicy z wystającymi, owłosionymi jajami.

Tylko, że te „suki” najczęściej przy winie w towarzystwie psiapsiółek płaczą, że chcą być te małe, przytulane i noszone na rękach. Adorowane, zdobywane, rozkochiwane. Mają dosyć tekstu „dasz radę”, który z czasem nie jest motywacją, a przekleństwem. Wielokrotnie stają się samotne i opuszczone. Niosą wiele ciężarów na swoich barkach i ogromną odpowiedzialność, która jest nie do zniesienia na dłuższą metę.

Gdy się do tego przyznają, przed samymi sobą, wtedy widać, że są to kruche i delikatne, przytulaśne kobietki, które w życiu weszły w rolę, która nie do końca im służy. Powiedz co Ty na to? Podniecają Cię te kobiety – lwice w szpilach, ponaciągane na twarzy i ciałach, w drogich markach i wielkich furach?

Marcin Michał Wysocki: Może po kolei. Nie czuję niczego „zakłamanego” – jak oceniłaś – w równości płci. W naturalnym dążeniu kobiet, do bycia równoprawnymi partnerkami mężczyzn i to w każdej dziedzinie życia społecznego, jak i prywatnego. Do godziwych zarobków, szacunku w pracy, jak i poza nią, uwagi szefów i kolegów, dostępu do wszelkich zawodów, ról społecznych i niezbywalnych praw do samostanowienia. Kropka.

Jeśli jakaś kobieta pragnie zostać kwiatuszkiem w butonierce swojego wybranka – dla mnie okej, pod warunkiem, że oboje partnerzy to akceptują. Natomiast, jeśli którejś pani odpowiada rola korporacyjnego czołgu (a właściwie tankietki) – jej wola, tak samo jak tych napędzanych testosteronem męskich troglodytów, których przecież nikt nie pyta, czy ktoś im na to pozwolił. A że później płacze, że ma za ciężko? Widocznie nie słyszała, że każdemu tyle na plecy wrzucą, ile udźwignie. Więc jeśli człowiek sam się nie szanuje, to będą mu dokładać pracy, domowych obowiązków, powinności wobec rodziny, i tak dalej – aż padnie. Być może niektóre kobiety, ale przecież w tym samym stopniu dotyczy to mężczyzn, zatraciły się we własnych aspiracjach, ambicjach, dążeniu do wygody, luksusu, pozycji czy kariery – gubiąc gdzieś po drodze sens życia i to, co w nim najważniejsze.

Ale czy bycie niezależną kobietą jest dla Ciebie równoznaczne z byciem korporacyjną suką i chodzącym nieszczęściem? Nie wierzę… Najbardziej nie lubię narzucana czyjegoś światopoglądu i modelu życia, w oczekiwaniu, że cały świat musi to zaakceptować. „Dlatego mężczyźni powiadam wam, róbcie to, co sobie wymyśliłam: adorujcie mnie, zabawiajcie, tulcie albo rżnijcie – zależnie jaką mam danego dnia vibrę; bądźcie szarmanccy, szczodrzy, przenoście przez kałuże i zaspokajajcie wszelkie moje potrzeby”. Jednym słowem: zatroszczcie się o swoją małą, zagubioną trzpiotkę… Cóż. Jeśli trzpiotka znajdzie swojego amatora, który uczyni to, czego ona pragnie, nie tylko po to, aby ją wykorzystać, to super. Życzę powodzenia!

Równouprawnienie w seksie? To dla mnie, wykładnia tej samej filozofii, którą tu prezentuję. Możesz być uległa lub dominująca, wampem i chodzącym seksapilem albo pozbawionym płciowości obiektem. Młotem lub kowadłem. Rób jak uważasz, jak czujesz i znajdź partnera na swoją miarę… albo partnerkę, albo i dwóch, czy dwie, a może trzech, którym to tak samo odpowiada. I bądź szczęśliwa… Tyle w temacie. Mnie lwice w szpilkach, z ponaciąganymi… (i tak dalej) – jak je nazywasz, nie interesują. Pewnie dlatego, że u mnie, nie w tym miejscu przebiega linia podziału „ciekawy/nie ciekawy”. Nie ma dla mnie znaczenia status finansowy, społeczny, konkretny wygląd czy wiek. Ciekawią mnie za to fajne dziewczyny, w których towarzystwie dobrze się czuję. Na których można polegać. Z którymi tak dobrze się gada, że nie można się nagadać.

Uwielbiam, kiedy mamy nie tylko wspólne tematy, ale i pasje albo odwrotnie – tak różne zainteresowania, że się czegoś wzajemnie od siebie uczymy. Interesują mnie kobiety,
które zaakceptują mnie takiego, jakim jestem niedoskonałym, a ja polubię je równie bezkrytycznie, bo krytyka tego, jakimś ktoś z nas jest, nie może prowadzić do porozumienia. A seks? To oddzielna chemia, jak pisałem w innym felietonie, która nie zależy od tego, czy kogoś lubię, cenię, podziwiam czy w ogóle znam. To taki rodzaj porozumienia, gdy nie musimy sobie objaśniać swoich ról…

Melisandra: Odczuwam pewne wygodnictwo. Nawet jeśli się umawia z kumpelą, to nie jest kwestia „portfela”, a raczej dobrych manier. A utrzymywanie domu przez kobietę, bo lepiej zarabia? To właśnie wygodnictwo. Jak taki mężczyzna czuje się ze sobą i wobec swoich kolegów? My już rodzimy, wychowujemy, sprzątamy, ogarniamy dom, zakupy i gotowanie, jeszcze lepiej zarabiamy i spłacamy kredyty. To powiedz, gdzie mężczyzna? Nawet seks coraz częściej dajemy sobie same.

Pozwól, że zacytuję Ciebie: „Ale czy bycie niezależną kobietą jest dla Ciebie równoznaczne z byciem korporacyjną suką i chodzącym nieszczęściem?”. Aby kobieta  była niezależna, to przede wszystkim powinna być silna swoją mocą i też mieć pieniądze. Czyli umieć o siebie zadbać i nie musieć się prosić o kieszonkowe od mężczyzny, co nie znaczy, że ma utrzymywać dom i być maszynką do robienia kasy, bo zdolna. Niestety często naszą potrzebę „niezależności” pochłania praca, w którą wchodzimy na 100%, bo jesteśmy ambitne. A tutaj belka idzie w górę i wymaga się od nas coraz więcej. Same sobie też na to pozwalamy, bojąc się powiedzieć otwarcie „nie chcę tego”. Boimy się, że stracimy pracę, a czasy są niepewne. Tak, same sobie to robimy. Zatracamy się.

Nie wyobrażam sobie płacenia rachunku za faceta, utrzymywania go, bo więcej zarabiam. Już tego doświadczyłam dwa razy w życiu i efekt był taki, że z czasem kupowałam sobie tego faceta, a w konsekwencji ja nosiłam spodnie w tym związku. Nie chcę tego nigdy więcej. Nie znoszę wygodnych facetów i targania ich na własnych plecach. Holowania ich sukcesu. To nie jest równouprawnienie tylko wyzysk i wyręczanie się nami. Wiadomo, że jesteśmy pracowite, lojalne i skrupulatne. Są faceci, którzy właśnie na takich kobietach budują swój sukces, tylko dlatego że my potrafimy tak bardzo zapomnieć o sobie. Widzę, że właśnie to pieniądze i władza decydują, kto ma pierwszeństwo w seksie i w relacji. Kobiety ośmielone swoim statusem podrywają i wyrywają Was. Mają poczucie kontroli i władzy. Totalnie męski punkt widzenia. Stają się dominatorami. Z czasem widzą, że to jest zapędzenie w kozi róg, bo każda z nas marzy o prawdziwym mężczyźnie: silnym, uwodzącym, kochającym.

Co czuje wtedy mężczyzna, kiedy kobieta przejmuje inicjatywę, podrywa? Czy czuje się mężczyzną, czy też atrakcją na jedną noc? Czy w ogóle jest w stanie temu sprostać fizycznie i psychicznie, gdy kobieta rządzi w łóżku? Zabiera go do luksusowego apartamentu i zdziera z niego gatki.

Marcin Michał Wysocki: Meli, to wszystko zależy od tego jacy ludzie się spotkają. Mnie ciężko onieśmielić, gdyż – mimo wielu niedoskonałości – nie mam specjalnych kompleksów (długo by opisywać z jakich powodów). Posiadam za to poczucie sprawczości, dumy i niezależności, dlatego nie boję się silnych kobiet. W ogóle nie boję się ani kobiet, ani mężczyzn. Dlatego podrywająca mnie kobieta nie wywołuje we mnie lęku, a zaciekawienie. Zwykle jestem myśliwym, ale zabawa w bycie zwierzyną, może być równie ujmująca (wszystko ma jednak swoje granice, oczywiście).

Zastanawiam się tylko, kto mógłby nie sprostać kobiecie, próbującej „rządzić w łóżku”, jak to wytrawnie nazwałaś. Dwudziestokilkuletni żigolak? Okej, nie sądzę ��. Dojrzały facet?
Myślisz, że kobietę o wysokim statusie zawodowym czy społecznym, zainteresowałby facet, który się jej boi? Sądzisz, że doszła do swojego sukcesu bez umiejętności rozpoznawania ludzi, ich charakterów, zdolności i talentów? Myślę, że to mit. Takie osoby rzadko robią błędy – przynajmniej w tej dziedzinie…

A Ty lubisz rządzić (przecież wiem, że osiągnęłaś biznesowe szczyty i masz moc)? Czy mimo Twojego poglądu, że to facet powinien być facetem (co by to nie oznaczało), nie miałaś choć raz ochoty „porządzić” także w łóżku? I czy spotkałaś kogoś, kogo to sparaliżowało?

Melisandra: Wyznacznikiem dojrzałości nie jest wiek. Można mieć 40, 60 i być nadal małym chłopcem lub małą dziewczynką. Dojrzałość jest w środku nas. To nasza świadomość i to, co robimy sobie i innym. Koleżanki chcą mieć wpływ na swoje życie i nie zadowalać się byle czym. Jeśli mają ochotę randkować i zmieniać facetów jak chcą, bo im zwyczajnie taki nie odpowiada, to nie znaczy, że mają być nazywane „dziwkami” – jak ja kocham to słowo – dzikie i soczyste kobiecością. Mają takie samo prawo do wyboru i popełniania
błędów jak mężczyźni i to bez stygmatyzacji. Wam wiele wolno i uchodzi Wam to na sucho, jesteście usprawiedliwieni. My musimy się tłumaczyć z każdego błędu. Mamy być kryształowe, potulne i cierpiące. Zdarzają nam się błędy.

Mnie też się kiedyś zdarzyło, gdy po kilku kieliszkach wina, rzuciłam się na mężczyznę i zaciągnęłam go do łóżka. Tak bardzo miałam ochotę na seks. Co było? W połowie zostawił mnie i powiedział, że ma wrażenie że bzyka się z facetem… Sic! Sporo też opowiadał kolegom, także swojej późniejszej partnerce, jak bardzo jest zniesmaczony, choć wcześniej deklarował gorącymi słowami o równości, szacunku, otwartości doświadczania. Doznałam wstrząsu. Duża i poważna lekcja chronienia siebie. To jest przykłada zakłamania swoich poglądów i deklaracji w realu. Mimo opowiadania przez Was o równouprawnieniu, o szacunku w relacjach, to wszystko jest ściemą.

Zgrabne słowa na papierze, a w chwili gdy zabieramy głos, to Was ogarnia furia i frustracja. Inwektywy na nasz temat. Bo nie jest to po Waszej myśli i nie odpowiada Waszej wizji KOBIET. Trochę na zasadzie „(…) dlaczego ten łańcuch jest taki długi, że ona zamiast w kuchni jest w przedpokoju”. Wielu z Was myśli swoim wygodnictwem i swoimi kanonami równości. Nie mówię wszyscy. Gdyby było równouprawnienie, to nie musiałybyśmy ciągle czegoś udowadniać, zabiegać o swoje, prężyć się i stawać siłaczkami, aby usłyszano nas i zauważono. Mogłybyśmy pozostać w swoim stanie kobiecości i spokoju.

Marcin Michał Wysocki: Meli, kochana, widzę, jak wiele przeszłaś i jak podłych ludzi spotkałaś na swojej drodze. Zaręczam Ci, że każdy z nas nosi swój krzyż – z wiekiem coraz cięższy od cierpień, chorób czy śmierci najbliższych. Jednak są sprawy, na które nie mamy wpływu, jak i te, na które mamy. W nawiązaniu do tematu dzisiejszej rozmowy, powiem, że to właśnie my: Ty, ja, Wy – którzy czytacie ten felieton, dokonujemy w życiu wyborów, które w największym stopniu determinują jakość naszego życia. W ten sposób także każdego dnia wybieramy, z kim się zadajemy i na co innym pozwalamy. To dlatego otaczam się ludźmi bliskimi memu sercu, wyznającymi podobne zasady i wartości (mimo że są wśród nas zarówno wierzący w Jezusa, Jahwe, Allaha, jak  i niewierzący). Przebywam więc – żyję, pracuję i odpoczywam w towarzystwie osób, z którymi czuję się bezpiecznie. Z nimi głupio nie rywalizuję, niczego nie zazdroszczę, mam do nich zaufanie i ich, na swój ludzki sposób, kocham. Stąd, po raz drugi dziś Ci zaręczam, że pośród nich panuje pełna tolerancja oraz idealistyczne wręcz równouprawnienie. Żadnych, opisywanych przez Ciebie ściem, frustracji i pustych deklaracji – o inwektywach nie wspominając.

To Ty, Meli, i Ty, drogi Czytelniku, decydujesz z kim się zadajesz i komu otwierasz dostęp do swojego łóżka. Dlatego to samo dotyczy równouprawnienia w seksie. Jeśli wybierasz takich mężczyzn, którzy Ci nie odpowiadają, to czemu to robisz? Jeśli dopuszczasz do swojej intymnej świątyni takie typy, jakie opisujesz, to przecież trudno się dziwić, że w zamian otrzymujesz to, co sobą reprezentują…

 

O autorach:

 

Fot. iStock

Melisandra, Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji, która występuje pod pseudonimem Melisandra, czyli mityczna kobieta, która służy światłu i wyprowadza innych z cienia. Na co dzień pisze na swoim funpagu Melisandra Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi. Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.

Archiwum prywatne

Marcin Michał Wysocki

Urodzony w 1965 roku w Warszawie, absolwent kilku fakultetów na uczelniach krajowych i zagranicznych, doktor nauk humanistycznych UŁ. Był m.in. asystentem oraz tłumaczem Jeffa Goffa i Jacka Wrighta w musicalu Narzeczona rozbójnika (Teatr Popularny). W Teatrze Ateneum asystował takim osobowościom teatru polskiego, jak: Laco Adamik, Krzysztof Zaleski, Wojciech Młynarski czy Janusz Warmiński. Współpracował z TVP w programach: LUZ, Sportowa apteka, Kawa czy herbata?. Był autorem muzyki do programów Mur, Sportowa Apteka oraz nagrał autorską płytę Head. Próbował swych sił w roli speakera w Radio Zet u Andrzeja Wojciechowskiego. Dotąd wydano sześć pozycji jego autorstwa: pracę naukową Wyznaczniki tożsamości etnicznej […]; wyróżnioną monografię żołnierza AK, Michał Wysocki. Wspomnienia z lat 1921–1955; impresję historyczną Remedium na śmierć – historie prawdziwe; relacje kombatantów z okresu Powstania Warszawskiego, A jednak przeżyliśmy. Niezwykłe wspomnienia, powieść obyczajową Baku, Moskwa, Warszawa oraz zbiór historii o poznawaniu się przez internet #Portal randkowy.


Zobacz także

7 kroków do wyleczenia ran przemocy domowej

Niedopasowani. Skąd wiadomo, że do siebie nie pasują?

50 rzeczy, które powinien umieć każdy z nas. Jaki jest twój wynik?