Psychologia

Właśnie kończy się „krwawa pełnia”. To dobry czas, by zawalczyć o siebie. Stanąć w swojej prawdzie

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
22 października 2021
fot. Chayanan/iStock
 

Czy kiedy stajemy przed lustrem i patrzymy sobie głęboko w oczy, to jesteśmy szczerzy wobec siebie, akceptujemy siebie takimi jakimi jesteśmy? Czy możemy powiedzieć, że wszystko co robimy w życiu i dla siebie, robimy w zgodzie ze sobą? Robimy dla swojego dobra? Czy robiąc cokolwiek, podejmując decyzję, nawet o zakupie nowego ciucha zapytamy się siebie, czy to jest dla mnie dobre? Codziennie podejmujemy decyzje, pytamy się o coś lub nas o coś pytają. Zgadzamy się lub nie. Ale czy robimy to w zgodzie z wewnętrznym radarem? Z własnym czystym przekonaniem?

Uczymy się od dziecka, czym jest poświęcanie się dla innych i że nie można stawiać siebie w centrum. Bo są inni i trzeba się z nimi liczyć, dzielić, rozumieć, być empatycznym. Pytanie „co ja z tego będę miała”, to jak zbrodnia na ludzkości. Kto śmie tak pytać? Tylko człowiek bez skrupułów.

Wchodzimy w życiu w różne układy i zależności. Godzimy się na pewne formy, związki, obowiązki, opinie, poglądy itd. zgadzamy się dla świętego spokoju, dlatego że mamy wątpliwość, czy nasze czucie i nasze racje są na pewno właściwe, bo pewnie ktoś może wiedzieć lepiej od nas, skoro go wszyscy słuchają. Słuchamy, co nam mówią media, celebryci, jakie trendy, jakie poglądy polityczne, co czytać i co mówić. A ile w tym wszystkim jest nas dla siebie? Siebie? Wyobraźmy sobie siebie jako dziecko, które miało kiedyś swoje potrzeby i wprost je wyrażało. Dzieci są zawsze wprost i autentyczne. Co by powiedziało i co zrobiło? Teraz, jako dorośli godzimy się na konformizm i tłumaczymy sobie: „bo jakoś w tej masie trzeba żyć aby nie być samotnym”.

Zastanówcie się nad tym. Jak bardzo odchodzimy od swoich potrzeb i pragnień, ideałów. Rezygnujemy, bo gdzieś ktoś powiedział nam, że wie lepiej, co dla nas dobre. Jak się zmieniamy wbrew sobie, gdzie po latach już nam trudno powiedzieć, jakie się miało ideały i pragnienia. Zmieniamy się, bo chcemy zadowolić swoich rodziców i otoczenie. Należeć do grupy, być kochanym, uzyskać akceptację, aprobatę w pracy.

Widziałam wywiad z Marianną Schreiber u Kuby Wojewódzkiego. Uderzyło mnie stwierdzenie, że od kobiet PiSu oczekuje się „(…) że kobiety mają po prostu być porządnymi matkami, żonami i bardzo spokojnymi kobietami”. Ale czy one tego chcą? Czy chcą w tej sprawie zabrać głos? Czy mają odwagę? Nie. Po prostu tak ktoś wymyślił. To jak szariat lub judaizm.

Jak często stajemy się na modłę innych wyrzekając się siebie? A po to, aby zyskać poklask, przynależność do grupy, miłość religii. A może mają inne potrzeby, a dla utrzymania się w partii, wpływów, godnego wizerunku żony posła, trzymają się silnie twardych reguł polityki. Przecież, godząc się na związek, nie wiedziały, że pójdą tym samym w politykę. Ale może to kwestia wyznawanych wartości? Wyznawanych czy narzuconych? Akurat wiem o czym pisze i to z autopsji. Nie móc być sobą.

Na co dzień mamy oczekiwania, złość że coś się dzieje nie po naszej myśli, a problemy same się mnożą. Wszystko zwalamy na los, lub życie które uważamy że musi być ciężkie, bo robimy tak jak inni. Więc jeśli się zgodzimy na parę „zgniłych kompromisów”, to będzie lepiej? Nic bardziej mylnego. Tkwienie w niedopowiedzeniach, nieautentyczności zabiera całą naszą energię, zaczyna się choroba, która toczy nas.

Boimy się być sobą, ubrać się tak jak lubimy, zachowywać się i mówić to, co my chcemy. Bo co inni powiedzą? Ból gardła? Zapytaj się siebie, co ci w nim stoi i czego nie chcesz powiedzieć. To tak na rozgrzewkę. Gdybyśmy byli autentyczni i wiarygodni wobec siebie, bylibyśmy zdrowsi. Mniej przyjaciół i rodziny wokół? Partner strzelił focha lub drzwiami? Trudno. Tego kwiecia jest pół świecia. Ale to MY jesteśmy najważniejsi dla siebie. Patrzmy, co my mamy z tego życia i dlaczego tak mało dajemy sobie. Bo nadal z wszystkich możliwości bierzemy tylko kilka procent. Bo więcej nie wypada. Trzeba być skromną, pokorną, cierpliwą i cichą. Czy taka naprawdę jesteś?

W codziennej bieżączce uganiamy się za pewnymi schematami i wymaganiami wobec nas, które widzimy w mediach, które dostajemy jako programy od rodziny, wpisów rodowych, partnerów. Kiedy o tym pomyślimy, to czujemy że to nie jest do końca nasze. Widzimy, że realizujemy plan życia, który nie jest nasz a innych osób. Dlaczego? Czy wiemy po co tutaj jesteśmy i czego chcemy? Kim jesteśmy? Jacy jesteśmy naprawdę?

Najczęściej przeżywamy życie z klapkami na oczach, jak w owczym pędzie. Po 40. zaczyna się analiza o co chodzi i czy jestem szczęśliwa?

Podobno przed przyjściem na ten świat, nasza dusza umawia się na pewien scenariusz życia, tu i teraz. Dobiera sobie partnerów, którzy będą nam „pomagać” czyli zawyżać poprzeczkę, po to aby nasza dusza mogła się realizować. Zobaczyć po co jest w tym życiu i tutaj, jaką ma pracę do wykonania.

Gdy już jesteśmy na świcie, zapominamy o tych umowach. Sytuacje, które nas spotykają, czasem dramatyczne, które nas bolą, obarczamy stwierdzeniem „taki los”. Ale sami sobie go kreujemy, uciekamy od nich i od swojej autentyczności. Zgadzamy się na układy, które nam nie służą. Słyszymy i bierzemy do siebie słowa, które nas na lata ranią, zamiast natychmiast na nie zareagować. Robimy z siebie śmietnik emocjonalny. Mamy chwilową nagrodę, np. pieniądze, które są ważne, ale nie najważniejsze, uśmiech i przytulenie partnera. Ale w głębi duszy cierpimy i w różny sposób zagłuszamy jej płacz. Strach nas paraliżuje. Tyle, że strach jest katem i nic nam nie daje. Ciągnie nas w dół.

A może tak, skoro właśnie kończy się „krwawa pełnia”, która symbolizuje prawdę i autentyczność, zawalczyć o siebie? Stanąć w swojej prawdzie? Postawić swoje granice, racje, własne słowo? Wejść w życie z odwagą. Co będzie? Będzie trochę dymu, ale pojawi się szacunek nas samych do siebie, ale też i innych do nas. Bo w dzisiejszych czasach szczerość i autentyczność to waluta. Nie na ostro, nie awanturą, a trochę z dystansu wyśmiać to i powiedzieć „okej, co ja mogę zrobić, aby to zmienić”?

Nie kto inny. To MY mamy wszystkie klucze do swojego szczęścia i sukcesu w ręku. Jeśli mamy trudnych rodziców, to wiedzmy, że trzeba zrobić wszystko, aby nie być takimi jak oni i powtarzać ich schematy. Trzeba stworzyć własny program, zgodny z własnymi potrzebami. Podobnie wśród znajomych. Nie „klaskać uszami” na każde zawołanie, a stworzyć własną markę. Z czasem podobny styl wejdzie wam także i do pracy i okaże się, że nie wszyscy jesteśmy „orkami”. Możemy wymagać i stawiać granice.

Dzieci często uczą nas autentyczności, spontaniczności i prawdy. Dzieci są zawsze „lepsze” niż rodzice. Dzięki tej inności ludzkość idzie do przodu i rozwija się. Partnerzy są naszymi lustrami, aby pokazać czego w sobie nie akceptujemy, czego pragniemy, dlaczego siebie nie kochamy. A nie po to aby robić, to co nam każą.

Prawda i samoakceptacja to filary miłości własnej. Moment pokochania siebie, to czas kiedy zaczynamy odrzucać wszystko co nam szkodzi, bo nas to ogranicza i zaczynamy chorować. Życia nie można się bać, trzeba iść przebojem i korzystać z nadarzających się szans. Życie w strachu i lęku sprowadza na nas tylko kłopoty i traktowanie siebie jako ofiary życia. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, by patrzeć na świat przez pryzmat wdrukowanych programów z dzieciństwa, pracy, zobowiązań poglądowych i nie umiemy uwierzyć w inną prawdę, niż w tą którą otrzymaliśmy z zewnątrz.

Dlaczego nie patrzymy na siebie pod kątem tego, czego my pragniemy, jaki mamy cel? Jak to osiągnąć? Co jest dla nas dobre? Dlaczego nie wierzymy sobie i swoim odczuciom? Wzbraniamy się przed przejęciem odpowiedzialności za nasze emocje i myśli? Czekamy na coś „z góry” co przyjdzie i nas wybawi z opresji. Droga sama przyjdzie jeżeli będziemy wiedzieć czego chcemy. A każda autentyczna droga będzie dla nas dobra. Pojawią się nowi ludzie, nowe pomysły, rozwiązania. Trzeba tylko sobie zaufać, a nie powierzać swój los w ręce innych ludzi, czy absolutu. To my tworzymy siebie i to co nas spotyka. Wiem że trudne, ale działa. Na początek zrób chociaż jedną rzecz inaczej niż dotychczas 😉

 


Psychologia

„Spuścić powietrze i odpłynąć w kolorowy świat”. To pragnienie prowadzi kobiety prosto na dno uzależnienia

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
29 października 2021
fot. vladans/iStock
 

Nadchodzą coraz krótsze dni, zimne i ponure. Po codziennej rutynie szukamy czegoś, co nas rozluźni i „wycziluje”. Najczęściej to alkohol, czasem inne używki. O tym, co kobiety w nałogach i dlaczego to robią, rozmawiam z terapeutą od uzależnień Beatą Aszyk, która prowadzi terapie o uzależnieniach dla Inkubatora Twojego Sukcesu.


Beata dlaczego kobiety się uzależniają? Dlaczego wchodzą w nałogi?

Nie mamy do końca pewności, czemu niektóre osoby się uzależniają, a inne nie. Kobiety sięgają po np. alkohol, narkotyki, leki z wielu powodów. Bardzo często szukają w nich  ulgi, nagrody, środka na ból wewnętrzny, na sen. Wiele kobiet żyje pod presją własnych przekonań, biorą na siebie dużo obowiązków, czują się niedoceniane, zmęczone, sfrustrowane, mają poczucie bezradności, czy tkwienia w pułapce, życia bez satysfakcji i poczucia, że to się zmienić nie da… A alkohol choć na chwilę znieczula, podobnie, jak tabletka…

Mózg zapisuje sposób na szybkie i skuteczne poprawienie stanu choć na chwilę, a stąd już niestety łatwa droga do uzależnienia. Mamy też bardzo dużą grupę kobiet, tzw. wysokofunkcjonujących, które żyją na wysokich obrotach, w dużym stresie. Po ciężkim dniu potrzebują czegoś, co je wyciszy, pozwoli zasnąć, zresetować się, by następnego dnia znów zacząć dzień w pełnej gotowości.

Kobiety, których partner pije, czasami piją razem z nim, wierząc, że wtedy on nie wyjdzie z domu. To daje im iluzję kontroli nad sytuacją, ale niestety odkrywają też siłę nałogowego regulowania uczuć, czują szybko i skutecznie ulgę, bo tak działa alkohol.

Kiedy możemy mówić o uzależnieniu?

Kryteria diagnozowania uzależnienia są bardzo jasne i konkretne. Mamy z nim do czynienia wedy, gdy nie mamy kontroli nad ilością i częstotliwością spożywania alkoholu, a w wyniku picia ponosimy bolesne konsekwencje. I mimo to znów sięgamy po alkohol, ponieważ np. doświadczamy przymusu picia. Pojawia się coraz większa koncentracja na źródle uzależnienia, coraz mniej aktywności życiowej jest skierowane w inne dziedziny życia.

Jest coraz większa grupa osób: kobiet i mężczyzn, którzy sięgają po alkohol w ukryciu, tak, by nikt nie widział. I tu konsekwencje bardzo długo są widoczne dla uzależnionego, to on o poranku myśli: znów przesadziłem, nie tak miało być…

Konsekwencje uzależnienia mogą też widzieć inni – wypadek po użyciu substancji, odebranie dziecka, utrata pracy, choroby somatyczne np. choroby trzustki, wątroby, polineuropatia.

„Mój ojciec pije wódkę tak, jak my herbatę. Piwo, jak my wodę. A ja? Mam ataki paniki i napady gniewu”

Czy taka cowieczirna lampka wina to już jest uzależnienie?

Może być. Wszystko zależy od tego, co by się stało, gdyby jej nie było. Jeśli ktoś jej pozbawiony jest wściekły, napięty, nie może się jej doczekać, warto się temu uważniej przyjżeć, po co ona jest, co daje.

Od czego się najczęściej uzależniają kobiety? Od alkoholu, od narkotyków?

Często to jest alkohol. Bo jest łatwo dostępny i społecznie akceptowany. Kobiety często uzależniają się od środków uspakajających i przeciwbólowych. Coraz częściej od mediów społecznościowych, zakupów, nikotyny.

Znam kobiety, które w swojej pracy muszą wykazać się kreatywnością, skutecznością i bardzo często po szufladach, torebkach w pracy trzymają narkotyki.

Takie kobiety mają przekonanie, że muszą sobie poradzić, bo są multizadaniowe, bardzo ambitne. Często, bo chcą udowodnić mężczyznom, że też mogą zwyciężać. Jednak, nawet osoba, która świetnie sobie radzi w dużym stresie, ma ograniczone możliwości energetyczne. Jej układ nerwowy też potrzebuje wyciszenia i regeneracji. Jeśli się nadmiernie ekspluatują, czasami potrzebują „turbodopalania”, takiej dodatkowej energii. To taka cała działka używania „energetyków” i to różnych. I takich, które pojawiają się w sklepach, ale i też tych nielegalnych. Bo… musimy sprostać zadaniom. Kto, jak nie my? 🙂

„Biała kreska” jest też popularn, np. na seks. Po to, aby się rozluźnić, poczuć więcej. Kobiety w stresie coraz mniejszy mają kontakt ze swoim ciałem, a seks często jest jak odreagowanie stresu. Zgadzasz się ze mną?

Kokaina jest droga, mało kobiet ją bierze – oczywiście mówimy o średniej krajowej. Na pewno powoduje efekt „wow”. Koszmarny środek, jaki się pojawił to syntetyczny mefedron. Niestety zwiększa te doznania i bodźce, ale bardzo szybko uzależnia. Marihuana powoduje, że po zapaleniu odczuwamy wszystko, co się wokół nas dzieje, bardzo intensywnie, mózg nie odsiewa bodźców istotnych bardziej i mniej. Prawda jest taka, że coraz częściej mamy problemy z życiem seksualnym, m.in.: z powodu wielu przekonań jak tego typu: „tego nie mogę, tego nie powinnam, to może być źle zinterpretowane, a co on powie i pomyśli?”.

Bo partner nie rozumie, bo nie ma prawdziwej bliskości, nie znamy swoich potrzeb, bo jesteśmy po prostu zmęczeni. A czego chcą faceci? Chcą fajnego seksu i chętnej, wyluzowanej kobiety. Tego samego chcemy i my, mniej lub bardziej świadomie. Aktywniejszego i bardziej kolorowego życia seksualnego. I jeśli po narkotyku jest fajniej, to może tak się stać, że wchodzimy w to.

Kiedy powinnyśmy się udać po pomoc? Kiedy powinna zapalić się nam ta czerwona lampka, aby pójść na odwyk? Lub kiedy nasi bliscy powinni zareagować? Kiedy jest ten breaking point?

Utrata kontroli i ponoszenie bolesnych konsekwencji. I teraz tak: dla rodziny te bolesne konsekwencje będą w innym miejscu, a dla uzależnionego w innym. Rodzina widzi wcześniej i mówi: „to jest nie ok, to mnie zabolało, to niszczy nam życie, tak dalej być nie może.” Uzależnieni mówią, że to ich nie dotyczy i że rodzina jest przewrażliwiona, bo przecież i w rodzinie się piło, i sąsiad pije, i koledzy czy koleżanki. Przełom jest wtedy, kiedy uzależniony też poczuje, że ma dość i widzi, że coraz gorzej się czuje, że jego uzależnienie zaczyna mu przeszkadzać.

Dlatego, kiedy uzależniony trafi na detoksykację, straci prawo jazdy, straci pracę, partnera, dziecko, to jest bardzo dobry moment, by zaczął leczenie. Bo to jest strata, która dotknęła tego człowieka na tyle, że można z tego zbudować motywację do zmiany czegoś w jego życiu. Dać nowy początek. To idealny moment, kiedy sięga się dna, zaboli. Bo kiedy nadal chronimy i ratujemy uzależnionego, to on nie cierpi na tyle, by cokolwiek zmieniać, skoro nie jest jeszcze tak źle…

No właśnie, przecież najboleśniej dotknięci są nasi partnerzy, rodzina, dzieci. Kiedy widzą, że coś jest z nami nie tak, a my mówimy, że są przewrażliwieni i generalnie jest w porządku, że się czepiają.

Osoby uzależnione są chore. Awantura ich nie uleczy. Rozmawiając z nimi na trzeźwo, warto powiedzieć, czemu są ważni, co w nich cenimy, że wierzymy w nich, mogą wtedy poczuć „dobry klimat” do dalszej rozmowy. I wówczas możemy pociągnąć ten wątek, że są dla nas najważniejsi, ale to, co zrobili było dla nas i innych niedobre i przykre. Kiedy powiemy o swoich uczuciach i postawimy granice, że ich zachowanie nas rani i więcej się na to nie zgodzimy, powiemy wprost, jakie zachowania są dla nas nieakceptowalne – wtedy jest szansa na zmianę.

Każdy normalny człowiek lubi mieć kontrolę i dokonywać wyborów w różnych ważnych dla siebie tematach. My im, uzależnionym, mówimy, co jest w nich dobre, co jest w nich ważne i dlaczego chcemy o nich walczyć, ale jednocześnie mówimy, na co nie dajemy zgody.

Rozmawiając o wpływie uzależnienia jednej osoby na cały system, dobrze jest mieć przygotowane informacje, gdzie osoba chora może szukać leczenia. Bo wielokrotnie może być tak, że oni mieli już w głowie myśl, że potrzebują pomocy, ale nie wiedzą, gdzie pójść i zadzwonić, wstydzą się napiętnowania. Teraz sięgnięcie po pomoc i to taką nieodpłatną – a przecież większość ludzi uzależnionych nie ma pieniędzy na leczenie i to długoterminowe – jest dla nich wyzwaniem. Dlatego fajnie jest mieć taką wersję w ręce i powiedzieć, że jest taki ośrodek, jest taki lekarz czy terapeuta i dać uzależnionemu wybór.

Trzeba też mieć na względzie, że osoba uzależniona może powiedzieć, że poradzi sobie sama, bo może być przekonana, że wie, jak to zrobić. Warto wtedy powiedzieć, ok, ale jeśli jednak to ci nie wyjdzie, umawiamy się, że zgłosisz się do profesjonalisty. Mimo wszystko mają wybór: czy same, czy z pomocą terapeuty? Natomiast z czystym sumieniem mogą sobie powiedzieć „próbowałem, ale mi nie wyszło, daj mi te swoje sposoby”. To oznacza wybór. Ludzkie i z szacunkiem podejście do problemu, a nie bycie marionetką, sterowaną przez innych bez prawa głosu i wyboru, decyzji o swoim życiu. A tak mogą sami zadecydować, która opcja jest dla nich najlepsza. Mają wtedy poczucie wartości: jestem człowiekiem i sam decyduję o swoim zdrowiu. To pomaga w terapii. Robią to dla siebie, a nie poświęcają  się dla rodziny. Traktują to jako inwestycję w siebie.

Dodam, że ludzie którzy przychodzili z nakazu sądowego do szpitala, najczęściej przez dwa tygodnie „międlili to”, że ktoś ich zmusił do terapii i to w takiej formie, że ich nie zrozumiał. A tak daje sobie czas i przyzwolenie na skorzystanie z różnych opcji. I powie terapeutce, że jest gotowy spróbować, a to oznacza już dziesięć kroków do przodu.

Powiedz, czy musi być sytuacja ekstremalna aby cokolwiek się zmieniło?

Nie. Bardzo często jest tak, że ludzie do mnie przychodzą i mówią „nie podoba mi się to, źle mi jest z tym”. Każdy człowiek ma swoje „dno”, swoją ścianę do której dochodzi i czuje, że coś mu się nie podoba i nie chce już tak dłużej żyć. Na szczęście większość ludzi nie musi dochodzić do miejsca, w którym już nic więcej nie ma. Pamiętajmy, że uzależnienie to choroba postępująca. I wcześniej czy później wejdzie się na kolejny etap uzależnienia, a wtedy organizm się bardziej popsuje, układ nerwowy także, nie mówiąc już o relacjach społecznych itd. Nie musi tak być i nie musi do tego dojść. Dlatego my pracujemy nad tym, aby ludzie mogli się jak najszybciej zgłosić do terapii, aby nie musieli cierpieć i trafiać na taki etap w życiu, kiedy pewne rzeczy i fakty są już nie do odkręcenia.

Uzależnienie kobiet od alkoholu. 8 szkodliwych mitów, w które nie można wierzyć

Co stanowi o tym, że można zaufać terapeucie? Powierzyć mu z zaufaniem swoje demony i piekła w głowie i ciele? Bo każdy się boi, że jak pójdzie, to zostanie oceniony, zbesztany, poniżony, ukarany. Będzie porównany do wszystkich najgorszych.

Sama doskonale wiem, jak trudne jest to zadanie, aby otworzyć się przed terapeutą. Kiedy spotykam się z pacjentem, to mówię o tym, żeby pamiętał, że spotyka się człowiek z człowiekiem. Mamy wspólny cel. Ty chcesz czegoś, a ja chcę ci pomóc. Najprawdziwsza prawda jest taka, że trzeba dobrze się poczuć ze swoim terapeutą, bo jeśli nie poczujemy tego „flow”, to niewiele możemy zyskać. Czasem warto poszukać kogoś innego, rozmawiać o tym, co nam przeszkadza, bo to może być bardzo rozwojowe. Niektórzy potrzebują mamuśki, inni zamordysty, jeszcze inni przyjaciela. I to jest w porządku. Każdy z nas jest inny i czego innego potrzebuje i co innego daje. Tak jest z uzależnionymi i też tak jest z terapeutami. Więc najważniejsze jest to, aby była empatia, zrozumienie, a przede wszystkim szacunek. Ja na przykład lubię swoją pracę i pacjenci mówią mi, że to czują. Wiem, że ludzie mogą zdrowieć, że są wartościowi i to oni czują. Ale przychodzą też pacjenci, którzy po pierwszym spotkaniu mówią mi, że potrzebują kogoś bardziej radykalnego i wymagającego. I to też jest ok.

Każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego dla siebie. Na pewno potrzebujemy szacunku i na pewno potrzebujemy aby ktoś nas słuchał, był uważny na nasze problemy. Moje doświadczenie jest takie, aby się pytać pacjenta czego potrzebuje i jak się z tym wzajemnym kontaktem czuje?

My, jako specjaliści: psychoterapeuci, psychologowie, terapeuci od uzależnień to niby ta sama grupa zawodowa, ale zajmujemy się zupełnie innymi rzeczami. Uzależnienie jest taką działką, gdzie się pracuje trochę inaczej. I nawet doskonały psychoterapeuta może nie wiedzieć o różnych „mykach” w leczeniu. Może pomóc rewelacyjnie z psychoterapią, natomiast te drobne – aczkolwiek istotne – myki w leczeniu uzależniania mogą mu umknąć. Można współpracować, można prowadzić dwie terapie jednocześnie.

Ja często współpracuję z psychiatrami, a także proponuję moim pacjentom zaufanych lekarzy lub psychologów, np. na testy. Bo nie ma jak współpraca, kompatybilność działań, doświadczeń i wiedzy. Wszyscy mamy coś. Każdy z nas ma kawałek pomocy do zaoferowania. Dla osób uzależnionych bardzo dużo pomocy jest w farmakoterapii, dużo można pomóc wiedzą psychologiczną, współpracą ze środowiskiem sportowym. Kiedy się uzależniony przestawi na inny i zdrowszy tryb życia, to dotrze do niego, jak nie niszczyć go sobie nałogiem i że życie ma fajniejszy „haj”, ale w trzeźwości.

Jak wygląda taka terapia? Ludzie boją się wbijania w poczucie winy i obniżania własnej wartości, bo już i tak czują się na totalnym własnym dnie emocjonalnym.

Osoby uzależnione są chore i to trzeba sobie uświadomić. To poważna choroba, a nie ich złośliwość czy rozrywka. Cierpią, bo mają poczucie, że są nikim i nie rozumieją że ktoś może chcieć być z nimi. Czują się nikim. Często doświadczają moralniaka, poczucia winy, ponoszą konsekwencje swoich działań i zachowań.

No to jak mają się czuć ? I to, co jest w terapii najważniejsze, to właśnie zobaczyć, co mają pod spodem. Dlaczego i z czym sobie nie radzą? Z kontaktami z ludźmi, z historią rodzinną, z emocjami, z partnerami, z pracą i obowiązkami? I spróbować im pomóc inaczej. Bo alkohol pomaga szybko i skutecznie, ale właśnie na skróty. I to nie jest tylko na poziomie naszego rozmawiania i zrozumienia, a ewidentnie na poziomie naszego mózgu. Nasz mózg potrzebuje nagrody. I taką jest alkohol, narkotyki, zakupoholizm itd. Dostaje nagrodę, dostaje spokój i ulgę, rozluźnienie i odpuszczenie, przyjemność, np.: po zażyciu alkoholu etylowego. A jak dostaje i to działa, to czemu ma z tego nie korzystać?

To jest taka rzecz, którą mózg robi przeciwko nam. Daje nam najszybszą i najbardziej efektywną formę działania, pozwala zapomnieć o dylematach codziennych, poczuciu winy. To jak komputer, jak twardy dysk. Potrzebujesz – dostajesz. Jest bodziec i interakcja. A dylematy ludzkie zostają między ludźmi. Więc to, co jest najważniejsze w terapii, to człowiek i zobaczenie,  co mu ten nałóg daje, dlaczego i do czego jest to mu potrzebne? Jeśli mu to zabierzemy, to czym innym sobie to zapełni? Czyli co by go cieszyło tak, aby miał frajdę z życia. Co innego niż picie.

Większość ludzi, którym pomagamy i którzy trzeźwieją i czują, że życie zaczyna być fajne, że związek i praca cieszą, czują, że tak chcą, nie chcą zniszczyć dobrego życia powrotem do czynnego uzależnienia. Realizują się na przykład w sporcie lub rybki sobie łowią. Zaczynają świadomie kierować swoim życiem.

Jak sobie zdadzą sprawę, że jak wypiją lub coś innego sobie wezmą na „zapomnienie” i potem będzie ich boleć główka, będą mieć inne dolegliwości, rodzina się będzie czepiać lub będzie zawiedziona znowu, to pomyślą sobie: „a po co mi to?”. Mają wtedy wybór: mogłem się napić ale nie zrobiłem tego. Już nie podświadomie, ale świadomie wybierają życie w trzeźwości. W tym kierunku idzie terapia. Oni dokonują już takich wyborów „wiem, że by mi to szybko i miło podziałało, ale nie chcę już wracać do tego stanu nietrzeźwości i ponosić konsekwencje. Mnie to już nie odpowiada”.


Psychologia

„Jeśli mnie kochasz, to…” Przecież to zaprzeczenie tego, czym jest miłość!

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
8 października 2021
fot. valentinrussanov/iStock

Z Pawłem Wittichem już parę tygodni temu rozpoczęłam rozmowę o duszy. Skąd jest i gdzie jest w nas, no i czego pragnie. A dzisiaj chcę kontynuować tyle, że o tym czy dusza kocha, jakiej miłości pragnie i kogo chce pokochać?

Paweł, czy dusza zawsze chce kochać? Co to znaczy kochać?

Opiekować się, dbać o kogoś, wspierać, realizować zadania za kogoś, oddawać mu się fizycznie czy duchowo, płacić, żyć jego życiem, wielbić, być mu wdzięcznym? Możemy powiedzieć, że wszystko po trochu, tak? Czyżby? A co zrobiłabyś gdym powiedział żebyś kochała pijaczynę pod sklepem, który śpi w śmietniku? Które z tych działań podjęłabyś?

6 trucizn duszy. Większość nas unieszczęśliwiają te same rzeczy

Czuję delikatną złośliwość. Choć z drugiej strony to przecież miłość bezwarunkowa. Poświęcenie, którego uczą nas w kościele.

No właśnie. Wbite zostało nam do głowy, że miłość oznacza poświęcenie, cierpienie, oddanie, itp. A czemu ma to służyć? Przecież kiedy odrzucimy te wszystkie określenia związane z jakimkolwiek działaniem i skupimy się na miłości, to zostanie nam tylko jedno, pozwolić drugiemu być! Tak po prostu być, pozwolić drugiemu człowiekowi, na pełną swobodę, wolność, prawo do decydowania o sobie, prawo do dokonywania wolnego wyboru. Z miłością wiąże się jeszcze jeden ważny czynnik, wg mnie nieodłączny, akceptacja, bezwarunkowa akceptacja, ale w rozumieniu wolności wyboru.

Podczas pracy prawie zawsze spotykam się z kompletnym zaniedbaniem przez osoby szukające pomocy, w realizacji tego zadania. Wystarczy zapytać dowolnego człowieka: Kogo kochasz najbardziej na Ziemi? Niebywale rzadko słyszę odpowiedź: siebie! Jak można kochać kogokolwiek jeśli nie kocha się siebie samego? Jeśli czegoś nie potrafię zrobić w stosunku do siebie samego to jak mam to zrobić w stosunku do kogoś innego?

Miłość jest czymś wyniosłym, jest stanem ponad stanami, a nie działaniem w stosunku do innej osoby! Miłość we współczesnym świecie sprowadzana jest do działania, poświęcania się, cierpienia. Miłość jest wykorzystywana do sprawowania władzy i kontroli nad drugim człowiekiem. Jak często padają słowa „jeśli mnie kochasz to…” Przecież to zaprzeczenie tego co oznacza miłość!

Lubimy szantażować, manipulować, wystawiać czyjeś uczucia na próbę, trzymać w szachu, zobaczyć na ile ktoś się dla nas poświęci. Ale też umartwiać się w miłości, cierpieć, zaniedbywać siebie i swoje potrzeby. To jest miłość!

Ja właśnie o tym. Zwróć uwagę, jak wielu ludzi jest nieszczęśliwych z powodu miłości. Często się słyszy: „nie zostawię męża pijaka, bo go kocham, jeśli go zostawię to zapije się na śmierć, a mimo wszystko mi na nim zależy” lub „muszę siedzieć przy mężu mimo, iż mnie i dzieci bije ale ja go kocham”, bądź „muszę być posłuszna rodzicom, bo mi dali życie i kocham ich.”

Patrząc na te przykłady mówimy o miłości czy o swoistym masochizmie? Niby takie proste, a jak skomplikowane. Z miłością związany jest jeszcze jeden czynnik, uczciwość. Mam na myśli uczciwość wobec siebie i tych co nas otaczają. Jeśli naprawdę zależy nam na drugim człowieku i w istocie kochamy go, to bądźmy uczciwi. Kiedy ktoś ma partnera, który jest alkoholikiem, to powiedzmy wyraźnie jemu o tym, że nie akceptujemy jego wyboru życiowego dotyczącego alkoholu i postawmy sprawę jasno. Alkohol albo związek. Bądźmy uczciwi w swoich słowach i czynach. Bądźmy uczciwi przede wszystkim wobec siebie i kochajmy w pierwszej kolejności siebie. Jeśli tak jest, to nie będzie problemu z podjęciem decyzji o rozstaniu, jeśli nasz partner wybierze alkohol. Decyzja ta wskazywać będzie na wielką miłość, akceptację i uczciwość w stosunku do samego siebie, ale również w stosunku do naszego partnera. Tam gdzie osoby zdecydowały się na takie kroki, to okazywało się po kilku dniach, a czasem tygodniach, że osoba z problemem alkoholowym podejmowała leczenie i w efekcie miłość do siebie i partnera ratowała mu życie i związek przed pełną destrukcją. W niektórych przypadkach, decyzja o rozstaniu, była przysłowiową kroplą przelewającą czarę i partner zapijał się na śmierć.

Bez podjęcia decyzji trwamy, przerabiamy zadanie, mielimy je nieustannie i nic z tego nie wynika.
Patrząc na to w ten sposób, podejmowanie działań, nawet czasem błędnych jest wg mnie lepsze niż stanie w miejscu. Kiedy podejmujemy działania i szukamy rozwiązania, to rozwijamy się pod warunkiem wyciągania wniosków. Jeśli zaś stale odraczamy podjęcie decyzji nic z tego nie wynika. Marnujemy czas!

Czy to stawianie granic, to potrzeby naszego serca i duszy?

Potrzeby duszy z jednej strony są dość przejrzyste, zwłaszcza dla osoby, która przygląda się z boku i wie o co w tym wszystkim chodzi, a dla osoby której to dotyczy nie zawsze wszystko jest takie oczywiste, zwłaszcza wtedy kiedy górę biorą emocje. Powodują one ślepotę i uniemożliwiają logiczne myślenie.

Każdy z nas rodzi się w klatce, którą tworzą nasi rodzice, opiekunowie. To oni w pierwszej kolejności nakładają na nas różnorodne ograniczenia związane z ich światopoglądem. Ich uwarunkowania stają się dla nas swoistym ogranicznikiem, tworzą wyimaginowaną klatkę jak dla zwierzęcia w zoo. Przez ich lęki, obawy, programy oraz różne inklinacje rodowe stajemy się bezmyślni w naśladowaniu naszych najbliższych. Wzorce środowiskowe, społeczne, kulturowe również nakazują nam trwać w tym przekonaniu i pełnym podporządkowaniu się zależnościom jakim poddani byli i są nasi rodzice czy opiekunowie.

Przecież nasi rodzice, opiekunowie robią to z miłości i troski o nasze bezpieczeństwo i dobro, nawet kiedy ta miłość jest patologiczna i naznaczona uzależnieniami, to oni nie potrafią inaczej, bo nie znają innych wzorców. Gdy my je poznajemy to zaczyna nam się wydawać, że taka jest właściwa droga. Rodzice są pierwszymi autorytetami. Zgodzisz w tym ze mną?

Powiem tak. Rodzi się dziecko w rodzinie patologicznej, gdzie ojciec to alkoholik, a matka trwa przy nim narażając siebie i dzieci. Więzieniem dla tego dziecka jest nałóg ojca i ich następstwa, z którymi mierzy się od początku. Upraszczając ma dwie drogi przed sobą. Może poddać się im i w efekcie skończyć jak któryś z rodziców lub może skupić na opuszczeniu tego swoistego więzienia, skupiając się na nauce. Jeśli wybierze pierwszą drogę to najprawdopodobniej pozostanie w tym więzieniu do końca swych dni, jeśli jednak wybierze swoją drogę, poprzez naukę do wolności, to ma szansę odciąć się od tych ograniczeń. Jeśli jednak wybierze drogę, określmy ją jako taką pół na pół, to w wieku dorosłym stanie ponownie przed koniecznością podjęcia decyzji dotyczącej wejścia do więzienia jakim jest nałóg. Wygląda to w ten sposób, że albo sam popadnie w alkoholizm albo wybierze sobie za partnera alkoholika i będzie o niego walczył. Zadanie będzie realizowane zamiast być zrealizowane.

Problemem jest to, że poprzez wszystkie te wzorce, które otrzymujemy w procesie naszego rozwoju, tkwimy w miejscu. Nie potrafimy, nie chcemy wyjść z tych znanych nam uwarunkowań, nikt o tym nie mówi i nie uczy nas, że życie należy do nas i to od nas zależy jak ono będzie wyglądać. Naciska się na nas abyśmy byli ambitni i uparci to osiągniemy cel. Po co? Upartość i ambicja to głupota! Dlaczego? Upartość zmusza nas do powtarzania tego samego bez możliwości analizy, nie pozwala myśleć. A ambicja wykorzystuje świadomość bycia dalekim od doskonałości do udowadniania naszej przydatności, zaradności i umiejętności. Są to jedne z najbardziej pożądanych cech w korporacjach. Zwróć uwagę, że człowiek uparty i ambitny zrobi za trzech, a dostanie wynagrodzenie jeden raz, zaś myślący i sprytny zrobi raz a dostanie wynagrodzenie trzy razy.

Wracając do pytania. Potrzeby naszej duszy objawiają się nam w zasadzie na każdym kroku. Wystarczy zatrzymać się na chwilę i popatrzeć na nasze życie z odpowiedniej perspektywy, dystansu, tak jak byśmy patrzyli na życie kogoś innego. Odsunąć wszystkie emocje i z zimną krwią, przeanalizować co w naszym życiu powtarza się. Jakie są to sytuacje. Nie są ważni ludzie, miejsca czy okoliczności. Ważny jest pewien schemat, który powtarza się. Na przykład: w okresie dzieciństwa kiedy wygłupialiśmy się byliśmy w centrum uwagi, w szkole staraliśmy się zawsze wszystkich rozbawić, na studiach udawaliśmy luzaka, a wewnątrz cierpieliśmy z powodu słabych ocen. W pracy udowadniamy, że jesteśmy zdolni, pokazujemy że potrafimy. Ambicją wspomagamy wszystkich, jesteśmy dla każdego, jak trzeba kogoś zastąpić w pracy to podejmujemy się tego.

Pracujemy więcej niż nasi współpracownicy i do tego omijają nas awanse. Cały czas chcemy być zauważeni, zaakceptowani i podziwiani ale nic nam z tego nie wychodzi. Wystarczy się zatrzymać i odpowiedzieć sobie na proste pytanie: dla kogo żyję? Dla siebie czy dla innych? Kiedy przestanie zależeć nam na tym żeby dogodzić innym i postawimy na siebie i to, co dla mnie jest ważne, czyli zaczniemy kochać siebie samych. Wówczas zrobimy pierwszy krok w kierunku świadomego przepracowania naszej potrzeby.

Wszyscy dookoła nas pokazują nam jak należy żyć, jak należy wybierać? Co i kto jest ważny w życiu? Tylko my tego nie widzimy. Wystarczy zatrzymać się i otworzyć oczy. Czas zacząć działać dla siebie. Nie oznacza to, że mamy robić innym krzywdę. Jeśli ktoś ma jakąś wątpliwość wystarczy pytać samego siebie przy podejmowaniu jakiejkolwiek decyzji: jaką mam z tego korzyść? Lub jakie korzyści mi to przyniesie? W ten sposób będziemy realizowali potrzeby duszy.

Czy dusza szuka w obecnym życiu takich samych partnerów jak z przeszłości? Czy wybiera sobie rodziców, partnerów i dlaczego takich a nie innych?

Dusza przez cały okres swojego doskonalenia poszukuje możliwości sprawdzenia się w coraz to bardziej skomplikowanych sytuacjach. Paradoksalnie jest tak, że im bardziej skomplikowana sytuacja tym łatwiejsze jest wyjście. Dla wielu jest to wyjście nie do przyjęcia, ponieważ wiąże się z porzuceniem, zmianą dotychczasowego stylu życia, miejsca zamieszkania, pracy, partnera, upodobań i wielu zależności w jakich tkwimy. Dusza, oczywiście pod postacią człowieka, zanim zejdzie na Ziemię przygotowuje się do tego wyzwania. Możemy powiedzieć, że ćwiczy najważniejsze wg niej sytuacje i decyzje jakie będzie miała podjąć w najbliższym życiu fizycznym. Warto zwrócić uwagę w tym miejscu, na to co spotyka nas nowego, nowa sytuacja, nowa znajomość, nowe wyzwanie. Zatrzymajmy się chwilkę przy znajomości, a w zasadzie przy pierwszym kontakcie z nowo poznaną osobą. Poznajemy kogoś, świeża znajomość, odpowiedzmy sobie sami: co czujemy? Jakie są nasze pierwsze wrażenia odnośnie tej osoby? Nie oceniajmy tej osoby a skupmy się na własnych doznaniach. Występują trzy podstawowe stany:

  1. Ciepło, spokój, zaufanie, brak wątpliwości, brak agresji, łatwość w konwersacji, wzajemny szacunek, uwaga, możemy powiedzieć że coś zaklikało.
  2. Nic, kompletna obojętność, brak sympatii ale i antypatii, nic nie odczuwamy. Osoba taka nie wzbudza u nas żadnych odczuć.
  3. Chłód, poddenerwowanie, obawa, niechęć, trudność w konwersacji, mamy ochotę jak najszybciej oddalić się od takiej nowej znajomości.

Przyjrzyjmy się punktowi 3. Skąd nasze odczucia skoro pierwszy raz mamy kontakt z tą osobą? Z reguły jest to związane z przeżyciami jakie mieliśmy w poprzednich naszych życiach związanych z tą osobą. Możemy na podstawie naszych odczuć fizycznych powiedzieć, że z tą osobą mieliśmy trudne doświadczenia i te kiepskie doświadczenia mocno zapisały się w naszej pamięci emocjonalnej. Skąd się to wzięło? Nie odrobiliśmy zadań w poprzednim wcieleniu i trwaliśmy w żalu i emocjach do końca naszych dni.

Punkt 2. Nie mieliśmy kontaktu jeszcze z tą duszą, możemy powiedzieć, że licznik nie zanotował żadnych wychyleń.

Punkt 1. Najczęściej wiąże się to z planami na to konkretne życie lub nasze doświadczenia z poprzednich wcieleń było z tą osobą bardzo korzystne.

Szukanie partnerów z przeszłości może czasem wyglądać tak jak punkt 3 lub 1. :-)?

Już Ci mówię. To czy nasz obecny partner jest tym samym, który był poprzednio, zależy od wielu czynników. W zależności od poziomu rozwoju duszy, jeżeli dusza jest młoda to często ma miejsce pewnego rodzaju mieszanie się dusz. Możemy to porównać do grupy osób, która wspólnie realizuje jakieś przedstawienia teatralne. W zależności od okoliczności i możliwości danej sztuki teatralnej raz jedna dusza może być dzieckiem, a innym razem matką bądź dziadkiem. Raz kobietą a raz mężczyzną. W ten sposób może każda dusza w tej grupie doświadczać tego samego będąc różnym biorcą i dawcą tych samych doświadczeń.

W ten dość bezpieczny sposób, w zaufanym gronie można przerobić i trudne, i łatwe zadania duszy. Być sprawcą i biorcą radości, smutku, cierpienia. Można w taki sposób przerobić miłość rodzicielską, partnerską, braterską.

Kiedy dusza jest bardziej zaawansowana w rozwoju, to zaczyna skupiać się na szukaniu innych wyzwań: na wychodzeniu, uwalnianiu się z trudnych ograniczeń, wychowaniu bez rodziców. Taka dusza, można powiedzieć, że szuka na tamtym świecie kandydatur wśród dusz do wykonania poszczególnych zadań. Musi znaleźć rodziców, którzy porzucą dziecko, znaleźć opiekunów, którzy dadzą ograniczenia zgodne z potrzebami duszy, znaleźć partnera, który pomoże jej realizować dalsze kroki w rozwoju.

Dla bardzo dojrzałych dusz priorytetem stają się inne kwestie i nie muszą być one związane z partnerstwem. Podsumowując, dusza nie szuka takich samych partnerów jak w przeszłości, ponieważ taki partner nic nie wniesie nowego w zdobyciu wiedzy i doświadczenia, chyba że występuje pewna zależność tak, jak w porównaniu do grupy teatralnej.

O wyborze rodziców już wcześniej mówiliśmy. Odbywa się to właśnie TAM. Z reguły, kiedy mówimy o rozwoju, nasi rodzice są niejako słabiej rozwinięci od nas, ich potencjał jest mniejszy niż nasz. Dlatego tak się dzieje żeby mogli wypełnić naszą przestrzeń fizyczną właściwymi, odpowiednio trudnymi dla nas wzorcami, z których my mamy się wyzwolić. Ich zadanie jest związane z nakładaniem na nas ograniczeń a nasze zadanie umieć z nich wyjść. My jako rodzice w stosunku do naszych dzieci też jesteśmy słabiej rozwinięci, potencjał naszych dzieci jest większy niż nasz :-). Dzięki temu mamy możliwość rozwoju.

W takim razie jak być w kontakcie z naszą duszą i jak jej słuchać, aby ustrzec się bólu i rozczarowań? Jak przyjąć „trudne” sytuacje jakie pojawiają się w naszym życiu, jako te dla nas dobre?

Super pytanie! Nauczyć się żyć bez emocji 🙂 Okay, wiem że trudne żeby nie powiedzieć, że nie możliwe a przynajmniej nauczyć się je ograniczać do minimum. Na czym to polega? Kiedy dzieje się coś co wywołuje w nas emocje, musimy nauczyć się, aby nie podejmować żadnych wiążących decyzji pod ich wpływem. Nauczyć się, bez względu na to co się dzieje, że powinniśmy wstrzymać się od decyzji. Kiedy pokłócimy się z kimś bliskim, to nie mówmy że to koniec, nie zrywajmy znajomości, przyjaźni czy miłości. Wstrzymajmy się dzień, dwa a jeśli trzeba to i tydzień. Kiedy emocje opadną, ze spokojną głową możemy wrócić do tego zagadnienia i spróbować je rozwiązać. Emocje powodują, że nie jesteśmy w stanie racjonalnie podejmować decyzji, a do tego większość decyzji podejmowanych w stanie największych emocji z reguły są błędne, a skutki dalekosiężne.

Musimy nauczyć się obserwować wszystko to co dzieje się z nami – w czym my bierzemy udział i nasze otoczenie – jakie wywołają w nas skutki działań. Już to podejście spowoduje, że będziemy mieli dużo lepszy wgląd w wydarzenia, których jesteśmy bezpośrednią częścią. Zamiast zakładać i oczekiwać, pytajmy. Starajmy się robić wszystko czego się podejmujemy jak najlepiej. Nie bierzmy udziału w czymś z czego nie mamy korzyści. Mówmy i żyjmy w prawdzie. Niech nasze życie będzie naszym życiem, a nie że my mamy stanowić dodatek do czyjegoś życia. Nie krzywdźmy innych.

Każdy z nas, nasza dusza układa sobie pewien plan na każde życie. W tym planie znajdują się najczęściej określone wyzwania jakie są ważne dla rozwoju nas. Oprócz wyzwań, znajdują się tam również te rzeczy, których zadaniem będzie wzmacniać nas przed kolejnymi wyzwaniami. W planie znajduje się czas na pracę, czas na zabawę i czas na relaks. Oprócz tych podstawowych zadań jest wiele miejsca na realizację potrzeb wynikających z codzienności fizycznej. Plan określa nasze główne kierunki rozwoju pozostawiając dużo przestrzeni do zabawy, radości z posiadania ciała. Mimo iż życie w fizyczności niesie ze sobą mnóstwo ograniczeń, to jest przecież na ziemi wiele fantastycznych rzeczy do zrobienia, takich choćby jak tworzenie. Co to może być? Np.: gotowanie, pieczenie, szycie, zakładanie i pielęgnowanie ogrodów, zwiedzanie i podziwianie świata, organizowanie wyjazdów, i wiele innych możliwości. Każdy może coś tu znaleźć fajnego, wystarczy tylko chcieć.

Jeśli dzieje się coś w naszym życiu, to dzieje się to z określonego powodu. Nie po to żeby działa się nam krzywda. Jeśli najważniejsze rzeczy sami zaplanowaliśmy i najważniejsze wyzwania postawiliśmy sami przed sobą, to nawet jeśli to, co dzieje się nie jest fajne i miłe, to nie róbmy z tego tragedii. Przecież nie jesteśmy sadystami, którzy sami sobie chcą sprawić przykrość i ból. Nikt z nas nie jest idiotą żeby robić sobie krzywdę. Wszystko skierowane jest na zdobywanie wiedzy i doświadczenia. Kiedy w moim życiu dzieją się kiepskie rzeczy, zamiast złościć się i psioczyć, nauczyłem się pytać: dlaczego? Co ma mi to dać? Czego mam się nauczyć? Jakie da mi to korzyści z przepracowania tej sytuacji?

Wszystko co sobie zaplanujemy na tamtym świecie możemy to zrealizować tu na ziemi. Musimy tylko podchodzić do tego z rozsądkiem. Przecież, nie kupujemy sobie samochodu żeby nim jeździć zanim nie nauczymy się jak się go obsługuje. Tak samo jest ze wszystkim innym. Jeśli coś nam nie udaje się to nie dlatego żeby zrobić nam na złość, a dlatego że trzeba coś jeszcze zrobić po drodze do tego celu. Kiedy para stara się o potomstwo, a ciąża leci jedna za drugą, to zamiast próbować dalej, to może warto jest na chwilę się zatrzymać i zastanowić co jest nie tak? Proponuje się takiej parze aby pomyśleli o adopcji, a para wyklucza taką możliwość. Pojawia się tu wg mnie rozsądne pytanie, czy chcą mieć dziecko czy koniecznie je spłodzić? Być może właśnie TAM ustalili, że nie będą mieli swoich dzieci dopóki nie zaadoptują dziecka, które ktoś porzucił. Kiedy to zrobią, dadzą dom takiemu dziecku, nauczą się kochać to wtedy będą gotowi na przyjście ich własnego dziecka? To jest właśnie umiejętność słuchania swojej duszy i uwzględniania jej potrzeb, które przecież są potrzebami człowieka.

Nie bójmy się stawiać sobie celów i ich realizować. Napoleon Hill w jednej ze swoich książek zadał fantastyczne pytanie czytelnikowi: ile jesteś gotów zapłacić za realizację celu? Nie chodzi tu o wymiar finansowy, a o całkowity wkład wszystkich środków, które miałyby zapewnić realizację tego celu. Ci którzy stawiają cele przed sobą są wielokrotnie bardziej szczęśliwi niż ci, którzy żyją planami. Ludzie, którzy stawiają sobie cele i dążą do ich realizacji zawsze są gotowi do działania, dużo dłużej zachowują sprawność intelektualną i fizyczną. Ludzie bez celu stają się trupami za życia. Bawmy się każdą chwilą i wyciągajmy z tego wszystkiego co jest wokół nas na maksimum radości. Kiedy już wyznaczymy cele to realizujmy je i uważajmy żeby nie wpaść w pułapkę. Do realizacji każdego celu prowadzi wiele dróg. Niektóre odcinki są proste, a inne zawiłe i nierówne. Skupienie uwagi na drodze do celu może spowodować, że cel zniknie nam z oczu. Wiele osób miało fajne cele ale już dawno o nich zapomniało tylko dlatego, że całą uwagę skupili na przeszkodach jakie znalazły się na drodze do celu.

Pamiętajmy: cel jest miejscem w którym będziemy szczęśliwi. Wyznaczajmy i osiągajmy cele. A jeśli z różnych powodów cel zdezaktualizuje się to wyznaczmy nowy i ruszajmy w kolejną podróż. Każda z tych podróży jest odkrywaniem siebie i swojej duszy na nowo. Uczmy się od dzieci! Bycia bezpośrednimi, entuzjastycznymi i spontaniczni w działaniu! Tego nam wszystkim życzę!

To już tak na koniec😊 Jak doświadczanie naszej duszy można przełożyć na życie codzienne? My uwielbiamy oczekiwać, czy dusza też oczekuje?

Życie codzienne wymaga od nas olbrzymiego zaangażowania, rozwiązywania mnóstwa spraw, podejmowania niezliczonych decyzji. Opierania się informacjom, których celem jest skupienie naszej uwagi na sprawach, które nie są dla nas istotne, zaspokajaniu różnorodnych potrzeb własnych i naszych bliskich. Zaczynamy udowadniać, walczyć o przetrwanie, o życie, niemalże o każdy oddech. Krótko mówiąc ganiamy z wywieszonym językiem. Po co? Jaki jest w tym wszystkim cel? Wieczorem jesteśmy tak zmęczeni, że padamy albo tak rozemocjonowani, że nie możemy zasnąć a do tego zastanawiamy się na różnorodnymi ocenami, jak wypadliśmy, czy dobrze zrobiliśmy, etc.

Do czego nam jest to wszystko potrzebne? Przecież wszystko to co już się wydarzyło nie odstanie się, a myślenie o jutrze co przyniesie, co zrobimy, układanie scenariuszy i tak nie działa, bo i tak nie jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkich okoliczności i zależności. W obecnych czasach wielu z nas to mistrzowie założeń. Zakładamy, że jeśli to będzie tak, to my zrobimy tak, albo jeśli ona, on zrobi tak to ja zrobię tak, jeśli on ona powie tak, to ja powiem tak. Co nam to daje? Nic! Do czego prowadzi? Do niczego. W ten sposób nie robimy żadnego kroku do przodu. Jest takie przysłowie: „indor myślał o niedzieli a w sobotę łeb mu ścięli”.

Doświadczona dusza ma to gdzieś wewnątrz siebie już zapisane, że jedyną rzeczą, jaka jest pewna to to, że nasze życie kiedyś się skończy a jeśli jutro będzie koniec świata to i tak nie ma to wszystko żadnego znaczenia co wydarzy się po tym. Nie czyni żadnych założeń i nie oczekuje. Działa kiedy jest przestrzeń do działania, ale nie robi tego bezmyślnie. Gdzieś wewnątrz niej zawsze jest taki głos spokoju, który pyta: jakie masz z tego korzyści, do czego to jest ci potrzebne, co chcesz osiągnąć i jak wpłynie to na ciebie?
Warto szukać takich osób w naszym otoczeniu, takich które niczego nie udowadniają, takich, które niczego od nas nie chcą, takich które świadomie liczą na siebie, takich co swoje sprawy załatwiają swoimi rękami. Warto brać przykład z takich osób, ich dusza bez wątpienia wyrobiła w sobie pewną stabilność i spokój.

Gdyby wszyscy ludzie skupili się tylko na sobie i realizacji swoich potrzeb bez krzywdzenia innych to na Ziemi zapanowałby pokój i dobrobyt.

Zamykając ten wątek zacytuję dwa przysłowia:

Lepiej z mądrym zgubić niż z głupim znaleźć.
Rozmowa z głupim przypomina grę w szachy z gołębiem, nie dość że rozrzuci wszystkie figury po szachownicy to na koniec jeszcze na nią nasra.

I tym akcentem dziękuję Ci za rozmowę.