Psychologia

Kłopoty z mówieniem, przypominaniem sobie słów, czytaniem lub pisaniem – to może być afazja

Media Room
Media Room
12 maja 2022
afazja
fot. Tom Merton/iStock
 
Afazja upośledza komunikację w bardzo różnorodny sposób – niektórzy nie potrafią budować zdań, a nawet ich rozumieć, inni mówią płynnie, ale ich wypowiedzi nie mają sensu. Często jest efektem udaru, ale ma też inne przyczyny. Na szczęście wielu chorym, przynajmniej do pewnego stopnia, można pomagać.

Wyobraźmy sobie aktora, który ma kłopoty z mową. Taki los niestety spotkał niedawno jedną z amerykańskich gwiazd kina – Bruce’a Willisa, który zakończył karierę. Diagnoza: „afazja”. Według National Aphasia Associacion w USA żyje co najmniej 2 mln osób z afazją, w Wielkiej Brytanii – 250 tys. Jednocześnie nie jest to termin powszechnie znany, np. 85 proc. Amerykanów nigdy nie słyszało nawet takiej nazwy. Czym jest więc to zaburzenie, skąd się bierze, jak się je leczy?

Afazja: co to jest i skąd się bierze?

Najogólniej mówiąc afazja to stan, w którym dochodzi do upośledzenia zdolności komunikacji – może dotyczyć mówienia, nawet pisania, a także rozumienia mowy, czy języka pisanego – to, jakie funkcje komunikacyjne traci pacjent, jest uzależnione od tego, który ośrodek w mózgu został uszkodzony. Najczęstsze przyczyny tego uszkodzenia to udar mózgu (co roku udar dotyka prawie 100 tys. Polaków) oraz urazy głowy.

Zaburzenie może pojawić się nagle lub stopniowo się rozwijać, jak to się dzieje w przypadku niektórych chorób, na przykład guzach mózgu, jego infekcjach czy postępujących schorzeniach neurologicznych, takich jak choćby choroba Alzheimera. Afazja najczęściej dotyka osoby starsze lub w wieku średnim, ale tak naprawdę może się pojawić u każdego, nawet u dzieci.

Specjaliści wyróżniają dwa najczęstsze typy. Pierwszy z nich to afazja Broki. Nazwa wzięła się od uszkodzeń ośrodka Broki – tzw. ruchowego ośrodka mowy odpowiedzialnego za zdolność mowy. Zaburzeniom takim towarzyszy często osłabienie lub nawet paraliż prawej ręki i nogi. Chorzy rozumieją mowę lepiej, niż sami potrafią się nią posługiwać – mają problem z wypowiadaniem słów, przez co mówią krótkimi zdaniami, z częstym pomijaniem wyrazów. Zamiast powiedzieć np. „Chciałbym się czegoś napić”, powiedzą: „Ja pić”.

Natomiast osoba cierpiąca na afazję Wernickiego (od uszkodzenia ośrodka Wernickiego, w uproszeczeniu odpowiedzialnego za zdolność rozumienia mowy) mówi najczęściej zupełnie płynnie, tworząc długie, rozbudowane zdania, które jednak nie mają sensu. Tacy pacjenci zwykle nie rozumieją też mowy innych, co więcej, mogą nie zdawać sobie sprawy, że sami nie są rozumiani.

Przy rozległych uszkodzeniach różnych obszarów mózgu może się natomiast rozwinąć afazja całkowita (globalna), w której korzystanie z mowy i jej rozumienie jest praktycznie całkowicie zaburzone. Niekiedy mogą pojawić się też przejściowe epizody afazji. Tak się czasami dzieje np. przy migrenach, czy tzw. TIA – przemijającym ataku niedokrwiennym mózgu, w którym dochodzi do czasowego zaburzenia krążenia w mózgu.

Kiedy iść po pomoc?

Jeśli więc ktoś zauważa u siebie kłopoty z mówieniem czy rozumieniem mowy, przypominaniem sobie słów, czytaniem lub pisaniem, powinien zgłosić się do lekarza. Przeprowadzi on odpowiednie testy sprawdzające językowe kompetencje – np. poprosi pacjenta o wykonywanie przekazywanych głosem poleceń, udzielanie odpowiedzi na pytania, nazywanie różnych przedmiotów czy prowadzenie rozmowy. Najprawdopodobniej przeprowadzi też podstawowe badania neurologiczne. Nierzadko można spodziewać się skierowania na badanie mózgu metodą rezonansu magnetycznego lub tomografią komputerową. Przy podejrzeniu zaburzenia odpowiedni specjalista przeprowadzi też dalsze, szczegółowe testy językowych możliwości chorego – np. jego zdolność do wyrażania myśli, do konwersacji z innymi, umiejętność czytania i pisania.

Leczenie ma sens

Przy niewielkich uszkodzeniach mózgu może dojść do poprawy bez specjalnej interwencji. Zwykle jednak potrzebna jest odpowiednia  terapia, przede wszystkim w postaci odpowiedniej rehabilitacji. Opiera się ona głównie na specjalnych, związanych z komunikacją ćwiczeniach, np. prowadzonych w grupach. Pomocne są też specjalne programy komputerowe.

Praca z afazją to jednak często długotrwały i żmudny proces. Najlepiej terapię jest przy tym zacząć jak najwcześniej, ale warto też mieć na uwadze, że czasami poprawa zachodzi latami. Zawsze warto szukać pomocy. Wiele zależy przy tym od rodzaju uszkodzenia, a także wieku i zdrowia pacjenta. Chorzy oprócz ćwiczenia mowy mogą też uczyć się nowych sposobów komunikacji np. za pomocą gestów, czy oferowanych przez nowoczesną technologię elektronicznych urządzeń. Nie bez znaczenia są także odpowiednie grupy wsparcia, które pomagają pacjentom i ich bliskim odnaleźć się w nowej, trudniejszej sytuacji życiowej. Jeśli chodzi o rodzinę i przyjaciół poszkodowanej osoby, to także im zaleca się odpowiednie zmiany. Dobrze jest, aby bliscy w miarę możliwości brali udział w terapii chorego, a także zdobyli pewne szczególne umiejętności.

Na przykład warto, aby nauczyli się komunikacji z pomocą prostszych zdań, aby pamiętali o włączaniu chorej osoby do rozmów i wspierali wszelkie jego próby komunikowania się oraz udział w życiu społecznym poza domem.

Nowe metody leczenia afazji

W leczeniu afazji testuje także leki, na przykład poprawiające ukrwienie mózgu, jego regenerację, czy uzupełniające poziom niektórych neuroprzekaźników. Jedną z nowych, wchodzących do użycia metod jest nieinwazyjna stymulacja mózgu za pomocą pola magnetycznego lub prądu elektrycznego. Dzięki precyzyjnym urządzeniom do monitorowania aktywności mózgu, w niedalekiej przyszłości takie terapie mogą nawet być dopasowane do indywidualnych potrzeb danego pacjenta.

Na łamach magazynu „Scientific Reports” naukowcy z kanadyjskiego Baycrest Centre for Geriatric Care opisali niewielkie badanie, w którym 11 osób z afazją po przebytym udarze poddali właśnie tego typu procedurze. Badacze wykonali najpierw pomiar fal mózgowych. Test pokazał zaburzoną aktywność w rejonach otaczających obszary zniszczone przez udar. Powstające w tych miejscach fale były wolniejsze niż zwykle. Podobny wzorzec, jak wyjaśniają naukowcy, obserwuje się często u ludzi z demencją.

Nieobciążający pacjenta zabieg z pomocą pola magnetycznego pozwolił jednak na częściowe przywrócenie prawidłowej pracy wymienionych obszarów mózgu i zmniejszenie objawów.

Wykonaliśmy mapę zaburzonej aktywności i zadziałaliśmy na nią z pomocą nieinwazyjnej stymulacji. Zauważyliśmy, że dzięki temu aktywność mózgu bardziej zbliżyła się do normalnej – szybszej. Zaobserwowaliśmy też krótkoterminową poprawę komunikacji wśród pacjentów – opowiada Jed Meltzer, autor eksperymentu. Badacze podkreślają, że to jedno z pierwszych doświadczeń, w których poprawę stanu osoby z afazją udało się powiązać ze zmianą w aktywności mózgu.

Planowali przeprowadzić testy długofalowych skutków terapii, ale przerwała je epidemia COVID-19.

Nasze wyniki wskazują na obiecującą metodę opartą na spersonalizowanej stymulacji mózgu celującej w jego zaburzoną aktywność w rejonach położonych obok miejsca uszkodzenia. Pacjenci z afazją mocno różnią się między sobą, jeśli chodzi o uszkodzenia mózgu i miejsca w nim, na które trzeba oddziaływać w terapii. Przez tworzenie indywidualnej mapy fal mózgowych, odkrywamy sposoby na celowanie we właściwy punkt, tak aby poprawić językowe możliwości chorego – wyjaśnia Meltzer.

Nowe technologie mogą też działać na inne sposoby. Grupa z Boston University opisała niedawno metodę, która pozwala przewidzieć prawdopodobne postępy terapii u danej osoby, zanim jeszcze leczenie się zacznie. Wykorzystuje się w niej komputerowy model opracowany na podstawie wielu lat badań mózgów leczonych osób. Zdaniem naukowców ich model może przedstawić terapeutom najlepszy plan leczenia dla danego pacjenta. Podejście to jest już testowane w badaniach klinicznych.

Źródło informacji: Serwis Zdrowie


Psychologia

Urodowe SOS, czyli plan naprawczy dla włosów

Redakcja
Redakcja
12 maja 2022
fot. bojanstory/iStock
 

Wiosna to dobry moment, aby wdrożyć plan naprawczy dla naszych włosów, aby móc cieszyć się zdrowszymi i mocniejszymi kosmykami. Jakich 5 kluczowych punktów powinno się znaleźć w urodowym SOS dla włosów podpowiada trycholog.

Wdrożenie skutecznego planu naprawczego dla włosów wymaga przede wszystkim systematyczności w stosowaniu codziennej pielęgnacji oraz regeneracji. Punktem wyjścia powinien być przegląd stanu naszych włosów i zdiagnozowania ewentualnych problemów oraz potrzeb.

Po pierwsze – sprawdź aktualną kondycję włosów

Wygląd włosów jest odzwierciedleniem kondycji naszego organizmu, ale także wielu czynników zewnętrznych, w tym także błędów, które popełniamy w codziennej pielęgnacji. Aby wdrożyć plan naprawczy, musimy ocenić co wymaga szczególnej poprawy, czy nasze włosy są prawidłowo odżywione, czy nie brakuje im kluczowych mikro i makroelementów, wpływających na ich kondycję. Analizując stan zdrowia włosów, trzeba wziąć pod uwagę wiele czynników, dlatego domowymi sposobami będzie nam trudno to ocenić. Warto skorzystać z konsultacji trychologicznej, podczas której specjalista zrealizuje wywiad dotyczący zdrowia i kondycji włosów, badanie fizykalne oraz badanie trichoskopowe.

Dodatkowo przejrzy laboratoryjne badania krwi, aby ocenić poziom żelaza i innych czynników, wpływających na stan naszych włosów. W razie potrzeby skieruje nas do lekarza danej specjalizacji, aby rozszerzyć wywiad. Istotnym badaniem, które ułatwi trychologowi diagnozę jest trichoskopia, pomagająca znaleźć przyczynę złego stanu włosów oraz skóry głowy.

Trichoskopia pokaże kondycję naszej skóry głowy, gęstość włosów, grubość włosów, jakość cebulki włosa oraz wiele innych aspektów dotyczących problemów skóry głowy i łodyg włosów, w tym na przykład stopień zniszczenia łodygi włosa przez chemiczne i termiczne zabiegi. Idealnie jest, gdy kamerę do diagnostyki trichoskopowej wyposażono w odpowiednio dobrane technologie świetlne, np. światło spolaryzowane, które umożliwia ocenę m.in. naczynek krwionośnych i światło sfokusowne na ocenę warstwy rogowej. Z kolei światło UV umożliwia analizę ujść gruczołów łojowych. Trichoskopia pozwala na dokładną diagnostykę stanu skóry głowy i włosów. Warto z niej skorzystać, jeśli widzimy jakiekolwiek nieprawidłowości lub chcemy kompleksowo zadbać o nasze włosy. Specjalista dokona analizy struktury zewnętrznej łodygi włosa pod trychoskopem stosując 700-krotne powiększenie i na tej podstawie może pomóc nam dobrać także spersonalizowaną pielęgnację. – mówi Anna Mackojć  z Instytutu Trychologii.

Po drugie – dobierz właściwie preparaty i proporcje

Dopasowana do potrzeb i regularnie stosowana pielęgnacja do skóry głowy i łodygi włosów przynosi zamierzone efekty, ale najpierw trzeba ją prawidłowo dobrać. Jedną z możliwości jest indywidualna konsultacja z trychologiem, który dokona nie tylko oceny kondycji skóry głowy i włosów, ale także może udzielić cennych wskazówek dotyczących codziennej pielęgnacji. Pomocne może sią także okazać zastosowanie w pielęgnacji równowagi PEH, czyli dostarczanie włosom protein, emolientów i humektantów w odpowiednich proporcjach. Składniki aktywne występujące m.in. w szamponach czy odżywkach, stosowane w codziennej pielęgnacji zgodnie z zasadą PEH przyniosą naszym włosom wiele korzyści w postaci odpowiedniej ochrony, regeneracji i nawilżenia. Kluczowe znaczenie ma jednak jej realizacja wymaga dopasowania się do indywidualnych potrzeb naszych włosów.

Mamy różny stopień porowatości i ubytków w strukturze włosów, dlatego podstawą stosowanie pielęgnacji PEH powinna być dobra analiza ich jakości i znajomość składu danego preparatu. Wiedząc jak działają poszczególne składniki aktywne w produktach do włosów, możemy ułożyć lepszy plan pielęgnacji i uzyskać równowagę w stosowaniu protein, emolientów i humektantów. – podpowiada Anna Mackojć, trycholog.

Po trzecie – zadbaj o skórę głowy

Kondycja włosów zależy przede wszystkim od stanu skóry głowy, o czym wiele osób zapomina skupiając się tylko na pielęgnacji i regeneracji łodygi włosów. Samo mycie włosów nie wystarczy, jeśli chcemy prawidłowo zadbać o skórę głowy i mieć piękne, zdrowe włosy.

Peeling skóry głowy jest niezwykle ważnym, a często bagatelizowanym zabiegiem. Zdrowe i piękne włosy są wytworem czystej, zrównoważonej skóry głowy, a dokładnie jej naskórka. Stosowanie peelingu zapewnia redukcję zrogowaciałego naskórka, eliminację grudek łojowych oraz dotlenienie skóry głowy. – mówi Anna Mackojć, trycholog.

Ważne jest zarówno regularne stosowanie peelingu skóry głowy, jak również prawidłowy dobór preparatu właściwego do naszego typu skóry głowy i jej dolegliwości. Istotnym czynnikiem w doborze jest na przykład wskaźnik kwasowości produktu. PH powinno mieścić się w granicach od 3,0 do 5,5. Odczyn pH powinien być kwaśny lub lekko kwaśny, gdyż takie właśnie pH odpowiada za kwasowość naszego płaszcza hydrolipidowego skóry oraz dokładne oczyszczenie zalegających pozostałości środków do stylizacji włosów. Realizowany systematycznie i prawidłowo peeling skóry głowy pozwala na lepszą absorbcję składników aktywnych zgromadzonych w ekstraktach czy ampułkach, wykorzystywanych na kolejnym etapie pielęgnacji.

Po czwarte – odżywiaj włosy odpowiednią dietą

Zewnętrzna pielęgnacja i regeneracja to nie wszystko. Duże znaczenie dla kondycji włosów ma także odpowiednia dieta, która powinna być bogata w witaminy, makro- i mikroelementy. Nasze posiłki powinny dostarczać organizmowi witamin A, D, E, K oraz witamin z grupy B, które pozytywnie wpływają na kondycję włosów. Minerałami najważniejszymi dla zdrowia włosów jest cynk i miedź. Nasza dieta powinna być przede wszystkim zbilansowana tak, aby nie dopuścić do niedoborów w naszym organizmie, które w pierwszej kolejności odbiją się na stanie włosów. W codziennym jadłospisie nie powinno zabraknąć świeżych warzyw i owoców, ponieważ są one źródłem innych witamin i minerałów oraz substancji o charakterze antyoksydacyjnym. Niezbędne jest także bieżące uzupełnianie poziomu żelaza, gdyż jego niedobór najczęściej objawia się osłabieniem  i wypadaniem włosów.

Odżywianie powinno być dobrze zbilansowane, wówczas nasze włosy będą prawidłowo nawilżone i odżywione od środka, a w efekcie zachowają zdrowy wygląd. Warto zdawać sobie sprawę, że źle zbilansowane diety mogą zaburzać homeostazę organizmu, czyli równowagę m.in. procesów biochemicznych w ludzkim ciele i prowadzić do niedoborów witamin oraz składników mineralnych. W efekcie powodować złe odżywania mieszków włosowych i przyczyniać się do ogólnej złej kondycji całej struktury włosa. Włosy mogą zacząć wypadać z powodu braku dostatecznej ilości składników odżywczych – wyjaśnia Anna Mackojć z Instytutu Trychologii.

Po piąte – regeneruj włosy domowymi i gabinetowymi zabiegami

W zależności od możliwości czasowych i budżetowych, możemy  przygotowywać samodzielnie zabiegi regeneracyjne dla włosów, na przykład na bazie wybranych olejków, niektórych owoców czy ziół lub skorzystać z zabiegów w gabinecie trychologicznym. Przewagą tego drugiego rozwiązania jest stosowanie przez specjalistę profesjonalnych produktów trychologicznych, które mają zazwyczaj dużo większe stężenie składników aktywnych i dają wielokierunkowe działanie. Specjalista w gabinecie ma możliwość zastosowania indywidualnie dobranej terapii, bazującej na różnych zabiegach, m.in. z wykorzystaniem mezoterapii, osocza bogatopłytkowego, infuzji tlenowej, laseroterapii, czy ledoterapii. Jeśli decydujemy się na regenerację w domowym zaciszu, przy wyborze preparatów i kosmetyków do regeneracji, warto zwrócić uwagę na skład i mechanizm działania składników aktywnych.

Jeśli chcemy sprawdzić czy stosowany przez nas plan naprawczy dla włosów działa, warto odwiedzić po 3-4 miesiącach od jego wdrożenia trychologa. Wykonana u specjalisty trichoskopia pozwoli ocenić pod kamerą czy nasze włosy są lepiej odżywione i zdrowsze.


Psychologia

Borderline: „I ten ciągły chaos myśli… Zapinanie w pasy, benzodiazepiny na wyciszenie – przypominałam zombie”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
12 maja 2022
zaburzenia osobowości borderline
fot. iStock/ Urilux

Autobiograficzna opowieść Agnieszki Rosińskiej „Ja, borderline i terapia, czyli moja droga do wyzdrowienia” uświadamia, jak długą i wyboistą drogę trzeba przejść, aby zaakceptować siebie i móc cieszyć się życiem pomimo zdiagnozowanego borderline. Agnieszka doznała wielu krzywd ze strony rówieśników oraz dominującej i stosującej przemoc matki. Była też ofiarą molestowania  i gwałtu. Przeżycia te spowodowały narastające problemy emocjonalne, depresję, stany lękowe, samookaleczenie się i próby samobójcze. Agnieszka wiele razy była pacjentką szpitali psychiatrycznych. Przełom nastąpił w momencie rozpoczęcia psychoterapii. Drukujemy fragmenty e-booka. 

Wołają na mnie Ruda. Ruda, której koszmar życia rozpoczął się wraz z momentem narodzin. Od tamtej chwili stoję na krawędzi – między życiem a śmiercią. (…)

W wieku przedszkolnym jako bardzo towarzyskie dziecko uwielbiałam bawić się z innymi. Tamten etap był istnym rajem na ziemi. Jak każdy kilkulatek byłam ciekawa świata i wszędzie było mnie pełno. Miałam problem z utrzymaniem języka za zębami, trajkotałam jak katarynka. Jeden dzień z tamtych czasów okazał się tym szczególnym, który mocno utkwił mi w pamięci. Poszłam wtedy do przedszkola zapłakana. Wystarczyła jedna awantura i rzucona groźba o rozwodzie, by zasiać niepewność w moim umyśle. W tamtej chwili przestraszyłam się, że stracę rodziców. (…)

Wiele spraw nabrało tempa z chwilą rozpoczęcia nauki w szkole.

Klasówka z matematyki i… moja pierwsza jedynka w życiu. Skreśliłam ją z dzienniczka, tłumacząc rodzicom, że to pomyłka wychowawczyni, bo przecież piątkowa uczennica nie mogła przynieść wstydu. Nie zapomnę tego dnia do końca życia.

Wywiadówka.

Wtedy po raz pierwszy w życiu dostałam pasem po dupie, nie wiedząc do końca za co. Do dziś mam o to żal do matki, ponieważ wolała użyć siły, zamiast wytłumaczyć mi, co zrobiłam źle. Chciała mi tym niby pokazać, że kłamstwo ma krótkie nogi, a tym samym wymusić na mnie prawdomówność. Nie wyszło jej. Osiągnęła odwrotny skutek. Zatajałam oceny, kłamiąc na potęgę. Cholernie się jej bałam, choć faktem było, że coraz częściej przez to obrywałam, aż do gimnazjum.

Zaciskałam zęby i powstrzymywałam łzy, co doprowadzało mamę do szału, a ja przeklinałam ją w duchu, coraz częściej sprawiając kłopoty wychowawcze. Wyprowadzałam rodziców z równowagi na przekór ich oczekiwaniom – i tak narodził się buntownik.

Kiedy miałam około dziesięciu lat, po raz pierwszy poznałam, czym jest zły dotyk.

Moim prześladowcą był tapeciarz Wojtuś. Robił remont w naszym domu. Gdy tylko zostawałam z nim sama w pokoju, zaczynał się do mnie przystawiać. Najpierw rzucał do mnie zboczone teksty, a później łapał mnie za piersi i pupę. Na jego widok nie czułam niczego innego oprócz obrzydzenia. Straszył mnie, próbując przekonać o tym, że nikt nie uwierzy w moje słowa, jeśli pójdę się poskarżyć.

Dezorientacja, przerażenie, wstyd, lęk…

Byłam tylko dzieckiem.

A on pieprzonym pedofilem z żoną policjantką, dzięki czemu czuł się bezkarny.

Napięcie rosło z każdym dniem, jednak nie wytrzymałam i o wszystkim powiedziałam siostrze. Ojciec wyrzucił go z mieszkania, a on spadał ze schodów z prędkością światła. Poczułam ogromną ulgę na myśl, że już nie będę musiała oglądać tej paskudnej gęby. (…)

Gimnazjum – najgorszy etap w życiu. Wieczny chaos, bunt i początki autodestrukcji.

(…) Sprawiałam coraz większe problemy wychowawcze. Pierwsze papierosy, pierwsze drobne kradzieże z portfela matki, wieczne pretensje i kłótnie. Z dobrej uczennicy przeobraziłam się w koszmar rodziców i pedagogów.

Kłopoty to była moja specjalność, tak samo jak słabe oceny. (…)

W szkole szło mi coraz gorzej; jedynka za jedynką, kolejne kłamstwa i kolejne kary. Miałam dość, targały mną silne emocje. Ukojenie znalazłam w samookaleczeniu i alkoholu.

Żyletka – moja przyjaciółka

Pomagała, rozluźniała, dyscyplinowała.

Widok krwi był czymś w rodzaju fascynacji. Czułam się uzależniona od samozniszczenia i od… masturbacji, która przynosiła chwilową przyjemność.

Uciekałam w swój świat, ten bezpieczny i znany świat fantazji. Każdego dnia znajdowałam powód, by móc się skrzywdzić. Wystarczyło krzywe spojrzenie, drobna uwaga i przestawałam sobie radzić.

Problemy z nauczycielami, pierwsze wagary, komentarze w stylu: „jesteś głupsza niż nogi od stołu”, „myślenie boli.”. Moja samoocena spadła poniżej zera. Czułam się jak śmieć, nikomu niepotrzebny. Byłam pasmem rozczarowań, które dotykały każdego wokół mnie.

Coraz częściej pojawiały się również objawy somatyczne. Zawroty głowy, drżenie rąk, przyspieszone bicie serca, ciągły niepokój i problemy z oddychaniem, które doprowadzały do hiperwentylacji.

Każdego dnia wszystko męczyło mnie tak, jak za pierwszym razem. Co drugi dzień byłam zwalniana do domu z powodu złego samopoczucia, a przecież wyniki badań nie wskazywały na nic niepokojącego. Ot, okres dojrzewania.

Któregoś dnia nie wytrzymałam i ukradłam matce xanax. Miałam dość i jedyne, czego chciałam, to po prostu zniknąć. Przed lekcjami wzięłam wszystkie tabletki z opakowania…

Ostatnie słowa, które udało mi się wypowiedzieć, to: „Przydałoby się zaczerpnąć świeżego powietrza”…

Karetka na sygnale, matka obok, a potem trudne do zniesienia płukanie żołądka, które skończyło się kilkoma dniami spędzonymi na oddziale toksykologicznym. Miesiąc później – kardiologia.

Coraz częstsze omdlenia, puls osiągający niekiedy nawet 280 uderzeń na minutę i rozpoznanie, które zmieniło wszystko – zaburzenia emocjonalne.

Pierwsza konsultacja w poradni psychiatrycznej

Nie miałam siły na nic, jedyne o czym marzyłam, to śmierć, kompletne unicestwienie. Poprosiłam o skierowanie do szpitala. I tak po raz pierwszy w życiu trafiłam do miejsca potocznie nazywanego wariatkowem.

Pierwsza dziecięca miłość, odrzucenie, samookaleczenia, natrętne myśli… pierwsze psychotropy, pogłębiająca się nienawiść do rodziców i ta nieopuszczająca mnie chęć śmierci, połączona z odcięciem od życia na zewnątrz.

Jedynie za kratami byłam w stanie znaleźć ukojenie i bezpieczeństwo. Nie byłam w stanie nawiązać współpracy z personelem szpitala.

Zagubienie.

Powrót do szkoły.

Wytrzymałam może dwa miesiące na wolności, gdy wszystko wróciło.

Bóle somatyczne, niepokojące myśli, samookaleczanie i chęć samozniszczenia.

Ponownie wylądowałam w szpitalu, z lekami i pozornym bezpieczeństwem. (…)

Potrzebowałam znaleźć sposób na ucieczkę od życia, a jedyne, co robiłam, to walczenie sama ze sobą. Odczuwałam silny przymus ukarania się za wszystko, za to, że żyję. Żyletka towarzyszyła mi wtedy w każdym momencie. To dzięki niej pojawiały się małe nacięcia, krew i ten błogi spokój, który pozwalał mi na upajanie się tym widokiem.

Kości pogruchotane od uderzeń w ścianę. Założyli mi szynę na rękę, bo nie dawałam jej żadnych szans na wygojenie.

I ten ciągły chaos myśli… Zapinanie w pasy, benzodiazepiny na wyciszenie – przypominałam zombie.

Weekendowe przepustki na opuszczenie szpitalnych murów nie były dla mnie wtedy dobrym rozwiązaniem. Nie mogłam się odnaleźć, czułam się źle poza oddziałem. Autoagresja przybierała na sile, a jedyne, o co byłam w stanie prosić, to powrót do szpitala.

Na jednej z przepustek odwiedziłam siostrę, ale akurat nie było jej w domu. Zastałam szwagra, więc postanowiłam na nią zaczekać. Nic nadzwyczajnego – siedzieliśmy, rozmawialiśmy, a on w pewnym momencie zaczął mnie całować i przytulać, wyznając miłość.

Osz, kurwa!

Kolejny raz zaznałam tego dotyku, więc odsunęłam się od niego z niesmakiem, napędzana wspomnieniami z poprzednich doświadczeń.

A on był coraz bliżej, dobierał się do mnie.

Prosiłam, tłumaczyłam, ale to nie poskutkowało. Nie chciałam, by to w jakikolwiek sposób poszło dalej. Bałam się… cholernie się bałam, biorąc pod uwagę fakt, że był silniejszy ode mnie, więc nie miałam szansy, by się obronić.

Ten dotyk.

Okropność.

Chciałam po raz kolejny umrzeć, jednak udało mi się uciec. (…) Żyletka nie pyta, ona rozumie. Czułam wstyd i upokorzenie, a emocje nasilały się, targając moją poszarpaną już psychikę w każdym możliwym kierunku.

Przez kilka następnych dni jedyne, co miałam w głowie, to chaos i chęć ukarania samej siebie. Nie wytrzymałam, musiałam to z siebie wyrzucić, bo wiedziałam, że nie dam rady poradzić sobie sama. Zwierzyłam się przyjaciółce matki, którą traktowałam jak ciotkę. Ona zaś okazała zrozumienie, dzięki któremu było mi lżej na sercu, choć wstyd pozostał. Informacja o sytuacji dotarła do rodziców, którzy zrobili awanturę mojej siostrze i swojemu zięciowi, choć on wybronił się lekką ręką, twierdząc, że po prostu… zmyślam. Bo kto uwierzyłby wariatce?

Miałam do wszystkich żal tak ogromny, że nie byłam w stanie do końca go zrozumieć. Kontakt z siostrą się urwał – znienawidziła mnie, a ja nie miałam już wstępu do jej mieszkania. Z pozostałą częścią rodziny nie było zresztą lepiej. Jedynym domem, który uważałam za swój, był szpital i zapewniona w nim izolacja. Tam czułam się nawet dobrze.

Jednak po kilkunastu tygodniach znów opuściłam ośrodek i musiałam zmierzyć się z dobijającą rzeczywistością, z którą nie potrafiłam sobie poradzić.

Kolejne wagary, kłamstwa, kłótnie, krytyka i wisząca w powietrzu nienawiść.

Wszystko w środku krzyczało „zabij się!”, a ja uważałam to za swój cel.

Wiedziałam jednak, że odebranie sobie życia było ostatecznością, a ja po prostu musiałam cierpieć i niszczyć samą siebie poprzez alkohol, świeże sznyty, benzo i masturbację. Wiecznie czułam się zmęczona życiem, choć dzięki nauczaniu indywidualnemu według wielu byłam wybrańcem.

Gówno prawda.

Wytrzymałam pół roku i na horyzoncie pojawiła się kolejna próba, nieudana. (…)

Znaleźć się w szpitalu lub na cmentarzu – to był mój konkretny cel; innego scenariusza nie brałam pod uwagę. (…)

Leki zrobiły ze mnie potwora. Byłam po prostu grubasem z paskudną gębą. Żyłam w swoim świecie, czując zazdrość. Zazdrościłam innym wyglądu, kontaktów towarzyskich, pewności siebie… Po prostu pogrążałam się, coraz bardziej pałając do siebie nienawiścią. Postawiłam wokół siebie mur, który odgradzał mnie od wszystkich, jednocześnie mocno pragnąc bliskości drugiej osoby, jej akceptacji i zrozumienia. Byłam wyrzutkiem, którego potrzeby nie zostaną zaspokojone. To było nierealne, by ktokolwiek pokochał taką paskudę.

Z każdym dniem, tygodniem czy miesiącem było coraz gorzej.

Alkohol, samookaleczanie, izolacja i autodestrukcja. I ten ciągły ból, który tkwił wewnątrz mnie. Uciekałam w świat wirtualny – czaty, spotkania z nieznajomymi, które kończyły się szybciej, niż się naprawdę zaczęły. (…)

I nadszedł dzień, który zmienił całe moje życie

Łzy nadal mimowolnie cisną mi się do oczu, a na samą myśl o tamtej sytuacji mam ochotę znów zapaść się pod ziemię. (…)

To nie miało prawa się wydarzyć, choć pamiętam tamten dzień tak dokładnie, jakby to było wczoraj.

Umówiłam się z tym chłopakiem, którego poznałam przez neta. Mieliśmy iść na imprezę, pobawić się i bliżej poznać. Jednak pogoda spłatała nam figla i popsuła wszystkie plany.

Patrick wydawał się sympatycznym i spokojnym gościem, jak na studenta przystało, a od samego początku świetnie się dogadywaliśmy. Zaproponowałam mu, że pójdziemy do mnie, bo przecież wieczór jeszcze był młody. Nic nie wskazywało na to, że mógłby mnie skrzywdzić.

Po około dwóch godzinach rozmowy znienacka rzucił się na mnie, a ja poczułam paraliżujący strach.

Nie było wtedy nikogo w domu, a on nachalnie mnie dotykał i całował, choć prosiłam, żeby przestał. Sparaliżował mnie strach zakotwiczony w moim umyśle, a to przerażenie jeszcze bardziej go nakręciło

Siłą zdjął mi spodnie i zaczął gwałcić.

Prosiłam, błagałam, by przestał, jednak on nie zwracał na mnie uwagi, z każdą chwilą był coraz bardziej brutalny.

A ja tak bardzo bałam się krzyczeć…

Byłam jak z betonu, nie mogłam się ruszyć. Jedyne, na co się zdobyłam, to płacz i modlitwa, by całe to piekło skończyło się jak najszybciej.

Bolało…

To był mój pierwszy raz.

A on, kiedy już skończył, jak gdyby nigdy nic po prostu ubrał się i wyszedł, zostawiając mnie samą i zdezorientowaną pośród czterech ścian. Kompletnie nie wiedziałam, co się ze mną dzieje.

Znów – stres, lęk, ból…

Kurwa! Zostałam zgwałcona!

Usiadłam na łóżku i zaczęłam płakać, mając w głowie jedno słowo – „dziwka”.

Czułam się upokorzona i brudna, więc jedyne, na co się odważyłam, to kąpiel, by móc to wszystko z siebie zmyć. Znienawidziłam siebie i swoje ciało, desperacko uciekając w kolejne bolesne nacięcia.

By zapomnieć o tym dniu, po prostu upiłam się i położyłam do łóżka. (…)

Rodzice w drodze powrotnej do domu spotkali sąsiada, który ogłosił im, że był u mnie Murzyn.

Zastali mnie w łóżku, zapłakaną.

A matka? Ona nic nie zrobiła. Nie zapytała, w żaden sposób nie zareagowała na to, co ujrzała.

Nie zrobiła nic, choć tak bardzo potrzebowałam tego pieprzonego wsparcia, rozmowy, pocieszenia… Zapytała jedynie o to, czy czasem nie potrzebuję tabletki „po”. I już. Wyszła z pokoju, jak gdyby nigdy nic, zostawiając mnie kompletnie samą z gonitwą myśli.

Oczywiście tabletkę następnego dnia dostałam, po czym domownicy zniknęli na cały dzień.

To był koszmar. Ból, strach i ogrom nerwów. Ostatkiem sił doczołgałam się na czworakach do sąsiadki, która poratowała mnie lekami przeciwbólowymi.

Naprawdę myślałam, że umieram.

Przez kolejne dni byłam wrakiem człowieka. Zamknęłam się w sobie na dobre. A kiedy tylko powieki opadały, widziałam jego.

Łzy płynęły mimowolnie, a ja cały czas czułam jego oddech i ten okropny dotyk.

Nie byłam w stanie tego udźwignąć. Nie chciałam żyć, więc po raz kolejny przedawkowałam prochy.

Kolejna próba, kolejne niepowodzenie. (…) Jednak… tym razem nie trafiłam do szpitala psychiatrycznego. Postanowiłam, że postaram się zapomnieć, wymazać wszystko z pamięci i zacząć żyć normalnie, jakby to, co się wydarzyło, nigdy nie miało miejsca.

W pewnym stopniu odniosłam w tym sukces, jednak moja sielanka nie trwała zbyt długo. Wspomnienia wróciły ze zdwojoną siłą.

Skończyłam liceum, zdałam maturę, poszłam do pracy, by móc dokładać się rodzicom do domowego budżetu, i nawet udało mi się schudnąć. (…)

W pracy poznałam Krzyśka

Dwanaście lat ode mnie starszego, który nie był w moim typie, nawet w najmniejszym stopniu. Mimo to zaufałam mu, bo miał w sobie to coś. Po prostu… pociągał mnie. Zaczęliśmy się spotykać, czułam się przy nim bezpiecznie.

Był trochę jak ojciec, tak troskliwy i opanowany. Za dnia gwarantował mi szacunek. Nocą zaś… dziki i namiętny seks, który połączył nas jeszcze bardziej.

Zakochałam się, po raz pierwszy w życiu. Chciałam założyć rodzinę, ale on nie był na to gotowy. I wszystko zaczęło się psuć. Coraz częstsze awantury, pretensje i napady zazdrości.

Rozstaliśmy się, a to oznaczało dla mnie koniec świata. Jedyna osoba którą miałam, po prostu porzuciła mnie.

W tej bezbrzeżnej rozpaczy poczułam, że nienawidzę mężczyzn. Nie chciałam się już angażować i wiązać. Zmieniłam podejście, koncentrując się jedynie na zabawie i przygodnym seksie. Miałam to powodzenie z którego mogłam korzystać, i robiłam to.

Przygodny seks. Jednorazowy numerek. I cześć.

Rozkochiwałam i porzucałam, nie pozwalając sobie na jakiekolwiek zaangażowanie.

Znów byłam bez pracy, na utrzymaniu rodziców, z narastającymi długami, a oni naciskali na spłatę, wieńcząc wszystko niekończącymi się awanturami.

Miałam dość. Nie umiałam utrzymać się na etacie dłużej niż miesiąc, zbyt szybko się nudziłam. I w ten sposób narodził się plan na szybki zarobek.

Puszczałam się na prawo i lewo, więc czemu miałabym na tym nie skorzystać?

I w ten sposób zostałam dziwką

(…) Klientów znajdowałam w sieci. Dawałam im to, czego oczekiwali, a w zamian dostawałam za to pieniądze. Sprzedawałam siebie i swoje ciało, a moja nienawiść do siebie rosła z każdym dniem. Byłam poniżana, wyzywana i poniewierana, spełniałam każde ich żądanie.

Bolało. Rozpadałam się kawałek po kawałku, a moja dusza umarła. Przestała istnieć. Ciało zaś odłączyło się od mózgu. (…)

Nieraz zdarzało się, że klient wziął, co chciał, i nawet nie raczył za to zapłacić. Porzucał mnie jak zdechłego psa. Zasłużyłam sobie na to. Tak samo jak na karę i śmierć.

Seks nigdy nie był uosobieniem bliskości i głębszych uczuć. Był sposobem na zarobek, odreagowanie i sianie jeszcze większego spustoszenia.

Moje ciało, skażone przez gwałt i zły dotyk, zasługiwało jedynie na poniżenie. Cały ten proceder trwał dwa, może trzy miesiące. Nie dałam rady, totalnie się zeszmacając.

Jednak chciałam z tym skończyć.

Zmieniłam wizerunek. Zaczęłam nowy rozdział w życiu.

Cel? Stabilizacja.

Kolejna praca, tym razem normalna. Jednak zbyt długo nie zagrzałam tam miejsca. I tak co chwilę – zmiana za zmianą, a wszystko to przeplatane randkowaniem, które i tak mi nie wychodziło. Wszystko kończyło się tak samo. Burzliwe relacje na zmianę z namiętnym seksem, połączone z szantażem emocjonalnym.

Jednak w końcu poznałam swojego przyszłego męża.

I znów zaufałam

Zakochałam się, a on był wszystkim, co miałam. Odważyłam się i oddałam mu całą siebie. Byłam na każde skinienie – po to, by go zadowolić, by nie zostać porzuconą. Odsunęłam się od znajomych tylko dlatego, że  ich nie akceptował, jednak on mógł spotykać się, z kim chciał i kiedy chciał. Ja nie miałam tyle wolności, bo on był chorobliwie zazdrosny. (…).

Nasze wspólne życie można porównać do przejażdżki kolejką górską. Góra, dół, jakbym miała zaraz upaść na twarz. A to wszystko w połączeniu z ciągłym chaosem i bólem. On myślał o rodzinie i dziecku, o które staraliśmy się bardzo długo. (…)

Stworzyłam rodzinę – wyszłam za mąż i urodziłam syna. Zdecydowałam się też na terapię psychodynamiczną, jednak nieudaną, po której… zaczęłam kolejną. Tkwiłam w toksycznym związku, a seks nie był dla mnie przyjemnością, lecz obowiązkiem. Z całych sił zmuszałam się, by zadowolić męża. Seks kojarzył mi się jedynie z przemocą, która w jakiś sposób mnie kręciła. Byłam zagubiona i nie mogłam odnaleźć się w świecie dorosłych, a emocje wciąż mną rządziły.

Wieczny ból i cierpienie zdawały się nie mieć końca. Postrzegałam siebie jako złego człowieka, największe rozczarowanie rodziców i ich problem. Wariatkę, która ma żółte papiery i brak perspektyw na normalną przyszłość.

Tak było jeszcze dwa lata temu…

Dziś po tym wszystkim zostało mi tylko wspomnienie, a reszta odeszła jak zły sen.

A ja?

Ja odzyskałam spokój duszy.

 

Bohaterkę ebooka „Ja, borderline i terapia, czyli moja droga do wyzdrowienia” uratowała psychoterapia.

Skróty wybór redakcji.

 

 


Zobacz także

Jabłko czy motyl? To, co zobaczyłaś najpierw, zdradza, co Cię w życiu motywuje

Kobieta socjopatka? Tak, takie też spotykamy, często są naszymi przyjaciółkami, koleżankami. Uważajcie na ich sztuczki

16 kroków do rozstania. Jak to się dzieje, że nie jesteście już „razem”