Psychologia

27 pytań dzięki którym sprawdzisz swoją siłę psychiczną

Redakcja
Redakcja
29 października 2022
27 pytań dzięki którym sprawdzisz swoją siłę psychiczną
Fot. iStock / retrorocket
 

Siłę psychiczną buduje się podobnie jak nasze mięśnie – należy każdego dnia pracować nad sobą, nad rozwijaniem swoich dobrych nawyków i eliminowaniem zachowań, które szkodzą i demotywują. O ile jednak tężyznę i siłę fizyczną można zauważyć gołym okiem, o tyle sprawa dobrej oceny naszej mocy mentalnej nie jest już taka prosta. Potrzeba do tego głębokiej autorefleksji oraz dobrego poznania swoich mocnych i słabych stron – oto 27 pytań, które pomogą ci sprawdzić swoją siłę mentalną.

27 pytań dzięki którym sprawdzisz swoją siłę psychiczną

Sposób naszego myślenia

To, w jaki sposób prowadzisz dialog sama ze sobą, istotnie wpływa na twoje samopoczucie i nastawienie do samej siebie i spotykających cię sytuacji. Czy jesteś dla siebie dobrym, wyrozumiałym przyjacielem, czy też bliżej ci do roli surowego krytyka wytykającego wszystkie błędy? Pamiętaj, że ważne jest znalezienie odpowiedniego balansu – zbyt dużo negatywnych myśli może zniechęcić cię do podejmowania działań, a nazbyt pozytywne podejście nie przygotuje cię odpowiednio do realiów i trudności, z którymi przyjdzie ci się zmierzyć. Sprawdź swój sposób myślenia odpowiadając na poniższe pytania:

  1. Jakie niepoprawne wnioski wyciągam na temat samej siebie?

  2. Za jakie rzeczy nieustannie się krytykuję?

  3. Na jakie wymówki sobie pozwalam?

  4. Jaka jest dla mnie definicja sukcesu?

  5. Co mówią sobie, gdy przegrywam?

  6. Na czym opieram poczucie własnej wartości?

  7. Co myślę, gdy spotyka mnie odrzucenie?

  8. Jakiego rodzaju zwątpienia w siebie doświadczam?

  9. Kiedy staję się zbyt pewna siebie?

Zarządzanie emocjami

Ludzie silni psychicznie to wcale nie ci, którzy tłumią swoje emocje lub nie odczuwają bólu, smutku, czy złości. To ci, którzy są świadomi własnych uczuć, prawidłowo je rozpoznają i potrafią nimi odpowiednio zarządzać. Nie chowają się przed trudnymi, negatywnymi emocjami, ale stają z nimi odważnie twarzą w twarz, zamiast ucieczki wybierają odpowiednie działania, by poradzić sobie ze stresem lub bólem. Sprawdź swój sposób zarządzania emocjami odpowiadając na poniższe pytania:

  1. Jak odpowiadam na emocjonalny ból?

  2. Jakie emocje czasami przejmują nade mną kontrolę?

  3. Jakie lęki i obawy przeszkadzają mi w wydobyciu najlepszego potencjału?

  4. Jakich emocji najczęściej unikam?

  5. Kiedy czuję się najszczęśliwsza?

  6. Jakie uczucia powodują, że zachowuję się jak zupełnie inna osoba?

  7. Jakie strategie stosuję, by poprawić swój nastrój, gdy jestem w dołku?

  8. Czy potrafię rozpoznać, kiedy moje emocje wymykają się spod kontroli?

  9. Co robię w momencie, gdy zauważam, że zaczynam się nad sobą użalać?

Produktywność zachowania

Budowanie siły mentalnej wymaga zdobycia wiedzy na temat tego, kiedy należy zmieniać swoje zachowanie, a kiedy otaczające nas środowisko – bo przecież nie zawsze wszystko zależy od nas i naszej samodyscypliny, czy umiejętności opierania się pokusom i szukania najłatwiejszych rozwiązań. Czasami to okoliczności zewnętrzne wymagają modyfikacji i zmiany tak, byśmy mogli pokazać swoje najlepsze cechy i umiejętności. Produktywne zachowania niejednokrotnie wymagają od nas zrobienia rzeczy, na które nie do końca mamy ochotę lub zachowania się w sposób nieoczekiwany, nieco dla nas eksperymentalny, który pokaże nam, że nasze negatywne przewidywania były błędne.

27 pytań dzięki którym sprawdzisz swoją siłę psychiczną

Fot. iStock / retrorocket

Rozwijanie siły psychicznej pomaga w pokonywaniu przeszkód i reagowaniu na dane sytuacje w sposób bardziej efektywny i produktywny, pozwala na łatwiejsze dokonywanie decyzji, nawet tych trudnych i mało popularnych. Odpowiedz na poniższe pytania by sprawdzić swoje zachowanie:

  1. Kiedy poddaję się zbyt szybko?

  2. W jakich sytuacjach działam dłużej niż powinnam?

  3. Czy wiem, kiedy moje zachowanie nie jest zgodne z moimi wartościami?

  4. Czy troszczę się o swoje ciało, tak by umysł był jego najsilniejszą częścią?

  5. Jakie błędy wciąż powtarzam?

  6. Kiedy szukam krótkoterminowych rozwiązań, które prowadzą do większych problemów?

  7. Co powstrzymuje mnie przed podjęciem działań zmierzających do realizacji moich celów?

  8. Czy poświęcam swój czas i energię na rzeczy dla mnie najistotniejsze?

  9. W jaki sposób sama siebie sabotuję?

Każdy z nas może zbudować siłę psychiczną i bez względu na to, jaką moc już teraz w sobie posiada, zawsze można pracować nad jej udoskonaleniem. Najważniejsze, by nieustannie rozwijać codzienne nawyki, które wzmacniają naszą siłę mentalną i dążyć do tego, by dzisiaj być nieco lepszym, niż było się wczoraj.


Na podstawie: www.psychologytoday.com

Zapisz


Psychologia

Renata Dancewicz: bywam egoistką, lubię mieć swoje życie i czas dla siebie

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
29 października 2022
 

– Uważam, że nie muszę spełniać jakichś wielkich wymagań, żeby myśleć o sobie – feministka. Taka kobieta po prostu może robić różne rzeczy – to, co chce. Każdy, kto nie uważa, że kobiety są gorsze i że miejsce ich jest tylko w kuchni, łóżku i kościele, jest feministą. Czasem wydaje mi się, że feministki powinny zatrudnić jakąś dobrą agencję PR-ową, żeby ocieplić swój wizerunek – mówi Renata Dancewicz. Przyznaje też, że nie jest matką-kwoką dla własnej wygody, bo bywa egoistką i lubi mieć swoje życie i czas dla siebie. Z gwiazdą rozmawiamy o 25-leciu serialu „Na Wspólnej”, macierzyństwie, feminizmie i jeszcze kilku innych ważnych sprawach.

Jesteś w „Na Wspólnej” od samego początku. Okazuje się, że potrafisz być bardzo wierna.

– Nieoczekiwanie tak. Jestem niezwykle wierna swojemu numerowi telefonu i „Na Wspólnej”. (śmiech)

Pamiętasz moment, 20 lat temu, kiedy dostałaś tę propozycję pracy? Sądziłaś, że to będzie taka długa przygoda?

– W życiu! Tym bardziej, że po pierwszym tygodniu spędzonym na palnie, dotarło do mnie, że będę pracowała w trybie po 12 godzin na dobę. Byłam więc autentycznie przerażona, bo pomyślałam, że to mi skasuje życie prywatne, ale na szczęście wszystko się unormowało dzięki wielowątkowości tej opowieści. W tej chwili praca przy „Na Wspólnej” zajmuje mi parę dni w miesiącu.

Powiedziałaś, że ten serial daje ci w obecnych czasach stabilność finansową i dlatego nie musisz pracować dla TVP. To wyznanie było dla ciebie aktem odwagi?

– Uważam, że jak ma się swoje poglądy, to nie ma co ich ukrywać. Dla mnie ważne są sprawy światopoglądowe, dlatego mówię jako kobieta, feministka i ateistka. Uważam, że to, co się dzieje teraz w naszym kraju, jest demolką. Sposób, w jaki PiS zawłaszczył telewizję publiczną, to jest naprawdę skandal. Dlatego mówię otwarcie, że cieszę się, że nie muszę tam pracować. Ale absolutnie nie osądzam kogoś, kto tam pracuje, bo jeśli ja nie miałabym pracy i pieniędzy, to pewnie bym też tak robiła. Dziś cieszę się, że nie muszę.

Wolisz podejmować ryzykowne decyzje, ale w zgodzie z sobą?

– Sprawdza mi się to. Intuicja w ostatnich czasach jest wreszcie doceniona jako funkcja mózgu. Poza tym wychodzę z założenia, że nawet jak zrobisz coś, co okaże się niezbyt udane, możesz z tego wyciągać wnioski. Najgorzej jak zrobisz coś, do czego nie jesteś przekonana, to potem masz do siebie dwie pretensje: że nie wyszło i jeszcze że to nie była twoja decyzja. Myślę, że trzeba wierzyć swojemu ciału, intuicji, organizmowi. Poza tym mało rzeczy jest nieodwracalnych i to też jest pocieszające.

Renata, zmieńmy na moment temat. Pamiętam jak w 2003 roku opowiadałaś prasie, że zostawiłaś swojego 7-miesiecznego syna i wyjechałaś do Tajlandii. Pamiętam larum i krzyk matek Polek. Przyznaję się, byłam jedną z nich. Dopiero teraz zrozumiałam, że miałaś rację.

– Po siedmiu miesiącach macierzyństwa byłam tak umęczona karmieniem piersią, że mocno czułam, że potrzebuję się jakoś odstresować. Kiedy wróciłam po dwóch tygodniach, to pierwsze pytanie mojej mamy brzmiało: „No i jak? Poznał cię?”. A ja jej powiedziałam: „Nie wiem, czy poznał, ale od razu polubił, bo się uśmiechnął”. Nie wierzę, żeby dwutygodniowa przerwa w kontakcie z mamą zrobiła wyrwę czy krzywdę w psychice mojego dziecka, tym bardziej, że przecież Jurek miał też: tatę, babcię, opiekunkę. Z obserwacji jednak wiem, że kobiety zagarniają dzieci dla siebie. Uważają, że wszystko zrobią najlepiej i ten tata, który nawet chce się jakoś zaangażować, jest na cenzurowanym. Ja nigdy nie miałam takich zapędów. Może dlatego, że jestem dosyć ufna w takim sensie, że nie biorę pod uwagę, że coś złego się nagle stanie. Raczej biorę pod uwagę wariant optymistyczny. Nie lubię się martwić na zapas, dopiero kiedy popadam w kłopoty, to zastanawiam się, co robić.

Jest takie powiedzenie, że do wychowania dziecka potrzebna jest cała wieś. Ja uważam, że zostawianie dziecka tylko matce, to jest straszna presja i okropna niesprawiedliwość. Bo to by znaczyło, że kobiety płacą cenę za rozmnażanie się ludzkości. Tak nie powinno być! Kiedyś rodziny były takie wielopokoleniowe i dzieci znajdowały w nich swoje miejsce. Nie powinno być tak, że istnieje tylko matka i dziecko na piedestale, wokół którego potrzeb wszystko się kręci. Takie dziecko dostaje złe sygnały. Jak potem samodzielnie wychodzi w świat, to nagle okazuje się, że nie jest już królem dżungli i wtedy ma totalny szok.

Kiedy pisałam pierwsze teksty w latach 90., mówiłam kobietom, że są niemal omnipotentne. Dziś, przy okazji tej rozmowy, chciałabym przeprosić kobiety, które czytały kiedyś, że można być jednocześnie super: matką, córką, żoną, pracowniczką i kochanką. Skąd ty od samego początku macierzyństwa wiedziałaś, że to blaga?

– Dzieci rodziły się od zawsze, a my nadal robimy błąd, uważając, że tak dużo w ich wychowaniu od nas zależy. Jako rodzice jesteśmy winni dzieciom: miłość i poczucie bezpieczeństwa oraz podstawowe instrumenty, żeby sobie radziły samodzielnie w swoim dorosłym życiu. Nasze dzieci to są jednak oddzielne osoby. Kiedyś przeczytałam wywiad z pedagożką z Brazylii, która mówiła, że tak naprawdę najważniejszą decyzją, jaką podejmują rodzice, jest wybór miejsca zamieszkania.

A to jakieś zaskakujące podejście do macierzyństwa!

– Właśnie! Ale przecież zupełnie inne środowisko ma twoje dziecko, jak mieszkasz na wsi, inne w mieście, w centrum, na przedmieściach. W pewnym momencie rodzice tracą też swój powab dla nastolatka i nagle rówieśnicy grają już pierwsze skrzypce. Dzieci powinny się bawić z innymi dziećmi, a nie z rodzicami. Kiedyś były podwórka. Zawsze chciałam, żeby Jurek miało blisko szkołę, przedszkole, żeby nie spędzał pół dnia na dojazdach. Nie jestem matką-kwoką, ale to też dla własnej wygody, bo bywam egoistką i lubię mieć swoje życie i czas dla siebie. Myślę, że moje macierzyństwo polegało kiedyś i w sumie nadal polega na takim dotarciu się z dzieckiem, by każde z nas miało jak najlepiej. Poświęcanie się dla syna czy córki, branie dla niego pożyczek… u mnie nie ma takiej opcji.

Teraz popularne są kredyty na zagraniczne studia dzieci.

– Jestem fanką szkolnictwa publicznego, chociaż to dziwnie brzmi w dzisiejszych czasach. Jurek właśnie poszedł na studia na uniwerek, na filozofię i zawsze uczęszczał do szkół publicznych. Myślę, że te prywatne i społeczne mają wiele plusów i rozumiem rodziców, którzy chcą dzieciom zapewnić wszystko, co najlepsze. Jednak ufam, że w szkołach publicznych Jurek mógł spotkać różnorodność, która w moim rozumieniu jest bogactwem. Są takie badania, z których wynika, że z klas mieszanych wszyscy mają większe korzyści. Geniusze uczą się socjalizacji, dzielenia się, urwisy – okiełznywać emocje itp.

Powiesz mi, dlaczego kobiety boją się dziś mówić, że są feministkami?

– Kiedyś w latach 90. bycie feministką było pojęciem ośmieszającym i wykluczającym. Pamiętam kampanię wyborczą Hanny Gronkiewicz-Walc na prezydentkę Warszawy, która śmiała się, że ona „przecież nie jest feministką” albo wywiad Donalda Tuska, który podśmiechiwał się dobrotliwie z feministek. Teraz już by sobie na to nie pozwolili.

Uważam, że nie muszę spełniać jakichś wielkich wymagań, żeby myśleć o sobie – feministka. Taka kobieta po prostu może robić różne rzeczy – to, co chce. Każdy kto, nie uważa, że kobiety są gorsze i że miejsce ich jest tylko w kuchni, łóżku i kościele, jest feministą. Czasem wydaje mi się, że feministki powinny zatrudnić jakąś dobrą agencję PR-ową, żeby ocieplić swój wizerunek.

Ja wcześnie zerwałam z kościołem, choć wychowywałam się u babci, która była bardzo religijna. A może właśnie dlatego. Widziałam, że jest ksiądz, są panie i to one mu gotują, sprzątają, ubierają kościół w kwiaty, a potem jeszcze słyszałam, że dziewczynka nie może być kapłanem, bo nie wiadomo dlaczego. Już jako dziecko stwierdziłam, że nie chcę być w takiej organizacji, która ma mnie za podludzia.

Może cię zaskoczę, ale mimo że nie chodzę do kościoła, mam sporo sentymentu, ciepłych myśli dla tych ludzi, którzy wierzą.

– Masz rację, że to nie jest dobra droga, żeby mówić pogardliwie „moherowe babcie”. Na tym polega właśnie sukces Rydzyka. W latach dziewięćdziesiątych zrobiła się narracja neoliberalna, że każdy jest kowalem własnego losu, że jeśli nie jesteś w stanie zarobić i zafundować sobie wakacji na Hawajach, to jesteś nikim. Rydzyk tych wszystkich ludzi ze skreślonych PGR-ów zagarnął do siebie.

Na wsiach nadal nie masz żadnej konkurencji dla kościoła. Nie ma czegoś, co byłoby wspólnotą, która organizuje ludziom życie. Jednak moim zdaniem to nie jest zasługa kościoła, tylko takiej totalnej pustyni, bo my jako społeczeństwo nie oferujemy ludziom nic w zamian. Kiedyś były koła gospodyń wiejskich, świetlice, klubokawiarnie…

Od wielu lat pomieszkuję na Warmii pod Ornetą, kumpluję się z ukochaną sąsiadką Wiesią. Tam są bardzo fajni ludzie i jak słyszę pogardliwe komentarz wobec nich, czuję jakby ktoś dźgnął mnie ostrogą. Nienawidzę takiej wyższościowej narracji, do której ludzie nie mają prawa, bo nawet jeśli jesteś arystokratką, to nie jest twoja zasługa. Po prostu urodziłaś się w takim miejscu. Pogarda bardzo źle świadczy o człowieku, ja takich ludzi skreślam.

Konsekwentnie podążasz swoją (nie wszystkim wygodną) drogą. Skąd w tobie taka siła?

– Nie wiem, nie zastanawiam się nad tym, nie dzielę włosa na czworo. Myślę, że to jest kwestia usposobienia, które jest genetyczne. Nie jestem kobietą, która lubi pamiętać złe rzeczy. Raczej jestem lekkomyślną optymistką. W dodatku dość mało spostrzegawczą, mam wadę wzroku – 3.00 i nie noszę okularów, więc dużo rzeczy mi umyka. Pewnie to jest też kwestia wychowania, bo miałam fajnych rodziców, którzy nie przypieprzali się do mnie za bardzo. Dostałam od nich dużo wolności, mieliśmy normalny dom, gdzie dzieci były kochane i szanowane.

Pomogła mi też literatura. Jak powiedział Umberto Eco: „Kto czyta książki, żyje podwójnie”. Wtedy rozszerza ci się empatia i poglądy. Do tej pory jak mam chandrę, lubię zagłębić się w książce, lubię uciec, znaleźć się w innym świecie, żeby przeczekać. To są być może takie emocje zastępcze. Może takie życie jest na niby? Ale jednak, jeśli masz do czynienia z dobrą sztuką lub literaturą, to jest przecież zajebiste.

Jak chronisz się przed dzisiejszym zalewem mediów?

– Jestem oldschoolowa. Nie wierzę w „pokazywactwo” okna wystawowego. Nie mam Instagrama, Facebooka, mam za to maila. Ostatnio jednak i ja kapnęłam się, że przez parę miesięcy nie czytałam, bo „leciałam seriale”. Na szczęście przyszedł moment, że poczułam nasycenie i wróciłam do książek. Jestem też kinomaniaczką, więc często wychodzę z domu, siadam przed wielkim ekranem w ciemności i nagle ten świat… To jest cudowne.

Dlaczego nie masz Instagrama?

– Jestem strasznie leniwa, a im człowiek jest starszy, tym mniej ma czasu, więc chcę go poświęcić na rzeczy, które lubię: na kino, książki, imprezy ze znajomymi, brydża. Myślę też, że bardzo dobrym stanem jest nic-nie-robienie. Tylko leżysz sobie albo kąpiesz się w wannie, albo idziesz na spacer i trochę się nudzisz. To mój ulubiony reset mózgu.

Dzisiaj to największy luksus.

– To jestem też luksusowa (śmiech). Kiedyś, jak jeździliśmy z kolegami z teatru busikiem, to sobie siedzieliśmy i gadaliśmy, a teraz każdy siedzi w telefonie, ogarnia Instagram, robi relacje. Ludzie są, ale ich nie ma, zajmują się robieniem fikcji. Rozumiem, że to się przydaje, że moi koledzy na tym zarabiają pieniądze.

Ty też mogłabyś zarobić…

– To akurat jest coś, co by się przydało. Kiedy wybuchła pandemia i z synem oraz jego kolegą wynieśliśmy się na trzy miesiące na wieś, żyliśmy prostym życiem. U mnie w domu nie ma centralnego ogrzewania, więc sobie paliliśmy w piecach i nawet wtedy przemknęło mi przez myśl, żeby pokazać to na Instagramie. Ale przepadło, bo doszłam do wniosku, że to wbrew mojej naturze.

O, Myszkin, mój pies, bardziej nadaje się na bohatera. Nawet wymyśliłam „Przygody Myszkina i jego lekkomyślnej pani”, książeczka albo blog. Myszkin jest najbardziej niezwykłym psem, jakiego znam. Tak mądry, tak survivalowy, on się dopasuje do każdej sytuacji. Nienawidzi smyczy, już mi siedem przegryzł. Nawet jak da w długą, to wraca.

Kiedyś powiedziałaś ciekawe zdanie „życie jest zajebistym chaosem, sukcesem jest tylko ogarnianie jego kawałków”.

– Zobacz, jak się nic nie robi, to wszystko zarasta. Jak nie ogarniasz bałaganu, to masz coraz więcej kurzu, brudu, naczyń do zmywania. Codziennie odsuwasz ten chaos, nicość, śmierć i w ten sposób podtrzymujesz życie. Nie możesz całego świata uporządkować. Robisz tylko tyle, ile jesteś w stanie. Kawałek zmywania, dwie półki w lodówce. Niektóre rzeczy trzeba robić: trzeba płacić podatki, chodzić do dentysty… No i trzeba się rozpieszczać, być dla siebie dobrym.

Jak się rozpieszczasz?

Chodzi o to, żeby robić jak najmniej rzeczy, których nie lubisz w życiu. Nie spotykać się z ludźmi, których nie lubisz. Po co? To jest krew w piach. Lepiej spotykać się z fajnymi ludźmi. Lubię dużo spać, dobre jedzenie, masaże, podróżować, grać w brydża.

Na koniec powiedz proszę, w którym teatrze będzie można cię zobaczyć najszybciej?

– 27 października mam premierę „żONa”. Jest to sztuka młodej francuskiej aktorki, która się nazywa Jade-Rose Parker. Gramy tam z Piotrem Polkiem, Czarkiem Łukaszewiczem i z Justyną Fabisiak, a reżyserem jest Adam Sajnuk. Zapraszam wszystkich do „Małej Warszawy”.


Psychologia

Magdalena Stępień: Doceniajcie każdą chwilę, nie narzekajcie, że dziecko płacze w nocy. Ja bym oddała wszystko, żeby nie spać, a mieć Oliwiera obok siebie

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
28 października 2022

Od śmierci małego Oliwiera, syna Magdaleny Stępień i Jakuba Rzeźniczaka, minęły trzy miesiące. Chłopiec żył niewiele ponad rok, chorował na nowotwór wątroby. Jego mama długo milczała. Dziś zgodziła się na wywiad tylko dlatego, że chce wesprzeć inne matki – kobiety, które również cierpią po stracie dziecka. Wszystkie cierpią po cichu. Magda chce podzielić się swoim bólem. Niedługo dzień Wszystkich Świętych, to dla niej bardzo trudne chwile.

Boisz się tego dnia?
– Trudno stwierdzić. Myślę, że to będzie szło swoim trybem. Wstanę, pójdę na cmentarz. Szczerze, nie wyobrażam sobie tego dnia i na razie staram się odpychać plany w swojej głowie. Na samą myśl napływają mi łzy do oczu. Pójdę i tam będzie mój syn, a przecież rok temu był jeszcze ze mną… Wiem, że moja rodzina wesprze mnie mocno i wszystko jakoś razem przetrwamy. Czuję, że w ogóle najbliższe miesiące nie będą dla mnie łatwe. Cały okres świąteczno-noworoczny to trudny czas dla takiej matki, jak ja…

Przed wywiadem powiedziałaś mi, że porozmawiasz tylko dlatego, by wesprzeć inne matki w podobnej sytuacji. Wiele kobiet traci dzieci, myślę głównie o poronieniach. Jednak milczą, cierpią w ciszy. Niewiele z nich ma odwagę mówić o stracie wprost.
– Opowiadając o swojej żałobie, chcę dziś przede wszystkim powiedzieć ludziom, żeby doceniali to, co mają. Bo my wszyscy mamy taką tendencję do narzekania: nie posiadam tego, a tamtego mi jeszcze brakuje. Matki narzekają, że dzieci płaczą im w nocy, że nie chcą jeść. Co ja bym dziś dała za jedną nieprzespaną noc więcej z Oliwierem…

Czy ty jesteś dziś pod opieką psychologiczną?
– Tak, spotykam się z psychologiem raz lub dwa razy w tygodniu. Dużo się modlę. To trzyma mnie przy życiu, bez tej modlitwy nie dałabym rady. Psycholog towarzyszy mi w żałobie, ale i tak mam poczucie, że pustka po dziecku pozostaje… na zawsze. To jest taki ciężar, który trudno się dźwiga. Wiele matek mówi, że mnie podziwia. Prawda wcale nie jest taka, że jestem silna. Wieczorami non stop płaczę. Tęsknię za małym, wspominam go. Wolę jednak przeżyć tę żałobę, opłakując śmierć syna, bo wtedy wypłakuję ten cały smutek w sobie. Duszenie emocji i udawanie szczęścia na siłę na pewno by mi nie pomogło.

Co pomagało ci na początku, tuż po śmierci Oliwiera?
– Tak naprawdę chyba modlitwa. Było ze mną wtedy bardzo źle. Myślałam, że umrę z bólu. To był taki ból w sercu, że tego się nie da opisać, człowiek tylko myśli: Zaraz umrę, zaraz będę z nim. Nic mi nie pomagało…

 

Na szczęście byli przy mnie moi przyjaciele i rodzina. Wymieniali się, siedzieli ze mną w domu, spali, zabierali do siebie na różne wyjazdy, żebym tylko nie była sama. Niedawno pewna osoba podała mi rękę i powiedziała, że muszę wrócić do ludzi. Zaproponowała mi pracę w biurze obsługi klienta, żebym mogła, choć pozornie, wejść w zwykły tryb życia, żebym tyle nie wspominała, nie rozmyślała i nie płakała. Obecnie pomaga mi głównie praca, bo tam widzę innych ludzi. Jednak nawet w pracy, gdy niespodziewanie mam migawkę ze wspólnego życia z Oliwierem, łzy same cisną się do oczu i muszę wyjść do łazienki, żeby choć chwilę popłakać. To jest ciągła walka o każdą godzinę, żeby się tylko nie załamać.

Miewam lepsze i gorsze dni. Jak przechodzi taka data, jak dziś, czyli 27 każdego miesiąca, to płaczę. 27 lipca zmarł mój synek. To jest trudne, bo w sercu mam jeszcze niezabliźnioną ranę. Choć wiele osób mówi, że mnie podziwia, bo już poszłam do pracy. Żałoba u różnych osób przebiega inaczej. Jeden potrzebuje pół roku, by wstać z łóżka, a inny trzy lata, zanim wróci do niby normalnego funkcjonowania. Kobiety po stracie dziecka zazwyczaj mają obok siebie partnera, męża lub dzieci. A ja jestem sama i to naprawdę nie jest proste, by sobie ze wszystkim samej poradzić.

Co robisz, kiedy wracasz do domu z pracy?
– Jak jestem sama, to wiem, że muszę sobie radzić, czytam więc książki, oglądam filmy i próbuję dbiegać od myśli, obrazów, żeby tylko nie załamywać się, bo każde wspomnienie Oliwiera otwiera ból w moim sercu. Żałoba będzie ze mną całe życie. Trudno odnaleźć mi się w tej nowej rzeczywistości, bo wcześniej spędzałam z dzieckiem 24 godziny na dobę, walczyłam w szpitalach o jego życie. A teraz, kiedy ten mały człowiek odszedł i go nie ma, wszystko straciło dla mnie sens.

Czy są jakieś słowa, które można powiedzieć kobietom w podobnej sytuacji? My zazwyczaj boimy się odezwać, boimy się, że każde słowo sprawi cierpienie. Nawet ja, kiedy rozmawiam z Tobą, staram się być jak najbardziej delikatna, ale nie mogę pozbyć się wyrzutów sumienia, że przeze mnie znów dziś płaczesz…
– Nie martw się. I tak płaczę codziennie. Zawsze, kiedy rozmawiam o Oliwierku, lecą mi łzy. Myślę, że każda matka, która straciła dziecko, wie, co czuję i wie, jaka to jest pustka. Podziwiam kobiety, które straciły dzieci i mam wielki szacunek dla tych, którym udało się z tego stanu podnieść, bo tego, co przeżywamy nie da się opisać ludzkimi słowami. Myślę, że takie kobiety powinny zawsze zasięgnąć pomocy psychologicznej i wspierać się wzajemnie.

Wiele osób mówi, że pomaga wsparcie grupy terapeutycznej, w której spotykają się rodzice po stracie dziecka. Myślałaś o tym?
– Tak, ale na razie nie mam czasu i sił chyba. Po pracy jestem zmęczona, co jest dla mnie dobre, bo wtedy idę wcześniej spać i nie mam już tysiąca myśli, które nie pozwalają zasnąć. Próbuję żyć. Wiem od psychologa, że nie powinnam być w wiecznym pędzie i nie mogę uciekać od żałoby. Wiem, że muszę dać sobie przestrzeń na jej przeżycie, bo ucieczka nic nie pomoże. Rozmawiamy z panią psycholog o tym, jak poradzić sobie z tragedią, z traumą, bo Oliwier odszedł na moich oczach i rękach. To dziecko było przy mnie, ja to wszystko widziałam i to są takie obrazy w głowie i wspomnienia, których matka nie potrafi wymazać z pamięci.

 

Staram się jakoś egzystować. Jak pytasz mnie o moje codzienne życie, to trudno mi o nim opowiedzieć. Chodzę do sklepu, kupuję jedzenie, rano ubieram się i jakoś funkcjonuję. Ale to wszystko jest dla mnie bardziej egzystencją niż życiem. Gdyby nie znajomi, którzy wyciągają mnie na kawę, na obiad, to cały czas siedziałabym w domu. Nie potrafię teraz żyć, nie potrafię się cieszyć. Nawet jak na chwilę uśmiechnę się, to od razu przychodzą łzy, bo już go nie ma.

Czasem wracam do domu i przez chwilę myślę, że on jest u mojej mamy. Że teraz mam taką chwilę dla siebie. Ale to zwykle trwa sekundę i nagle dociera do mnie, że Oliwiera już nie ma. Wydaje mi się, że nie ma nic gorszego na świecie dla matki do przeżycia. Jak traci się rodziców, dziadków też jest trudno. Ale jednak kiedy odchodzi dziecko na twoich oczach, to jest niewyobrażalna trauma… Ostatni rok dla mnie w ogóle nie był łatwy. Zostałam przygnieciona do ziemi.

Patrzenie na cierpienie Oliwiera musiało być bardzo trudne…
– Właśnie to jest niesamowite, bo on cierpiał tylko trzy dni. Mój synek był cały czas radosny, do końca… Naprawdę miałam nadzieję, że on z tego wyjdzie, ale chyba każda matka, patrząc na swoje dziecko, nawet bardzo chore, ma nadzieję, że wydarzy się cud. Dawałam mu tyle pozytywnej energii, starałam się, żebyśmy żyli w miarę normalnie, nawet kiedy leczyliśmy się w Izraelu, starałam się, żeby poszedł na huśtawkę, na słońce, żeby zobaczył coś pięknego podczas spaceru. Jestem wdzięczna, że wychodziliśmy na zewnątrz, bo gdy był chory, biłam się z myślami, czy powinnam tak robić. Jednak teraz wiem, że to było najlepsze, co mogłam mu dać, bo dzięki spacerom synek cały czas uśmiechał się i nie czuł, że jest chory. Do ostatnich chwil próbowaliśmy żyć normalnie, choć tak naprawdę żyliśmy z ciężką chorobą.

Magda, a rozmawiasz czasem z Oliwierem?
– Jeszcze nie potrafię. Tylko jak jestem na cmentarzu to się do niego zwracam i wieczorem jak się modlę, mówię, żeby nade mną czuwał i dawał mi siłę, bo naprawdę tego mi brak. Jedyne, o czym człowiek myśli po stracie dziecka, to żeby po prostu znów być blisko i żeby już nie cierpieć. Tak naprawdę wszystko straciło dla mnie sens z dniem śmierci syna…

Jeśli mam w rodzinie kogoś, komu wydarzyła się taka tragedia, co robić – dzwonić, dopytywać, czy mogę pomóc? A może lepiej zostawić taka cierpiąca kobietę na chwilę w spokoju?
– Zawsze trzeba dzwonić, pisać i nie oczekiwać odpowiedzi. Po prostu powiedzieć: „Jestem”. Oczywiście, ludzie nie wiedzą, co napisać, bo taka osoba kryje w sobie niewyobrażalny smutek i żal. Dlatego znajomi boją się pytać: „jak się czujesz?”, „potrzebujesz czegoś?”, „pomóc ci?”, „chcesz się spotkać?”.

Osoba, która przeżywa traumę lub żałobę, często nie chce się odzywać, nie chce obarczać swoim problemem i cierpieniem innych ludzi. Dlatego dochodzi do tragedii, bo kobieta po stracie dziecka może zamknąć się w swoim cierpieniu, może nie być w stanie udźwignąć ciężaru bez wsparcia bliskich i profesjonalnej pomocy. Kobiety po takich stratach muszą zostać otoczone opieką, żeby nie czuły się samotne, żeby wiedziały, że mogą liczyć na ludzi. Nawet takie zwykłe zdania: „jesteśmy z tobą”, „modlimy się za ciebie”, dawały mi i nadal dają siłę, poczucie, że nie jestem sama, bo inni mówią: „walcz, walcz o każdy dzień!”.

Magda, nie wiem, co ci mogę powiedzieć na koniec. Na pewno się za Ciebie pomodlę, bo czuję, że to Ci pomaga.
– To wystarczy. Wszystko już zawierzyłam Panu Bogu, bo to, co czuję, to jest hardcore. Każdy dzień jest walką o to, żeby wstać z łóżka, żeby pójść do pracy. Ktoś, kto tego nie przeżył, nigdy mnie nie zrozumie. Dlatego wszystkim rodzicom chcę powiedzieć, żeby się cieszyli z tego, co mają, bo życie bywa kruche i przewrotne. Doceniajcie każdą chwilę, nie narzekajcie, że dziecko płacze i nie śpi w nocy. Ja bym oddała wszystko, żeby nie spać w nocy, a cieszyć się i mieć Oliwiera obok. Trzeba uważać, jak się żyje, trzeba mieć pokorę i wdzięczność za życie i za dzieci, które są z nami blisko. Życie jest kruche, a choroba może przyjść nagle. U nas przyszła nagle, bo Oliwier urodził się zdrowym dzieckiem. Zachorował, a po jego śmierci dla mnie życie się skończyło.

Magda udostępniła zdjęcia z Oliwierem, by uczcić pamięć synka.


Zobacz także

Nie dawaj sobą pomiatać. Jak reagować, kiedy ktoś jest na ciebie zły?

20 sygnałów, że jesteś naprawdę gotowa na związek, a nie tylko (znów) szukasz kogoś, kto cię uratuje

Wieczny chłopiec

Wieczny chłopiec – portret pamięciowy. 20 znaków rozpoznawczych niedojrzałego faceta