Macierzyństwo

Panowie, jesteście potrzebni! Dziś wasz syn spędza w necie 44 godziny tygodniowo i tylko pół na rozmowie z tatą

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
22 czerwca 2022
rodzice
fot. seb_ra/iStock
 

Czy wiesz, że 41% dzieci w Stanach Zjednoczonych rodzi się samotnym matkom, a około 1/3 wszystkich chłopców wychowuje się tam bez ojca w domu? Te statystyki robią wrażenie! Jeśli dodamy do tego fakt, że ok. 44% ludzi urodzonych w latach 1960-1996 uważa, że małżeństwo to przeżytek, rodzi to pytanie: jak będzie wyglądało dalej zaangażowanie facetów w związki? Zastanawia się nad tym Philip G. Zimbaro w książce pt. „Gdzie ci mężczyźni”, PWN.

„Prym w zakresie braku ojca w domu wiodą Stany Zjednoczone. Natomiast w Wielkiej Brytanii młody człowiek pod koniec okresu dzieciństwa częściej ma teraz własny telewizor sypialni niż ojca w domu”, opowiada Philip Zimbaro, który jest jednym z najbardziej znanych obecnie na świecie psychologów, profesorem na Uniwersytecie Stanforda i autorem ponad 50 książek i 400 publikacji naukowych. Naukowiec przytacza też badania, które mówią, że w tych domach, gdzie już jest ojciec – zazwyczaj spędza on z synem sam na sam w cztery oczy tylko pół godziny tygodniowo. Następnie przytacza słowa David Walsha założyciela organizacji „Mind Positive Parenting”, który zestawił te 1/2 godziny z 44 godzinami spędzanymi w tygodniu przed telewizorem, na grach czy w Internecie. Walsh mówi: „Ogromnie zaniedbujemy naszych chłopców. W rezultacie nie spędzają czasu z mentorami, starszymi od nich ludźmi, którzy naprawdę mogą pokazać im właściwą drogę i to, jak powinni zachowywać się normalni, zdrowi faceci.

Dorośli faceci boją się nastoletnich synów

Craig McClain, współzałożyciel organizacji, pomagającej chłopcom stawać się mężczyznami „Boys to Man Mentoring Network” ze smutkiem patrzy na to, jak mężczyźni rzadko dziś chcą angażować się w relacje z nastoletnim chłopcami. Mówi: „Mężczyźni boją się nastolatków. Śmiertelnie się ich boją. Nie chcą mieć nic z nimi wspólnego. Widziałem to na wielu wykładach, które prowadziłem dla mężczyzn. Mówiłem im: Hej, który z was chce pojechać ze mną i grupą 30. nastolatków na weekendowy wypad? Podnieście ręce. I wtedy zgłaszał się jeden facet. […] Mężczyźni boją się nastoletnich chłopców, ponieważ wszystko, co pamiętają z własnego nastoletniego życia, to ból żal smutek i samotność”. Dodaje, że kiedy widzą takich chłopaków, jakimi oni byli kiedyś, przypomina im się własne dzieciństwo i dlatego się wycofują.

Samotna matka jest bez szans?

„Nie ma najmniejszej wątpliwości, że chłopcy potrzebują w swoim życiu mężczyzny”, twierdzi Zimbardo. Rola matki jest także niezmiernie ważna, ale „samotna matka nie jest w stanie zrobić dokładnie nic, by pomóc swoim nastoletnim synem przejść przez okres burzy i naporu, i stać się moralnymi ludźmi”, twierdzi Michael Gurian, autor książki „Umysł chłopców”.

Dlaczego młodzi mężczyźni tak bardzo potrzebują ojców? „Ponieważ tak to urządziła natura. Ponieważ taka jest ludzka natura. Jest troska matczyna i jest troska ojcowska, obie one działają inaczej. Mężczyźni opiekują się dziećmi w inny sposób niż kobiety, a dzieci – chłopcy i dziewczyny – potrzebują jednej i drugiej postaci opieki”, twierdzi Michael Gurian. Kolokwialnie rzecz ujmując – matki uczą: ostrożności i miłości bezgranicznej. Ojcowie odwagi, skuteczności, podejmowania ryzyka i nieprzejmowania się drobiazgami. Oczywiście, że matka może część tych wartości przekazać synowi. Ale jeśli nastolatkowi zabraknie wżyciu męskiej sinej roztropnej postaci – to on już zawsze będzie czuł się tak, jakby stał na jednej nodze (którą dostał od matki). Z jedną nogą na pewno sobie jakoś w życiu poradzi. Jednak na dwóch – czułby się zdecydowanie pewniej.

A gdzie jest ten męski klan?

Jeszcze kilkadziesiąt lat temu chłopcy mieli nie tylko ojców, ale i wujków dziadków, starszych kuzynów męskich, przyjaciół i sąsiadów, którzy tworzyli rozszerzony plemienny system rodzinny będący często nieformalnym źródłem wsparcia społecznego – gdy tego ojca zabrakło. Zimbardo twierdzi, że Facebook, Twitter i fora dotyczące gier oraz mnóstwo innych internetowych stron społecznościowych, które próbują obecnie zastąpić te funkcje – nie są w stanie tego dokonać. Chłopcy potrzebują czegoś więcej. Potrzebują męskich powierników, potrzebują facetów, do których będą się mogli zwrócić, kiedy będą w dołku. Chodzi o takich ludzi, którzy wyczują, kiedy dzieciak będzie w potrzebie, ponieważ są z nimi wystarczająco często, by dostrzec zmiany nastroju. Zimbardo podkreśla, że proszenie o pomoc jest trudne i krępujące dla każdego, więc wszyscy powinniśmy być czujni i pytać, czy możemy pomóc, kiedy wydaje nam się, że jest taka potrzeba.

Dlaczego po rozwodzie angażują się mniej?

Zimbardo pisze: „mamy wszystkich tych, ojców, którzy patrzą, jak ich małżeństwa rozpadają się i zmieniają się w serie świadczeń alimentacyjnych. Zaledwie 5 do 15% mężczyzn wygrywa w sądzie spór o prawa rodzicielskie, a u wielu kształtuje się poczucie, że spędzają życie, harując na utrzymanie ludzi, którzy odwrócili się od nich plecami. Jeżeli mężczyzna pracuje do późna, by sprostać narzuconym płatnościom, a potem nazywany jest bezdusznym, to czuje się niezrozumiany. Jeśli będzie miał jakieś negatywne wpis w aktach, to może zostać uznany za niezdolnego do pełnienia roli rodzica. Gdy znajdzie sobie nowe hobby, uznają go za egoistę, a jeśli ze strachu przed powtórką z rozrywki będzie się obawiał nowej bliskiej relacji, to zarzuci mu się, że boi się zaangażowania i zobowiązań”, opowiada męską perspektywę. Na koniec przytacza badania, które dowodzą, że panowie po rozwodzie częściej są bardziej zdesperowani niż kobiety i znacznie gorzej sobie z tym rozwodem radzą, bo odsetek samobójstw po rozwodzie jest 10- krotnie wyższe wśród mężczyzn niż wśród rozwiedzionych kobiet.

***
Zimbardo zostawia nam też do przemyślenia afrykańskie przysłowie: „Jeśli chłopcy nie przejdą inicjacji, to spalą wioskę”. Panowie, jesteście swoim synom ogromnie potrzebni. Nie zostawiajcie ich. Nigdy!

Chcesz wiedzieć więcej: Philip G. Zimbaro, Nikiota S. Coulombe „Gdzie ci mężczyźni”, PWN.


Macierzyństwo

„Pomóż mi odejść”. Kiedy miłość boli…

Redakcja
Redakcja
22 czerwca 2022
fot.istockphoto
 

Jestem silna. Nie pozwolę zamknąć się w złotej klatce. Już nigdy. Nie dam zrobić z siebie wariatki odpowiedzialnej za całe zło tego związku. To nie ja jestem zła, to nie ja niszczę naszą relację, to nie ja …

Wracamy od znajomych. Czuję dziki, zły wzrok wlepiony we mnie z obrzydzeniem. „Nie zapomniałaś o czymś?” Analizuję wszystkie sytuacje, które wydarzyły się podczas kolacji z przyjaciółmi. Nie przypominam sobie niczego przez co mógłby poczuć się źle, nie pamiętam, żebym go zignorowała, obraziła, nic… Wiem, że za chwilę zacznie się jatka. Pretensje, wyzwiska, niedobrze mi.

***

Jestem nikim. Dno. Ranię ludzi. Zrobiłam selfie z tymi głupkami przy stole, a jego nie zaprosiłam do zdjęcia.  Otacza mnie banda klakierów, hipokrytów, a ja wszystko łykam. Nie mam za grosz szacunku do niego. I do siebie, a mogliśmy zostać w domu, we dwoje, obejrzeć film… Nie liczę się z jego uczuciami, oszukuję go, bo gdyby tylko wcześniej wyszedł z restauracji, ja pewnie świetnie bawiłabym się bez niego… Nie mam już siły. To koniec, to na pewno koniec.

***

Jestem silna. Jak to możliwe, że tak dałam się zapędzić w kozi róg? Kiedy to się stało, że zrezygnowałam ze spotkań z przyjaciółmi, wyjazdów z koleżankami, jak to możliwe, że dałam się zamknąć w czterech ścianach. Ja, taka wolna, niezależna. Zabija we mnie całą spontaniczność. Jego jedyną bronią jest nieustające poniżanie mnie, deprecjonowanie wszystkiego, co sprawia mi radość, co mnie cieszy. Według niego jestem nic nie warta, łasa na komplementy głupich ludzi…

„Z kim piszesz? Musisz odpowiadać temu debilowi? A gdybym ja tak pisał ze swoimi koleżankami? Dlaczego ciągle mnie oszukujesz?”…

Jak przetrwać w postanowieniu?  Jak być konsekwentną, kiedy mówimy: „ostatni raz mnie poniżyłeś, skrzywdziłeś”?

Kasia Kucewicz, psycholożka, psychoterapeutka

Niestety zazwyczaj pod wpływem silnych emocji wypowiadamy słowa z których się potem, gdy emocje opadną, wycofujemy. Dlatego myślę, że najważniejsze jest, by mieć w sobie na chłodno podjętą decyzję, że już nie chcemy tkwić w przemocowym, pełnym kontroli związku, w którym dochodzi do nieuzasadnionych wybuchów złości. W moim poczuciu nie warto czekać na jego kolejny napad zazdrości. Lepiej na podstawie aktów agresji, które już były, podjąć decyzję o odejściu, niż czekać do kolejnego razu.Oczywiście takie decyzje są trudne i wymagają zwykle przygotowania się na sytuacje kryzysową, np. oszczędzenia pieniędzy, zapewnienia sobie dachu nad głowa. Czasem przed rozstaniem dobrze jest porozmawiać z psychologiem, żeby nas wzmocnił, z prawnikiem, żeby nam uświadomił jakie mamy prawa. Człowiek wychodząc ze związku tego typu zazwyczaj jest bardzo osłabiony i potrzebuje wsparcia innych, dlatego dobrze zawczasu go poszukać.

Jak się nie złamać?

Myślę, że wsparcie bliskich- przyjaciółki, rodziny jest kluczowe, bo daje poczucie bezpieczeństwa i wrażenie, że nie jesteśmy same z tym problemem. Ale nie zawsze mamy takie osoby i wówczas warto zgłosić się po profesjonalną pomoc, na przykład do fundacji działającej na rzecz kobiet. Nawet jeśli nie doszło do przemocy fizycznej. Jeśli chcemy wytrwać w postanowieniu, że kończymy te relacje, powinniśmy zawiesić lub zminimalizować wszelkie kontakty z ex i skupić się na odbudowywaniu tego, co zostało zniszczone, czyli zwykle pewności siebie, poczucia, że potrafimy być same. Czasami ludziom pomaga powrót do aktywności, które się kiedyś lubiło, znalezienie nowego hobby, praca nad sobą, na przykład nauczenie się technik opanowywania napięcia.

Czym na dłuższą metę grożą takie rozstania i powroty?

Jeśli w związku pojawia się taka emocjonalna huśtawka to znaczy, że jest to relacja toksyczna, czyli w moim rozumieniu, taka, która przynosi nam więcej cierpienia niż szczęścia. Często wchodzimy w takie związki wtedy kiedy nie potrafimy być same albo mamy błędne przekonanie, że jak są takie nagłe wybuchy to znaczy, że jest silna namiętność. Tymczasem takie przyciąganie i odpychanie grozi totalnym pogubieniem.

Pary żyjące  w ten sposób zwykle bardzo źle na siebie oddziałują, sinusoidy sprawiają, że zawalają swoje obowiązki, dzieci, prace, siebie, i wikłają się w układ, w którym nie jest ani dobrze, ani bezpiecznie, przytrzymuje nas adrenalina. Łatwo pomylić taką toksyczność z wielką miłością. Ale miłość, dojrzała i głęboka, polega na czymś zupełnie innym.

Czy w ogóle możliwe jest wypracowanie zdrowej relacji w takim związku?

Tak, o ile obie strony są tak samo mocno zaangażowane w prace i nad sobą, i nad związkiem. Jeśli partner podejmuje dobrowolną decyzję, że chce się zmienić, to jest szansa na sukces, ale jeśli jego postawa to: „taki już jestem”, samo się nie naprawi…

Ile razy można dawać szansę?

Kiedy wiadomo, że to się nie uda i szkoda życia na to…  Czasami partnerzy zachowują się fatalnie ale potrafią dostrzec swój błąd  i chcą go naprawić, widać ze pracują nad sobą. Zwykle jednak jest tak, że ktoś ma na przykład nieuzasadniony napad zazdrości, potem przeprasza ale zupełnie nie zmienia swojego zachowania, bo wcale nie czuje, że coś źle zrobił.

Każda dobra zmiana zaczyna się od wglądu, czyli takiej prawdziwej, czasem niełatwej do przełknięcia refleksji o sobie samym i swoich słabościach. Jeśli partner nie widzi w sobie, swoim zachowaniu, w swoich nerwowych reakcjach nic złego, tylko obarcza cały świat winą za własne wybryki, to znaczy ze stoimy w martwym punkcie i nic dobrego z tego nie będzie.

 

 


Macierzyństwo

Paweł Deląg: to dzieci trzymają w kupie ten świat

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
22 czerwca 2022

Wyprodukował i wyreżyserował swój drugi film „Pani Basia”. Niektórzy twierdzą, że z wrażliwością porównywalną najbardziej do Krzysztofa Kieślowskiego. Padają tu ważne pytania: „Czy wierzysz, że każdy jest zawsze kowalem swojego losu?”, „Co robić, gdy to, co kiedyś dla nas miało znaczenie, dziś obraca się w pył?” Takiego Pawła Deląga nie znałyśmy!

Komu zadedykowałeś swój najnowszy film „Pani Basia”?

– Pierwowzorem tytułowej postaci jest babcia mojego starszego syna Pawła Jr., mama Kasi Gajdarskiej. Pani Barbara była nieprawdopodobną kobietą. Taką, która każdemu dobrze życzyła. Nosiła w sobie niezwykłą miłość w stosunku do świata i ludzi, nie tylko rodziny. Przez lata pracowała jako nauczycielka i wychowała młodych ludzi, którzy ją po prostu uwielbiali. Drugą postacią, która stała się inspiracją, była mama mojego przyjaciela, który napisał ze mną scenariusz. On, korzystając ze swoich doświadczeń, opisał chorobę nowotworową swojej mamy, z którą walczyli razem na frontach państwowej służby zdrowia. I jest jeszcze trzecia kobieta, czyli moja mama, z zawodu pielęgniarka i jej właśnie zadedykowałem ten film.

Jaka jest twoja mama?

– Jak każdy rodzic, ma oczywiście swoje zalety i wady, ale dziś z perspektywy dojrzałego faceta wiem, ile jej zawdzięczam. Wychowywałem się w trudnym czasie PRL-u, a jednak ona potrafiła wnieść wiele dobra i radości do naszego życia: mojego i młodszej siostry Doroty. Jak większość kobiet w latach osiemdziesiątych toczyła codzienny bój o to, byśmy mieli co jeść, chodzili czysto ubrani i dobrze się uczyli. Nie było jej na pewno łatwo, zwłaszcza że od pewnego momentu wychowywała nas samotnie. Jednak zawsze była osobą, która akceptowała często niełatwe wybory swojego syna w 100%. Nadal jest prawdziwą lwicą, jeśli chodzi o wsparcie dzieci. Oboje z siostrą czujemy, że zawsze mogliśmy na niej polegać. Dziś, kiedy rozmawiam z dorosłymi facetami, którzy obejrzeli „Panią Basię”, często słyszę, że byli bardzo poruszeni czułością, z jaką opowiedzieliśmy o relacji umierającej kobiety i jej dorosłego syna.

Twój straszy syn, Paweł Jr, niedawno wziął ślub, założył własną rodzinę i pracował też z tobą przy filmie „Pani Basia” jako kierownik produkcji. Czujesz dumę?

– Pewnie! Paweł Jr zajmował się koordynacją produkcji, a funkcję kierownika produkcji pełnił Łukasz Szklarz. Paweł ma tę dobrą cechę  charakteru, że potrafi załatwić i ogarnąć dosłownie wszystko, poza tym lubi ludzi i z wzajemnością. Dlatego też wszystko zostało nakręcone w dwa dni. Choć wielu nam nie wierzyło, nie mieliśmy nawet nadgodzin. Mogę powiedzieć śmiało, że z Łukaszem Szklarzem i Pawłem Jr stworzyliśmy bardzo zgrany zespół realizatorsko-produkcyjny.

Kto wpadł na to, by Kortez napisał muzykę do twojego filmu?

– Kiedy usłyszałem piosenkę „Od dawna już wiem”,  zakochałem się w niej i zobaczyłem ten film nutami Korteza. Co prawda jego menadżer Paweł Jóźwicki, powiedział, że to jest już piosenka zgrana, bardzo stara i że wszyscy ją znają, ja jednak wiedziałem, że potrzebuję jej na finał filmu. A potem wszystko działo się samo. Kortez, po obejrzeniu całości, powiedział, że chce stworzyć dla „Pani Basi” całą ścieżkę dźwiękową. Napisał dwa oryginalne kapitalne utwory i całą muzykę ilustracyjną. Zgrał to, przysłał, kochany facet. Mam szczęście, że spotkałem przy tym filmie bardzo utalentowanych ludzi.

Reżyserowałeś go, jesteś jego współproducentem i współscenarzystą, a nawet grasz w nim niewielką rolę. Czy teraz zamierzasz skupić się już reżyserowaniu?

– Kiedy byłem zapraszany przez różnych reżyserów do pracy jako aktor, zdarzało mi się przejmować pałeczkę, bo zawsze lubiłem proponować różne rozwiązania. Kilka lat temu pomyślałem sobie, że przyszedł już odpowiedni moment na opowiadanie własnych historii. Wierzę w relacje, które dzieją w subtelnych rejestrach. Śnimy o kimś, tęsknimy za kimś… Chcę opowiadać o tym, co widzę pięknego w ludziach, mówić o prostych rzeczach, takich jak troska o najbliższych. W tym właśnie tkwi tajemnica życia. W prostych emocjach i potrzebach, w poczuciu dobra, harmonii, spokoju, czułości i piękna.

A jednocześnie opowiadasz o mocnych tematach społeczno-politycznych takich jak smog czy kondycja polskiej służby zdrowia.

– W filmie pokazuję wiele niesprawiedliwości. Pierwsza z brzegu? Ja w tym momencie płacę na  ZUS składkę na poziomie 1600 zł, a nie daj Boże będę potrzebował pomocy, to niestety będę musiał udać się do płatnej opieki medycznej. Dlatego powinniśmy skoncentrować się na głębokiej reformie służby zdrowia, żeby ona autentycznie w chwilach słabości niosła ludziom realne wsparcie. Bo miarą człowieczeństwa jest to, czy potrafimy pomagać słabszym i to jest sprawa czysto polityczna.

Dziś za wschodnimi granicami mamy wojnę. Okrutną i złą. Ta wojna wszystkim nam zagraża. Pandemia COVID wciąż trwa. W Polsce 20 osób dziennie umiera  na choroby wywołane złym stanem powietrza. A jednocześnie w polityce jest tyle kłamstwa, obłudy, że czasem tracimy perspektywę, co jest tak naprawdę najważniejsze. Pani Basia na końcu mówi: „Bo cały świat jest we mnie”.

Co z twojej perspektywy jest najważniejsze?

Bliscy nam ludzie. Matki i dzieci, które potrzebują czułości, miłości i wsparcia. Uważam, że to dzieci trzymają tak naprawdę w kupie ten świat. Dla nich chcemy robić wszystko, by stał mimo wszystko lepszy. Tylko z powodu dzieci ten nasz świat się jeszcze nie rozpadł.

Zapraszamy do obejrzenia filmu „Pani Basia” w reżyserii Pawła Deląga na vod.pl i Canal Plus 


Zobacz także

Syndrom pustego gniazda – jak sobie z nim radzić?

Witaminy, czy warto podawać je dzieciom?

Mali internauci na medal – z MegaMisją