Macierzyństwo Związek

Apel do niedzielnych tatusiów: Nie spóźniaj się, nie zabieraj dziecka na randki, nie zasypuj atrakcjami

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
29 maja 2022
fot. gradyreese/iStock
 

Tak wiele kobiet nas o to prosiło, że nie mogłyśmy pozostać obojętne. Wspólnymi siłami spisałyśmy nasz apel do niedzielnych ojców, którzy widzą swoje dzieci dwa razy w miesiącu przez dwa weekendy. Oto najczęściej popełniane przez nich grzechy. Kobiety ślijcie ten link swoim eks. Niech czytają! Panowie, nie martwcie się, niedługo napiszemy apel do rozstanych matek, bo my kobiety też mamy swoje za uszami. Wśród grzechów głównych: kontrolowanie i wypytywanie dzieci o partnerki ojca itp. Ale na razie piszemy do was, drodzy ojcowie!

1. Nie spóźniaj się

Nie możemy pojąć, dlaczego tak wielu facetów po rozwodzie spóźnia się, by odebrać córkę lub syna od żony na tzw. weekend u siebie. Zajmujecie się nimi tylko przez cztery dni w miesiącu (co drugi weekend), a nie potraficie przyjechać po nie na czas? Serio!? A ten dzieciak przecież czeka, patrzy przez okno, smuci się… A my matki jesteśmy  z minuty na minutę coraz bardziej wkurwione, bo mamy świadomość, że  maluch myśli sobie, że tata spóźnia się, bo… „ Ma mnie w nosie. Nie jestem dla niego super ważny!” Tak nie może być! Jeśli szanujesz swojego szefa w pracy i nie spóźniasz się na zebrania, szanuj też swoje dziecko! Bo dziecko to człowiek i zapewniamy, że o wiele ważniejszy od pracodawcy, którego będziesz zmieniał jeszcze wiele razy w życiu. Syn jest na zawsze! Córka jest na zawsze!

2. Daj kobiecie odpocząć

Błagam, uwierz w to, że sobie dasz radę! No dobra, jeśli opiekujesz się noworodkiem – telefony do jego mamy są uzasadnione. Ale jeżeli nastolatkiem, który wymiotuje, bo się zatruł lub pokłócił i się z twoją obecną żoną, albo brzydko odezwał się do twojego ojca – to musisz sobie już radzić sam. Jeśli zapomnisz zabrać z domu mamy ciepłej kurtki dla syna – to kup ją lub pożycz. Ale nie zawracaj głowy telefonami matce, która ma tylko dwa dni, by zająć się swoimi sprawami i odpocząć.

3. Współpracuj z matką

Co innego, jeśli widzisz, że dzieciak ma z czymś poważny kłopot. Tak i owszem, wtedy siadasz naprzeciwko jego matki i rozmawiasz, jak zaradzić sprawie. Przy okazji nie wykłócasz się o sprawy poboczne (obniżenie alimentów!). W tym momencie nastawiasz radary tylko na współpracę dotyczącą rozwiązywania konkretnego problemu. Fakt, że już nie kochasz matki swojego dziecka, nie oznacza przecież, że los tego dziecka automatycznie przestaje cię obchodzić. Proszę pamiętaj, że ważne sprawy nie są na tzw. telefon, e-mail, czy SMS. Naprawdę dasz radę porozmawiać z kobietą, którą kiedyś kochałeś w cztery oczy. Jesteś przecież dużym chłopcem. Co nie?

4. Nie zabieraj na randki

Wiele kobiet do nas pisze, że faceci po rozstaniu dość pochopnie poznają dzieci ze swoimi dziewczynami. Mało tego, zabierają maluchy na randki, bo tak jest im wygodnie. A może nie chodzi tylko o wygodę? Może chodzi też o to, że chcesz się pochwalić i pokazać nowej kobiecie, jak wspaniałym i czułym tatusiem jesteś przez trzy godziny? Basta! Uderz się w pierś i nie rób tak więcej. Poświęć w całości czas swojemu dziecku, bo ono cholernie cię potrzebuje. Nie ma szans, że wystarczy mu tylko mamusia. Twoje rola jest ważna: to ty musisz uczyć syna jeździć na rowerze, a córkę skakać na główkę do basenu. Jesteś od dawania poczucia bezpieczeństwa, budowania w maluchu siły i dystansu do różnych spraw. Dziecko z całą pewnością nie potrzebuje poznawać żadnej kolejnej miłej pani, żadnej pseudocioci, która za chwilę zniknie z jego życia, bo coś. Dlatego przedstawiaj mu taką kobietę, której jesteś pewien. Tylko w sytuacji, jeśli zamierzasz spędzić z nią przynajmniej spory kawałek życia.

5. Urządź dziecku pokój

Naprawdę głupio mi o tym pisać, ale tak często słyszałam to od swoich rozwiedzionych lub rozstaniach koleżanek, że nie mogę tego pominąć. Twoje dziecko, które nocuje u ciebie z soboty na niedzielę, musi mieć swoją przestrzeń. Jeśli masz niewielkie mieszkanie, zadbaj, by miało chociaż kosz ze swoimi zabakami i oddzielne miejsce do spania (może być pompowany, ale wygodny materac). Niedopuszczalne jest, by maluch spał na nierozkładanym niewygodnym narożniku w salonie, gdy wszyscy domownicy już łaskawie pójdą spać. Niedopuszczalne, by spał z twoją narzeczoną i tobą w jednym łóżku (bo innego miejsca brak). Syn nie może czuć się jak chwilowy intruz czy gość. Córka też ma się u ciebie czuć – jak u siebie.

6. Nie zasypuj atrakcjami

Planujesz moc atrakcji: basen, plac zabaw, wycieczkę do kina, do lasu, na pizzę do restauracji na najbliższy weekend z dzieckiem. Chłopie, powiedz sobie „stop!” Może masz wyrzuty sumienia, że tak rzadko widzisz syna lub córkę? Uwierz – dzieciakom wcale nie trzeba wielkich atrakcji. Liczy się twój czas, twoja uwaga i zaangażowanie. Nie musisz fundować jakiegoś szalonego rollercoastera, by cię nadal kochało. Możecie spokojnie odrobić lekcje, trochę się ponudzić, razem ugotować obiad, iść na basen. Wystarczy!

7. Ale weź się zajmij

Niestety znam też przypadki, kiedy panowie mają kompletnie wywalone, co będzie się działo z dzieckiem podczas „niedzieli z tatusiem”. Znam przypadki, że tego dnia nowa narzeczona (wiedziona dobrą wolą i kobiecym instynktem) rysuje z pasierbem, gotuje mu zupki i pilnuje w czasie kąpieli. Nie bądź idiotą. To nie są jej obowiązki! Zajmij się swoim dzieckiem. Spytaj, co tego dnia chce robić. I nie gniewaj się, jeśli powie, że chce jechać do „Fit Misia” czy innej „Hula Kuli” na urodziny do kolegi Stasia, które trwają cztery godziny. Ubieraj się i jedź. Tego dnia schowaj własne ego na dno teczki i z uważnością na potrzeby dziecka spędzaj z nim czas. Nie wyręczaj się narzeczoną lub mamusią. To jest okropny wstyd! To jest postępowanie wielce niemęskie i niegodne dorosłego chłopa.

 


Macierzyństwo Związek

„Żałoby i smutku nie można przyśpieszać. To przyśpieszanie zniechęca i frustruje”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
29 maja 2022
Fot. iStock
 

Psycholożka Marta Iwanowska Polkowska przyznaje, że pomysł, by napisać książkę „Nażyć się” przyszedł jej do głowy, gdy sama chorowała, mierzyła się z żałobą po śmierci taty i diagnozą syna w kierunku spektrum aspergera. Dziś Marta twierdzi, że szukanie sensu w trudnym wydarzeniu z naszego życia jest ważne, choć niełatwe. „Nie znajdziesz tego, gdy jeszcze łzy cisną się do oczu. Żałoby i smutku nie można przyśpieszać. To przyśpieszanie zniechęca i frustruje. Ale zawsze można kierować się ciekawością. Nie szukaj sensu na siłę, ale z ciekawością zadawaj sobie pytania: „Co sprawiło, że jestem w tej sytuacji?” i „Czego ona próbuje mnie nauczyć?”.

Marto zadam ci bardzo trudne pytanie. Jak matka, która dowiaduje się, że jej dziecko jest chore, ma szukać w tym sensu dla siebie?
Jeśli zadasz sobie pytanie tuż po usłyszeniu diagnozy, to ono wybrzmi nieadekwatnie. Na początku taka mama potrzebuje przeżyć żałobę i wszystkie towarzyszące jej emocje. Ona potrzebuje też kogoś bliskiego, by towarzyszył jej w smutku i stopniowym akceptowaniu swojego nowego życia. Dlatego, jeśli jesteś jej przyjacielem, staraj się po prostu być przy niej, wysłuchać, zapytać, czego ona teraz potrzebuje. Czy chce, byś z nią razem popłakała? Czy woli pójść na spacer albo napić się wina i nie myśleć o chorobie? Dobrze dla takiej osoby być wsparciem, jakiego ona akurat teraz potrzebuje.

U każdego żałoba może troszeczkę inaczej wyglądać. Jedna mama chce płakać, inna pragnie działać i szukać sposobu na wsparcie swojego dziecka, a dopiero po jakimś czasie orientuje się, że nie na wszystko ma wpływ. Warto być przy niej, kiedy ona to odkrywa. A być może po jakimś czasie ona poczuje, że ta sytuacja, mimo wielkiego cierpienia, rozwinęła w jakiś sposób ją i jej rodzinę.

Ty mówisz o zrozumieniu sensu po roku lub dwóch, a ja znam osoby, które ten sens znajdują dopiero po 20 latach, albo wcale i tak sobie żyją w wielkiej frustracji. Dlaczego?

Pamiętajmy, że niektóre osoby nie będą chciały szukać sensu, ponieważ dzięki temu wglądowi coś musiałoby się zmienić. Dzięki zrozumieniu stajemy się silniejsi, pewniejsi siebie, z czasem bardziej szczęśliwi i zadowoleni. A niektórzy po prostu boją się tacy być. Świadomie bądź nieświadomie wybierają bycie ofiarą. Zauważ, że żyjemy w społeczeństwie, w którym często uwagę dostają ci, którzy cierpią. Dla nich bycie w tym trudzie i cierpieniu pełni jakąś funkcję np. dzięki temu udaje im się skupić na sobie czyjąś uwagę albo integrować rodzinę, być akceptowaną.

Czasem spotykam kobiety, które po tym, jak zdecydowały się na zmiany (w kierunku nażywania się), straciły pewne relacje. Po tym, jak otoczenie przyzwyczaiło się do tego, że ona była zawsze słaba, zapłakana, nie potrafiło się przyzwyczaić do tego, że ta sama kobieta jest teraz silna i zadowolona z życia. Tacy „pomocnicy” i „wybawiciele” czasem nie potrafią odnaleźć się w nowej sytuacji, czyli uznać, że nie są już tak bardzo potrzebni.

Dlaczego nie potrafią?

Może czerpali z pomagania jakieś korzyści? Może to budowało ich poczucie własnej wartości? Może woleli zajmować się czyimiś problemami niż swoimi? Każda historia jest inna i nie chcę za bardzo generalizować, ale jeśli od dłuższego czasu czujesz się nieszczęśliwa, warto przyjrzeć się temu, czy nie boisz się być osobą silną i sprawczą tuż obok ludzi, którzy są ci bliscy. Bo może, kiedy już taką osobą staniesz się, niektórzy z twojego otoczenia nie będą chcieli lub umieli być z tobą w relacji? Może im się to po prostu nie spodoba?

Chociaż mamy XXI wiek, ciągle widzę, że jak kobieta zdecyduje się na bycie odważną, to często jest pierwszą kobietą w rodzinie. Pierwszą, która idzie nową drogę. Matka, teściowa, babki, prababki nie zawsze wybierały taką sprawczość. Nie zawsze mogły ją wybrać, choć chciały. Z czasem nawet nieświadomie „mościły się” w cieniach mężów, w roli ofiar, które nie potrafiły wpływać na swoje życie. Wyjście z tej roli dla wielu kobiet jest trudne i wymaga odwagi. Wspierające w tej drodze może być przekonanie, że ja chcę to zrobić nie tylko dla siebie, ale też dla swojej córki, żeby ona już wiedziała, że można być silną, spełnioną i walczyć o swoje szczęście.

Odnoszę wrażenie, że wielu psychologów namawia nas, byśmy szukali sensu trudnych wydarzeń z naszego życia…. na siłę. Ty mówisz, że trzeba szukać z ciekawością. Dlaczego?

Ciekawość rozumiem jako przyglądanie się swojemu życiu z różnych perspektyw. Tak robią dzieci. Jak znajdą na polanie ślimaka, to wezmę go do ręki i sobie opatrzą go dokładnie. Najpierw obejrzą jego różki, potem zajrzą do muszli, może go nawet powąchają, czy poliżą. Pozwolą sobie na doświadczanie ślimaka różnymi zmysłami. A nam dorosłym czasem tej ciekawości brakuje. Patrzymy na coś raz, wydajemy kategoryczny osąd i zamykamy go do szuflady, by nawet nie dać sobie prawa na jego zmianę. Natomiast ciekawe przyglądanie się wymaga zdawania pytań: „A co, jeśli się myliłam? A co by było, jeśli jest inaczej niż myślałam do tej pory?”

My kobiety bywamy bardzo dobre w nazywaniu tego, co będzie dobre dla innych. Dla syna, męża, szefa. Wiemy, co smakuje naszym dzieciom i o czym zapominają nasi rodzice oraz czego oczekuje od nas społeczeństwo, znajomi i nieznajomi. Ale by nażyć się musimy zadbać o siebie i zadać sobie pytania: „Co ja lubię?”, „Co jest dla mnie ważne i sprawia mi przyjemność?”, „Jaką rolę wybieram dla siebie?”

A jakie role możemy wybierać?

Przeróżne. Od bycia ofiarą i męczennicą, po bycie dzielną, choć z zaciśniętymi zębami. Możemy być jak Ania z Zielonego Wzgórza, albo jak Hermiona z Harrego Pottera, czy Margaret Thatcher. Ważne, by być główną aktorką tej sytuacji, jak i reżyserką i autorką scenariusza. Ale my niestety zbyt często rezygnujemy z tych dwóch ostatnich ról.

W książce mówisz, że radości i szczęścia trzeba szukać na co dzień o to, by sprawiać sobie przyjemności. A jednak tak wielu z nas żyje od urlopu do urlopu.

Życie to nie tylko czas wakacji, ale właśnie ten czas pomiędzy nimi. Każda z nas ma prawo i zasługuje na to, by nażywać się codziennie. Z przyjaciółką na spacerze. Z córką na rowerze. Sama z książką. W kuchni podczas przygotowywania z mężem obiadu. Pomyśl, co możesz włączyć, zassać, czy wpleść do swojej codzienności, co będzie trwało nawet 15 min, ale sprawi, że ty tego dnia będziesz czuła się dobrze.

Marta, co ty miłego dla siebie zrobisz dziś?
Dziś moje życie jest bardzo intensywne, pracuję jako coach, prowadzę warsztaty, promuję książkę, mam też dom i dwójkę dzieci. Dlatego staram się dbać moje ciało, by było silne, sprężyste i nienapięte od natłoku zadań. By nażyć się: chodzę na masaż, nacieram skórę w domu olejkami, ćwiczę jogę. Dziś, tuż po naszej rozmowie, pojadę z synem na rowerach do szkoły, żeby spędzić razem trochę czasu i popatrzeć na wiosnę, która teraz tak pięknie rozkwita.

Pamiętam i już nigdy nie zapomnę, że moje nażywanie się to wybór i to intencja i troska, by codzienność sprawiała mi więcej przyjemności. Mogę z niechęcią jechać z synem do szkoły, myśląc, że znów muszę go odwozić. A mogę też pomyśleć sobie, że on tego potrzebuje, a ja chcę mu to dać. W mojej książce pojawia się taka metafora, że codziennie możemy świadomie posypywać swoje życie brokatem.

Co masz na myśli?

Brokatem są te chwile, w których pozwalamy sobie na uśmiech i myśl „jest OK, moje życie jest dobre, właśnie teraz w tym momencie i to najważniejsze … a ja jestem dobra dla siebie”.


Marta Iwanowska-Polkowska
Autorka książki „ Nażyć się. Jak zacząć nażywać się od dziś, pamiętać o tym jutro i już nigdy o sobie nie zapomnieć”.

Coachyca i trenerka, z wykształcenia psycholożka, z powołania towarzyszy innym w odważnym urzeczywistnianiu swojego JA, podejmowaniu śmiałych wyzwań i przechodzeniu przez zmiany z wyrozumiałością dla siebie. Autorka podcastu „Urzeczywistnij swoje JA”. Prowadzi procesy indywidualne i warsztaty rozwojowe. Jej główne „narzędzia pracy” z innymi to refleksja, uważność, akceptacja i docenianie, zmiana perspektywy, ale też poczucie humoru i zachwyt. Na stronie ManufakturaRozwoju.pl dzieli się swoimi refleksjami i podcastami.

 

Zobacz także: 32 pomysły, by #nażyćsię i być szczęśliwą według psycholożki Marty Iwanowskiej-Polkowskiej


Macierzyństwo Związek

„Śmierć ojca, diagnoza autyzmu u syna i moja choroba… Miałam wrażenie, że nie ogarniam. Że tonę”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
27 maja 2022
Dlaczego ludzie tkwią latami w niszczących związkach? Przeczytaj, zanim ocenisz
Fot. iStock / swissmediavision

Siedem lat temu zwątpiłam, że mogę jeszcze mieć fajne życie i wpływ na jego jakość i decydować, co jest dobrym wyborem dla mnie, a nie tylko dla innych. Domykałam żałobę po śmierci mojego ojca. Dziesięć lat wcześniej zmarła moja mama. Byłam więc przytłoczona sprawami rodzinnymi i braniem odpowiedzialności za to, że teraz my z bratem musimy opiekować się dziadkami. Do tego doszła diagnoza mojego syna pod kątem zespołu aspergera i wiele innych życiowych wyzwań, w tym problemy ze zdrowiem, opowiada psycholożka Marta Iwanowska Polkowska.


Nagromadzenie tych sytuacji sprawiło, że choć jest silną przedsiębiorczą kobietą, ogarniającą życie, to straciła nadzieję, że kiedyś wszystko będzie dobrze, że odzyska spontaniczność oraz spokój, za którymi tęskniła. Mówi: Miałam wrażenie, że nie ogarniam. Że tonę. Że nie żyję swoim życiem”.

Jak wydobyłaś się z tego wszystkiego? Jak poradziłaś sobie z tak wielkim kryzysem?

Wpadła mi w ręce niezwykle inspirująca książka Rachel Cusk o metaforycznym tytule „PO”, która opowiada o żałobie i o tym, że po niej też jest życie. Czytając, mocno poczułam, że nie chcę się poddać. Wymyśliłam więc na swój użytek hasło, że chcę się nażyć. Puściłam je w świat na moim blogu i zaczęłam obudowywać teoriami psychologicznymi. Z czasem coraz więcej klientek zaczęło zwracać się do mnie… po #nażywanie się i tak hasło zaczęło magnetyzować.

Jest taka metafora, prawdopodobnie autorstwa Stevena D. Wolfa, którą bardzo cenię: „Bo w życiu nie chodzi o to, by przetrwać burzę, trzeba nauczyć się tańczyć w deszczu”. Jak ją rozumieć? Nie mamy wpływu na to, kiedy w naszym życiu pojawi się burza, jak silna będzie i jak długo potrwa, ale mamy wpływ na to, jak na nią zareagujemy. Mamy natomiast wpływ na świadome sięganie po to, co nas wspiera, rozwija i sprawia, że czujemy się po prostu lepiej. Dlatego dla mnie #nażyćsię oznacza przede wszystkim pozwolenie sobie na świadomy wybieranie i decydowanie, jak zareaguję na trudne sytuacje.

Oczywiście nie chodzi tu o tzw. „pudrowanie rzeczywistości” ani o wypieranie negatywnych emocji związanych z tym, co trudne. #Nażyćsię to zgoda na czucie i doświadczanie wszystkiego. Zgoda na to, że każdy z nas czasem ma gorsze chwile, czuje strach, smutek, frustrację, ma ochotę krzyczeć i płakać, choć się tego jednocześnie boi.

Dlaczego zgoda na te emocje jest taka ważna?

Boimy się emocji (i własnych i innych ludzi). Przez całe pokolenia byliśmy uczeni zaprzeczenia temu, że w ogóle coś czujemy. Emocje kojarzą się nam z brakiem profesjonalizmu, z histeryzowaniem, a tymczasem są kwintesencją bycia człowiekiem.

Dlatego ja dziś pozwalam sobie czuć. Gdy jest mi smutno, smucę się. Gdy jestem zła, zauważam i wyrażam moją złość. Ale jednocześnie staram się nie unikać tego, co dobre i sama poszukuję tego, co może mnie karmić spokojem czy radością. Nauczyłam się świadomie wybierać rzeczy i sytuacje, które mnie karmią, tym czego potrzebuję.

Często w swojej pracy spotykam się z opowieściami kobiet, które mówią, że owszem może i spotkały je dziś przyjemne rzeczy, ale tego nie zauważają. Nie zwracają na nie uwagi, nie pozwalają sobie na czucie radości, satysfakcji spełnienia. Wydaje im się, że muszą być sprawcze, skupione na poważnych sprawach, profesjonalne. Że wszystko jest ważniejsze niż radość. A ja chciałabym, żebyśmy wszystkie pozwalały sobie w ciągu zwykłego dnia na chwilę radości, szaleństwa, a może nawet dzikości. Nawet nie wiem, ile razy w swoim gabinecie słyszałam o tęsknocie za spontanicznością. #Nażywanie się jest o tym, byśmy dawały sobie to, za czym w tajemnicy tęsknimy.

Czasem w życiu dopada nas kumulacja nieszczęść i może zdarzyć się tak, że już naprawdę nie chce nam się wstać z łóżka. Co wtedy radzisz: jaki jest pierwszy krok, żeby się z tego otrząsnąć?

Ja bym po pierwsze to zauważyła. Nie wmawiała sobie, że wszystko jest OK, gdy nie jest. A często sobie wmawiamy. Zakładamy maski, pudrujemy nos, zakładamy modne ubrania i udajemy od rana do wieczora. Pod tym wszystkim ukrywamy prawdę o sobie. Nie zauważamy jej.

Zauważyć, to uznać, że mam gorszy okres w życiu i okazać sobie współczucie, bo przecież „nie tylko ja tak mam, a doświadczanie nieszczęść jest częścią bycia człowiekiem”. Każdego z nas, nawet tych najtwardszych, trudna sytuacja może na chwilę „zmieść” z codziennego funkcjonowania. Ważne, by w takim momencie nie „dowalać sobie”, wmawiając „tylko ja idiotka tak mam, inni sobie lepiej radzą”. Przeciwnie, dobrze jest pomyśleć o sobie życzliwie i z czułością. Potraktować siebie przynajmniej tak dobrze, jak traktujemy innych, gdy oni się z czymś zmagają.

Jaki jest drugi krok, który możemy zrobić?

Warto zastanowić się, czego ja w tej sytuacji potrzebuję, gdy czuję, przeżywam, gubię się. Może wsparcia przyjaciela, terapeuty, księdza – po prostu bliskiej osoby? Może wolnego czasu, by poukładać swoje sprawy? Więcej ruchu lub snu, by odzyskać dobrostan fizyczny?

A kiedy już zobaczymy światełko w tunelu, warto zadać sobie pytanie: „OK, czego ta sytuacja próbuje mnie nauczyć?” Bo może dzięki niej coś we mnie wzrasta? Może ona wydarzyła się po to, żeby utwierdzić mnie w przekonaniu, że sobie ze wszystkim poradzę? Albo, że będąc silną mogę też sięgać po wsparcie innych? Może miałam szansę nauczyć się większej wyrozumiałości wobec siebie i bycia mniej perfekcyjną? A może chciałam za dużo, oczekiwałam nierealnego i to sprawiało, że byłam rozgoryczona?

Odnalezienie sensu w nieszczęśliwym wydarzeniu z naszego życia jest tak ważne?

Tak i nie zadzieje się, gdy jeszcze łzy cisną się do oczu. Żałoby, smutku nie można przyśpieszać. To przyśpieszanie zniechęca i frustruje. Ale zawsze można kierować się ciekawością. Nie szukaj sensu na siłę, ale z ciekawością. Z ciekawością zadawaj sobie pytania: „Co sprawiło, że jestem w tej sytuacji?”, „Czego ta ona próbuje mnie nauczyć?”

Na koniec chciałam cię spytać, co wczoraj było dla ciebie tą chwilą wyjątkową?

Wracając z warsztatów, miałam kilka wolnych godzin jadąc autostradą. Robiłam co lubię: słuchałam podcastów i obdzwoniłam bliskie mi osoby. A kiedy wróciłam do domu, cieszyłam się, że moi synowie i mąż na mnie czekali. Mogliśmy chwilę pogadać i zjeść upieczony przez męża ciepły chleb z masłem. To była fantastyczny moment. Prosty, ale tak bardzo karmiący.


Marta Iwanowska-Polkowska – autorka książki „Nażyć się. Nażyć się. Jak zacząć nażywać się od dziś, pamiętać o tym jutro i już nigdy o sobie nie zapomnieć”Jak o sobie mówi coachyca i trenerka, z wykształcenia psycholożka, z powołania towarzyszy innym w odważnym urzeczywistnianiu swojego JA, podejmowaniu śmiałych wyzwań i przechodzeniu przez zmiany z wyrozumiałością dla siebie.

Autorka podcastu „Urzeczywistnij swoje JA”. Prowadzi procesy indywidualne i warsztaty rozwojowe. Jej główne „narzędzia pracy” z innymi to refleksja, uważność, akceptacja i docenianie, zmiana perspektywy, ale też poczucie humoru i zachwyt.

Na stronie ManufakturaRozwoju.pl dzieli się swoimi refleksjami i podcastami.

 

Zobacz także: 32 pomysły, by #nażyćsię i być szczęśliwą według psycholożki Marty Iwanowskiej-Polkowskiej


Zobacz także

Syndrom „siódmego roku”? Dziś kryzysy pojawiają się dużo wcześniej. Wtedy kończy się pierwsza namiętność

5 zachowań, które niszczą nam życie. Sprawdź, czy nie jesteś dla siebie toksyczna

Trzy smutne powody, dla których tkwimy w toksycznych związkach

Patologiczny kłamca. Jak go rozpoznać?