Lifestyle

„Tylko matka wie, tylko matka zrozumie” – rzygam tymi stwierdzeniami! Nie traktujcie bezdzietnych, jak ludzi bez serca i rozumu

Listy do redakcji
Listy do redakcji
19 stycznia 2017
złość
Fot. iStock / RapidEye
 

Lubię dzieci. Na serio, nic do nich nie mam i nawet sama kiedyś chciałabym zostać matką. Bo do matek też, ogólnie, nie żywię uczuć negatywnych, a jedną – swoją własną – wręcz ubóstwiam i nad życie kocham. Ale krew mnie zalewa, gdy z macierzyństwa robi się coś jakby tarczę wokół własnej osoby, wytłumaczenie wszystkich swoich niedoskonałości i niedociągnięć oraz „zdolność” nadprzyrodzoną, której Batman, Superman i Bond razem wzięci nigdy posiąść nie zdołają.

„Tylko matka wie, tylko matka zrozumie” – och, jakże często ostatnio widzę takie wpisy na Facebooku, te hasztagi dołączane do anegdot z życia codziennego, które z miejsca dzielą ludzi na tych lepszych – dzieciatych, i tych nieoświeconych, jeszcze bezdzietnych, w naiwności i swawoli żyjących. Matka Polka wiecznie zmęczona, niewyspana, zapracowana, ale zarazem wszechwiedząca, posiadająca wiedzę tajemną i prawa większe niż ci, którzy pieluch zmieniać nie muszą. Nie masz dzieci – według niej nie wiesz, co to:

Zmęczenie? Nie wiesz, co to zmęczenie skoro nie masz dzieci, wstydzić się powinnaś, że w ogóle śmiałaś coś takiego powiedzieć. I choćbyś na dwóch etatach pracowała, co wieczór kładła się do łóżka z wrażeniem, że kolejny dzień znowu przeleciał nie wiadomo kiedy, tak dużo i szybko się działo, to i tak będziesz bardziej wypoczęta od niej – bo ona tak twierdzi i basta.

Odpowiedzialność? Nie znasz znaczenia tego słowa, dopóki mały człowiek nie wedrze się w twoje życie i nie zacznie go ustawiać według siebie i swoich humorów. Wtedy dopiero rozumiesz, że nie jesteś sam na tym świecie i musisz liczyć się z innymi, że pępek świat jest zupełnie gdzie indziej, niż ty. Ty egoisto!

Emocje? Prawdziwych emocji nie znasz, bo skąd masz je znać – jedynie posiadanie dzieci pozwala ci na ich doświadczenie. Twój potomek jest niczym magiczne zaklęcie otwierające tajemną kryptę z uczuciami, więc nie mów o emocjach, bo nie masz do tego prawa, serca jeszcze nie używasz tak, jak trzeba.

Szczęście? A co ty możesz mieć za szczęście, skoro nie budzi cię tupot małych stóp – co najwyżej białych mew po piątkowej imprezie w gronie podobnych tobie bezdzietnych nieszczęśników. Wmawiasz tylko sobie i innym dookoła, że jesteś szczęśliwa, ale poczekaj, aż zostaniesz matką – wtedy zrozumiesz, dopiero wtedy się dowiesz.

Brak czasu? Ty czasu masz mnóstwo (w przeciwieństwie do matek) i trwonisz go, bo jedynie Matka wie, jak jest on cenny i jak bardzo może go brakować na wszystko. Bezdzietni nie mają bladego pojęcia, nie mogą sobie tego nawet wyobrazić, więc przestań narzekać.

Powiem wam coś teraz, Matki z Facebooka, Matki pozornie perfekcyjne, Matki wywyższające się i robiące z siebie nadludzi – rzygam tymi stwierdzeniami! Mam dość waszego puszenia się i kreowania na superbohaterki. Nie traktujcie bezdzietnych jak ludzi bez serca i rozumu, egoistów myślących tylko o własnych przyjemnościach i karierze, obywateli gorszego sortu (choć w obecnych czasach to chyba nawet komplement). Nie jesteśmy zombie głuchymi na cudze emocje i uczucia, nie idziemy przez życie z klapkami na oczach i sercami zamienionymi w bryły lodu. Nie obca nam empatia, sympatia i życzliwość, a robienie z siebie kogoś lepszego tylko dlatego, że ma się tygodniowo dziesięć pralek prania, a nie dwie, że podjęło się inne wybory i inaczej układa się swoje życie, jest lekkim nieporozumieniem.

Dziwne są te współczesne czasy, gdy z rzeczy tak naturalnych i oczywistych robi się wielkie WOW i oczekuje zewsząd oklasków i taryfy ulgowej. Ba, w czasach, gdy pieluch prać nie trzeba, w sklepach produktów pod dostatkiem, a urlop macierzyński jest jednym z najdłuższych w Europie – nasze matki, babki, prababki to dopiero były bohaterki i Matki Polki! Dlaczego niektóre (podkreślam – niektóre!) kobiety oczekują, że będzie się je traktować jak święte krowy z powodu tego, że są matkami? Skąd bierze się ich przekonanie, że fakt posiadania dziecka czyni je bardziej światłymi i uważnymi, wiedzącymi lepiej i widzącymi wyraźniej? Kto dał im przyzwolenie, by wywyższać się nad singli, singielki, bezdzietnych i bezdzietne? Kto dał im prawo, by macierzyństwem tłumaczyć wszystkie swoje wpadki i wtopy, by na własne dzieci zwalać nieustannie winę, by żądać więcej z powodu większej rodziny?

Pewnie, są rzeczy, które tylko matka może zrozumieć, są takie, które tylko matka wie – sęk w tym, że nie oznacza to, iż jest ona mądrzejsza i lepsza od innych. Znam wiele fantastycznych kobiet, które nie traktują swoich dzieci jak dopust boży, nieustającą próbę ich cierpliwości, huragan, który wpadł w ich życie i zmiótł wszystko do gołych fundamentów. Nie robią z nich ósmego cudu świata, świętości nad świętościami i centrum wszechświata. Nie dostrzegłam w nich krzty zadęcia, pychy i arogancji, za to całe mnóstwo życzliwości, ciepła i wspaniałomyślności. Nie wstawiają durnych hasztagów, nie krzewią dookoła poglądów o wyższości macierzyństwa nad bezdzietnością, nie oczekują specjalnego traktowania ze względu na stan rodzinny – jak widać są rzeczy, które tylko mądry człowiek wie i tylko mądry może zrozumieć.

Zapisz


Lifestyle

Bycie singlem jest w porządku? Akurat! Jak często oszukujecie samych siebie

Anika Zadylak
Anika Zadylak
19 stycznia 2017
Fot. iStock / AzmanL
 

Zawsze sobie chwaliłam swoją samotnie. To, że nikt mi nie mówi, co powinnam, a czego nie. Gdzie mam iść, jak się ubrać wypada. Czy niedoszłej teściowej będzie smakował mój gulasz bez mięsa i czy kolejny tatuaż to już nie lekka przesada. – No bo jak będziesz w sukni ślubnej wyglądać, taka wydziarana?! – Taki kiedyś argument, od byłego usłyszałam. Wracam o której chcę, tańczę z kim mi się podoba, zasypiam sama lub obok kogoś, za kogo nie muszę się nikomu tłumaczyć. I tak go pożegnam jeszcze przed śniadaniem. Jestem panią samej siebie. Mam ochotę, to pakuję parę rzeczy i wyjeżdżam nikogo nie pytając o zdanie, czy zgodę. Nikt mi nie marudzi, nie smęci, nie dopytuje i nie przesłuchuje. Fochów nie strzela, nie robi scen zazdrości i o nic nie podejrzewa. Żyć nie umierać. Czyżby?

Cały czar bycia radosnym singlem pryska przy najbardziej błahych, życiowych zdarzeniach. Budzisz się na ranem i czujesz, że w zasadzie to już chyba umarłeś. Przecież to niemożliwe, żeby człowiek, funkcjonował z taką gorączką.  Nie masz siły się podnieść, przemieścić chociażby do kuchni… O aptece czy wizycie u lekarza nawet nie wspomnę, sama za kółko nie wsiądziesz, zresztą ledwo na oczy widzisz. Dzwonisz i słyszysz, że przyjaciółka do wieczora w pracy, kumpel w trasie, sąsiadka też leży plackiem, a rodzice są, ale paręset kilometrów stąd. I łzy ci lecą, przełykasz je dzielnie, żeby tylko się nie przyznać. Nie powiedzieć głośno, że to jednak ch*jowo tak samemu być, kiedy ci nie ma kto termometru podać. I pogłaskać z zapewnieniem, że wszystko załatwi, a ty sobie choruj. Albo kiedy przemeblować coś trzeba, naprawić czy odświeżyć i pomalować. Oczywiście, że nie tylko po to jest, ta druga połówka przysłowiowa. I, że bez niej  też można ścinany wytapetować. Tylko, ile to lżej i fajniej we dwójkę. I te pobudki samotne w środku bezkresnej nocy po głupim śnie. Gdy obok nie leży ktoś, kto od razu w takich sytuacjach zagarnie silnym ramieniem i powie, że jest, po prostu. I ktoś, kto popatrzy na ciebie rano i oznajmi, że bez makijażu wyglądasz jak małolata a dres, dodaje ci dziewczęcości.  Tak niewiele, a czasem aż tyle.

Samotność. Sami się na nią często skazujemy. Niedomówieniami, strachem, przed brakiem zrozumienia i myśleniem, że wystarczamy sami sobie. I  nikogo, do niczego nie potrzebujemy. Może to przez to, że przychodzimy na ten świat sami, a nasze miejsce w szeregu, określa siła pierwszego krzyku. Rozpychasz się łokciami, żeby tylko wyjść i zobaczyć, jak tu właściwie jest. Nie pytany, czy w ogóle tego chcesz. I może ta noszona przez lata  nieświadoma pretensja sprawia, że odsuwamy się od innych. I wmawiamy sobie i wszystkim wokół, że dobrze pobyć samemu. Że jesteś samotnikiem, bo to nie ty się tu pchałeś. Że taka cisza, taka wolność, że każdy o tym marzy. Po co się dzielić z kimś swoim sercem, po co potem płakać. Zupełnie tak, jakbyś będąc sam nigdy nie uronił nawet jednej łzy. Po co wpuszczać kogoś pod swój dach, pewnie i tak zdradzi i skrzywdzi. Tak, jakbyśmy my byli idealni i nigdy nie popełniali nawet pół błędu. Z góry zakładamy, że samotne życie jest mniej problemowe, bo „sam” oznacza brak odpowiedzialności za czyjeś życie. A za twoje? Dźwigasz wszystko, znosisz, starasz się, żeby jakoś było. Wcale nie jest ci z tym za wygodnie, wcale nie jest tak super, jak się innym wydaje. Wcale nie jest to do końca fajne, że wracasz do pustego mieszkania, w którym czeka jedynie kot. W zasadzie to śpi i nie wie nawet, że w ogóle przyszedłeś. Kładziesz klucze na stole i zastanawiasz się, o co chodzi? Przecież nie ty jeden wiesz, że każdemu się taka śni. Taka samotnia, gdzie można odetchnąć i poskładać własne, rozsypane myśli. Dlaczego więc, coraz częściej ci doskwiera? Dlaczego ją w ogóle zauważasz? Przecież o to chodziło, o tę niezależność, o ten brak gderania i zainteresowania.

Bo źle interpretujesz. Zapominasz, że w szczęśliwym związku też można mieć swój azyl. Ba! Nawet trzeba czasem uciec, zaszyć się gdzieś bez niego czy bez niej. Wypić wódkę z koleżanką, nie wrócić dwie noce, wyjechać w góry. Połazić, popatrzeć i pomilczeć. A potem mocno zatęsknić, bo na tym to wszystko polega. Jeśli któregoś dnia odkryjesz, że twoja samotność jest jednak zbyt w pojedynkę, to znak, że nie o taką ci chodziło. I, że to nie ta nada twemu życiu sens i rytm. Bycie singlem z wyboru jest naprawdę w porządku. Do momentu, aż nie zacznie ci doskwierać dziwny smutek. Jakaś pustka, której niczym nie będziesz mógł zapełnić. Wtedy otwórz drzwi. I nie tylko te, od swojego mieszkania. Bo może całkiem niedaleko też jest ktoś, komu nie ma kto podać herbaty, gdy termometr aż czerwienieje. Ktoś, z kim samotność będzie pożądana i potrzebna. Bo zawsze będzie do kogo wrócić.

 


Lifestyle

Jak siostra z siostrą. Czyli jak?

Karolina Krause
Karolina Krause
19 stycznia 2017
Jak siostra z siostrą. Czyli jak?
Fot.iStock/Vizerskaya

Krótka wiadomość: „Możemy się zobaczyć?”, wstrząsnęła Anią, 38-letnią szczęśliwą mężatką, jak list od dawnego kochanka. Tyle, że tutaj nie było mowy o jakimkolwiek romansie, nie jestem do końca pewna, czy chodziło nawet o miłość.

– Pogadaj z nią – przekonywał ją mąż.

– Z kim?

– No… z Magdą. Pogadaj z nią, jak to siostra z siostrą.

– Czyli jak?

Ania od lat nie rozmawiała już ze swoją młodszą siostrą, mówi „nie widzi takiej potrzeby”. Choć obie dobrze wiemy, ile w tym prawdy. Ich relacja od zawsze była trudna, ale od chwili gdy obie wyprowadziły się z domu, kontakt urwał się na dobre. Mimo, że przez większość czasu stara się o niej nie myśleć, niektóre sytuacje przywołują obrazy z jej pamięci. Chwile, gdy bawiły się razem, jako dzieci i wtedy mimowolnie zaczyna płakać. Bo zerwanie więzi rodzinnej zawsze przeżywa się jako wielką stratę. Czy możliwe jest, aby w ogóle ją odzyskać?

Pod jednym dachem 

Magda – jej młodsza siostra, przez całe życie była oczkiem w głowie ich rodziców. Była ich największą dumą przynosiła dobre stopnie, pomagała w domu i ciągle odnosiła jakieś sukcesy. W przeciwieństwie do Ani, która miała poczucie, że dla wszystkich stanowi swego rodzaju problem. Od dziecka powtarzano jej, że jest „tą starszą, mądrzejszą”, choć jej samej wcale na tej mądrości nie zależało. Nauka nigdy nie przychodziła jej łatwo i jak podręcznikowo to określa „stwarzała problemy wychowawcze”. Ciągłe ustępstwa w kierunku „młodszej” wzbudzały w niej złość i poczucie niesprawiedliwości.

Oliwy do ognia dolewały ciągłe porównania ze strony rodziców. „Zobacz jak Magda dobrze się uczy, nie możesz tak jak ona?”. Magda to, Magda tamto. Im więcej było tych pochwał i rozczarowań, tym częściej dochodziło między nimi do konfliktów. A każda taka awantura kończyła się tym,że „młodsza” szła ze skarga do rodziców, a za wszystko obrywało się Ani. Niezależnie od tego po czyjej stronie leżała wtedy wina. Rosnąca wzajemnie niechęć, stopniowo oddalała je od siebie, aż do dnia, w którym w ogóle przestały ze sobą rozmawiać.

Zdrowa rywalizacja

To, jak w dorosłym życiu wygląda nasza relacja z rodzeństwem, często zależy od tego, jaki sposób każde z osobna było traktowane przez rodziców. Jak reagowali na rywalizację między wami. Rywalizacja wśród rodzeństwa jest czymś naturalnym. Każde dziecko podświadomie walczy o uwagę i miłość rodziców, bo od tego zależy jego przetrwanie. A siostra czy brat stanowią zagrożenie na tym polu. W tych wojnach dzieci odreagowują swoje uczucia w stosunku do dorosłych: lęk przed porzuceniem. Zazdrość, poczucie krzywdy lub strach przed zbytnią zależnością od innych.

Jeśli rodzice nie będą mądrze i czujnie przyglądali się tym relacjom (uwzględniając różnicę charakteru, ich płeć, wiek i zdolności poznawcze) dzieci nauczą się skutecznie manipulować ich postawami. Jedno z rodzeństwa może na przykład za wszelką cenę starać się utrzymać przy sobie uwagę rodziców (stwarzając problemy, kreując się na mniej zaradne), przez co drugie poczuje się pokrzywdzone.

Rany z dzieciństwa

Faworyzowanie jednego z dzieci, może także wynikać z powtarzania wcześniej utartych schematów (powtarzanych z pokolenia na pokolenie). Tak, jak to miało miejsce w przypadku Ani i Magdy, gdzie to „starsze” musiało być zawsze „mądrzejsze”. Młodsze dokucza tylko dlatego, że jest „młodsze i głupsze”. To nie może być jego wina…

Na stosunek rodziców do dzieci wpływa także ich własne przeżycia z dzieciństwa. To, którym dzieckiem byli we własnym domu (kolejność urodzenia, ma tutaj szczególne znaczenie). Matka może na przykład nadmiernie chronić młodsze z dzieci, bo jej samej dokuczali starsi bracia, kiedy była mała.

Choć to rodzice zachowują się tutaj w sposób krzywdzący, to dziecko całą swoją złość odreagowuje wówczas na siostrze lub bracie. Podświadomie chroni bowiem pozytywnego obrazu rodzica.

Porozmawiajmy…

Każde z rodzeństwa inaczej przeżywa swoje doświadczenia z dzieciństwa. Jeśli jednak w domu nie rozmawiało się szczerze o swoich emocjach, to jako dorosłe osoby również nie będziemy potrafili tego zrobić. Siostry (i bracia) zamykają się więc z ze swoimi uczuciami we własnym świecie i nie potrafią dopuścić do siebie tej drugiej perspektywy wydarzeń. Trudno im jednak pogodzić się ze stratą tak ważnej w ich życiu osoby, dlatego od czasu do czasu któraś ze stron przełamuje zmowę milczenia i wyciąga rękę do zgody.

Niestety rzadko zdarza się, by drugie z rodzeństwa było jednocześnie gotowe do tak szczerej rozmowy. Czasami jest to strach przed tym, że ktoś chce nas oszukać, że chodzi mu tylko o finansową pomoc. Innym razem nie chcemy rozdrapywać starych ran lub zupełnie brak nam jakichkolwiek cieplejszych uczuć w stosunku do siostry czy brata. Jak więc poradzić sobie z taką sytuacją?

Jak uzdrowić relację i odnaleźć drogę do utraconej siostry?

Jak siostra z siostrą. Czyli jak?

Fot. iStock/Martin Dimitrov

Poznajcie się na nowo

Spróbuj porozmawiać z własną siostrą tak jakbyś poznawała nową osobę. Często mamy tendencję do postrzegania rodzeństwa przez pryzmat naszych doświadczeń z dzieciństwa. Twoja siostra jest teraz dorosłą osobą, wiele z tego co o niej wiesz mogło się z mienić. Poznajcie się więc na nowo. Dowiedz się czym zaprząta sobie czas, w czym jest dobra, o czym marzy.

Spróbujcie spędzić ze sobą trochę czasu

Nie róbcie jednak czegoś na siłę. Nie starajcie się grać ani udawać. Niech to będzie coś na co obie macie ochotę (może wybierzecie się na spacer po lesie, albo do kina?)

Porozmawiajcie o tym co was boli

O tym, czego doświadczyłyście kiedy byłyście dziećmi. Starajcie się jednak za każdym razem mówić o swoich uczuciach, używając komunikatu „ja”. Unikając przy tym oskarżeń i sformłowań typu „Bo ty…”.

Wspominajcie dobre chwile

Momenty, gdy czułyście się razem dobrze, bezpiecznie. Chwile radości i uśmiechu. Nawet jeśli jest ich niewiele, postaracie się wyciągnąć z nich jak najwięcej.

Skończcie z porównywaniami

Jeżeli rodzice bez przerwy was porównywali, nie oznacza to, że same musicie to robić. Szczególnie zważywszy na to ile bólu musiało wam to sprawić. Pamiętaj, że jesteście różnymi osobami, każda z was ma swoje sukcesy i porażki. Własne życie.

P.S. Ania ostatecznie zgodziła się porozmawiać ze swoją siostrą. Nie obeszło się bez łez i pomocy z zewnątrz. Wspólna terapia umożliwiła im jednak przepracowanie trudnych doświadczeń z dzieciństwa i pomogła w odbudowaniu zerwanej wcześniej relacji. Wciąż mają sobie sporo do wyjaśnienia, ale dziś już łatwiej im ze sobą rozmawiać – jak siostra z siostrą.


Źródło: charaktery.eu


Zobacz także

Żesz w mordę – w tym roku miałam być do wiosny przygotowana. A ja jeszcze pod ciepłym kocykiem!

Wszystko na pokaz? Pary, które nieustannie dzielą się swoim szczęściem na Facebooku wcale nie są takie szczęśliwe

Wszystko na pokaz? Pary, które nieustannie dzielą się swoim szczęściem na Facebooku wcale nie są takie szczęśliwe

Gotowy na ferie na stoku?