Lifestyle Zdrowie

„Boję się o moją córkę!” – mówi dziennikarz TVN i ojciec transpłciowego dziecka

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
25 listopada 2021
fot. Mateusz Ochocki
 

Pod koniec września 2020 roku dziennikarz TVN Piotr Jacoń dowiedział się, że jego dziecko, które za chwilę kończyło 20 lat, właśnie zaczyna nowe życie. „Tak narodziła się Wiktoria. Choć dawny syn jeszcze wtedy żył. Nie wszytko wiedzieliśmy. Nie wszystko rozumieliśmy. Ale mieliśmy pewność, że nadal będziemy kochać”, napisał Jacoń we wstępie swojej książki „My, Trans”. „Ta książka jest o ludziach, którzy szukają siebie i czasem błądzą. Jest o Państwie, które w niczym nam – osobom trans i ich rodzinom – nie pomaga. A za to systemowo nas upokarza i z wreszcie o Kościele, który – czy tego chcemy, czy nie – jest w Polsce instytucją ważną, aspirujące do wyższych celów, celowo jednak lub z bezmyślności poniżającą wiernych ukrytych za skrótem LGBT+.”

Pana córka ma wielkie szczęście. W Polsce tylko 15% ojców i nieco więcej, bo 25% matek akceptuje w pełni swoje transpłciowe dzieci. Dlaczego te statystki są takie zatrważające?
– Myślę, że to wynika atmosfery społecznej, a ta z kolei z niewiedzy. Odwracając statystyki – 85% ojców i 75% matek, którzy nie akceptują w pełni swoich dzieci, tak naprawdę na swój sposób je kocha. Tylko oni nie mają wystarczającej wiedzy i przestrzeni do tego, by móc się z tą miłością ujawnić. Bo czy wszyscy rodzice, którzy nie akceptują, od razu każą wyprowadzić się swoim transpłciowym dzieciom z domów? Zazwyczaj nie! Choć oczywiście i to niestety się zdarza — mam takie historie w książce. Większość jednak żyje razem pod jednym dachem, tylko po prostu nie rozumieją się, bo nikt im nie dał narzędzi do zrozumienia.

W „My, Trans” jest taki fragment, kiedy terapeutka Agnieszka Rynowiecka tłumaczy ojcu przesiąkniętemu homofobią i transfobią, co czuje jego dziecko, które chce zmienić płeć. Ojciec mówi: „Ja bym sobie nie dał obciąć”. Więc ona pyta: „A jakby panu ktoś obciął i jeszcze by panu urósł biust? Ciągle pan czuje się mężczyzną, ale ciało zrobiło się inne.”
– Przepraszam, że przerywam, ale pani użyła słowa „zmiana płci”. Ja jeszcze półtora roku temu dosyć swobodnie operowałem słowami, a teraz robię to bardziej uważnie. Nie powiedziałbym już „zmiana płci”, bo takie określenie oznaczałoby, że osoba transpłciowa najpierw ma jakąś płeć, a potem sobie wybiera inną. A to nieprawda! To są ludzie, często jeszcze dzieci, którzy nie mają żadnego wyboru. Trzeba zrozumieć, że płeć dotyczy bardzo wewnętrznego odczuwania siebie.

Dlatego mówmy: korekta płci lub tranzycja. Ważne jest też rozróżnienie między tożsamością płciową a orientacją seksualną. Często są mylone z sobą, a to dwie różne sprawy!

Nikt o tym specjalnie nie uczy; w szkole temat jest pomijany, a ostatecznie za tymi nieporozumieniami kryją się prawdziwe tragedie ludzi, bo oni są odbierani w kategoriach osób, które pozwalają sobie na rewolucyjną fanaberię. Tymczasem jest to ich prawo człowieka. Prawo do bycia sobą.
Wracając jednak do pani pytania, to podczas rozmowy z Agnieszką Rynowiecką dowiedziałem się, że takie odwrócenie ról czasem działa na rodziców. Hipotetyczne wydarzenie posiadania nowego ciała nagle spada na rodzica i ta fantazja daje mu do myślenia, a przynajmniej powinna.

Rodzice w pana książce opowiadają, że ich dzieci wegetowały w łóżku, chorowały na depresję, samookaleczały się, nie chciały wychodzić z domu. Dlaczego dzieci transpłciowe tak bardzo cierpią?
– Nie chcę występować w roli eksperta, nie jestem osobą transpłciową, nikt nie powinienem wypowiadać się na temat cudzych odczuć. Ja patrzyłem na to, co przeżywało moje dziecko. Rozumiem, że ci młodzi ludzie każdego dnia doświadczają głębokiej i dramatycznej niezgodności własnej psychiki z tym, jak wygląda ich ciało. Do tego dochodzi fakt, jak są odbierani i traktowani przez innych. Stąd samookaleczenia, które są próbą poradzenia sobie z tym cierpieniem.
Takie dzieci zazwyczaj czują się bardzo samotne. Rodzie mówią, że one nie chcą wychodzić z domu. Wstydzą się, czują ból psychiczny i zażenowanie. To są dylematy graniczne i ja je rozumiem. Osoba transpłciowa, która dopiero zaczyna brać hormony i jej wygląd nie jest jeszcze „docelowy”, nie lubi pokazywać się publicznie, ale musi jakoś żyć. Przecież nie będzie dwa lata siedziała zamknięta w swoim pokoju.

Czy Państwo Polskie w jakikolwiek sposób pomaga osobom transpłciowym? Czy możliwe jest leczenie refundowane przez NFZ?
– Jeśli trafi pani na lekarza, który z empatią będzie próbował obejść system i zleci przynajmniej część badań (a jest ich do wykonania mnóstwo), to zapłaci za to NFZ. Jednak systemowo Narodowy Fundusz Zdrowia tych ludzi po prostu nie widzi. Gdyby w naszym kraju na 40 milionów obywateli był chociaż jeden ośrodek, który specjalizowałby się w pomocy osobom z problemami tożsamości płciowej, to już byłoby coś. Wiadomo, że ustawiałyby się tam kolejki, ale przynajmniej moglibyśmy się zapisać, poczekać na termin, wiedząc, że znajdziemy tam specjalistów, którzy pomogą. Niestety nie ma takiego ośrodka w Polsce.
Wszystkie badania trzeba robić prywatnie. Córka sama szukała endokrynologów i seksuologów, którzy specjalizują się w tej dziedzinie. Jest ich naprawdę niewielu. Najgorsze, że niektórzy z nich nie przyznają się do tego, że tak naprawdę nie znają się na problemach osób transpłciowych. Rodzic oddycha głęboko z ulgą, a po kilku miesiącach okazuje się, że oddał swoje dziecko w ręce kogoś, kto robi jeszcze większą krzywdę. Bo pani widzi, że dziecko, zamiast podnosić się z tego dołka, czuje się jeszcze gorzej, a pani ma coraz więcej wątpliwości co do siebie i dziecka.
Gdyby nie to, że istnieje zamknięta grupa na Facebooku, która zrzesza rodziców i bliskich osób transpłciowych, można by czuć zupełną bezradność. Grupa wzajemnie sobie pomaga, wymienia się radami, namiarami na dobrych pomocnych specjalistów. Inaczej bylibyśmy skazani na wielką niewiadomą. Jest nas tam całkiem sporo. Kiedyś jak myślałem o osobie transpłciowej, to widziałem jednego człowieka. Do głowy mi nie przyszło, że swoisty proces tranzycji przechodzą też sojusznicy: matka, ojciec, babcia, rodzeństwo, dziadek. Cała rodzina stoi za jedną osobą trans. To jest ogromna grupa ludzi, nie można spychać jej na marginesie społeczeństwa.

 

Dlaczego w Polsce osoba, która chce dokonać formalnej korekty płci, musi pozwać przed sądem rodziców za to, że przy porodzie źle określili jego płeć?
– Ten rodzaj praktyki, został wymyślony… z braku laku. W Polsce nie mamy ustawy, która by ustalała, jak taka procedura powinna przebiegać. Ponieważ jednak to jakoś trzeba załatwić urzędowo, wymyślono, że pełnoletnie osoby dorosłe, które chcą dokonać korekty płci, muszą pozwać swoich rodziców. To jest absurd i w praktyce często wygląda strasznie. Wszystko zależy od tego, na jakiego sędziego się trafi.

W dużych ośrodkach, takich jak Warszawa, sędziowie są pod baczniejszą obserwacją Ministerstwa Sprawiedliwości, które, jak wiemy, na tęczowe sprawy patrzy czujnie. Dlatego często szukają „podkładek”, by nie brać na siebie pełnej odpowiedzialności za decyzję i choć na koniec zazwyczaj przychylają się do wniosku pozywającego, czyli zgadzają się na metrykalną korektę płci, to przedłużają całą procedurę.

W mniejszych miastach zazwyczaj wszystko trwa krócej i sędziowie odznaczają się większą empatią. Być może dlatego, że tych spraw jest tam znacznie mniej i urzędnicy traktują je bardziej po ludzku.

W pana reportażu „Wszystko o moim dziecku” (do obejrzenia w TVN24GO) występuje matka dziecka transpłciowego, która mieszka z nim w Niemczech. Z jej ust padają takie słowa: „Miałam szczęście, że to stało się w Hamburgu, a nie w Warszawie”. Okazuje się, że jej dziecko ma tam wszystko refundowane; nawet operację korekty płci.
– Tej mamie, która ma kontakt z polskimi rodzicami, czasem jest głupio, że ludzie, którzy mieszkają kilkaset lub kilkadziesiąt kilometrów od niej, po drugiej stronie granicy, nie mają procedury postępowania, nie mają dostępu do ośrodków, które pomagają dzieciom. Ona za nic nie musi płacić, a przecież nie mieszka gdzieś daleko na drugiej półkuli ziemskiej.
Proszę sobie wyobrazić transpłciowe dziecko, które nie ma wsparcia rodziców, także tego finansowego. Taki młody człowiek nie ma szansy na zmianę swojego życia, na choćby polepszenie swojego samopoczucia. W Polsce wszystko kosztuje: za wizyty u specjalistów trzeba płacić, za badania, hormony też, nie mówiąc już o bardzo drogiej operacji. To oznacza, że takiego dziecka nie stać… na bycie sobą.

Czy pan boi się czasem o swoją córkę? Czytałam już o was artykuł na portalu plotkarskim Pudelek!
– Tak codziennie boję się o Wiktorię, bo żyjemy w społeczeństwie, które mało wie. A to, że „wylądowaliśmy” na Pudelku, jest ceną za to, że podjęliśmy razem decyzję, by walczyć o to, żeby ostatecznie społeczeństwo wiedziało więcej. Nigdy nie chciałam być aktywistą, a powoli się nim staję. Nie chciałem też, by pisał o mojej rodzinie Pudelek. Jak zobaczyłem tę notkę, to zadrżałem. Gdzieś w internecie napisali, że moja córka „zmieniła płeć” i włożyli to w moje usta, więc dostałem pasji! Ale teraz myślę sobie, że jeśli nagle ktoś uważa, że dyskusja o transpłciowości, może się „klikać”, to dla tego tematu – dla uświadamiania społeczeństwa, czym jest transpłciowość – to jest okej.

Tym bardziej że uznano, że tematem tego newsa będzie fakt, że moja córka musiała mnie pozwać. Okazuje się, że nawet w mainstreamowym medium możemy rozmawiać, dostrzegając złożoność życia osób transpłciowych.

Ale żeby było jasne: nigdy bym nie napisał tej książki i nie udzieliłbym pani tego wywiadu, gdybym nie miał tego przegadanego z córką i gdyby Wiktoria na to nie wyraziła zgody. Pierwsza fala medialnego zainteresowania nami nastąpił w czerwcu po moim wywiadzie w „Replice”. Pamiętam, że pod koniec dnia rozmawiałem z Wiktorią. Spytałem ją: „Jak ty się czujesz z tym, co się wydarzyło?” Powiedziała: Tak, jestem dziś zmęczona, ale wiesz co jest w tym w wszystkim najlepsze? Że wszyscy mówią, że ja jestem twoją CÓRKĄ! Ona wtedy publicznie się stała. Jakby narodziła się na nowo. To jest największy zysk całego tego zamieszania.

 

 

Zobacz także: Czy stać nas choć na odrobinę zrozumienia? Proszę was o chwilę refleksji, tylko tyle

 

 


Lifestyle Zdrowie

Jak rozpoznać osobę emocjonalnie niedostępną i nie marnować na nią czasu?

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
25 listopada 2021
Fot. Jonatan Becerra/unsplash
 

Uczucia mogą zranić, przytłoczyć, zniszczyć. Dla osób niedostępnych emocjonalnie wypowiedzenie nawet kilku miłych i czułych słów, jest przyznaniem się do słabości. Ci emocjonalnie niedostępni unikają „wrażliwych” momentów. Być może boją się stworzyć prawdziwy związek. Nie chcą się zaangażować. Jak rozpoznać takich facetów, by nie marnować na nich czasu? By nie dać się zranić i skrzywdzić.

Emocjonalnie niedostępny a nieśmiały w randkowaniu

Pomiędzy tymi dwiema osobowościami jest wyraźna różnica. Mężczyzna nieśmiały w randkowaniu otwiera się, ale powoli. Potrzebuje czasu. Jest ostrożny i rozważny w wyrażaniu emocji. Jak się zakocha to już do grobowej deski. Z kolei ten emocjonalnie niedostępny jest nieosiągalny, jakby poza zasięgiem. Wycisza swoje uczucia, odcina emocje, unika przywiązania. Być może takie zachowanie wynika z trudnego dzieciństwie bądź krzywdzącej relacji w życiu dorosłym.

Ktoś kto jest emocjonalnie niedostępny ma nie tylko problem z wyrażaniem emocji. Nie chce ich także przyjmować. Wzbrania się. Stawia wokół siebie ogromny, trudny do przeskoczenia mur. Odpycha od siebie osobę, która nawet powolutku, po cichutku, na paluszkach próbuje się zbliżyć.

Jak rozpoznać osobę emocjonalnie niedostępną?

Przejdźmy do meritum. Typ emocjonalnie niedostępny może manifestować się na różne sposoby, jednak są pewne oznaki, które wskazują, że właśnie z takim facetem masz do czynienia.

  1. Nie był w poważnym związku

Fakt, że mężczyzna nigdy nie był w długim i poważnym związku wskazuje na to, że nie jest do tego zdolny. Nie potrafi, nie umie i nie chce wiązać się na dłużej. Jest zamknięty. Wzbrania się i ucieka od poważnych rozmów.

  1. Nie mówi o uczuciach

Niedostępny emocjonalnie facet nie będzie angażował się w rozmowy o uczuciach i wspólnej przyszłości. Kiedy próbujesz nawiązać z nim połączenie, przerywa.

  1. Kontakt z nim jest utrudniony

Minęło już kilka godzin, a ty wciąż czekasz na odpowiedź. Wiadomość sms wysłałaś przecież tak dawno! Jeśli już od samego początku, kontakt z twoim partnerem jest utrudniony, powinna zapalić ci się w głowie czerwona lampka.

  1. Uważa, że uczucia są słabe

Zdaniem osób emocjonalnie niedostępnych uczucia są słabe i przereklamowane. Potrzeby emocjonalne kojarzą im się wyłącznie negatywnie. Czują się niekomfortowo kiedy zaczynasz mówić o tym co do nich czujesz.

  1. Nie jest czuły

Jeśli wasze życie intymne pozostawia wiele do życzenia, jest niezwykle łagodne i delikatne to najprawdopodobniej masz do czynienia z mężczyzną niedostępnym emocjonalnie. Tacy faceci nie lubią dotyku, przytulania, bliskości. Nie zaznasz od nich małych, słodkich gestów. Nie dostaniesz kwiatów, ani nie zostaniesz zaproszona na wymarzoną, romantyczną randkę.

  1. Uważa, że jesteś „intensywna”

Intensywna to delikatnie powiedziane. Tak naprawdę uważa, że jesteś nachalna. Wyznając emocje narzucasz się. Próbujesz przejąć nad nimi władzę. Chcesz manipulować.

  1. Traktuje cię z pogardą

Choć w głębi serca masz nadzieję, że jemu na tobie zależy i niedługo się otworzy, to wciąż czujesz, że traktuje cię z pogardą. Przy takim typie faceta nie poczujesz się prawdziwą, wartościową i docenioną kobietą. Zawsze będziesz myślała, że jesteś od niego gorsza. Prawda jest zupełnie inna!

  1. Nie angażuje się w związek

Niedostępny emocjonalnie facet nie dorasta ci do pięt. Nie angażuje się w związek w tak dużym stopniu jak ty. Nie stara się, by ci zaimponować czy sprawić przyjemność. Masz wrażenie, że jesteś mu obojętna? Uciekaj gdzie pieprz rośnie!

  1. Wszystko musi być po jego myśli

To on podejmuje decyzje i rządzi w związku. Jest panem i władcą. Nie mówi o uczuciach, bo tego nie chce i nie potrzebuje. Będzie tak, jak on zadecydował. Niekiedy też odgrywa rolę ofiary, by uniknąć odpowiedzialności za swoje zachowanie.

 

 


Lifestyle Zdrowie

Katarzyna. Kobieta, która może osiągnąć wszystko. Ale bliscy nie mają z nią łatwo

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
25 listopada 2021
Fot. iStock/max-kegfire

Nie wiadomo, czy jest na świecie kobieta tak pełna sprzeczności. Katarzyny potrafią być empatycznymi aniołami i bezwzględnymi diabłami, gdy coś lub ktoś stoi im na drodze do celu. Jeśli jesteś z nimi blisko, zapamiętaj, nie mają najłatwiejszego charakteru.

Duże znaczenie ma też układ gwiazd, gdy Katarzyna się rodzi. Bo planety wzmacniają albo osłabiają wpływ imienia. Imię Katarzyna jest najlepsze dla kobiet spod znaku Raka, Skorpiona, Wodnika, Ryb i Panny.

Ma silną osobowość, która objawia się już w dzieciństwie. Mała Kasia lubi być liderką w grupie, jeśli jej się to nie udaje, często obraża się i woli spędzać czas w samotności. Żyje według zasady: „wszystko albo nic”. Jednocześnie jest czułym i wrażliwym dzieckiem, które chciałoby mieć dużo przyjaciół.  Jako dorosła kobieta też ma dwoistą naturę. Silna, a jednocześnie uwielbia mieć wsparcie kogoś bliskiego. Ceni sobie wolność, niezależność, ale kocha wracać do wspomnień i uwielbia tradycję. Chętnie buduje związek, kocha dom, dzieci, ale jednocześnie musi zostawić sobie kawałek niezależności. Mocną stroną Katarzyny jest to, że potrafi pokonać największe trudności, a każdy wstrząs prowadzi ją ku lepszemu życiu.

Jest kochającą matką, dobrą żoną, ale uwielbia flirtować i kokietować

Gdzieś w sercu nieustannie marzy o mężczyźnie idealnym i ciężko ją zadowolić. Partner musi jej w czymś imponować, ponieważ sama pogłębia wiedzę, chce mieć partnera mądrego. Ceni odpowiedzialność.

Energiczna, pełna radości życia, gdy ktoś prosi ją o pomoc– zawsze jest. Jednocześnie potrafi surowo oceniać innych, szczególnie ludzi dwulicowych i zakłamanych. Ale łatwo wybacza i nie pamięta wyrządzonych jej krzywd. Zazwyczaj jest zaradna. Najczęściej jest utalentowana, potrafi zarabiać z pasji, bywa bardzo wymagającą szefową. Ma dobrą pamięć, analityczny umysł, a to pozwala  jej osiągnąć sukces. Jeśli wykorzysta dary, które dostała od losu, może osiągnąć to, co chce. Świetnie sobie radzi jako pisarka, dziennikarka, nauczycielka, psycholog, psychiatra, prezenterka, modelka. Dobrze będzie czuła się w zawodach artystycznych. Na pewno powinna wykonywać zawód, w którym jej indywidualizm nie jest tłamszony.

Katarzyna to numerologiczna dziewiątka

Dziewiątka wzmacnia niezależność poglądów, daje wrażliwość, uczuciowość i bardzo dobrą intuicję. Katarzyny mają zwykle duży potencjał duchowy. Najczęściej jednak jej słabą stroną jest wrażliwa psychika. Katarzyna łatwo wybacza, w późniejszym wieku realizuje marzenia z młodości.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych trzecie najbardziej popularne imię w Polsce, po 2004 tylko jeden procent rodziców nadaje dziecku imię Kasia. Kolor Katarzyn to czerwony, planeta Merkury.

Imię Katarzyna pochodzi od greckiego słowa „katharos”, czysty, bez skazy. Najbardziej popularną datą obchodzenia imienin jest 25 listopada.

Drogie Katarzyny, wszystkiego najlepszego!


Zobacz także

Zrób z siebie Barbie. Są kobiety, które poświęcą wiele, by wyglądać jak plastikowa lalka. Gdzie leżą granice?

6 objawów raka jamy ustnej, które mogą być mylące

Kobieca szafa bez dna? Nawet ona ma granice, na które żadna z nas nie musi się oglądać