Dom i wnętrze Porady

Skrzydłokwiat zdobi wnętrze i oczyszcza powietrze. Odpowiednio pielęgnowany może kwitnąć przez cały rok

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
8 grudnia 2021
Skrzydłokwiat
Fot. iStock
 

Skrzydłokwiat to roślina, która jest cenioną żywą ozdobą wnętrz, wyróżniającą się swoimi strzelistymi kwiatostanami. Wygląd to nie jedyna zaleta skrzydłokwiatu — potrafi on również oczyszczać powietrze ze szkodliwych substancji, takich jak: formaldehyd, benzen, ksylen, trichloroeten, czy tlenek węgla. Aby pięknie wyglądał przez cały rok i spełniał swoją oczyszczającą funkcję, trzeba o niego odpowiednio dbać. Jakich warunków potrzebuje skrzydłokwiat, by czuł się w mieszkaniu dobrze?

Skrzydłokwiat — wygląd

Skrzydłokwiat jest rośliną naturalnie występującą na terenach Ameryki Środkowej i Południowej. Porasta niższe partie lasów równikowych, gdzie nie ma zbyt wiele światła, co przekłada się na zasady jego pielęgnacji w mieszkaniu. Skrzydłokwiat wygląda dość charakterystycznie, dzięki gęstym, ukształtowanym lancetowato ciemnozielonym liściom, wyrastającym z łodyg osiągających długość nawet 30 cm. Gdy skrzydłokwiat zakwita, pojawiają się pędach białe kwiaty o subtelnym zapachu, kojarzące się kształtem ze skrzydłami, skąd też wzięła się jego nazwa.

Skrzydłokwiat

Fot. iStock/Skrzydłokwiat

Skrzydłokwiat — odmiany:

W sprzedaży dostępnych jest wiele ciekawych odmian tej rośliny, różniących się od siebie wysokością, kształtem liści, czy wielkością kwiatów. Warto zwrócić uwagę na takie odmiany skrzydłokwiatu jak:

  • skrzydłokwiat Wallisa 'Sensation’ (Spathiphyllum wallisii) –  najczęściej spotykany gatunek skrzydłokwiatu w domach, dorasta do 180 cm wysokości;
  • odmiana skrzydłokwiatu Wallisa 'Euro Giant’ (Spathiphyllum wallisii) – osiąga około 100 cm wysokości;
  • skrzydłokwiat kwiecisty 'Sweet Silvio’ (Spathiphyllum floribundum) – dorasta do około 60-80 cm wysokości;
  • miniaturowa odmiana 'Pearl Cupido’ – osiąga ok. 30 cm wysokości.

Skrzydłokwiat — pielęgnacja

Gdzie postawić doniczkę ze skrzydłokwiatem?

Aby skrzydłokwiat czuł się dobrze w mieszkaniu, trzeba mu zapewnić stanowisko jasne, ale nienarażone na ostre promienie słoneczne. Nadmiar ostrych promieni słonecznych poparzy liście rośliny. Najlepiej posłuży mu miejsce o dużej ilości rozproszonego światła, najlepiej obok parapetu południowego lub zachodniego. Ale bez problemu poradzi sobie także na parapecie okna od północy. Zimą można odważniej stawiać go na parapecie, ponieważ w tym czasie skrzydłokwiaty potrzebują nieco więcej światła.

Nie należy stawiać doniczki w przeciągu oraz w pobliżu wyziewów z urządzeń gazowych, należy także uważać na zasolenie ziemi, ponieważ dla skrzydłokwiatów jest to bardzo szkodliwe. Trzeba również zadbać o właściwą temperaturę, która powinna wynosić latem ok. 18-22º C, natomiast zimą powinna być ciut niższa, ok. 16-18ºC zimą. Nie można jednak dopuszczać do dużych spadków, poniżej 12º C, ponieważ może oznaczać to śmierć dla rośliny.

Skrzydłokwiat

fot. iStock/Skrzydłokwiat

Jaka ziemia do skrzydłokwiatu?

Skrzydłokwiatom najlepiej posłuży ziemia żyzna, próchnicza i wilgotna, najlepiej, by miała odczyn lekko kwaśny (pH 5-6). Konieczna jest przy tym warstwa drenażowa, np. keramzyt, która odprowadzi nadmiar wody z doniczki. Można go uprawiać także bez podłoża, na pożywkach wodnych. Skrzydłokwiaty są wrażliwe na duże zasolenie gleby.

Skrzydłokwiat — podlewanie, zraszanie

Skrzydłokwiat lubi mieć wysoką wilgotność podłoża oraz powietrza, co wynika z jego pochodzenia z obszarów lasów równikowych. Latem trzeba go podlewać odstałą wodą przegotowaną, nawet 3-4 razy w tygodniu, a zimą nieco rzadziej, 1-2 razy w tygodniu. Warto wiedzieć, że mimo tych preferencji, w awaryjnych sytuacjach skrzydłokwiaty dobrze sobie chwilowe przesuszenie. Mimo tego, że lubi wilgoć, nie można doprowadzać do zastojów wodnych, ponieważ to może być zabójcze dla rośliny.

Aby zapewnić właściwą wilgotność, dobrze jest często zraszać jego liście (latem nawet co drugi dzień) wodą o temperaturze pokojowej. Skrzydłokwiat lubi także przecieranie liści z kurzu wilgotną ściereczką, ale należy unikać stosowania preparatów nabłyszczających liście. W czasie intensywnego wzrostu roślinę należy zasilać nawozem do kwitnących roślin doniczkowych, zgodnie z zaleceniem producenta danego preparatu.

Kiedy przesadzić skrzydłokwiat?

Przesadzanie najlepiej zaplanować na wiosnę, gdy korzenie zaczynają wyrastać już poza doniczkę. Przesadzając go należy zapewnić nową doniczkę, nieco wyższej od poprzedniej, ze względu na szybko rozrastający się system korzeniowy. Można przy okazji rozdzielić bryłę korzeniową na dwie części i włożyć do innych doniczek, jako dwie rośliny. Zabieg rozsadzania warto przeprowadzać co 3-4 lata jako sposób na odświeżenie rośliny.

Skrzydłokwiat

Fot. iStock/Skrzydłokwiat

Co jeszcze warto wiedzieć?

Skrzydłokwiatów nie trzeba podcinać, ponieważ cały czas utrzymują gęsty pokrój. Natomiast usuwamy z niego przekwitłe kwiatostany i uschnięte liście.

Choć skrzydłokwiaty są raczej odporne na szkodniki, to egzemplarzom bytującym w otoczeniu ze zbyt niską wilgotnością powietrza mogą zagrażać mszyce i przędziorki.

Trujący skrzydłokwiat

Trzeba przy okazji powiedzieć, że skrzydłokwiat jest rośliną trującą. W jego soku znajdują się kryształy szczawianu wapnia oraz alkaloidy. Nadgryzienie lub zjedzenie przez dziecko, lub zwierzę, skrzydłokwiatu może wywołać dokuczliwe problemy żołądkowo-jelitowe, wysypkę na skórze, zaczerwienienie i obrzęk języka i gardła.

Ile trwa kwitnienie skrzydłokwiatu?

Najczęściej kwiaty pojawiają się od marca do września i mogą się utrzymywać nawet do nawet trzech miesięcy. Rzadziej zdarza się, że skrzydłokwiat zakwitnie także zimą, a wtedy okres kwitnienia wydłuża się praktycznie do roku czasu. Aby do tego doszło, konieczne są odpowiednie warunki, głównie wysoka wilgotność powietrza i stale wilgotne podłoże.


źródło:  twojogrodek.pl

Dom i wnętrze Porady

Robert Motyka z Paranienormalnych: modlę się, by przyśniła mi się mama i doceniam każdą chwilę z tatą

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 grudnia 2021
 

Mając 15 lat, wyprowadził się z domu z Sieniawy Żarskiej i potem rzadko go odwiedzał. Został komikiem (Paranienormalni) i stand-uperem. W nowym programie TTV „Rzeczy, których nie nauczył mnie mój ojciec” – Robert i jego tata Tadeusz porwali się na remont pawilonu, by powstał w nim wiejski lumpeks. Po trzydziestu latach obydwaj mają do załatwienia parę innych spraw. Rozmawiamy z Robertem o świadomym ojcostwie, relacji z chorym ojcem i o miłości jego życia. Tej od pierwszego wejrzenia.

Jak będzie nazywa się lumpeks twojego taty?

– Sklep już działa, ale nazwy nie ma. Dlatego na Instagramie zorganizowałem konkurs i wygrała „Szmatka u Tadka”. Na święta jadę do taty i spróbuję zorganizować szyld. Sporo osób pisało do mnie z pytaniem, gdzie dokładnie jest ten sklep, bo chcą tam jechać na zakupy. Może podchodzę do tego zbyt emocjonalnie, ale włożyliśmy w remont kawał serca? Dla taty to nie jest zwyczajna praca, ale zajęcie, które wyznacza mu rytm dnia. On fajnie odnajduje się w rozmowach z ludźmi. Wielu przyjeżdża nie po ciuchy, ale po to, by z nim pogadać.

Jak twój tata znosi popularność?

– Dla taty wszystko skończyło się, kiedy zgasły kamery i ekipa filmowa wyjechała latem z Sieniawy. Po trzech tygodniach filmowania emocje opadły, ale od tej pory dzwonimy do siebie codziennie, ja mówię: „halo Warszawa”, a on: „halo Sieniawa!” Takie mamy hasło, po którym pada kilka krótkich żołnierskich, ale serdecznych zdań. Kiedy zaproszono nas niedawno do studia „Dzień Dobry TVN”, tata już dzień wcześniej mówił, że może on nie pójdzie, bo to jednak telewizja na żywo. Jednak kiedy wjechaliśmy na górę do studia i drzwi windy otworzyły się, popatrzył i powiedział tylko:

„Synek, ale dlaczego tu jest tyle ludzi?”. Potem dziwił się, że wszyscy go witają: „Panie Tadeuszu”. Ja mu powiedziałem: „Tata, ale ty przecież jesteś gwiazdą. Ludzie cię lubią i znają”.

Jak mówię, że fani chwalą jego cudowne powiedzonka, on macha ręką. Ma taki zwyczaj, że przyjmuje komplementy, tak samo jak nimi częstuje, czyli oszczędnie.

Robert, ty podczas programu często płakałeś. Nie wstydziłeś się?

– Jestem kolesiem, który nie wstydzi się pokazać, że czegoś nie potrafi albo że się wzrusza. Normalnie płaczę, a czasem potrafię się obsmarkać i potrzebuję kilku minut, by dojść do siebie. Ludzie wcześniej postrzegali mnie przez pryzmat estrady, gdzie zawsze jestem pod krawatem, dobrze uczesany i taki „ą”, „ę”. Może wyobrażali sobie, że jestem celebrytą, które żyje w zamku i mam złote klamki? Tymczasem okazuje się, że jestem facetem, który wychował się w niewielkiej Sieniawie. My z ojcem bardzo zbliżyliśmy się podczas trwania programu. Przez lata te uczucia, które były tłumione, naturalnie eksplodowały.

Nie bałeś się, że to zostanie odczytane jako niemęskie?

– Być mężczyzną to nie znaczy, że trzeba mieć duże mięśnie i groźną brew. Moim zdaniem to odpowiedzialność najbardziej świadczy o męskości. Od ojca nauczyłem się dotrzymywać „słowa honoru”. Dla nas obu to są wiążące słowa, które sprawiają, że nie trzeba podpisywać umowy ani stawiać pieczątek. Oczywiście to dziś traci na znaczeniu. W jednym z odcinków opowiadałem, że pożyczyłem komuś pieniądze i do tej pory nie mogę ich odzyskać. Ojciec mówi, że bywam naiwny, ale ja zrobiłem to, bo ktoś mi kiedyś pomógł i chciałem, by dobro krążyło po świecie. Dlatego też nie wstydzę się łez. Czasem tylko obawiałem się, że widz pomyśli, że tego płakania w programie było za dużo i że Motyka beczy pod publiczkę. Pamiętam taki moment, kiedy poszliśmy z ojcem na cmentarz, by odwiedzić grób mamy, ekipa zachowała się wspaniale. Kamery odjechały, prawie ich nie widzieliśmy, nie filmowano naszych twarzy i naprawdę przeżyliśmy z tatą bardzo intymny dobry moment.

Uczysz syna, że emocji nie można tłumić?

– Kiedyś mówiłem do syna: „Bądź twardy, nie rozklejaj się”. Ale dziś wiem, że te hasła nie działają. Jeżeli ktoś płacze i to niezależnie czy dziewczyna, czy chłopak, trzeba mu dać popłakać. Kiedy mój syn albo córka nie radzą sobie z emocjami, bo np. nie zaliczyli testu, to nie wchodzę w tę sytuację z butami i nie mówię, żeby się ogarnęli. W takim momencie człowiek potrzebuje wsparcia i bliskości. Mówię więc, że mi przykro i że rozumiem, co czują, bo to bardziej pomaga niż stawianie do pionu. Jako rodzic jednak daję do zrozumienia, że mogę pomóc.

Michael Jordan, którego uwielbiam, powiedział, że dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą. Ja się tego trzymam.

Starasz się nie popełniać tych błędów, które popełnił twój ojciec?

– Jasne. Wczoraj mój syn, który ma 22 lata, przyszedł i powiedział, że chciałby ze mną wypróbować drona. W pierwszym odruchu miałem ochotę powiedzieć: „Daj spokój!” Byłem zaspany, leżałem pod kocem. Spojrzałem na termometr, było minus 3°C i szaro z oknem. Ale mu powiedziałam: „Stary jasna sprawa” i poszliśmy na łąkę. Nie jestem oczywiście idealnym ojcem, zdarzało mi się, że odpisywałem ludziom na smartfonie nieistotne rzeczy, kiedy dzieci do mnie przychodziły z prośbą o pomoc. Potrafiłem je ignorować. Dopiero moja córka postawiła mnie do pionu.

A czego cię nauczyła twoja żona?

– Zawsze się wzruszam, jak opowiadam, że poznaliśmy się w technikum, kiedy ona miała 16 lat, a ja 18. Spojrzałem w jej brązowy oczy i w nich przepadłem. Uważam to za wielkie szczęście, bo niektórzy ludzie całe życie szukają miłości i jej nie znajdują. Ja od początku czułem, że to jest kobieta, z którą chciałbym się zestarzeć. Zawsze będę podkreślał, że żona poświęciła swoją karierę zawodową, żebym ja mógł realizować własne marzenia. Gdybyśmy oboje postawili na pracę zawodową, chyba nie udałoby nam się zbudować szczęśliwego domu. Tym bardziej że dużo jeżdżę po Polsce z kabaretem. Monia jest inspiracją dla wielu pomysłów, to ona podsuwa mi różne fajne grafiki do plakatu czy na okładkę do płyty.

Zobacz także: Anita Lipnicka: „Kochałam, szalałam, płakałam… To wszystko człowieka zmienia”

Dlatego uważam, że mój sukces to jest nasz wspólny sukces.

Ale wracając do twojego pytania, powiem ci, że żona jest moim bezpiecznikiem, żebym nie zwariował. Kiedy widzi, że mam za dużo na głowie, to szuka możliwości, żebym odpoczął. Ona nauczyła mnie podróżować. Czasem mówi, że kupiła bilety i lecimy na kilka dni do Rzymu. Ja wtedy bronię się, bo mam dość wyjazdów z kabaretem. Ona jednak potrafi mnie namówić, że bilety teraz kosztują 99 złotych i już taka okazja się nie trafi. „Ogarnij się; ciesz się, że jesteśmy razem”, krzyczy. Ale to nie znaczy, że jestem pod pantoflem, my po prostu jesteśmy jakby jednym organizmem.

Jak czujesz się z tym, że twoja córka ma teraz dokładnie tyle lat, ile ty, gdy poznałeś żonę?

– Hania ma 16 lat i jest zakochana, ale na szczęście ja lubię jej chłopaka. To jest oczywiście trudne przeżycie dla każdego taty.

Na początku myślałem sobie: „To już koniec! On mi ją zabierze! A przed chwilą razem z córką lepiłem bałwana”.

Myślę, że moim największym sukcesem jest to, że choć nie naciskam i nie wyciągam na siłę informacji, to my z Hanią możemy rozmawiać na takie tematy. Bo ja jako dzieciak nie rozmawiałem z ojcem o moich emocjach. Kiedy teraz patrzę na Hanię i jej chłopaka, widzę wszystko przez pryzmat tego, co sam przeżyłem z Moniką. Widzę piękną miłość. Pamiętam, że gdy ktoś próbował mi przed laty powiedzieć, że Monika jest na chwilę, odgrażałem się, że to na całe życie i nie pomyliłem się. Myślę, że moja córka widzi, jakim uczuciem darzę żonę, dlatego moja relacja jest dla niej wzorem, jak budować w przyszłości rodzinę. Jestem więc spokojny i mam do córki zaufanie.

 

Robert, co ci dał ten program?

– Oglądam każdy odcinek, choć byłem tam i sam to wszystko przeżywałem. A jednak o godzinie 22.00 siadam, by znów popatrzeć na tę przygodę dwóch facetów, którzy próbują odnaleźć się pod przykrywką remontowania pomieszczenia na lumpeks. Obserwuję nasze miny. Widzę moją zachmurzoną twarz i pamiętam, że w tym momencie chciałem coś powiedzieć, ale ugryzłem się w język, choć gotowało się w mnie. Teraz jak więcej rozumiem.

Kumple mi mówią: „Stary, jak ty to wytrzymałeś? Ja po trzydziestu minutach ze swoim starym nie mam już o czym gadać!” albo: „Jakby mi ojciec tak powiedział, awantura gotowa”.

Jednak ja teraz bardziej doceniam chwile z ojcem. Być może dlatego, że nie mam już mamy. Niech nikt mi nie mówi, że czas leczy rany. Co wieczór modlę się, żeby ona mi się przyśniła, bo okropnie za nią tęsknię, ale mama – cholera jasna! – mi się nie śni. Dlatego doceniam, że ojciec jest. Nawet to, że pokłócić się z nim mogę. Jak teraz przyjeżdża do mnie do Warszawy, to przygotowuję dla niego play listę z filmami i oglądamy „Poszukiwacze zaginionej Arki”, „Parszywa dwunastka”. Mogę z nim tak pięć godzin siedzieć, choć wszystkie te filmy już widziałem.


Dom i wnętrze Porady

Oswoić emocje – jak książki mogą wspierać dzieci w trudnych chwilach?

Redakcja
Redakcja
8 grudnia 2021

Kiedy myślę o książkach dla dzieci, dzielę je na trzy podstawowe kategorie. Pierwsza to książki edukacyjne. Druga – książki, które mają dostarczać rozrywki. Trzecia to książki lekarstwa. Takie opowieści, w których dzieci odnajdą bohaterów i bohaterki, z którymi mogą się utożsamiać, które pomagają dzieciom zmierzyć się z problemami, poruszają ważne tematy, pozwalają oswoić trudne emocje. Są wsparciem nie tylko dla małych czytelników i czytelniczek, lecz również dla ich rodziców, którym często po wspólnej lekturze łatwiej zainicjować rozmowę z dzieckiem na trudny temat.

Książkowa Basia wspiera dzieci od lat!

Jedną z książkowych bohaterek, po której przygody chętnie sięgają przedszkolaki, jest Basia. Dziewczynka z krwi i kości, lubiąca żelki, miewająca humorki i zmartwienia typowe dla
każdego kilkulatka. Od ponad 10 lat kolejne roczniki dzieci wspólnie z Basią oswajają nowe sytuacje. W najnowszej książce z serii Zofia Stanecka poruszyła ważny temat dziecięcego
prawa do decydowania o sobie i swoim ciele. Wydana pod patronatem Fundacji Dajemy Dzieciom Siłę „Basia i granice” to jeden z najważniejszych tytułów, jakie w tym roku pojawiły
się na polskim rynku wydawniczym.

Uważam, że tę książkę powinny przeczytać wszystkie dzieci. Powinna się znaleźć w biblioteczce w każdym przedszkolu i stać się punktem wyjścia do warsztatów, na których nauczycielki i nauczyciele będą rozmawiać z dziećmi o szanowaniu granic. Tych cudzych i swoich własnych. W przedszkolu moich synów takie zajęcia z dziećmi połączone z lekturą Basi i granic już się odbyły. Dlaczego były potrzebne? Ponieważ większość przedszkolaków nie rozumie pojęcia granic. Podobnie jak Basia, która słysząc przy śniadaniu od zdenerwowanej zachowaniem dzieci mamy, że ta jest już „na granicy”, kojarzy te słowa wyłącznie z wakacyjnym wyjazdem. Jednocześnie odczuwa wiszące w powietrzu napięcie i do przedszkola idzie już w słabym nastroju.

Cytat: – Jestem na granicy. Jeszcze chwila, a wybuchnę. Basia spojrzała na nią z obawą. Nie chciała mieć wybuchniętej Mamy. I o jaką granicę chodziło? Przecież nigdzie nie wyjeżdżali! Basia bardzo chciała tozrozumieć, ale Franek krzyczał, a mina Mamy nie zachęcała do pytań. Poza tym i tak byli już spóźnieni.

Chce spokojnie przemyśleć poranne wydarzenia, ale co chwilę inne dzieci zawracają jej głowę. Kiedy jedna z koleżanek zaczyna Basię łaskotać wbrew jej woli, dziewczynka czuje
się już naprawdę paskudnie. I gdy wydaje się, że gorzej być nie może, Basia robi siku w rajstopki. Nie może się doczekać, aż łazienkę opuszczą inne dzieci, nie chce się przy nich
załatwiać i nie wytrzymuje.

Na szczęście w pobliżu jest wyrozumiała pani Marta, która ze spokojem wysłuchuje emocjonalnej, pełnej żalu i niezrozumienia opowieści Basi o Mamie na granicy, niechcianych
łaskotkach i niechęci do korzystania z toalety w towarzystwie. Gdy dziewczynka jest gotowa wrócić do grupy, nauczycielka rozpoczyna rozmowę z dziećmi o ich granicach. Mówi im, że mają prawo decydować, jak blisko ktoś może do nich podejść, czy chcą się przytulić. Mogą powiedzieć, że chcą pobyć same i inne osoby powinny to uszanować.

Cytat: – Nie ma się z czego śmiać – rzuciła pani Marta. – Pupy jak najbardziej też są wasze własne. Całe wasze ciała są tylko wasze i niczyje inne. To wy się nimi opiekujecie i wiecie, co one lubią, a czego nie. I to wy wyznaczacie granice, czyli mówicie innym, na ile chcecie, żeby ktoś się do was zbliżał, i czy chcecie być przytulani. I oznajmiacie, jeśli potrzebujecie pobyć sami ze sobą.Basia zerknęła na panią, a ona odwzajemniła spojrzenie i ciepło się uśmiechnęła.

Rozdaje dzieciom kredę i prosi, żeby narysowały na boisku okręgi. W ten sposób mogą pokazać kolegom i koleżankom, na ile mogą się do nich zbliżyć. Kółka są różnej wielkości,
bo dzieci mają różne granice.

Wraz z Basią dzieci mogą poznać całą paletę emocji i sposobów radzenia sobie z nimi. Pomoże w tym książka Basia. Wielka księga o uczuciach. Opisano w niej aż 45 „czuć” – tak
Basia nazywa emocje – między innymi lubienie i nielubienie, zachwyt i zaciekawienie, miłość i czułość. Ale też smutek, rozczarowanie, irytację, żałobę. Opowiadają o nich różne
osoby z otoczenia dziewczynki. Koleżanki, dziadkowie, rodzeństwo, a nawet Misiek Zdzisiek, ukochany pluszak Basi. Bohaterowie mówią, z czym kojarzą się im poszczególne
uczucia, dzielą się swoimi doświadczeniami i pomysłami na to, jak poradzić sobie ze smutkiem, stresem czy strachem.

Gdy mówienie o emocjach jest trudne…

Nie wszystkie dzieci chcą jednak o emocjach rozmawiać. Często dlatego, że nie chcą martwić rodziców – zabieganych, zestresowanych, zajętych pracą. Choć przeżywają trudne chwile, nie dają nic po sobie poznać. Tak jak rodzeństwo, którego przygody opisała Emilia Kiereś w ciepłych i niosących nadzieję książkach „Srebrny dzwoneczek” i „Złota gwiazdka”. W pierwszej z nich poznajemy siedmioletnią Marysię, spokojną dziewczynkę, którą w ciągu kilku najbliższych miesięcy czeka wiele życiowych zmian. Zostanie straszą siostrą, pójdzie do pierwszej klasy, po raz pierwszy w życiu spędzi wakacje bez rodziców, bo ciężarna mama nie ma siły na podróże. To wszystko napawa Marysię lękiem. Cieszy się, że będzie miała brata, ale nie jest pewna, czy będzie dobrą siostrą. Ma natomiast pewność co do tego, że w szkole nikt jej nie polubi, że nie będzie miała żadnych przyjaciół. Teraz jest wyśmiewana i popychana na podwórku, dlaczego w klasie miałaby być traktowana inaczej? Dorośli bagatelizują jej obawy. „Jesteś wesoła i ładna, nie da się ciebie nie lubić” – mówią i uważają sprawę za zamkniętą.

Cytat: – …Nie wiem, czy te wszystkie dzieci… no… czy będą miłe… i czy w ogóle mnie polubią. Ciocia spojrzała na nią poważnie. – Ciebie nie można nie lubić – zapewniła. – Na pewno znajdziesz wielu przyjaciół. Mówiła to samo co rodzice! – a jednak Marysia nie poczuła się bardzo pokrzepiona.

W trakcie wakacji na wsi u cioci Marysia poznaje dziewczynkę, która jest bardziej nieśmiała od niej samej. I znajduje w sobie siłę, żeby przekonać koleżankę, że mogą się zaprzyjaźnić i miło spędzać razem czas. Ratuje też kota dręczonego przez dzieci z sąsiedztwa i dotrzymuje towarzystwa samotnej starszej pani, która mieszka za płotem. To wszystko sprawia, że staje się odważniejsza i zaczyna patrzeć w przyszłość z nadzieją, a nie z lękiem.

O tym, że Marysia została dobrą siostrą, przekonujemy się podczas lektury Złotej gwiazdki – toczącej się kilka lat później historii Antka, którego narodzinami zakończył się Srebrny
dzwoneczek. Tym razem to chłopiec uczy się nowej roli. Niedawno przestał być najmłodszym dzieckiem w rodzinie i musi pogodzić się z tym, że mama poświęca większość czasu
noworodkowi. Wydaje mu się, że nikt nie zwraca na niego uwagi, że jest nikomu niepotrzebny. Zazdrość miesza się z miłością do małego braciszka, Stasia. Nieczęsto w literaturze dziecięcej opisywane są emocje środkowego dziecka, które na nowo musi zdefiniować swoje miejsce w rodzinie.

Cytat: Stasiek zaczął popłakiwać głośniej, więc mama przemówiła do niego łagodnie i cicho, głaszcząc go po łysawej główce. Antek spojrzał na nich przeciągle, czując nagle lekkie ukłucie gdzieś w środku. Naszła go ochota, żeby przytulić się do mamy, ale wydawało mu się, że w tej chwili byłoby to nie na miejscu. W tej chwili mama należała do Staśka.

Perspektywa chłopca zmienia się, kiedy poznaje dziewczynkę tęskniącą za bratem, który czeka w szpitalu na poważną operację. Antek stara się, żeby Iga nie spędziła nadchodzącego
Bożego Narodzenia samotnie. Pomaga jej uporać się z lękiem i smutkiem z powodu rozdzielenia z całą rodziną – szpital jest daleko, a rodzice dziewczynki czuwają przy łóżku
syna. To kolejny motyw, który rzadko pojawia się w książkach dla dzieci. Przyjaciele są dla siebie wsparciem w trudnych chwilach. Tym wsparciem mogą się podzielić z dziećmi, które sięgną po książki.

Możliwość utożsamienia się z osobą, która przeżywa podobne rozterki, może być dla dzieci bardzo wspierająca. Książkowe historie dla najmłodszych bowiem zazwyczaj dobrze się
kończą, podsuwają też pomysły na rozwiązanie problemów. Już sama świadomość, że na świecie jest więcej małych ludzi, borykających się z podobnymi problemami, może dodać
otuchy.


Zobacz także

Design w ulubionym pomieszczeniu ma wielkie znaczenie. Minimalizm zawsze będzie na czasie

„Mamo, nie jestem już dzieckiem”. Poznasz to po pokoju

3 inspiracje na niezwykle proste walentynkowe DIY