Szukam żony dla mojego taty. Zmieniam życia na lepsze od ręki…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
25 kwietnia 2016
Szukam żony dla mojego taty. Zmieniam życia na lepsze od ręki...
Fot. iStock / triloks
 

Na niebieskiej, świeżo malowanej ławce pod moim blokiem, ktoś przykleił kartkę. A może nie przykleił jej tam wcale, tylko oderwała się od jakiegoś słupa ogłoszeniowego, a wiatr przywiał ją tutaj z daleka, na ten kwadratowy placyk z fontannami, małym, wesołym klombem kolorowych kwiatów i porzuconą dziecięcą zabawką – ciężarówką z plastiku. Na kartce, trzepoczącej delikatnie jedną stroną, ów ktoś napisał dwa zdania: Szukam Żony dla Mojego Taty. Musi być najlepsza. Pod spodem widniał numer telefonu komórkowego i śmieszny, dziecięcy rysunek, skopiowany lub zeskanowany i powielony w czarno-białym kolorze. Na rysunku dom, taki dokładnie jak malują go dzieci: prostokąt i dach z trójkąta, a na tym prostokącie trzy postacie – dwie duże i jedna mniejsza. Ścisnęło mnie za gardło. Dlaczego? Nie nadaję się na żonę, a nawet jeśli, to już jeden mąż popełnił to szaleństwo i się ze mną ożenił. Mimo to, zanotowałam skrzętnie ten numer telefonu, bo zdarzenie to wydało mi się tak piękne, że warte choćby upamiętnienia banalną notką w telefonie. Tego popołudnia wybrałam zapisany czarnym atramentem numer.

–  Halo, słucham? – powiedział zdecydowany głos męski, ani trochę nie dziecięcy. – Dzień dobry, ja dzwonię w sprawie ogłoszenia. – Ogłoszenia? – Tak. Wie pan, na moim osiedlu, na ławce z napisem „świeżo malowane” znalazłam karteczkę z tym numerem telefonu. – Z tym numerem? A co ja niby mam do zaoferowania?

– Pan nie oferuje, pan szuka. A właściwie nie pan, tylko pana córka lub syn. Ale ja nie dzwonię dlatego, że mogę nią być. Tą żoną. Ja dzwonię, bo mnie ta karteczka wzruszyła. Jestem dziennikarką i…

Chwila niezręcznej ciszy. Dociera do mnie, że to może jakiś dziecięcy psikus, zaczynam przepraszać i tłumaczyć się głupio, ale męski głos przerywa mi szybko.

– To są jakieś kpiny. Proszę sobie nie robić żartów. Do widzenia!

Siedzę jeszcze przez chwilę w poczuciu, że zrobiłam coś niewyobrażalnie głupiego, gdy w moim ręku zaczyna wibrować telefon. To ON. Facet z ogłoszenia.

– Przepraszam panią. Źle panią potraktowałem. Córka napisała te ogłoszenia w zeszłym tygodniu. Od śmierci żony ma takie dziwne pomysły. Ona myśli, że…

– Że panu źle samemu, że kogoś pan potrzebuje?

– Tak, chyba tak.

– Denerwuje to pana? Myślę, że to to cudowne, że córka chce by był pan szczęśliwy. Ale z drugiej strony… Co one mogą wiedzieć o nas, te dzieci. I o naszym dorosłym życiu. Niech pan to ukróci. Nie można przecież dzieciom pozwalać by kierowały naszym dorosłym życiem.

– Myśli pani? O, moja córka jest bardzo mądra. Ona bardzo dużo widzi, wie pani. Wie, że będę miał katar, zanim jeszcze zacznie mnie kręcić w nosie. Ufam jej w tych sprawach.

– Zgoda, w sprawie kataru. No, ale nie powinna przecież zajmować się pana życiem miłosnym, prawda? Pan wie najlepiej, co dla pana dobre. Pan jest dorosły. Sam mógłby jej pan coś doradzić w tej kwestii. Ile ona ma lat? 9?

– 11, jest całkiem dużą dziewczynką. Rozsądną. To już cztery lata, od kiedy żony nie ma, wie pani. Ale ja naprawdę nikogo nie szukam, tylko głos pani wydał się zachęcający do rozmowy. Ja tak mało rozmawiam ostatnio. Chyba, że w pracy. Ale to nie są rozmowy o życiu, o tęsknocie.

– Pewnie córka myśli, że pan tęskni za drugim człowiekiem. Niech pan jej powie, że to nieprawda. Niech się niepotrzebnie nie martwi.

– Tak… Właściwie, to wie pani… Ja tęsknię za drugim człowiekiem. Dziękuję.

Kończymy rozmowę, a ja czuję, że mała dziewczynka, która napisała czarnym atramentem dwa krótkie zdania zmieniła dziś nie jedno, lecz dwa życia. A kto wie, czy nie więcej.


Kiedy mnie już nie będzie… „Na zmartwienia dobra jest też miłość. Nie czekaj z tym długo, po co czekać na szczęście?”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 kwietnia 2016
Fot. iStock /  Yulia Popkova
Fot. iStock / Yulia Popkova
 

Kiedy ponad trzy lata temu moja bliska znajoma zachorowała nieuleczalnie, rozpoczęliśmy – my, jej przyjaciele i Marcin, mąż Kasi – smutne zajęcia z życia, zakończone trudnym do zaliczenia testem z emocji.

Dziwne i okropne było to uczucie: patrzeć na nią, młodą i silną swoim przekonaniem, że to się przecież nie może tak po prostu skończyć, a jednocześnie wiedzieć, że tym razem cud się nie wydarzy. Chyba na ten cud właśnie czekaliśmy do końca, bo to jej uśmiech, nawet ten wykrzywiony cierpieniem fizycznym łudził nas i kazał wierzyć, że ktoś kto się tak uśmiecha, umrzeć nie może. Nadzieje okazały się iluzją, Kasia odeszła od nas pewnego kwietniowego poranka, dwa lata temu. Odeszła – tak zawsze mówi o Kasi jej mąż, bo w tych słowach brzmi nadzieja, że Kasia wróci. Umrzeć to co innego. Umieranie to ostateczność. A dla niego jej brak wciąż nie jest „ostateczny”.

Kasia zostawiła Marcinowi list. Listy pisywała do nas często, zwłaszcza w ostatnich miesiącach przed śmiercią. Mówiła, że pomagają jej one „wszystko uporządkować”.  Takie straszne wydawało mi się wówczas to kasine „porządkowanie rzeczywistości”. List do Marcina, za jego zgodą i na jej życzenie, by „ktoś się jeszcze nad tym zatrzymał, zanim odejdzie od kogoś drugiego, niekoniecznie na zawsze, ale może za kimś innym” cytuję niżej, trochę z pamięci, jak dowód miłości kobiety do mężczyzny. Miłości ponad umieranie.

Kochany Mężu,

Więc mnie już nie ma. To znaczy jeszcze jestem, ale i ja wiem i ty dobrze wiesz, że już za chwilę rozpłynę się gdzieś, zostanę twoim wspomnieniem, może głosem w twojej głowie, albo obrazem przed oczami. Ja wiem, co teraz pomyślisz, dlatego nie poproszę „ nie zapominaj”. Poproszę: pamiętaj to, co piękne, dobre. Nasze pierwsze wakacje w Zakopanym i mój pierwszy zjazd na desce snowboardowej w pingwinki. Śmiałeś się wtedy, że czapka zsunęła mi się na oczy, a ja tak się bałam, że nie ośmieliłam się jej poprawić. Pamiętaj, że dobre życie składa się z pięknych wspomnień.

Słyszę już jak mówisz to swoje „Ale nie mów do mnie jak do dziecka”…  „Jak to dobrze – szeptała wczoraj twoja mama, bojąc się, że usłyszę – że oni nie mieli dzieci”… Widzisz, to kolejny dowód na to, że jestem już bardziej czasem przeszłym :)Ale nadal nie wiem czy to dobrze, że nie mieliśmy dzieci. Kiedy umiera matka, wszyscy dzieci żałują. Jednak (wiem to egoistyczne) nasze dziecko byłoby przecież jakąś cząstką mnie na tej ziemi, elementem mnie, takim materialnym, którym mógłbyś się zająć, żeby się już tak nie martwić tym moim umieraniem. Bo na zmartwienia najlepsze są obowiązki, pamiętasz?

Na zmartwienia dobra jest też miłość. My przysięgaliśmy sobie tę dozgonną, do śmierci. Żadnej innej od Ciebie bym nie chciała. Zostajesz po stronie życia, tu też jest miłość, ta rzeczywista. Tam, gdzie odejdę miłość jest bardziej fotografią zmarłej żony, w albumie, na regale. Ja wiem, wierzę, chcę bardzo i proszę: postaw JEJ zdjęcie w miejsce mojego, tuż przy łóżku, przy szafce na książki. I nie czekaj z tym długo, po co czekać na szczęście? To jest rzecz najważniejsza.

Kiedy się znowu zakochasz… Już widzę, jak zaprzeczasz ruchem tej swojej mądrej głowy (bardzo kocham Twoją głowę). Zakochasz się, wiem to. I to pewnie będzie na zawsze. Ty nie zakochujesz się na chwilę. Nasze „zawsze”, Kochanie, to jeszcze może kilka tygodni, a może krócej? Ale Wasze „zawsze” może trwać o wiele dłużej. Będzie trwało na pewno. Więc bądź znów czyimś mężem i daj o siebie dbać Twojej żonie.  I powiedz jej to wszystko, o czym nie bałeś się powiedzieć mi. Ona na pewno zrozumie. Będzie głaskać Twoje włosy i mówić: „Oj już nie cuduj, nie cuduj”… Albo się zaśmieje i poczujesz znowu jak to jest dobrze być razem. Tylko tyle bym dla Ciebie chciała. Nie czekaj z miłością przez pamięć o mnie. Ja już wolę – nie pamiętaj. Ale kochaj. Nie starą fotografię. Kobietę, prawdziwą, dobrą. Tak dobrą jak Ty dla mnie przez całe nasze „zawsze”.

Kocham Cię. Cześć.


Siądź z tamtą kobietą
Twarzą w twarz,
Kiedy mnie już nie będzie,
Spalcie w kominie
Moje buty i płaszcz,
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie oszukuj mile
Uśmiechem, słowem, gestem,
Dopóki jestem… dopóki jestem…

Płyń z tamtą kobietą
W górę rzek,
Kiedy mnie już nie będzie,
Znajdźcie polanę,
Smukłą sosnę i brzeg –
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie wspominaj czule,
Że mało tak się śniłem,
A przecież byłem… no przecież byłem…

Dziel z tamtą kobietą
Chleb na pół,
Kiedy mnie już nie będzie,
Kupcie firanki,
Jakąś lampę i stół,
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie bezczelnie kochaj,
Choć smutne śpiewki przędę,
Bo przecież będę… no przecież będę…

Agnieszka Osiecka, „Kiedy mnie już nie będzie”


Małżeńskie sekrety… Znasz je wszystkie?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 kwietnia 2016
Małżeńskie sekrety... Znasz je wszystkie?
Fot. iStock / knape

Moja babcia mawiała, że w małżeństwie sekrety to konieczność. Rzecz jasna sekrety przed mężem, bo nie przed przyjaciółkami. Z resztą, babcia mawiała też, że prawdziwą, najlepszą przyjaciółkę można mieć tylko jedną. I powiedzieć jej, że twojemu mężowi zdarzyło się jakieś nieszczęśliwe sypialniane „faux-pas” to jak nie powiedzieć wcale. Nie liczy się i już.

Dziadek jakieś swoje tajemnice mieć próbował, ale próby te z reguły kończyły się fiaskiem, bo wprawny w konspiracji nos babci wszelkie chachmęcenie wyczuwał bezbłędnie. A poza tym, taka ta jego męska natura była: szczera i otwarta, skłamać, pokolorować nie umiał. Raz próbował ukryć przed babcią, zakupione na rocznicę ślubu śliczne klipsy z łezką bursztynu, ale zakończyło się to katastrofą. Babcia pudełeczko znalazła, a dziadek nie chcąc wyjawić ukochanej dla kogo ten angażujący prezent palnął bezmyślnie „dla koleżanki z pracy”, czym prawie doprowadził do natychmiastowej separacji i przymusowej wyprowadzki (swojej) do rodziców na całe trzy dni. Od tej pory niespodzianek na rocznice już nie było, bywał za to święty spokój.

Wszystko to opowiedziała mi pewnego popołudnia babcia, kiedy dziadka już nie było, ale zostało po nim piękne, uśmiechnięte zdjęcie, na którym wyglądał, jak amerykański aktor filmowy, Robert Redford. A co jeszcze z tej rozmowy wynikło, możecie przeczytać poniżej.

MSŻS, czyli Małżeńskie Sekrety Żony Staromodnej

Toaleta

Jest rzeczą absolutnie nie do przyjęcia by mąż widział żonę przy codziennych czynnościach natury higienicznej – powiedziałaby babcia, gdyby chciała być elegancka. Zamiast tego rzuciła po prostu:  – Ja nawet krem nakładałam w osobnym pokoju, nie musi przecież wiedzieć, że się upiększam. Rzęsy? Brwi? Choć babcia malowała je całe życie, dziadek był święcie przekonany, że ta intensywna czerń to kolor naturalny. Z biegiem lat zorientował się jedynie, kiedy babcia zaczęła farbować włosy, a nawet potrafił ocenić w którym odcieniu bardziej jej do twarzy.

Dziś panowie kupują nam tusze do rzęs i depilatory, a scenka, w której żona siedząc w wannie goli nogi, a mąż siusia do sedesu obok chyba już nikogo nie szokuje. Bo przecież, w gruncie rzeczy to taka wspaniała oszczędność czasu, zwłaszcza jeśli można jeszcze ustalić kilka spraw organizacyjnych jak zakupy i odbiór dzieci z przedszkola.

Utrzymanie (Żony)

Czyli, jak mawiała babcia, miesięczne lub roczne, koszty niezbędne. Zanim podjęła pracę zawodową dziadek „dawał jej” pewną sumę  pieniędzy raz na jakiś czas, mówiąc „to na twoje sprawy”. Oficjalnie była to ulubiona buteleczka perfum „pani Walewska”, buty – czółenka, fryzjer i manikiurzystka (wcale wtedy niedrogie), a także – rzadko z powodu napięć w domowym budżecie –  nowy kostium czy zgrabny kożuszek. Nieoficjalnie zdarzyła się jakaś błyskotka, kawa i ciastko z przyjaciółką, upragniony album z malarstwem kubistycznym… Mniejsze i większe tajemnice, które zazwyczaj udało się zataić.

Czy była taka potrzeba? Nie, to bardziej w głowie babci funkcjonowała bardzo długo, patriarchalna wizja rodziny, w której szczytem troski męża o żonę jest miesięczne kilka złotych na bawełniane majtki. W czasach, gdy urodziła się moja babcia, kobiety dopiero zaczynały pracę zawodową i nie było powszechnym, by żony robiły coś jeszcze poza prowadzeniem domu i wychowaniem dzieci. Ich pensje były często symboliczne, ale dawały poczucie pewnej wolności.

– Dziś jest o wiele trudniej, o wiele moja Kochana – powiedziała mi Babcia, mając zapewne na myśli przejrzystość wspólnego konta i comiesięcznych wyciągów z rachunku.

Produkty Higieny Intymnej

– Żeby mu się zrobiło niedobrze?! – zawołała za to na wieść o tym, że mój małżonek jest przeze mnie regularnie obarczany kupnem podpasek. Ba, słowo „podpaska” ledwo przeszło jej przez usta. Mój dziadek zapewne długo nie miał pojęcia jak ów tajemniczy przedmiot wygląda, choć trzeba przyznać, że na kobiece dolegliwości reagował z empatią i czule opiekował się niedysponowaną żoną.

Powodzenie (u innych mężczyzn) i seks

–  Spojrzenie to czasem o wiele więcej niż dotyk – mówi babcia, puszczając do mnie porozumiewawczo oko. Tak, z pewnością można już ze mną „ o tych” sprawach porozmawiać – mam męża, dzieci, trzydzieści kilka lat… Możemy pogadać „jak kobieta z kobietą”. Z dziadkiem to co innego. I wcale nie chodzi o to, że on kobietą nie jest:) . Z mężem na „te tematy” się nie rozmawia, a w sypialni rządzi intuicyjność. Czy była i satysfakcja? O to nie zapytam.

– Wiesz, jak jeździłam z twoją mamą nad morze, to zabiegał o mnie jeden młodszy mężczyzna  – opowiada babcia (nutka nostalgii) – Widziałam w jego oczach, jak mu się podobam.

Babcia o wakacyjnym adoratorze dziadkowi nie powiedziała, z resztą nie wydarzyło się między nimi nic niewłaściwego. Nic prócz może letniego, ledwo wyczuwalnego i eleganckiego flirtu, którym dziś (wycisnąwszy z niego uprzednio co się da), podsycałybyśmy zazdrość naszych partnerów… Taka różnica  w delikatności uczuć.

Jakże wiele się zmieniło! Jak bardzo jesteśmy różne od naszych babć i prababek. W związkach nie mamy tajemnic, bywamy  ze sobą tak blisko i szczerze, że czasem aż potykamy o siebie i o tę naszą intymność. I wiecie, co jest w tym najdziwniejsze? Ta bliskość ciał, to „wiedzenie o sobie wszystkiego” wcale nie sprawia, że jesteśmy trwalsi. Małżeństwa naszych dziadków to zazwyczaj kilkadziesiąt wspólnych lat, akceptowania, kompromisów, miłości i jeszcze  tego czegoś. Ciągłego uwodzenia się, pielęgnowania wzajemnego zainteresowania. Niewinnych sekretów. O naszych związkach mówi się, że są długie, kiedy trwają kilka lat. I mimo, że to trwanie obfituje w największe emocje, tajemnicy brak. A może ona już do nas po prostu  nie pasuje?