Dom i wnętrze Lifestyle Macierzyństwo

„Dom jest tam, gdzie serce”. Potrafilibyście mieszkać w wielopokoleniowym domu? Są tacy, którzy potrafią i to z sukcesem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 stycznia 2016
Fot. iStock/catscandotcom
 

Wiele znam rodzin, które się rozpadły. Porzuconych mam z dziećmi, facetów, od których odeszły ukochane kobiety. Albo związki ludzi niegdyś sobie bliskich, którzy nie poradzili sobie z problemami: z uzależnieniem, zdradą, przygasaniem uczuć. A Oni – trwają. Są hałaśliwi, radośni, mądrzy i emocjonalni. Ale przede wszystkim – bije od nich ciepło. I jakaś wewnętrzna energia, która sprawia, że ze spotkania z nimi wychodzi się z poczuciem, że świat jest lepszy. Choć brzmi to jak bajka, Borejkowie istnieją naprawdę.
„Rodzina spod ósemki”, bo tak o nich mówią sąsiedzi, składa się z 13-tu osób. W dużym, przedwojennym domu na warszawskim Mokotowie mieszkają wszyscy razem: babcia Krysia, dziadek Zenek, siostra dziadka – ciocia Stasia, mama Jola, tata Michał, ich dzieci: Kasia, Kamila, Kuba, żona Kuby – Magda, chłopak Kamili – Oskar, mąż Kasi – Paweł i ich (Kasi i Pawła) pięcioletnie bliźnięta. Cztery pokolenia pod jednym dachem. W czasach, w których większość młodych ludzi ucieka przed taką bliskością, stanowią prawdziwy fenomen. Przy wielkim, okrągłym stole w kuchni siadam wśród gromady uśmiechniętych ludzi i dostaję kubek gorącej herbaty. Na kubku napis: „Dom jest tam, gdzie serce”.

Babcia Krysia gotuje zupy i uczy się Internetu

– Nie kusiło was, żeby mieć trochę prywatności, pójść „na swoje” – pytam Kasię, która z Pawłem jest już siedem lat po ślubie. – Myśleliśmy o tym na samym początku, gdzieś w perspektywie ten temat się pojawia. Ale miesiąc po naszym ślubie, dziadek poważnie zachorował, kiedy wrócił ze szpitala do domu, wymagał stałej opieki. Babcia sama nie dałaby rady. Urządziliśmy dyżury. Kamila i Kuba byli jeszcze wtedy przed maturą, czytali dziadkowi po południu i grali w z nim w szachy. Ja z Pawłem dopiero zaczęliśmy pracę, przejęliśmy wieczory, a mama i tata prowadzą firmę w domu więc byli do opieki „ z doskoku”. A ciocia Stasia niedowidzi, więc sama wymaga pomocy.

Popołudniowe szachy z dziadkiem zostały do dziś. Tak jak instytucja „dyżurów” w kryzysowych sytuacjach. Ogólnie plan jest taki, że babcia gotuje w tygodniu zupy. I zawsze bardzo denerwuje się jeśli ktoś je na mieście. Choć już powoli odpuszcza, wie, że młodzi „żyją teraz inaczej” i cieszy się z tych momentów, kiedy jej najmłodsze wnuczę, Kuba wpada do kuchni z pytaniem: „Dasz babcia coś zjeść?”. Nalewa wtedy pełny talerz (daleko za wrąbek!) gorącego rosołu i słucha opowieści wnuczka o tym, jak mu idzie na studiach, o poszukiwaniach dorywczej pracy… A potem Kuba uczy ją Internetu, na tym dużym, stacjonarnym komputerze w salonie. Babcia Krysia czyta wszystkie wiadomości i układa pasjansa, on-line.

Oskar odbiera bliźnięta z przedszkola

Oskar, chłopak Kasi, który „w rodzinie” jest od roku, został obarczony popołudniową opieką nad najmłodszymi członkami rodziny, pięcioletnimi bliźniętami: Polą i Antosiem. Sam się zadeklarował, trochę po to, żeby szybciej wkupić się w łaski podejrzliwego dziadka Zenka. Ale właściwie też dlatego, że jest mu najwygodniej – pracuje w biurze projektowym tuż obok przedszkola.

Czy w tej świetnie działającej maszynie, jest miejsce na indywidualność, na własne plany, na odrobinę prywatności? – Tak i to jest chyba klucz do naszego sukcesu – śmieje się Jola. – Inaczej byłoby ciężko.

„Góra” domu, gdzie mieszkają Kasia z Pawłem i dziećmi oraz prawe skrzydło wygospodarowane dla „młodych”, czyli Kasi i Kuby, mają oddzielne wejścia. Te części mieszkania urządzili sobie sami, tak, żeby było im jak najlepiej. Wstawili nowoczesne meble, odmalowali ściany. Dobrze im tu.

Dom z duszą

Pozostała część domu mocno eksponuje historię rodziny. To tutaj, w 1928 roku przyszła na świat babcia Krystyna. Na ścianach wiszą przedwojenne fotografie rodziców i dziadków Krysi oraz małą jeszcze babcię z siostrą, która od 50 lat mieszka w Anglii. Kiedy tuż przed powstaniem w 1944 opuszczali dom, by przenieść się do znajomych pod Warszawę, spakowali te zdjęcia jak najcenniejszy skarb. U znajomych zostali do końca wojny, a do stolicy wjeżdżali z przekonaniem, że nie mają już dokąd wracać. Tymczasem stał się cud. Dom ocalał, choć splądrowano go i wywieziono większość rodzinnych pamiątek.

Potem Krysia poznała swoją wielką miłość, czyli Zenka. Rodzice Krysi zmarli krótko po wojnie, więc tuż po ślubie młodzi zostali w tej wielkiej willi sami.  Zrezygnowali z góry, by trochę oszczędzić i ogrzewać tylko dół domu. Przygarnęli siostrę Zenka, Stasię i we trójkę łatwiej było im go utrzymać. Gdy na świat przyszedł Michał, Zenek zarabiał już całkiem sporo jako tłumacz (świetnie zna język niemiecki, agnielski i rosyjski) i pilot wycieczek.

Z czasem rodzina się powiększała. Michał poznał Jolę, założył rodzinę i… został. Urodziła się trójka dzieci, które również zostały. A ich partnerów urzekło niesamowite ciepło bijące od tej wielopokoleniowej rodziny i również zapragnęli być jej częścią. Dosłownie. Choć dziadek Zenek był początkowo w stosunku do każdego z nich podejrzliwy.

– Kiedyś, kiedy jeszcze byliśmy zwykłymi znajomymi ze studiów, Paweł wchodził do mnie przez balkon po notatki. Dziadek przekonany, że to jakiś niechciany absztyfikant czyha na moją cnotę, podstawił mu wielką miednicę wypełnioną zimną wodą  – opowiada rodzinną anegdotę Kasia.

– Macie jakąś receptę na ten sukces? – pytam. – Cztery pokolenia pod jednym dachem to naprawdę wyzwanie. – Zawsze staramy się szanować, szanujemy swoje granice, nie narzucamy się sobie, nie zmuszamy do zwierzeń. No i nie wtrącamy się w wychowanie dzieci –  odpowiada Jola. A na wakacje jezdzimy oddzielnie. Żeby od siebie odpocząć.

W tym roku rodzinę czeka ważne wydarzenie: ślub Kamili i Oskara. I choć w domu miejsca coraz mniej, na razie nie planują wyprowadzki. Spod „ósemki” wychodzę z miłym uczuciem, że dawno nie doświadczyłam tyle namacalnej, rodzinnej miłości. Że jeśli jest determinacja i silna wola, to te cztery pokolenia mogą żyć obok siebie, pomagać sobie i wspierać się. Że rodzina to naprawdę wartość.


Dom i wnętrze Lifestyle Macierzyństwo

Czyje życie jest cenniejsze: dziecka czy osoby starszej? Dlaczego jednym dajemy prawo do życia, a innym już nie?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 stycznia 2016
Fot. iStock/PeopleImages
 

– Noszę te ulotki o 1%, zgłaszam się do Fundacji, ale nie mam szans z dziećmi. Im zawsze ktoś pomoże, a kto zwróci uwagę na mnie?

Pani Izabela, lat 50. Od wielu lat choruje na SMA – rdzeniowy zanik mięśni. Próbę leczenia podejmuje się tylko w przypadku dzieci cierpiących na SMA.

Rozmawiam z nią i myślę, jak niesprawiedliwe bywa życie. Straciła męża w wieku 34. lat. Córka mieszka za granicą, zmarli rodzice pani Izy i bliska jej osoba. Jest zupełnie sama. Skąd taka wola walki, w tej samotności?

Była położną. O ironio – to ona pomagała przychodzić na świat dzieciom – tym, które dziś odbierają jej nadzieję. – Usłyszałam ostatnio w radio o chłopcu, który ma serce po prawej stronie i o zbieranych dla niego pieniądzach na operację. Mną nikt się nie zainteresował. Też mam serce po prawej stronie, próbowałam zainteresować lekarzy swoim przypadkiem. Bez skutku.

No tak, co to za sukces pochwalić się 50-latką. To raczej wstyd, że nikt wcześniej się nią nie zainteresował, że nie otrzymała opieki medycznej. Ale owszem – zająć się małym dzieckiem – to sukces spektakularny. Nad dzieckiem każdy się pochyli, bo bezbronne, bo słodkie, bo przecież jeszcze tyle przed nim. Życie stoi otworem.

– Jedyną szansą, bym mogła być jak najdłużej samodzielna jest stała rehabilitacja. Bywają dni, kiedy mam dość, kiedy nie mam już siły prosić, żebrać o pomoc. Działam w stowarzyszeniach na rzecz osób chorych na SMA, ale ciężko tu mówić o wsparciu. Dostałam skierowanie na rehabilitację „pilne”, a wolne miejsca są w 2020 roku. Tylko wtedy ja już tam nie dojdę… Z renty nie jestem w stanie zapewnić samej sobie opieki. Muszę szukać pomocy, gdzie się da. Moja rodzina jest długowieczna. Ja pewnie też dożyję stu lat. Pytanie, w jakim stanie.

Przypominam sobie Daniela, któremu zaginęła mama. – Na starszych ludzi nikt nie zwraca uwagi – mówiliśmy wtedy. Kiedy giną małe dzieci, wszyscy stają na głowie, każdy jest gotów nieść pomoc. Szukać, dzwonić, nagłaśniać. Kiedy nagle nie wiadomo, co się dzieje ze starszą osobą – owszem, pomaga się na samym początku, każdy współczuje, nieliczni oferują pomoc, większość jednak macha po po kilku dniach ręką. Takie życie, pewnie chorowała – mówią. Trzeba było w domu pilnować – ktoś doda.

Jesteśmy nieczuli na starość. Na chorowanie w starości. Przecież to nas nie dotyczy. My jesteśmy tu i teraz. Młodzi. Tak bardzo daleko od starości. Od chorób, od Pani, która stoi przed nami w kolejce i długo szuka portfela w torebce, bo wzrok już słaby, a później jeszcze dłużej pakuje swoje zakupy. Nie, my chcemy szybko, mocno. Biegamy, chodzimy na tenisa, aerobik, jogę. Nasze ciało nas nie zawodzi i jesteśmy przekonani, że nigdy nie zawiedzie. E tam, nawet o tym nie myślimy. Bo ważne to, co w danej chwili. Co możemy wziąć od życia, w którą stronę pójść.

Starość to przemijanie…

…którego widzieć nie chcemy. Bo przecież my mamy jeszcze czas, śmierć na nas nie czeka, ma tyle starszych osób do zabrania po drodze. Oni przemijają. Są tacy smutni, bo już nic przed nimi…

Starość to słabość…

…a przecież my nie mamy słabości. Jesteśmy silni. A nawet, gdy pozwalamy sobie na słabość, to umiemy ją przezwyciężyć, znamy mechanizmy, mamy telefony do terapeutów. Stara słabość przeraża, bo jak z nią walczyć? Gdzie widzieć sens?

Starość to strach…

…że my też kiedyś tam staniemy, że i na nas ktoś spojrzy, jak my – ze zniecierpliwieniem, patrzymy aż ten starszy Pan wysiądzie z autobusu. Strach – kiedy widzimy, jak nikt nie ustępuje miejsca starszej Pani w tramwaju. Czasami strach ogromny, gdy widzimy, jak wyciągają drżącą ręką pieniądze z portfela próbując uzbierać na zakupy. Nieee, my tacy nie będziemy.

Starość to samotność…

…bo wszyscy, którzy byli obok, powoli odchodzą. Umierają, nieodwracalnie. Rozglądasz się i widzisz, że z twoich przyjaciół, sąsiadów, znajomych została zaledwie garstka. Dzieci mają swoje życie. Wnuki wyrosły i już nie wpadają na twoją drożdżówkę. Czy do dziadka na porcję szachów.

Starość to nieudolność…

…to trzęsące się ręce. To wolniejszy chód. To słabe ręce. To trudności w myciu podłogi, w wieszaniu prania.

Niee, my nie będziemy starzy. Tak starzy. My zadbamy o to, żeby nie być jak ta sąsiadka z trzeciego piętra – dziwaczka, co gada z kotami, albo ta tak smutno uśmiechająca się do naszych dzieci.

Pani Iza pewnie też tak myślała kończąc 30 lat. Nie wierzyła, że może dotknąć ją choroba, która zawładnie jej ciałem. Że za chwilę umrze jej mąż. Że za kilkanaście lat będzie prosić o pomoc, by móc pojechać na turnus rehabilitacyjny.

Na dzieci zbiera się setki tysięcy złotych. Pani Iza próbuje zdobyć kilka tysięcy, żeby móc zaplanować jak najlepszą dla siebie rehabilitację. Bo ona chce żyć. Nadal. Bo przed nią jeszcze też wiele rzeczy. Bo chce przeczytać jeszcze kilka książek, jak najdłużej robić sobie herbatę i samodzielnie sprzątać łazienkę. A także spotkać ludzi, porozmawiać. Pośmiać się.

Spojrzałam dzisiaj w lustro. Pomyślałam o sobie za dwadzieścia, dobra – trzydzieści lat. Uśmiechnęłam się do siebie. Nie, ja przecież nie będę tak stara – stara w ten nieudolny i przyprawiający innych o litościwe spojrzenie wzrok. Tak, jasne…. Niby skąd mam mieć taką pewność? Nikt jej nie ma.

P.S. A może ty patrzysz na tę starość z uważnością i zrozumieniem? Pani Iza zbiera pieniądze przez Fundację Siepomaga. Zajrzyj i jeśli chcesz – pomóż i podaj dalej.


Dom i wnętrze Lifestyle Macierzyństwo

Selfie z dzikimi zwierzętami? Dla niego to żaden problem. Zobaczcie te niesamowite zdjęcia

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
16 stycznia 2016
Fot. Allan Dixon/Facebook

Jak on to robi? Allan Dixon, irlandzki fotograf, jest mistrzem selfie … z dzikimi zwierzętami! Pamiątkowe zdjęcie z diabłem tasmańskim? Urocza fotka z uśmiechniętym kangurem? Żaden problem. Wystarczy tylko zdobyć zaufanie zwierzaka i cierpliwie czekać na „ten” moment.

Zobaczcie niesamowite, bajecznie kolorowe zdjęcia, które pokochali internauci z całego świata.

Więcej zdjęć Allana na jego Instagramie.


Zobacz także

„To lato będzie moje! Pierwszy krok do zmian”. Nasza nowa akcja

Urocze, pełne ciepła obrazki pokazujące czym jest miłość i zobowiązanie do dzielenia ze sobą życia. Musicie je zobaczyć!

Urocze, pełne ciepła obrazki pokazujące czym jest miłość i zobowiązanie do dzielenia ze sobą życia. Musicie je zobaczyć!

7 objawów świadczących o tym, że twój partner dąży do przejęcia kontroli w związku