Czego się boją hipochondrycy? Poznaj 9 rzeczy, które spędzają sen z powiek osobom przewrażliwionym na punkcie zdrowia

Redakcja
Redakcja
1 listopada 2017
Fot. iStock
Fot. iStock
 

Hipochondrycy są osobami, z których często i chętnie się żartuje. Szczególnie z ich  tendencji do postrzegania zwykłego kaszlu, jako objawu zapowiadającego katastrofę zdrowotną na miarę gruźlicy. Nawet naturalnie przyspieszone tętno podczas wysiłku fizycznego staje się objawem, który głęboko niepokoi osoby cierpiące z tego powodu.

Hipochondria to zaburzenie psychiczne, które sprawia, że prawidłowe, fizjologiczne reakcje organizmu uznawane są przez hipochondryków za stan chorobowy. Określane również mianem fobii zdrowotnej, najczęściej pojawia się na skutek przeżyć związanych z ciężką chorobą lub śmiercią kogoś bliskiego w rodzinie. W dodatku wszechobecny dostęp do internetu pogłębia zaburzenie, ponieważ wiele osób bezpodstawnie przypisuje sobie objawy choroby, którą diagnozują na podstawie artykułów z wyszukiwarki.

Gdy coś zaniepokoi hipochondryka, natychmiast zgłasza się do lekarza, czasem nawet pielgrzymuje po różnego rodzaju specjalistach, chcąc dowiedzieć się, co jest przyczyną kłopotów. Oczywiście zazwyczaj objawy są albo niewinne albo zupełnie naturalne dla organizmu, w co osoba chora nie wierzy, szukając nadal diagnozy i możliwości leczenia. Często towarzyszy temu przekonanie o zachorowaniu na coś bardzo poważnego, często nieuleczalnego, jak niektóre typy nowotworów. Przewrażliwienie na punkcie swojego zdrowia pozostawia szczególne piętno na wielu obszarach życia. Czego jeszcze obawiają się osoby cierpiące z powodu hipochondrii?

9 rzeczy, które spędzają sen z powiek hipochondrykom

1. Konieczność wykupienia pakietu medycznego w pełnym zakresie

Hipochondrycy zawsze martwią się o to, że w każdej chwili może przyjść zdrowotny kryzys. Wiele z nich chce sobie zabezpieczyć na przyszłość dostęp do diagnostyki i możliwości leczenia na najwyższym poziomie, więc czują przymus wykupienia za ciężkie pieniądze prywatnego ubezpieczenia na wypadek poważnych zachorowań, choć nie zawsze ich na to stać.

2. Unikanie zwierząt i skupisk ludzi

Hipochondrycy obawiają się chorobotwórczych drobnoustrojów, które mogłyby upośledzić ich i tak nadwyrężony układ odpornościowy lub pogłębić dokuczające objawy. Możliwość potencjalnego zakażenia jest dla nich wyjątkowo odstręczająca, więc unikają zbędnego ich zdaniem ryzyka.

3. Niewielka gorączka na miarę agonii

Czy też ból brzucha na miarę zapalenia wyrostka robaczkowego to stała tendencja hipochondryków do wyolbrzymiania objawów. Nie są w tanie przyjąć do wiadomości, że temperatura 37 stopni wcale nie oznacza, że nadchodzi zdrowotny kataklizm, a może wynikać np. z przeżywanych emocji czy wysiłku fizycznego.

4. Przeświadczenie, że lekarze ignorują objawy

Hipochondrycy to stali bywalcy laboratoriów i przychodni, więc są zazwyczaj dobrze kojarzeni z wyolbrzymiania swoich problemów. Niekiedy sami lekarze podchodzą do takiego pacjenta z odgórnych traktowaniem, domyślając się przyczyny kolejnej wizyty. Z kolei pacjent odnosi wrażenie, że lekarz ignoruje ich problemy, więc często szuka kolejnego specjalisty, który zajmie się nim odpowiednio dokładnie.

5. Przekonanie, że lekarz zataja prawdę

Hipochondryk chętnie konsultuje swój przypadek z lekarzami z innych specjalizacji, nie dowierzając postawionej już diagnozie, czy wręcz twierdzeniu, że wszystko jest dobrze. Przekonanie, że lekarz zataja prawdę powoduje, że hipochondryk czuje się zagrożony i na własną rękę szuka potwierdzenia najgorszego.

6. Tendencja do pogłębiania diagnozy u dr Google

Nawet jeśli hipochondryk otrzymuje konkretną diagnozę i zaordynowane leczenie, często, zamiast trzymać się zaleceń lekarza prowadzącego, szuka wiedzy u dr Google. Niestety internet bywa informacyjnym śmietnikiem, co może przyczyniać się do błędów w leczeniu, np. gdy chory uzna, że towarzyszący ból  głowy bardziej przypomina z objawów raka mózgu, niż atak migreny.

7. Faszerowanie się lekami na wszelki wypadek

Osobie cierpiącej z powodu hipochondrii ciężko jet uwierzyć, ze zwykłe tabletki na ból gardła załatwią sprawę, więc sięga po kilka różnych rozwiązań. Poza wskazanymi tabletkami bierze też płukanki, syropki i spraye, aby z każdej strony walczyć z infekcją. A gdy akurat nic nie dolega, na wszelki wypadek przyjmuje preparaty na wzmocnienie lub jeszcze inne.

8. Nadmierne przyglądanie się najdrobniejszym plamom na skórze

Każda plamka budzi niepokój i urasta do miana nowotworu skóry. Osoby cierpiące z powodu hipochondrii dużo czasu spędzają na obserwowaniu swojego organizmu oraz wyglądu zewnętrznego. Każda utrata wagi, pieprzyk, więcej niż zazwyczaj włosów na szczotce, każe doszukiwać się sygnału utajonej choroby.

9. Rozdysponowanie majątku

Szczególnie starsze osoby chcą zabezpieczyć bliskich przed śmiercią, której obawiają się szczególnie mocno, jako konsekwencji trapiących ich chorób. Hipochondrycy szczególnie dużo rozmyślają o śmierci (zaburzenie dotyka najczęściej osoby zamknięte w sobie i z tendencją do występowania stanów depresyjnych), więc częściej chcą mieć poukładane sprawy dotyczące siebie i najbliższych im osób.


 

źródło: jejswiat.plwww.medonet.pl


Rok po rozwodzie zaczęłam doceniać byłego męża. Ile bym dała, żeby cofnąć czas

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 listopada 2017
Fot. iStock/lolostock
Fot. iStock/lolostock
 

Położyłam właśnie nasze dziecko spać. Poszłam prosto do łazienki i zaczęłam płakać. Ryczeć. Wyć. To mój ostatni miesiąc w pracy. Dostałam wypowiedzenie. Mam miesiąc, żeby znaleźć nowe źródło utrzymania. Nie wiem, jak. Ale bardzo potrzebuję się wypłakać. Bardzo potrzebuję pomocy. I jedyną osobą, o której pomyślałam, jesteś Ty. 
Minął rok od rozwodu, ale właściwie nie żyjemy razem od prawie trzech lat. To dość sporo, jeśli patrzeć z perspektywy naszej 5-letniej córki. To więcej niż połowa jej życia. Pewnie nawet nie pamięta czasów, gdy żyliśmy wspólnie pod jednym dachem. Ja coraz częściej wspominam te lata. Podobno po czasie wspomina się tylko te dobre chwile. Coś w tym jest.

Pamiętasz ten pierwszy wieczór, gdy zostawiliśmy ją u Twoich rodziców? Miała prawie rok. Boże, jacy my byliśmy zmęczeni. To znaczy – ja. Miałam dość. Serio, myślałam, że dostanę szału. Pamiętam ten wieczór. Byliśmy wszędzie. No dobra, w czterech knajpach, które były najbliżej naszego domu, ale to też się liczy. Jedliśmy i piliśmy. Bawiliśmy się tak, jakby jutra miało nie być. A „jutro” nadeszło szybko, bo już o 7:00 budziłam Cię, żebyśmy po nią pojechali, bo się stęskniłam. Jacy my wtedy byliśmy beztroscy.

Nic takiego się nie stało

Tak, martwiliśmy się o pracę. Martwiliśmy się o dziecko i jego zdrowie. Ale MY, my byliśmy tacy szczęśliwi. Gdzie podziało się to szczęście? Czy uleciało wtedy, gdy znudziło mi się siedzenie w domu z dzieckiem i odnowiłam stare kontakty? Czy może uleciało wtedy, gdy zacząłeś coraz częściej zasypiać na kanapie, podczas gdy ja samotnie spałam w sypialni? Między nami nie wydarzyło się przecież nic na tyle strasznego i traumatycznego, byśmy musieli przed tym sądem stanąć. A stanęliśmy. Rok temu.

Czemu my właściwie wzięliśmy ten rozwód? Przecież była terapia? Na tej pierwszej babka urwała się z choinki. Na tej drugiej oboje nie mieliśmy już siły, by walczyć. Łatwiej było pieprznąć tym wszystkim i rozejść się. Każde w swoją stronę. Wiem, że walczyłeś. Pamiętam ten bukiet róż tuż po trudnej sesji u terapeutki, ale – jak Boga kocham – nie wiem, co się ze mną wtedy stało. Doznałam jakiegoś olśnienia, że ja mogę osiągnąć wszystko. Że zasługuję na to, co sobie wymarzę. Że chcę to dziś, teraz, już. I nie interesuje mnie to, co mam. Ten rozwód ma być i kropka. Bo ja, JA, ja zasługuję na motyle. Na euforię. Na tęsknotę i to drżenie w podbrzuszu. A Ty mi tego nie dawałeś w tej koszuli z krawatem i torbą z laptopem pod pachą. Ty byłeś tatuśkiem.

Nie kochasz

I tak się wyprowadziłam z dnia na dzień z pomocą rodziny, która nie była do końca przekonana do mojego pomysłu. I tak łapałam jedno zlecenie za drugim. I tak wiązałam koniec z końcem. Do czasu rozprawy. Za porozumieniem stron. Bez orzekania o winie. Tak, kontakty ustalone. Tak, alimenty ustalone. I wtedy sędzia zapytała Cię, czy kochasz żonę. Powiedziałeś, że nie. I że jesteś w związku. Zabolało. Ja nie byłam w związku. Ale też powiedziałam, że nie kocham. Ale czy nie kochałam? Nie.

Poniosło mnie. Jezu, jak to strasznie brzmi. Naprawdę mnie poniosło. Chyba za bardzo zostałam zcoachingowana tymi wszystkimi artykułami, które przeczytałam. Tymi opowieściami koleżanek. Że szczęśliwa matka to szczęśliwe dziecko. Że zasługuję na najlepsze. Że życie jest tak dobre, jak dobrym pozwalamy mu być. Otumaniło mnie chyba. I dziś życzyłabym sobie tego otumanienia. Dziś, gdy płaczę za Tobą w kiblu.

Bo prawda jest taka, że nie jesteś i nie byłeś złym facetem. Że to chyba mi odwaliło, ale nie mam odwagi, aby się do tego przyznać, bo słyszę od naszej córki, że masz fajny związek, że jesteś szczęśliwy. Dzisiaj to ja – silna, niezależna kobieta, która wie, czego chce – siedzę w łazience i płaczę. Bo nie mam wokół siebie nikogo takiego, jak Ty. Kogoś, kto zawsze stał za mną murem. Kogoś, kto mówił: „Spokojnie, jesteśmy razem, poradzimy sobie”.

Przepraszam Cię

Przepraszam Cię, że taka byłam rozchwiana emocjonalnie. Przepraszam Cię, że porównywałam Cię do innych, bo na przestrzeni tego, czego doświadczyłam przez ostatnie dwa lata, jesteś najlepszym gościem, z jakim byłam na randce. Czy jeszcze kiedyś z kimś będę oglądać seriale do rana i wcinać chrupki? Nie.

Wiem, że jeśli teraz o 23:46 zadzwonię, odbierzesz. Pewnie pomyślisz, że dzwonię, bo coś stało się z naszą córką. I chwała Ci za to. Problem w tym, że ja chcę zadzwonić, bo jest mi cholernie źle z tym, co robiłam i z tym, w jakim miejscu się znalazłam. Bo chcę, żebyś znowu, jak kiedyś, powiedział mi, że damy sobie radę. Ale Ty już nie jesteś mój. I nie wiem, co zrobiłeś ze swoją obrączką. Ja moją w euforii sprzedałam i kupiłam szampana. Miało być światowo.

Jutro wstanę i pójdę do mojego korpo. Ty do swojego. A nasze dziecko odprowadzę do przedszkola. Byle minął kolejny dzień. Byle do jutra. Życzę Ci dobrej nocy.

Taka miałam być silna. Taka niezależna. Taka pewna siebie i swoich decyzji. Boże, jaka ja byłam głupia.


Mamy mniej czasu niż nam się wydaje. Nigdy nie jest za późno, by zacząć żyć

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 listopada 2017
Fot. iStock/francescoch
Fot. iStock/francescoch

Chodząc dzisiaj między grobami, których z roku na rok mam coraz więcej do odwiedzenia, towarzyszyła mi jedna myśl: „Jak mało mamy tutaj czasu”. Jak bardzo nie wiemy, ile dni nam zostało, ile jeszcze chwil i momentów złoży się na nasze życie.

Odwiedziła mnie przyjaciółka: „Muszę coś zrobić ze swoim życiem” – oznajmiła przy kolejnej lampce wina. Obie mamy prawie 40 lat, ile jeszcze mamy czekać na odwagę, która pozwoli nam zrobić krok do przodu? Jak długo powinnyśmy zastanawiać się, czy to ten odpowiedni moment? Kiedy okaże się, że jesteśmy gotowi?

J. robi kolejne kursy, szkolenia, jeździ na warsztaty, wciąż się doszkala i cały czas nie wierzy w siebie. Nieustannie towarzyszy jej lęk, czy podoła celom, które chce sobie postawić.

Rozmawiałyśmy o tym, jak mało mamy czasu. Ile jeszcze chcemy czekać? Przecież nie mamy czasu. Staję przy grobie kolegi z podstawówki – wypadek samochodowy, zmarł na kilka dni przed swoją 18-tką. Obok – jego brat, trochę ponad 40 lat… Zapalam znicz na grobie mamy mojej przyjaciółki i ze zdumieniem, jak każdego roku, stwierdzam, że miała 45 lat, gdy odchodziła… 45 lat – tak niewiele więcej ode mnie… Za chwilę mogę to być ja, ty, ktoś nam bliski, ktoś, kto nadal nie ma odwagi żyć, wziąć życia w swoje ręce. Ktoś, kto odkłada wszystko na bliżej nieokreślone jutro. A przecież już jutro może nas nie być.

To jak przebudzenie, kiedy zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co planujesz, może zwyczajnie się nie zrealizować. Dlaczego? Bo nam się wydaje, że mamy czas, że na spokojnie, wszystko jeszcze uda nam się zrobić. Jak nie dzisiaj, to za tydzień, za miesiąc. Wydaje się nam, że te ważne rzeczy mogą jeszcze poczekać, przecież tu i teraz tyle się dzieje. Musimy wyskoczyć po zakupy, wysłać maila, zobaczyć co dzieje się na Facebooku, Twitterze, przeczytać jakiś tekst o celebrytach, zerknąć, co słychać u ulubionych blogerów. Jesteśmy nieustannie zajęci nadmiarem codziennych rzeczy do wykonania. Zawieźć dzieci, odwieźć, ugotować, posprzątać, wstawić pranie, powiesić pranie. Zaplanować kolejny dzień tak, by nic się nie wysypało, żeby wszystko zgadzało się z naszym zapisanym po brzegi kalendarzem. A co z tak zwaną całą resztą? Cała reszta przecież poczeka. A jeśli nie? Jeśli nie poczeka, jeśli odkładany od tygodni telefon do przyjaciółki się nie zdarzy, bo nie zdążysz zadzwonić? Jeśli nie zdążysz wpaść na kawę do swojej babci czy ukochanej cioci?

Spytałam siebie – o czym marzysz w tym momencie? Wiecie o czym? O tym, żeby mojego niemal 12-letniego syna złapać jeszcze za rękę podczas spaceru po cmentarzu, bo on zaraz mi się wymknie, za chwilę pójdzie już swoją drogą, gdzie nie będzie potrzebował prowadzenia za rączkę. „Mamo, nie ściskaj mnie tak bardzo” – usłyszałam, nie wiedząc nawet, ile siły włożyłam w zatrzymanie tej jednej chwili, tej, którą może pewnego mojego ostatniego dnia będę wspominać.

Świadomość nieuchronności śmierci powinna uczyć nas jednego – powinna uczyć nas żyć tak, jak chcemy, jak pragniemy, powinna ustalać nasze priorytety, dzielić rzeczy na ważne i najważniejsze, na te, w które warto włożyć naszą energię i te, które należy po prostu przez siebie przepuścić. Dzisiaj powinniśmy myśleć o tym jeszcze bardziej. Skupić się na tym, gdzie jesteśmy. Nie na pozorach szczęśliwego życia. Ubieramy nasze życie w nowe meble, samochody, ciuchy, zajęcia dla dzieci nazywając to szczęściem. Ale czy ono na pewno z tego się składa? Czy może są szczegóły, drobnostki, na które nie mamy czasu zwrócić uwagi. Tak niewiele potrzebujemy – uśmiech obcej osoby na ulicy, SMS od lub do męża, mała dłoń naszego dziecka wsunięta w naszą. To może być kot, który wyleguje się przy naszych stopach, dobra kolacja zjedzona w towarzystwie osób, które kochamy, szanujemy i które są prawdziwie ważne. To nie jedno z kolejnych spotkań, podczas których męczymy się udawaniem kogoś, kim nie jesteśmy. Dlaczego tak rzadko zabiegamy o czas z tymi, przy których zawsze jesteśmy sobą, a tak często tracimy godziny na rozmowach zupełnie nieistotnych?

Dlaczego nie chcemy wyciągać lekcji, wniosków?  Dlaczego nie dbamy o to, co sprawia, że nasze życie staje się dobre, czasami nawet lepsze. Dlaczego nie skupiamy się na chwilach, w których pojawia się wdzięczność za życie, które mamy?

Pamiętacie pielęgniarkę, która pracowała przy umierających ludziach? Stworzyła listę rzeczy, których żałowali ci żegnający się już z życiem. Najczęściej pojawiało się, że nie zdążyli żyć swoim życiem, być uważnym na to, co naprawdę jest ważne.

Co dla ciebie dzisiaj jest ważne? Jaka odpowiedź wypływa gdzieś ze środka ciebie? Taka, która cię wzrusza, która cię porywa, która sprawia, że budzą się w tobie ogromne tęsknoty, serce bije szybciej. Myśl o tym, czego prawdziwie pragniesz rodzi radość? Niewysłowioną pewność, że tego właśnie chcesz? To na co czekasz? Dlaczego nie idziesz za tym głosem? Dlaczego nie zacząć iść za nim właśnie dzisiaj, kiedy jutra może nie być, może nie być żadnego za miesiąc, za rok, kiedy dzieci będą duże, kiedy nadjedzie odpowiedni moment. On może nigdy nie nadejść.

Gdybyś dzisiaj miała stworzyć dla siebie listę rzeczy, których żałowałabyś, gdyby okazało się, że nie ma dla ciebie jutra? Czego żałowałabyś najbardziej? Czego nie zdążyłaś zrobić? Powiedzieć? Poczuć?

Nie traćmy czasu na zacietrzewienia, na brak wybaczenia. Wybaczajmy sobie nasze błędy, wybaczajmy sobie, że pozwalaliśmy innym traktować siebie bez szacunku i miłości, wybaczajmy sobie, że żyliśmy życiem składającym się z naprawdę mało istotnych rzeczy. Że ważniejsze było to, co dopasowuje nas do ogółu, niż nasze prawdziwe emocje i potrzeby.

Połóż się dzisiaj ze swoim dzieckiem, choćby nie wiadomo, ile miało lat. Bądź blisko, byście ty i ono mogli w najtrudniejszych momentach wracać do tej chwili.

Powiedz „przepraszam” temu, kto na te słowa czeka.

Nie zacietrzewiaj się tym, co już było, nie pielęgnuj swojej złości. Wybaczaj sobie, wybaczaj innym. I idź dalej.

Zadzwoń do tej osoby, do której telefon odkładasz w nieskończoność, bo nigdy nie dość czasu na długą rozmowę, na otwarcie się, na poświęcenie czasu sobie i komuś, kto jest dla ciebie niezwykle znaczący. Co w tym momencie jest istotniejsze?

I tak – skup się na tym, co ważne tu i teraz. Pytaj siebie jak najczęściej – czego właśnie chcę? Pytaj, gdy czujesz ucisk w żołądku, gdy czujesz niezgodę, lęk, niepokój. Pamiętaj – ty podejmujesz decyzję, jak chcesz żyć, kolejnej szansy nie będzie. A jak długo będzie trwała ta, która została nam dana? Nadal chcesz ją zaniedbywać?  Nadal chcesz czekać? Naprawdę tego właśnie chcesz?


Zobacz także

Fot. iStock/Dimedrol68

Ja chcę się rozstać, ty powtarzasz jedynie: „O co ci właściwie chodzi?”. Nie wierzę, że można nie wiedzieć, kiedy się krzywdzi

Fot. iStock/Olarty

Znajdź najlepszą metodę leczenia dla twojego znaku zodiaku. Czyli medycyna holistyczna a astrologia, z przymrużeniem oka

Fot. Screen Instagram/i_am_morgie

Blogerka nie goliła ciała przez rok. W ten sposób chce promować naturalne piękno