Używasz mikrofalówki tylko do podgrzewania? Błąd! Sprawdź, co potrafi to cudeńko

Pani Mądrala
Pani Mądrala
27 grudnia 2017
Fot. iStock/monkeybusinessimages
 

Mikrofalówka! Cudowne urządzenie, które wiele razy ratowało mi życie, gdy musiałam coś szybko podgrzać, a nie chciało mi się brudzić garnków i patelni. Tak, wiem – ma swoje wady. Ponoć te całe fale są niezdrowe (a co dzisiaj jest zdrowe?). Bardziej przerażają mnie te poparzone dłonie, gdy wyciągam z mikrofalówki miskę z zupą, podgrzaną do tego stopnia, że nawet strach chwycić przez rękawice kuchenne. Można na to wszystko przymknąć oko, ponieważ ten cudowny sprzęt potrafi robić także inne rzeczy i ma naprawdę szerokie zastosowanie. Sprawdź, do czego może się przydać.

No dobra, wszyscy wiemy, że to całe żarcie z mikrofalówki nie jest najzdrowsze. Nie powinno więc dziwić, że to cudeńko sprawdzi się idealnie do… odświeżania chipsów. Stały całą noc w misce lub zapomniałaś zamknąć szczelnie opakowanie? Nic straconego. Wstaw je na kilkanaście sekund do mikrofalówki. W ten sposób możesz też odświeżyć czerstwy chleb – tylko owiń go wcześniej w wilgotny, papierowy ręcznik.

Mam ochotę na prażone orzeszki? Wsyp je do miseczki, dodaj trochę oleju i włącz mikro falę na kilka minut. Co jakiś czas otwieraj i mieszaj orzeszki. To od ciebie zależy, jak bardzo będą uprażone.

A może jajecznica bez brudzenia patelni? Wymieszaj surowe jajka, żółty ser, dodaj trochę pieprzu, soli i wylej całość na talerzyk. Wstaw do mikrofalówki na kilka minut. Gotowe!

Nie chcesz płakać podczas krojenia cebuli? Włóż ją wcześniej na 30 sekund do mikrofali. Spróbuj też włożyć tam pomidory i brzoskwinie – dzięki temu łatwiej obierzesz je ze skórki.

Do czego jeszcze przyda się kuchenka mikrofalowa? Z jej pomocą możesz pozbyć się zarazków z gąbki do zmywania naczyń. Wystarczy niecała minuta, by usunąć większość drobnoustrojów. To samo możesz zrobić z deską do krojenia. Warto jednak wcześniej przetrzeć ją sokiem z cytryny dla lepszego efektu.


 

Źródło: genialne.to/deccoria


Jak często należy się myć? Niektórzy będą zachwyceni

Pani Mądrala
Pani Mądrala
29 grudnia 2017
Fot. iStock/oneinchpunch
 

Nie znam rodziny, w której nie obowiązuje od czasu do czasu zasada „Dnia Dziecka”. U mnie było tak wczoraj, gdy po raz piętnasty tego wieczoru usłyszałam z ust mojej pociechy: „Maaamooo, czy mogę się dzisiaj nie myć?”. Jak Boga kocham, nie wiem, o co chodzi, że dzieci i faceci zawsze kombinują, co tu zrobić, żeby się nie myć. Coraz częściej jednak zdarza mi się ustępować i chyba dobrze robię. Wiesz, jak często tak naprawdę należy się myć i co jest lepsze – wanna czy prysznic?

Zawsze wydawało mi się, że należy się myć raz dziennie. Latem, gdy jest wyjątkowo gorąco, biorę prysznic rano i wieczorem, bo jakoś sobie nie wyobrażam, że mogłabym taka spocona położyć się do łóżka. Są jednak ludzie, którzy kąpią się raz na dwa, trzy dni (łatwo ich czasem wskazać w komunikacji miejskiej) i choć nie mieści mi się to w głowie, czas przyznać im rację.

David Leffell, ordynator dermatologii w Yale School of Medicine (USA) tłumaczy, że częstsze mycie jest zupełnie niepotrzebne. Co więcej, może nam nawet zaszkodzić, ponieważ w ten sposób usuwamy ze skóry istotną warstwę tłuszczu i oleju, pełniącą funkcję ochronną. Częste mycie może więc doprowadzić do podrażnienia skóry, a nawet zmian atopowych.

Amerykańskie Towarzystwo Dermatologiczne zaleca jedną, góra dwie kąpiele tygodniowo dla dzieci między 6. a 11. rokiem życia. Brzmi strasznie, prawda? Oczywiście sytuacja zmienia się, jeśli dziecko przyszło do domu wyjątkowo brudne lub spocone. Wtedy kąpiel jest wskazana.

Na samą myśl o tak rzadkim myciu ciała dostaję dreszczy. Na szczęście eksperci zostawiają nam pewną furtkę. Podkreślają, że częstotliwość mycia powinna tak naprawdę wynikać z własnych potrzeb i osobistych wymogów higienicznych. Zalecają jednak, żeby unikać długich kąpieli w gorącej wodzie i mocnego szorowania ciała. 3-minutowy prysznic w pełni wystarczy. I tego zamierzam się trzymać.


 

Źródło: Business Insider


Jak wybrać dobrego karpia? Mój niezawodny sposób

Pani Mądrala
Pani Mądrala
19 grudnia 2017
Fot. iStock/aydinmutlu

Można mówić, że karp śmierdzi mułem, nie ma żadnych wartości odżywczych i jest niesmaczny, ale kurczę na Wigilii po prostu być musi. I nie interesuje mnie, czy goście się na niego rzucą czy też będą udawać, że półmiska z dzwonkami wcale na stole nie ma, karpia kupuję każdego roku. A ponieważ w końcu nauczyłam się, jak wybrać najlepszy okaz, powoli udaje mi się przełamać niechęć domowników.

Po pierwsze (choć wiem, że zabrzmi to strasznie), zawsze kupuję żywego karpia z hodowli. Jest znacznie droższy i muszę parę kilometrów po niego jechać, ale opłaca się. Dzięki temu mogę ocenić, w jakiej jest kondycji i w jakich warunkach przechowywane są ryby. Szerokim łukiem omijam miejsca, w których kupuje się martwe ryby, ponieważ boję się, że najzwyczajniej w świecie zdechły (np. z powodu choroby). Nie kupuję też karpia w supermarkecie, ponieważ często ryby traktowane są tam niewłaściwie.

Samo zabijanie karpia w domu nie należy do najprzyjemniejszych zadań, zawsze robi to mój mąż. Gdyby jednak nie miał tak sprawnych i pewnych ruchów, wolałabym, żeby zajął się tym sprzedawca w sklepie, który wie, co robi.

Moim zdaniem, najsmaczniejsze są małe okazy, maksymalnie o wadze 1,5 kg. Kilka razy mąż przyniósł bardzo dorodnego karpia (bliżej mu było do 3 kg) i jego mięso było zdecydowanie za twarde. Mniejsze ryby świetnie nadają się na dzwonki, a właśnie w takiej formie lądują na moim świątecznym stole.

Na co jeszcze zwrócić uwagę? Przede wszystkim na to, w jaki sposób ryby są przechowywane w sklepie. Czy woda jest czysta, przejrzysta i filtrowana. Dokładnie się przyglądajmy, czy karpie nie są pokaleczone, czy mają kształtne płetwy i zdrowe, wypukłe oczy. Warto zerknąć także na skrzela – powinny być ciemnoczerwone.

Osobiście zawsze przed zakupem pytam też, w jaki sposób ryba zostanie mi zapakowana. Wkładanie jej do reklamówki to zwykłe bestialstwo. Jeśli pracownicy dbają o to, żeby można było karpia przetransportować do domu w wodzie,najprawdopodobniej też przechowują ryby w sklepie we właściwych warunkach. Poza tym lepiej pójść do sprawdzonego miejsca, w którym ryby kupujemy także w ciągu roku. Rzucanie się na promocję w hipermarkecie zawsze kończy się porażką.

Łososia, dorsza czy pstrąga jeszcze się najecie, serio. Na wigilijnym stole naprawdę powinien królować karp.

Smacznego!