Chcesz się rozwijać? Odwagi, nie odwołuj, nie przekładaj… nie szukaj wymówek!

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
18 lutego 2016
Fot. iStock / Constantinis
Fot. iStock / Constantinis

Przekładanie, odkładanie na jutro, na za chwilę, na lepszy moment. Wymówki. Lubimy je wymyślać, karmić się nimi i usprawiedliwiać przed innymi, zrzucając z siebie ciężar odpowiedzialności. –  Nie mogłam, to przecież nie zależy ode mnie. – mówisz. – Bo przecież gdyby się dało, to ja pierwsza…

Właściwie od małego boimy się stanąć twarzą w twarz z faktem, że zawiedliśmy. Szukamy przyczyn na zewnątrz, a tak rzadko u siebie. Może to wina wychowania, może wymagano od nas zbyt wiele i egzekwowano zbyt surowo. Jesteśmy dorośli, ale wciąż obawiamy się przyznać, że się z czegoś nie wywiązaliśmy. To przecież nie my, to cały świat i wszelkie okoliczności umożliwiły nam wykonanie zadania. Bo co to właściwie znaczy: nie dało się? A no właśnie, nie dało się, bo…

1. Zabrakło czasu

Czy nie jest tak, że wszyscy mamy go mało? Praca, dzieci, obowiązki, próba wygospodarowania dla siebie kilku momentów na regenerację sił… Czasem ledwo „wyrabiamy się” z realizacją podstawowych, codziennych spraw. Priorytetem jest zazwyczaj rodzina, to dość oczywiste. Ale skoro twój grafik jest tak napięty, to po co obiecujesz? Wiele z nas, ma z tym problem: nie potrafimy odmawiać, choć wiemy, że prawdopodobnie nie podołamy zadaniu. Bierzemy na głowę, bo przecież tak wypada. Lubimy okazywaną nam wdzięczność. Cóż, lepiej przez chwilę wydać się niemiłą niż przez całe życie być uważaną za gołosłowną.

2. Nie umiem, nie poradzę sobie

Ale przecież nawet nie spróbowałaś? Zbyt często idziemy na łatwiznę, odmawiając sobie możliwości nauczenia się czegoś, skorzystania z czyjejś pomocy i wiedzy, poszerzenia horyzontów. Rezygnujemy w przedbiegach. Ale koniec z tą wymówką! Naukowcy udowodnili, że nasz mózg ma znacznie większą zdolność adaptacji niż sądzono wcześniej.  Jest plastyczny i uczy się pod wpływem zmian w twoim otoczeniu, pod wpływem nowych doświadczeń. Nie potrafię” to twoja własna, narzucona sobie blokada. Poza tym, zawsze możesz poprosić o pomoc.

3. Byłam zbyt zajęta

Nie zajrzałam wieczorem do dziecięcego pokoju. Nie zapytałam: co słychać? Jak poszła klasówka? Ala nadal na ciebie obrażona? –  My dorośli, mamy na głowie same ważne sprawy, jesteśmy naprawdę bardzo zajęci – tłumaczymy dzieciom, które proszą tylko o wieczorną lekturę, albo o chwilę zainteresowania jakimś ich szkolnym czy towarzyskim problemem. A potem siadamy przed telewizorem i trwonimy bezsensownie czas gapiąc się w mało wartościowe treści. „ To moja chwila relaksu, należy mi się, zapracowałam na nią.”– usprawiedliwiasz się. A może, w ostatecznym rozrachunku, o wiele więcej dałoby ci te kilka momentów z kimś, dla kogo czas spędzony z tobą jest jeszcze ciągle najważniejszy? Bądź obecna. Staraj się.

4. Nie miałam pieniędzy

– To nie jest wymówka, to są moje realia! – powiesz, nie bez racji. Trudno z tobą dyskutowa . Żyjemy w czasach, gdy z jednej strony ciągle jeszcze większość z nas z trudem łączy koniec z końcem, a z drugiej zarzuca się nas wytworzonymi sztucznie potrzebami i obietnicami, że jeśli będziesz TO mieć, staniesz się KIMŚ. Jedynym rozwiązaniem jest bycie świadomą tego, co jest mi naprawdę niezbędne do szczęścia. Minimalizm to kwestia osobistego wyboru, zmiana stylu życia to twoja własna decyzja. Być może jednak radykalne zmiany nie są ci potrzebne. Może po prostu wystarczy przemyśleć swoje priorytety.

5. Jest już za późno

To wymówka złudna i zbyt często weryfikowana przez życie, żebyśmy mogły potraktować ją na serio. Za późno na miłość? Rozejrzyj się! Czy nie ma w twoim otoczeniu choć jednej pary szczęśliwych ludzi, którzy pokochali się na jesieni życia? Za późno na zmiany? Nie zauważasz, że one czasem nadchodzą same i nie pytają, która godzina? Za późno, żeby powiedzieć „przepraszam” i zacząć wszystko od nowa…? Nie jesteś kotem, szczęśliwcem o siedmiu życiach.

Nie szukajmy wymówek, bo one nie pozwalają nam się rozwijać, stawać lepszymi dla innych i silniejszymi dla siebie. Odpowiedzialność to cecha dojrzałości, którą docenią w nas najbardziej ci, na których nam zależy


Kobieta pewna siebie, to taka niezła sztuka

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
18 lutego 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
Fot. Unsplash / Brooke Cagle / CC0 Public Domain

Kobieta pewna siebie to taka niezła sztuka. I przyciąga jak magnes. Wszystko, a najbardziej wzrok. Wodzą za nią spojrzeniem mężczyźni, śledzą ją okiem kobiety, bo ma w sobie coś czego dotknąć nie można i nawet pojąć za bardzo też nie, za to bardzo, ale to bardzo, chce się to również mieć.

Jest lekka, zwiewna, porusza się jak bogini, na twarzy łagodny uśmiech, wzrok mocny, ani przez moment niepłochliwy, do tego ten chód gazeli! Taki naturalny, niewyćwiczony, że chciałoby się zakrzyknąć: Safari! A gdy włosy odgarnia to aż sobie przysiąść można. Jej życie to pasmo sukcesów. Facet wyśniony, praca wymarzona, majątek, wakacje, cudowni przyjaciele. A wszytsko takie jakie sobie zaplanowała. Zażyczyła. No to i dostała. Podług zasady: mówisz i masz. No cudo po prostu, taka babka, która wie czego chce.

Abstrahując jednak od samej bogini, czym jest owa pewność siebie, którą tak olśniewająco emanuje? Gdzie ją kupić i za ile? Zamówić online? Może da się w promocji? Bo przecież najłatwiej by było… podać numery karty kredytowej i czekać aż kurier dostarczy w pudełku. Niestety. Nie tędy droga. Zamiast prostej i łatwej opcji pozostaje tylko mozolna praca.

Więc czymże jest pewność siebie? Tak z definicji? Wpisałam w google i dostałam rezultat: jednoznacznej definicji brak. Synonimów za to mnóstwo, podobnie jak i wyjaśniających koncept teorii. Tymczasem, czyż nie jest tak, że człowiek tak naprawdę rodzi się całkiem swego pewien?

No spójrzmy dla przykładu na pierwszego z brzegu noworodka. Zadręczy, zamęczy jak nie dostanie jeść. Zapłacze się na śmierć jak mama nie przytuli. Konkretnie domaga się swego, bo w wieku niemowlęcym człowiek akurat świetnie wie czego tak naprawdę chce. Sprawy komplikują się później. Człowiek dorasta. Otwierają przed nim świat. Najpierw mama i tata tłumaczą co wolno, a co nie. Potem społeczeństwo dorzuca jeszcze więcej zakazów, nakazów, reguł i wskazówek. Nagle człowiek zaczyna być niepewny. No bo zaraz, zaraz… do tej pory wszystko dobrze szło, więc co się stało? – myśli. I to ciągłe ocenianie z każdej strony!

W tym człowieku jesteś może trochę dobry ale w tamtym nie najlepszy co by nie rzec beznadziejny – słyszy człowiek gdzie nie pójdzie. Popraw się, zmień się, ucz się lepiej, zadowalaj skuteczniej, nie rób tego tak bo to źle, rób inaczej bo tak lepiej. Czasu wiele nie minęło od tych niemowlęcych chwil, a już człowiek się zgubił w koszmarnym jakimś lesie do którego nie pamięta nawet jak i kiedy wszedł. Ale wszedł. I teraz musi brnąć. Na oślep, przez krzaki, zarośla, leśną gęstwinę. Brzmi jak życie znajome? Pewnie dla wielu tak.

Na nieszczęście dla ludzkości, proces gubienia siebie zaczyna się wcześnie. Proces, w którym człowiek całkowicie traci kontakt z tym co w nim najważniejsze, z tą kwintesencją, która stanowi o nim jako o indywidualnym, pięknym i jedynym w swoim rodzaju człowieku. Wielu z nas przeżywa całe życie, bez tego życiodajnego kontaktu. Niepewni, przestraszeni, poddawani wiecznej krytyce żyjemy, ale nie do końca wiemy: po co. Więc na wszelki wypadek, pozostajemy zawsze w ostatnim rzędzie. W tle. Niewyróżnieni. Wzrok raczej spuszczony, głos zbliżony do szeptu, chód całkiem niepewny. Nie mówimy „nie” bo nie wiemy jak.  I mówimy „tak” żeby miłym i ułożonym się wydać.

Problem z takim życiem polega głównie na tym, że nijak się ono ma do niczego. A już najmniej do nas samych, którzy owszem, jesteśmy, żyjemy, ale czyje to życie? Tego nijak wykombinować nie możemy. Kolejna sprawa, której rozgryźć też wcale nie potrafimy (i o zgrozo ta jest właśnie zasadnicza) to jakie życie chcielibyśmy wieść gdybyśmy mogli decyzje podejmować. Bo chociaż to zabrzmi całkiem nierzeczywiście, większość z nas żyje święcie przekonana, że na własne życie żadnego wpływu nie ma. Świadomie czy nieświadomie, ludzie poddają się obcym wpływom i trendom, a są i tacy, którzy całe swoje życie cudzym życiem żyją.

Postawmy teraz takiego człowieka przy naszej kobiecie pewnej siebie. Efekt jaki otrzymamy to klasyczny zestaw Beauty and the Beast (Piękna i Bestia). Beauty to postać ze świata, który jak połówka tej samej pomarańczy pasuje do niej jak ulał. Jej wszystkie myśli, jej wszystkie pragnienia, każde wypowiedziane słowo, znajdują idealne odbicie w zewnętrznym świecie. Harmonia jaka tam panuje jest obezwładniająca, a tworzy ją osobiście, własnymi metaforycznymi rękoma, nie kto inny ale właśnie ona: kobieta pewna siebie. Jest kreatorką, projektantką, przelewającą całą swoją duszę na projekt zwany życiem. W tym temacie, nie zna kompromisów, nie chodzi na ugody, nie uznaje idei popularnych, a w ich miejsce promuje własną oryginalność. Czasami całkiem dużym kosztem. Zawsze jednak zakończonym sukcesem.

Jej mądrość polega na tym, że słucha do wewnątrz, patrzy do wewnątrz, a potem jak kwiat, rozkwita swym pięknem dla zewnętrznego świata. Swojego świata, który przyjmuje ją ze łzami szczęścia na pięknej twarzy. Takie mają porozumienie. Kobieta i jej świat. Podpisali umowę na czas nieokreślony. Jej jedynym warunkiem jest wierność samej sobie. Wierność tej iskrze, która w każdym indywidualnym bycie czeka tylko na ten jeden moment. Moment, w którym będzie mogła zacząć płonąć całym swoim światłem. A kiedy ten moment się dzieje, wtedy właśnie oczu oderwać nie możemy od tej płynącej jak piękny żagiel kobiety cudownie zsynchronizowanej.

Bestia tymczasem nie płonie żadnym płomieniem. Bo bestia żyje w cieniu, w szarościach zakamarków, w ciemnych uliczkach po których bezdomne psy się tylko włóczą. Bestia nie ma pomysłu na życie, nie ma pomysłu na istnienie. Jej dusza ma postać skarłowaciałą, spętaną przez wpływy zewnętrzne, obce i raniące. Bestia żyje w cudzym świecie, w którym odmawia sobie wszystkiego co mogłoby ją wyróżnić, uszlachetnić, uczynić choć odrobinę innym i unikalnym. Bestia żyje w strachu. W strachu irracjonalnym lecz wszechmocnym zarazem. Strachu, który paraliżuje ją przed postawieniem granic, zdefiniowaniem swojej unikalności, zdefiniowaniem siebie. Strachu, który nie pozwala jej na wzięcie odpowiedzialności za własne życie i za własny świat. Bestia żyje w wiecznej niepewności, a świat jej jest płaski i niewidzialny. Coby jednak nie czyniła, jakby się nie próbowała ochronić, tak nie potrafi oprzeć się urokowi kobiety pewnej siebie. Bo nawet bestia ma w sobie ten instynkt, który choćby i w opłakanym stanie, to jednak jest. Instynkt, który jej podpowiada: ty też to w sobie masz. Zrób wysiłek i wydobądź siebie na powierzchnię. I pozwól się sobie zadziać. Zaistniej. Ty jako Ty. Jako ktoś kto wie kim jest. Jako ktoś kto wie czego chce. Zaistniej jako kobieta pewna siebie. A potem to już tylko…. Safari.


Kobiety ogarnijcie się! Czy naprawdę musicie się przeglądać w JEGO oczach, żeby znać swoją wartość?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
18 lutego 2016
Fot. iStock / stock_colors
Fot. iStock / stock_colors

Czytam i nie wierzę. Odejść, czy zostać, kocha – nie kocha. Zdradzić, czy nie. I chce mi się krzyczeć: „Kobiety ogarnijcie się, czy wasze szczęście zależy tylko od mężczyzny, który będzie stał obok was?”.

Czy naprawdę musicie się przeglądać w jego oczach, żeby znać swoją wartość. Czy bez faceta nic nie znaczycie? Jesteście gorsze, wybrakowane, gdy facet was nie kocha? Oczywiście, zaraz usłyszę głos oburzenia: „No nie, oczywiście, że nie, bez przesady”. Ale spójrzcie na siebie – jesteście o tym przekonane, czy to tylko takie gadanie na uspokojenie swojego własnego ego, co by za bardzo nie chciało dojść do głosu i wykrzyczeć wam prawdę w twarz?

Coraz częściej mówi się o niezależności kobiet, o budowaniu przez nich pewności siebie. I co z tego? Feminizm klepiemy po plecach, bo miło, że jest i że zawsze można na niego zrzucić nasze dylematy – dziecko czy praca, rodzina czy kariera, samorozwój czy zadowolenie mężczyzny, który zasypia obok nas.

Na miłość boską. Czy naprawdę tak trudno spojrzeć w lustro i powiedzieć: „Ale fajna z ciebie baba”. Obojętnie czy staniecie nago, czy odstrzelone w najlepszą kiecę. Bo nie o wyglądzie tu mówimy, ale o przekonaniu, że kurde no jestem zajebista.

Na pewno każda z nas miała w życiu taki dzień, kiedy myślała: świat leży u moich stóp, że może dokonać wielkich rzeczy, że ona sama decyduje o swoim życiu tu i teraz. I dlaczego za tym nie poszłaś? Tylko spojrzałaś na tego gościa, który właśnie zasiadł na kanapie i cichutko przysiadłaś obok niego. „Pojechałabym do Afryki” – to czemu nie lecisz? Bo on nie chce, bo nie łapie twojego pomysłu, nie wychodzi mu naprzeciw, tylko kiwa z pobłażaniem głową: „Ty to se możesz marzysz, a ja chcę nad nasze morze – rybę zjeść, piwo wypić”. No i krew mnie zalewa, bo zostajemy tylko w sferze chrzanionych i frustrujących nas, bo nie spełnionych marzeń, bo jego potrzeby są ważniejsze.

Ano tak, bo zapomniałam – przecież szczęście to facet u boku, a nie realizowanie swoich własnych marzeń. Bo co z tego, że polecisz do tej Afryki, skoro nie będziesz miała do kogo wrócić?

BŁAGAM. A ile rzeczy może się wydarzyć przy okazji takiej wyprawy, ile ludzi możesz poznać, ile nowego doświadczyć. Naprawdę, jego czyste skarpetki dają ci większą możliwość rozwoju i szczęśliwszego życia?

Bo ON…

Usłyszałam ostatnio: Tak, jasne, żyjemy jak chcemy, a nie mamy odwagi nie ugotować obiadu. Nie dlatego, że lubimy gotować, nie dlatego, że on sam sobie nic nie zrobi, tylko dlatego, że może przestanie nas akceptować. Powie: „Nie gotujesz, nie pierzesz, nie sprzątasz to do czego jesteś mi potrzebna?”. Widzisz siebie – z tą ścierką, odkurzaczem i miską pełną prania. To jesteś naprawdę ty? To jest szczyt twoich marzeń, szczęśliwego życia?

„Nie zmienię pracy, bo on” – powiedziałam mi przyjaciółka. „Bo co on?” – pytam. „No wiesz, pracowałabym w innych godzinach, poza ty on mówi, że to niezbyt dobry pomysł?”. „A co ty sądzisz?” – drążę. Bo wiem, że to praca jej marzeń, że da jej drogę do rozwoju. Ona też to wie, i co z tego. Zapomniałam jest on.

Jestem piękna – gdy on to powie, jestem mądra  – gdy on potwierdzi, jestem dowcipna – gdy on śmieje się z moich żartów, jestem atrakcyjna – gdy nadal on chętnie idzie ze mną do łózka. A że on atrakcyjny coraz mniej, cóż…

I chce mi się krzyczeć, bo jak to możliwe, że my kobiety – fajne babki, mądre, wykształcone z mega potencjałem zasiadamy koło takiego typa, który codziennie podcina nam skrzydła – a nie zapomniałam – czasami powie: „Pyszna zupa”.

Ja pierd**ę. Kocha za mało, czy wcale, może to moje wina, może ja z siebie za mało daję, za mało się staram – oczywiście, że mało która przyzna się do takiego myślenia. Nie, ja jestem współczesną niezależną kobietą. Dodaj: kobietą, która szczęście i dobro innych ludzi stawia ponad swoje, która nie bierze odpowiedzialności za swoje życie, bo ma wpojone, że facet zawsze wie lepiej, jest mądrzejszy, jest autorytetem i to on wyznacza nam kierunek życia.

A może tak wygodnie. Kiedyś będzie można powiedzieć: To była jego wina, że może życie tak wyglądało.

Trzymamy kurczowo tę miłość. Boimy się jej puścić, bo jeszcze nie daj Boże ucieknie nam do kochanki, albo co gorsze odejdzie w ogóle.

Dlaczego nie jesteś z mężczyzną, który sprawia, że czujesz się wolna, że masz prawo wyboru i pełnego decydowania o sobie. Chcesz iść do przodu, masz marzenia – realizuj je. Nawet gdy mu nie jest z nimi po drodze, to cię nie ogranicza. Chcesz skoczyć ze spadochronu – proszę bardzo, ale mnie to nie kręci – opowiesz jak było. Nie ma takiego? Proszę cię, więc lepiej tkwić w związku, byleby by był. Gratuluję.

Nie jesteśmy jednym organizmem. Nie musimy spijać sobie z dziubków i iść ramię w ramię we wszystko, co sobie wymyślimy. Bycie razem to akceptacja, to kompromisy to zrozumienie. Ale nie – u nas to działa w jedną stronę – to my akceptujemy i rozumiemy i idziemy na kompromisy – i wydaje się nam, że mamy partnerski związek. Taki trochę śmiech przez łzy i cholerna hipokryzja.

A co jest złego w pokochaniu samej siebie, w powiedzeniu: „Lubię cię, jesteś dla mnie najważniejsza”. Bo dzieci, bo mąż, bo co znajomi powiedzą, bo to już przecież egoizm. Jasne – nie ma jak to żyć życiem, które inni nam projektują.

I wiesz co, pomyśl, jak chciałabyś, żeby wyglądało twoje życie za 10 lat. Jak byś chciała – szczera możesz być tylko przed sobą. A jak wyglądać będzie?

Wkurzona Baba


Zobacz także

Fot. iStock/courtneyk

Skoro nie jesteś w stanie naprawić osób, które kochasz, skup się na naprawianiu siebie

Stacja Gówna. Z cyklu: Mamowe opowieści.

Ilustracja: Alena Tsarkova dla BrightSide.me

Siedem wiarygodnych sygnałów, że ON cię lubi. Bardziej niż innych (inne?)