A w d*pie mam noworoczne obietnice. Nie chcę być fit i git. Koniec z tym raz na zawsze

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
30 grudnia 2016
Fot. iStock/LaraBelova
Fot. iStock/LaraBelova

Postanowienia noworoczne tu, postanowienia noworoczne tam. Ja pierdzielę, czy naprawdę świat przez ostatnie kilka dni starego roku musi się kręcić wokół tego, co zaplanuję sobie na przyszły rok?

Gdzie nie spojrzę to – jak zrobić, coby dotrzymać składanej sobie obietnicy, jak zaplanować coby tym razem się udało. A ja to pier*ole. Nie mam zamiaru w nowym roku schudnąć 10 kilogramów (tak wiem, przydałoby się), kupić auta, o którym marzę od kilku lat (w końcu ten mój grat nie jest taki zły), zmienić pracy (bo jak nie udało mi się przez ostatnie trzy lata, to teraz ma się nagle udać, po co się znowu frustrować, że nic z tego nie wyszło).

Jakbyśmy nie mogli po prostu pożegnać starego roku i wejść w nowy ot tak. Nie, my wszędzie musimy coś sobie obiecywać, o coś się postarać, a po 12 miesiącach udawać, że nic takiego nie miało miejsca, w duchu myśląc: „nie no teraz to już naprawdę, to już ostatni rok, żeby coś zmienić”.

Są różne sposoby: mówić głośno, że rzuca się palenie, czy zaczyna się biegać – bo wtedy motywacja większa, bo wstyd przed znajomymi, jak się nie uda. I tak podpalamy, jak nikt nie widzi, albo tłumaczymy: „a wiesz, ja tak tylko na imprezach”. Mówimy, że kolano boli i biegać już nie można, że może lepiej jednak najpierw siłownia na wzmocnienie, ale ta siłownia oczywiście od kolejnego roku, bo jak to w połowie zacząć. Najpierw trzeba odpocząć.

A ja mówię stanowcze NIE. Na pytanie: „To jak, dietka od poniedziałku?”, mówię: „W dupie mam diety” – i szczerze – nie mijam się z prawdą spoglądając na swój tyłek.

Jak ktoś spyta, czy już fajki rzucam, powiem, że nie mam najmniejszego zamiaru, bo palić lubię. Pić też – właśnie nikt nie pyta, czy może nie będę pić alkoholi w 2017, czemu nikt sobie takich wyzwań nie stawia?

Nie mam zamiaru wymyślać sobie rzeczy, które mnie zadręczą, upokorzą pokazując, że moja wola jest zerowa, zwłaszcza, gdy chodzi o rzeczy, na które zupełnie nie mam ochoty, ani nie wierzę w ich sens.

Nie no czas najwyższy powiedzieć STOP rzeczom, które świat próbuje mi narzucić.

W nowym roku mam zamiar pogodzić się z tym, jak wyglądam, i że nie ma takiego bata, bym wbiła się w rozmiar 36, a w sumie o 38 też mogę pomarzyć. O nie, nawet marzyć nie chcę, bo i po co, dobrze mi tak jak jest i tego przez cały kolejny rok trzymać się będę.

Odpuszczę sobie wszelkie obietnice typu – siłownia dwa razy w tygodniu, fitness, cztery razy i jeszcze kurs tańca. Czy mnie powaliło? Pytam się? No i już z pomysłem nauki chińskiego sprzed dwóch lat to w ogóle jakiegoś oszołomu się nażarłam.

Nie. Teraz mam zamiar jedynie mieć oczy szeroko otwarte, nie fiksować się na dietach, sretach, kursach gotowania potraw, których później i tak w domu nie robiłam, bo nikt tego jeść nie chciał. A kasa za niezjedzoną ośmiornicę sorry – nie zwróci się.

Jedno wiem. Nie chcę być fit i git. To zwyczajnie nie dla mnie. Tak wiem, że można z Chodakowską ćwiczyć w domu, a kurs języka kupić na allegro, ale czy to naprawdę mnie uszczęśliwi? Czy otworzy horyzonty, gdy będę miała tyłek tak wysoko, że nie daj Boże spodni w pasie nie zapnę?

Czy ja naprawdę chcę robić karierę zawodową na miarę koleżanki z działu obok, której dziś nikt już na „cześć” nie odpowiada, a ona podobno łyka prochy przeciw lękowe, bo boi się, że wszyscy knują przeciwko niej. Cóż, pamiętaj, że kto mieczem wojuje, od miecza ginie. Czy jakoś tak.

I te wakacje na Malediwach, no w sumie i fajnie, bo ciepło i pięknie. Ale co? Zdjęciami się na Facebooku pochwalę, ale pożyczki za wakacje już nikt lajkami za mnie nie spłaci. A pie*dole to. I przyznaję się w tym roku, że kocham Pojezierze Drawskie i tam bez ściem się wybiorę. Jeziora, świeże ryby, rowery, spacery, słowem luksus, na który mnie stać, i który kocham miłością dziecięcych wjazdów z rodzicami.

Tak, tylko te moje oczy szeroko otworzę i nie ograniczę się żadnymi z postanowień. Co to, to nie. Tak mi już przeszedł kurs spadochronowy w promocji koło nosa, bo ja jednak ten chiński próbowałam oswoić. Nijak się nie dało, a kasy na dwie rzeczy brak było. Tak też nie pojechałam na wycieczkę ze znajomymi na Słowację, bo durna bilety na all inclusive ch*j wie po co zabukowałam. Było drętwo, smutno, uciekaliśmy od hotelowych basenów jak najdalej. Na all inclusive byłam dwa razy – pierwszy i ostatni raz. No zwyczajnie się nie nadaję. Wkurza mnie rutyna codzienności, a tu się pakuję w wakacyjną rutynę, to sobie ulepszyłam czas wolny. Pięknie.

No wiec, w tym nadchodzącym nowym roku przyrzekam uroczyście, że będę wykorzystywać każdą nadarzającą się okazję na doświadczanie nowego. Nie ograniczę się żadnymi postanowieniami, co to, to nie. Będę uważna i zamierzam łapać szansę, która pojawi się na horyzoncie. Zmiana pracy – jak tylko zobaczę idealną ofertę – wyślę cv, ale bez ciśnienia, że za 12 miesięcy muszę być w innym miejscu. Wszystko przyjdzie, a jak nie przyjdzie, to albo ja za mało się starałam, albo nie doceniam tego, co mam, albo byłam zbyt skupiona na rzeczach dla mnie mało w efekcie ważnych. I tyle. Dziękuję za uwagę.

PS. Wszystkiego co zgodne z Wami w nowy roku życzę!


Tylko nie mówicie, że myjecie podłogę raz dziennie, bo umrę. Mówię to ja: Pani Domu Dobra Na Miarę Swoich Możliwości

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 stycznia 2017
Fot, iStock/h2o_color
Fot, iStock/h2o_color

Na bank każda z was ma przynajmniej jedną koleżankę – idealną panią domu, która zawsze wszystko ma ogarnięte. Dom czysty, obiad ugotowany, ciasto w piekarniku, a ona piękna i uśmiechnięta.

Znajoma mówi: „No co ja poradzę, że nie położę się spać, dopóki chata nie lśni cała”, inna dodaje: „Ja muszę naczynia do zmywarki schować”. A ja sobie myślę – WTF? Czy naprawdę kubek w zlewie może unieszczęśliwiać?

Oczywiście wkurzam się na maksa, bo po pierwsze – ja tak nie mam i szkoda mi czasu na takie pierdoły, przecież one mogłyby w tym czasie uprawiać szaleńcy seks na podłodze, albo chociaż książkę fajną poczytać. A po drugie – wkurzam się, bo sama tak nie mam, a jednak do ideału chciałoby się dążyć. Więc w głowie układam sobie cały stos wytłumaczeń: że przecież jakie to głupie, że co daje taka lśniąca czystość w domu, że one pewnie udają, bo kosztem sprzątania zaniedbują dzieci, a męża to już na pewno i że te dzieci na bank są nieszczęśliwe w takim domu, bo tylko się im zwraca uwagę żeby nie brudziły. Bo jak inaczej. Oczywiście pewnie wcale tak nie jest, ale ja lepiej się czuję myśląc inaczej. Choć w głowie czai się chochlik: zazdrościsz, co? Zazdrościsz. No dobra. Niech będzie. Zazdroszczę. Równo poukładanych w szafach ciuchów, co u niektórych nawet kolorami, kiedy ja swojej boję się otworzyć przy kimś obcym, bo nie wiem, co z niej i ile wyleci. I znowu od trzech tygodni nie mogę znaleźć ukochanych spodni, wsiąkły gdzieś. I z przerażeniem myślę, że w końcu czekają mnie szafowe porządki…

Poza tym zamiast wziąć przykład z sąsiadki, która szoruje okna – czyli pewnie pogoda odpowiednia, bo ona się zna, ja spuszczam rolety. Mam takie specjalne „noc/dzień”, dzięki czemu idealnie kryję brudne okna. Pewnie na wiosnę się zbiorę, bo zimą i tak szaro i buro… Mycie okien tego widoku nie odmieni. Prawda?

Kurde. Kto nas tak koduje – na te, co muszą mieć czysto i na te, co czystości nie traktują za świętość, mają dom ogarnięty, ale bez przesadyzmu.

Oczywiście nikogo nie śmiem oceniać, bo po co to komu. Patrzę tylko na siebie, jak mnie to wkurwia niemiłosiernie, bo ktoś mi pokazuje, że jednak można. I tylko ja czasami wpadam w szał – zaczynam szorować okna, książki ściągać z półek, i piekarnik zaciekle próbuję pozbyć jakiś zacieków, które nigdy nie wiem, skąd się u diabła biorą i dlaczego koleżanki ich nie mają. Wrrr. Może nie pieką? Tli mi się w głowie taka przebiegła myśl, ale zaraz przypominam sobie pyszne ciasto ze śliwkami, które u nich ostatnio jadłam… Nie mogło być kupne.

No ale cóż, nie będąc idealną trzeba sobie radzić inaczej. Sposobem. Jak się nie ma co się lubi, to się do perfekcji doprowadza to, co się ma. No więc mam kilka tików na gości – tych zapowiedzianych i niezapowiedzianych, i na moją wściekle pedantyczną mamę – teraz to nawet ona da się oszukać.

Co robię?

– książki na ustawiam zawsze przy skraju półki, żeby kurz miał okazję zebrać się za nimi, a nie tuż przed. Wiecie kurz nie tknięty nie jest aż tak widoczny, jak ten, gdy ktoś próbuje wyciągnąć książkę, żeby do niej zajrzeć o wtedy wszystko widać. Jak książki stoją blisko – zero ryzyka. Poza tym za książkami idealnie chowają się rzeczy, które nigdy nie mogą znaleźć swojego miejsca – jakieś kartki, umowy, długopisy, linijki, kartki świąteczne. Są i tak w sumie nie wiadomo, co z nimi zrobić… A za tymi wysuniętymi książkami – można zgubić bez wyrzutów sumienia wszystko!

– opuszczam rolety w oknach – o roletach już wiecie, że są, jak przychodzą goście, to zawsze opuszczam, co by nam sąsiedzi w okna nie zaglądali, albo sprzedaję śpiewkę o wścibskim sąsiedzie, co to lubi wiedzieć co u kogo słychać.

– nakazuję nie ściągać butów – u nas jednak nadal panuje przekonanie, że wchodząc do kogoś buty należy zdjąć. Ja sama zdejmuję, bo czuję się swobodniej. Ale u mnie w domu – zwłaszcza, gdy ktoś wpada niezapowiedzianie nie ma szans na wejście bez butów. Po co ma się do czegoś przykleić lub moczyć skarpetki przed praniem. W butach nie widać, co kryje w sobie nasza nieumyta podłoga – tak wiem, dzisiaj wieczorem na bank to zrobię… Akurat!

Z tą podłogą to w ogóle dla mnie są schody nie do przejścia  – żeby utrzymać ją w czystości, to co najmniej raz dziennie z mopem trzeba by było przelecieć i to najlepiej, kiedy wszyscy już śpią… Eh. Tylko nie piszcie, że myjecie ją codziennie!

– orłem jakimś wielkim w gotowaniu nie jestem, ale coś tam zrobić umiem, za to nigdy, ale to przenigdy nie przyznam się, że to sosu, który wszystkim wybitnie smakuje, nawet szwagierce mocno pro eko doprawiony jest tym z paczki. Ale uwaga, zawsze sprawdzam, żeby ten z torebki nie był z glutaminianem sodu – czy jak to tam.

– nigdy też nie zaprzeczam, gdy ktoś mówi, że się napracowałam przy kolacji, zawsze delikatnie spuszczam wzrok: „nie ma o czym mówić” – kwituję skromnie. Bo kurde nie ma o czym, zawsze, ale to zawsze mam coś zamrożone w lodówce. I jak tylko słyszę – wpadniemy, to otwieram, a tam mrożonki, sronki i zawsze coś się wymyśli. Byleby na szybko. Powinnam w ogóle wydać taką książkę: „Chcesz olśnić gości? Szybkie przepisy na prostoty od nieperfekcyjnej”.  Ważne tylko, by uzupełniać zamrażarkowe zapasy.

– no i wiadomo, już w sytuacjach ekstremalnych mówię: „Właśnie miałam zacząć sprzątać”. Niezniszczalne, a najlepsze jest to, że zawsze wszyscy wierzą. Nikt się nawet nie zająknie. I to pranie, które WŁAŚNIE miałam zacząć składać. No jak niezapowiedziani goście, to nawet w sypialni pod kołdrę nie zdążyłam schować.

Ale żeby nie było – lubię porządek, ale bez przesady. Już dawno wyleczyłam się z tego, że zlew musi być pusty – może jak nie masz w domu dzieci, które w dodatku nie sprowadzają wiecznie swoich jedząco-pijących znajomych do domu. I jak ty pijesz kawę niezmiennie non stop w tym samym kubku (to ja). Dałam sobie też spokój z doprowadzaniem domu do lśnienia, kiedy wszyscy śpią, ja też chcę się wyspać, a czysta podłoga snu mi nie da… No i po prostu mam miejsce w domu, gdzie goście wchodzić nie mogą, bo tam kryją się wszystkie moje grzechy i przewinienia nieperfekcyjnej.

A tak w ogóle to zawsze sobie myślę o znajomej, która wpadła w pułapkę perfekcyjności, u niej w akwarium nawet roślinki muszą być dopasowane pod względem wielkości i kolorów… „Nigdy nie spełniałam oczekiwań mojego ojca”, powiedziała, kiedy powiedziałam, że jednak jej zazdroszczę… I zazdrościć przestałam… Pani Domu Dobra Na Miarę Swoich Możliwości – z tym tytułem zdecydowanie mi do twarzy.


Ja pie*dole, no łeb spadł mi i leży obok. Czy ci panowie nie mieli własnego rozumu?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
15 grudnia 2016
Screen/You Tube
Screen/You Tube

Są cudowne.

Uwielbiam je.

Lubię patrzeć, jak wypełniają twoje spodnie.

Jak delikatnie podskakują, gdy biegasz, w tych swoich obcisłych szortach.

I kiedy dyndają, jak ściągasz majtki.

Lubię, gdy je masujesz, gdy sam się nimi zachwycasz. Podnieca mnie to.

Dbaj o swoje jądra. Pamiętaj o profilaktyce badań… Pytanie, a co, jak facet właśnie został pozbawiony jądra, ma raka??? Czy ktoś o tym pomyślał tworząc seksitowski spot z Opola o profilaktyce badań kobiecych piersi?

Ja pie*dole. No łeb mi spadł i leży obok.

https://youtu.be/Amrh-9WDKEM

Zastanawiam się, czy ci panowie wymienili się doświadczeniami, mierząc w dłoniach fikcyjne piersi, czy dzielili się tym, które im odpowiadają najbardziej. Ja wiem, że oni chcieli w dobrej wierze, ale naprawdę trzeba nie mieć rozumu, żeby na coś takiego się zgodzić. Nasze piersi nie są dla waszej zabawy! Noszą w sobie bardzo często śmiertelną chorobę! Są owszem kwintesencją naszej kobiecości, ale tak jak nasze cycki, tak i my nie chcemy być traktowane przedmiotowo. A co, gdyby żona jednego z tych panów w wyniku nowotworu została piersi pozbawiona? Też by tak ochoczo opowiadał, że lubi patrzeć, gdy one podskakują!?!

Nie, no ręce mi opadły. Jestem zażenowana, oburzona Jedno cieszy, że TVP3 Opole ten spot wycofało. Ciekawe, czy taką decyzję podjęła kobieta, czy mężczyzna!