6 powodów, dla których on nigdy nie zaangażuje się w ten związek i dlaczego to jest twoja wina

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 marca 2019
Fot. iStock / pvstory
 

Jeżeli wydaje ci się, że tylko ty spotykasz na swojej drodze mężczyzn, którzy boją się zaangażować – mylisz się. Zresztą lęk przed określeniem się w relacji nie dotyczy tylko mężczyzn – kobiety również uciekają przez zobowiązaniami, z różnych powodów. Zazwyczaj główną przyczyną są doświadczenia osobiste, trudne przeżycia, niewyleczone, „nieprzepracowane” wydarzenia z przeszłości. Skupmy się jednak na tym, co najbardziej częste i ogólne. Na naszych własnych błędach.

6 powodów, dla których on nigdy nie zaangażuje się w ten związek

Winisz zawsze drugą stronę za wszystkie problemy w twoich związkach

Nie powinnaś tak szybko obwiniać mężczyzn za wszystkie problemy, które pojawiają się w twoich relacjach partnerskich. Musisz zastanowić się nad tym, czy nie zdarza ci się popełniać błędów, czy naprawdę jesteś „nieomylna”.

Od początku ignorujesz wszelkie ostrzeżenia

Czasami „czerwone flagi” widać na samym początku związku. Ty jednak jesteś tak zdesperowana, że nie chcesz ich zobaczyć. Wolisz żyć iluzją i wmawiać sobie, że w twoim związku wszystko jest w porządku.

Nie mówisz o oczekiwaniach w związku

Ważne jest, abyś zawsze była w stanie rozmawiać o swoich oczekiwaniach zanim naprawdę głęboko wejdziesz w relację. Ale umiejętnie, bez presji. Chcesz założyć rodzinę? Nie udawaj, że pragniesz otwartego związku bez zobowiązań.

Zmuszasz partnera do zbyt szybkiego angażowania się w związek

Nigdy nie należy zmuszać drugiej strony do wczesnego podejmowania decyzji, zobowiązań. Są rzeczy, których nie można przyspieszać, które muszą rozwijać się w swoim własnym tempie. Inaczej nie dadzą nam szczęścia. Chęć zaangażowania musi wypływać z naszego wnętrza.

Uważasz, że masz na związek „wyłączność”

Nie zrozum mnie zle, oczywiście nie chodzi o to, że masz prawo oczekiwać lojalności. Bardziej chodzi o to, że niemal natychmiast przejmujesz nad wszystkim kontrolę, sprawiając, że on czuje, że nie ma na nic wpływu, że nic od niego nie zależy. Nawet to, czy chce być w tym związku, czy nie. Postaw się w jego sytuacji…

Wybierasz mężczyzn, którzy nie są gotowi na zaangażowanie

Czasami sama strzelasz sobie w stopę. Jest wielu mężczyzn, którzy potrzebują „dorosnąć”, zanim zdecydują się zaangażować w związek. Może tak już jest, że przyciągasz „emocjonalnych chłopców”, bo jesteś silną kobietą, a oni potrzebują takiej partnerki. Ale nie „na życie”, a jedynie na chwilę, po to, by nauczyć się czegoś o sobie i dowiedzieć, czego pragną. Albo, by korzystać z twojej naiwności i dalej wieść wygodne życie bez zobowiązań.


Na podstawie: relrules.com


Shake proteinowy – przepisy na koktajle białkowe

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
4 marca 2019
Fot. iStock / PredragImages
 

Shake proteinowy – brzmi groźnie? Taki zdrowy koktajl wcale nie jest zarezerwowany dla mężczyzn!  Czy taka mikstura przyda się na diecie? Jaki jest dobry koktajl proteinowy na odchudzanie? I czy można zastąpić nim śniadanie? Wypróbuj nasze przepisy na koktajle białkowe. 

Koktajle proteinowe (koktajle białkowe) to wyjątkowo łatwy sposób na uzupełnienia białka w diecie. Zrobisz je w 2 minuty!

Dlaczego warto pić koktajle proteinowe

Białko jest podstawowym budulcem naszego organizmu. Wszyscy go potrzebujemy, zwłaszcza jeśli żyjemy aktywnie i uprawiamy sport – wtedy zapotrzebowanie na ten składnik dodatkowo wzrasta.

Białko pochodzące z produktów nabiałowych to baza napoju, jego uzupełnieniem są zboża, warzywa i owoce. Dzięki temu shake proteinowy jest skarbnicą witamin i minerałów oraz uzupełni węglowodany.

Shake proteinowy  na odchudzanie

Czy można pić koktajle białkowe podczas odchudzania? To jedno z najbardziej popularnych pytań i nie ma się co dziwić, bo przecież skoro chcemy stracić nieco kilogramów, a nie budować masę mięśniową, czy taki shake nie zaszkodzi diecie? Otóż nie! To jeden z największych dietetycznych mitów. Tak bardzo chcemy szybko chudnąć, że zapominamy o tym, że skuteczność treningów nie opiera się na wycieńczeniu organizmu. Po ćwiczeniach porcja zdrowego białka nie zaszkodzi, a wręcz pozwoli ciału na racjonalne i skuteczne spalanie tkanki tłuszczowej.

Zbyt restrykcyjne cięcie kalorii skutkuje zazwyczaj utratą mięśni, a nie znienawidzonego tłuszczyku. Koktajl proteinowy nikogo nie utuczy, za to świetnie wzbogaci dietę i może śmiało zastąpić posiłek.

Shake proteinowy (koktajl proteinowy, koktajl białkowy)*

Shake proteinowy

Fot. iStock

Choć to koktajl w wersji sportowej, smakuje naprawdę świetnie. Ma w sobie sporo mocy i w przeciwieństwie do cukrowych kolegów, możecie go włączyć do diety bez zbytnich wyrzutów sumienia.

Składniki:

  • 3 łyżki płatków owsianych
  • niepełna łyżka migdałów
  • 50 g chudego twarożku
  • niepełna szklanka mrożonych malin
  • mleko 1,5% tłuszczu
  • opcjonalnie (szczególnie przydatny składnik dla trenujących panów) – 1 porcja odzywki białkowej.

Jak przygotować koktajl proteinowy?

Nie zgadniecie… Tak wszystko wrzucamy do blendera i miksujemy na gładki krem. No jak można nie kochać koktajli?!

Czekoladowy shake białkowy z nasionami chia – przepis

Składniki:

  • 2 łyżki nasion chia
  • pół szklanki mleka owsianego lub sojowego
  • jedna łyżka kakao
  • łyżeczka miodu
  • pół łyżeczki cynamonu
  • kostka gorzkiej czekolady min. 80% kakao
  • mała garstka owoców leśnych: jagody lub maliny (świeże lub mrożone)

Wszystkie składniki oprócz czekolady i owoców wymieszaj w szklance lub słoiczku. Odstaw na godzinę do lodówki – nasiona chia muszą napęcznieć. Zmiksuj za pomocą blendera. Czekoladę zetrzyj na wlany do szklanki koktajl, posyp owocami. 🙂 Zdrowo, pysznie i z czekoladą. Można? Można!

Koktajl potreningowy

Shake potreningowy

Fort. iStock

 

Składniki:

  • ok 100 g chudego twarogu (mniej więcej pół kostki)
  • szklanka mleka 1,5% lub roślinnego (np. owsiane, sojowe, migdałowe)
  • szklanka mali lub jagód
  • listki mięty – do dekoracji

Jak zrobić koktajl idealny po treningu?

Najważniejszym składnikiem jest białko – czyli twaróg i mleko. Owoce możecie śmiało wymieniać na ulubione!

Wszystkie składniki wystarczy zmiksować w blenderze.

Możecie też dodać garść płatków owsianych lub posłodzić koktajl miodem. Pycha!

Jak skomponować swój własny koktajl proteinowy? (koktajl białkowy)

Podstawowym składnikiem koktajli proteinowych jest właśnie białko. Wcale nie musicie kupować odżywek proteinowych dla siłaczy, wystarczy mleko, kefir, czy jogurt. W wersji wegańskiej możecie skorzystać z mleka sojowego.

Wybierz swoje ulubione składniki, kierując się podziałem poniższym. Aby stworzyć idealny shake proteinowy potrzebujesz: porcję białka, porcję warzyw lub owoców, dodatki zbożowe lub orzechy. Wybierajcie z naszych propozycji:

Porcja białka – z czego zrobić koktajl proteinowy?

  • mleko
  • jogurt naturalny lub grecki
  • kefir
  • maślanka
  • chudy twarożek
  • serwatka w proszku
  • mleko sojowe

Produkty możecie ze sobą łączyć, np: mleko + jogurt, kefir + mleko itd..


źródła: zdrofitowo.pl

 


„Hospicjum to też życie, choć z mniej czy bardziej wyraźnym limitem”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
4 marca 2019
Ania z hospicyjną pielęgniarką Wiolą Wojciechowską

Hospicjum to też życie, choć z mniej czy bardziej wyraźnym limitem. Słyszałam w hospicjum wiele pięknych historii, ale najczęściej zmierzających do widocznej finalnej kropki. Tak się cieszę, że mogłam spisać inną, która na życie się otwiera. Historię małej Ani.

– Tu nie jest do napisania artykuł, tylko cała książka – słyszę od Wioli Wojciechowskiej, która w Domowym Hospicjum dla Dzieci im. ks. Dutkiewicza Anią opiekuje się od ponad pół roku. – Przeszła spektakularną operację, dzięki której nastąpiło nieprawdopodobne odwrócenie sytuacji. Pojawiły się szanse na powrót do zdrowia – dorzuca hospicyjny doktor Jacek Gołębiewski, mający za sobą ciut dłuższy staż opieki nad malutką. – Jest najradośniejszym dzieckiem, jakie kiedykolwiek poznałam. Ania bardzo docenia, że żyje – mówi mama, Dominika Knyszyńska. – To jest nasz mały cud – stwierdza. – Wielki cud – poprawia tata Leszek. Dziesięciomiesięczny Mały Wielki Cud przygląda mi się uważnie i po chwili rozjaśnia w uśmiechu, od którego stopniałby niejeden lodowiec.

Cudowna rodzina

Janek, starszy brat Ani, dziś siedmioletni, od długiego czasu przekonywał rodziców, że powinien mieć rodzeństwo. Wiadomość, że został wysłuchany, przyjął więc z wielką akceptacją. Cieszyli się wszyscy, mniej więcej do 13. tygodnia ciąży, kiedy okazało się, że wyczekiwana siostra Jasia urodzi się chora. Diagnoza zespołu Di George’a – dość rzadkiej choroby genetycznej, która występuje w proporcjach 1 do 4-5 tysięcy żywych urodzeń, padła pod koniec sierpnia. Przed Jasiem był ważny czas, właśnie szedł do zerówki, ale niestety to ta wiadomość zyskała bolesny priorytet. Ostatniego dnia wakacji dowiedzieli się, że ich mała Ania przyjdzie na świat z zarośniętymi tętnicami płucnymi i że nikt w Polsce jej nie uratuje. Już wtedy usłyszeli od lekarzy, że pomocy trzeba będzie szukać za granicą.

Ania urodziła się 3 stycznia i jak na swój stan do domu wyszła względnie szybko, bo w 11. dobie. Tylko że bez specjalistycznego sprzętu i z rodzicami nieprzygotowanymi do opieki nad tak chorym dzieckiem, więc do szpitala wróciła po 5 dniach. Właściwie do szpitali, bo po drodze było ich kilka, a jeszcze więcej oddziałów, na które ją przerzucano.

Była niewygodną, zupełnie nierokującą pacjentką, a jej rodzicom nie dawało się wytłumaczyć, że walka o nią jest bezsensowna. – Proszę państwa – usłyszeli od jednej lekarek – jest taka linia, 50 procent jest po jednej, a 50 procent po drugiej stronie. Dla mnie wasza córka jest po tamtej. Skreślano ją, dziwiąc się, po co bliscy naciskają na kolejne badania, przecież Ania w najlepszym wypadku i tak będzie rośliną.

Mało że naciskali. Doprowadzili do przeprowadzenia wszystkich badań, jakie były potrzebne. A potem Patrycja, siostra mamy Ani, z ich wynikami pojechała osobiście do Rzymu, gdzie w Szpitalu Dzieciątka Jezus pracuje doktor Adriano Cariotti, jeden z nielicznych na świecie specjalistów podejmujących się operacji na zrośniętych tętnicach płucnych u dzieci. Dzięki samozaparciu Patrycja uzyskała swoje 90 sekund z doktorem i w efekcie, po jeszcze kilkutygodniowych perypetiach, mała Ania została zakwalifikowana do zabiegu.

Od doktora Jacka słyszę, że rodzice są bardzo samodzielni i zaradni. Doktor podkreśla rolę taty, który wszystko przy Ani potrafi zrobić. Chyba jest pod wrażeniem.

Od pielęgniarki Wioli słyszę, że to jest rodzina z tych najbardziej się kochających pod słońcem, ze szczególnym uwzględnieniem roli mieszkającej niedaleko babci.

Od Jasia słyszę, że siostra jest naprawdę w porządku, a on ma już przy niej szereg obowiązków, w tym mycie malutkich stópek podczas wieczornej kąpieli.

Są cudowni, sama widzę.

Ania z mamą, tatą (od prawej), dr. A. Cariottim i A. Nowakiem

Cudowne hospicjum

W oczekiwaniu na operację rodzinę Knyszyńskich wspierało Domowe Hospicjum dla Dzieci im. ks. Dutkiewicza, do którego Ania trafiła w marcu 2018 roku. Był to warunek wypisania jej ze szpitala. Rodziców na początku trudno było do tego przekonać. – Hospicjum źle mi się kojarzyło, z umieralnią – przyznaje Leszek. – Powiedziałem, że załatwię dla Ani prywatną opiekę pielęgniarską i lekarską, tylko… że nikt nie chciał się jej podjąć, za żadne pieniądze. Dopiero doktor Gołębiewski wytłumaczył nam, że hospicjum nie zawsze jedynie towarzyszy u kresu życia, ale czasami też pomaga na pewnych trudnych etapach, by móc je zwycięsko przejść.

Wiola Wojciechowska wspomina, że jej pierwsza wizyta u Ani w domu trwała blisko 8 godzin i przeciągnęła się do 22.00. Następnego dnia była tam z powrotem już o 6.00, a przez następne 3 tygodnie stała się prawie ich domownikiem. W hospicjum jest pielęgniarką „od malutkich dzieci”, ale Anię z pierwszego spotkania zapamiętała jako prawdziwą kruszynkę. Mocno siną, wystraszoną, niemającą siły płakać. Wydawała się całkowicie odcięta od świata. Nic dziwnego, dopiero zaczynała się uczyć jego zapachów, kolorów i dźwięków. W momencie wejścia do domu po tak długim pobycie w szpitalu dzieci ponoć jakby rodzą się na nowo, ale u Knyszyńskich sytuacja była wyjątkowa. Wiola zauważyła to od razu i musiała rodzicom przekazać ogromną wiedzę, tak by w każdej sytuacji mogli być „jej rękoma”.

– My bez hospicjum nie dalibyśmy rady – przyznają oboje rodzice zgodnie. – Nie wypuściliby nas ze szpitala. Tu dostaliśmy potrzebny sprzęt: koncentrator tlenu, ssak, pulsoksymetr, pompę do jedzenia, ale przede wszystkim uważną, prawdziwą opiekę, nie tylko w ramach wizyt.

Wiedzą, że zawsze mogą zadzwonić i o coś zapytać. Na przykład do doktora Jacka podesłać MMS ze zdjęciem najświeższych wyników badań, by szybko otrzymać poradę. Do Wioli dzwonili nawet z Rzymu, kiedy małej przytrafiły się pleśniawki. A Ania Mickiewicz, hospicyjna rehabilitantka, na prośbę rodziców do ich kruszynki przychodzi trzy razy w tygodniu. Bardzo to doceniają.

– To jakiś cud, że trafiliśmy do tego hospicjum – wzdycha mama. – Wszystkie są takie cudowne? – dopytuje tata.

Cudowna zbiórka

A ze zbiórką na operację to było tak. Zaraz po urodzeniu Anulki zapisali się do Fundacji Serce Dziecka, w której powiedziano im, że istnieje możliwość zbierania pieniędzy na operację dla dziecka za pośrednictwem portalu siepomaga.pl. Tekst otwierający zbiórkę dla Ani na największym w Polsce portalu zbiórek charytatywnych siepomaga.pl zaczynał się dramatycznie: „Anulka będzie żyła pod warunkiem, że zdążymy! Ponad 130 tys. musimy zapłacić za życie córeczki. Lekarze w Polsce spisali ją na straty, nie mają pomysłu, jak jej pomóc. Dla Anulki nie ma czasami miejsca na OIOM-ie, bo tam ratuje się ludzi, a przecież nasza córeczka powoli umiera… Teraz jesteśmy na cienkiej granicy między życiem i śmiercią. Jak długo jej serduszko wytrzyma?” – apel pisany na górnym cis, ale na spokojną argumentację nie było już czasu. Każdy kolejny dzień życia Ani nie musiał się wydarzyć.

W ciągu tygodnia udało im się zebrać blisko 40 tys. złotych. Do pełnej sumy koniecznej do przeprowadzenia operacji brakowało wciąż około 100 tys. Patrycja, Anulki ciocia nie ustawała w wysiłkach, by dotrzeć do celebrytów z prośbą o nagłośnienie apelu o pomoc dla Ani. Kilkakrotnie pisała też do Ewy Chodakowskiej. Wreszcie w nocy, trzy dni przed zamknięciem zbiórki, wysłała do niej ostatniego maila: „Czy rzeczywiście nic nie da się zrobić?” i dopisała kilka rządków znaków zapytania. Po pół godzinie link do zbiórki na Anię pojawił się na stronie trenerki, a w ciągu dwóch dni zebrali ponad 100 tys. złotych. Wiola pamięta, jak rano zadzwonił do niej Leszek i krzyczał do telefonu, że stał się cud i że mają już pełną sumę. – Jechałam do pracy i płakałam – wspomina wciąż wzruszona. – Weszłam na szpitalny oddział do pokoju pielęgniarek i opowiedziałam dziewczynom, co wydarzyło się tej nocy. Oczywiście bez imion i nazwisk, tylko że dobrzy ludzie chcą uratować serce małej dziewczynki. Jedna z koleżanek podniosła głowę znad dokumentacji i mówi, że tej nocy wpłaciła stówę na serce jakiejś małej Ani. Przeglądała blog Chodakowskiej, natknęła się na link, przeczytała historię, nie mogła nie zareagować…

Wraz z nią zareagowało jeszcze 8533 osoby, wpłacając łącznie 138,79,10 zł. Czasami po 5, 10 zł, często z komentarzami pełnymi otuchy, dzięki którym rosły im skrzydła.

Ania z bratem

Cudowna operacja

Pieniądze ze zbiórki od razu zostały przelane na konto watykańskiej kliniki. Jest czerwiec 2018, Polacy przegrywają na Mistrzostwach Świata, ale w domu Ani zapanowuje nieopisana radość, znają termin operacji: zaraz, prawie już, 2 lipca. Jeszcze tylko trzeba podjąć decyzję o transporcie. Samolotem jest najszybciej, ale linie lotnicze nie chcą się zgodzić na przewóz koncentratora tlenu. Poza tym w powietrzu będą zdani wyłącznie na siebie. Może samochodem?

Ostatecznie decydują się na samolot, a koncentrator tlenu ukrywają w bagażu podręcznym. Przecież jeśli z Anią zacznie się coś dziać, nie będą się przejmować i po prostu go wyciągną. – Do tej pory nie wiem, czy podjęliśmy wtedy odpowiedzialną decyzję. Anka poleciała jako zupełnie zdrowe dziecko – przyznaje Dominika. – Kiedy przez 3 godziny byli w powietrzu, ja nie nadawałam się do niczego – wspomina Wiola.

Ania podróż zniosła dobrze, ale już na miejscu zagorączkowała. Przyplątała się infekcja, na której wpływ być może miała też zafundowana jej różnica ciśnień. Termin operacji trzeba było przełożyć. Przekładano go zresztą kilkakrotnie. Ostatecznie Anię operowano 19 lipca, tuż przed dłuższym urlopem doktora Cariottiego. Od 8.00 do 17.00.

Tę operację można nazwać cudem. Leszek wysyła doktorowi Gołębiewskiemu zdjęcie z zapisem z monitora Anulkowej saturacji. Jest 100 procent. Już po operacji mieli okazję spotkać się z doktorem Cariottim w czwórkę, zrobić sobie wspólne pamiątkowe zdjęcie, a wzruszona Dominika serdecznie go wyściskać. –Zazwyczaj nie jestem skora do takich gestów, ale to jest taki ciepły człowiek i uratował nasze dziecko. Do Rzymu przylatują Janek z babcią, jest co świętować.

Rodzice z Anią do Polski wracają 7 sierpnia. Jeszcze w Rzymie wykonano jej komplet badań. Niedotlenienia ma zaledwie 3 procent, niewiele. Jest też podejrzenie małogłowia, ale na razie Ania cała jest malutka, a głowa też zaczęła rosnąć.

Cudowna Ania

– Niedawno tak siedzę z Anulą, przytulam ją i powtarzam, jaka to jest cudowna – opowiada Dominika, przygotowując dla malutkiej porcję mleka. Nagle Jaś odwraca głowę i oznajmia z dumą w głosie – Widzisz, mama, dobrze, że ciebie namówiłem na to dziecko…

Autorka: Magda Małkowska


Zobacz także

Nowy rok, stara ty? Aż 90% osób rzuca siłownię po 3 miesiącach. Oto sposoby na wytrwanie w postanowieniu

6 wskazówek, które pozwolą ci idealnie połączyć ser z rodzajem wina

Kiedy idziesz spać, a twój żołądek nie chce… Zróbmy dobrze przełykowi, żołądkowi i jelitom przynajmniej na koniec dnia