Macierzyństwo

Mamo, proszę, nie wychowuj MOJEGO dziecka

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
8 września 2016
Fot. iStock / Martinan
 

Wracam do domu po długim dniu pracy. Od progu wita mama, piękny zapach rosołu i mój syn, który nie widział mnie od dziewiątej rano. Bogu dziękować, że mama jest, że zrezygnowała z pracy dla moich dzieci, bo gdyby nie ona pewnie zostałabym z ręką w nocniku,  a tak? Pamiętam jeszcze, jak się nazywam. Samodzielnie odbieram córkę z przedszkola.

Doceniam mamę. Za wiedzę, doświadczenie, którego nie chcę podważać i za fakt, że zdecydowała się być dla mojej dwójki. Ale z każdym nowym komentarzem nt. dzieci i codziennego, małego pstryczka w nos, każdy taki powrót pomału odbieram jak dozór kuratorski i listę niedociągnięć, których powinnam się wstydzić. Paznokci nie obcięłam synowi, brudne stopy w środku lata w sandałach u córki, za gruby sweter, za cienka czapka, czy ja kiedyś mam zamiar uprać ten dywanik pod łóżkiem starszaka, w lodówce chyba coś umarło, a przypomnieć należy, że w domu mieszkają dzieci, bakterie zjadają nas każdego dnia na śniadanie, zabawki w nieładzie, niekompletne, w ogóle po co ich tyle. Maluchy mają za dużo, ciuchy poplamione, jak mi nie wstyd. NO JAK MI NIE WSTYD?! Czy ja je jeszcze w ogóle przytulam?

Wdech i wydech.

Drogie Mamy, Babcie nasze, pamiętajcie

Że jesteśmy rodzicami pierwszej kategorii. PIERWSZEJ. Że pamiętamy dlaczego decydowaliśmy się na potomstwo i jakie obowiązki ze sobą niesie. Że tak, przytulamy, jak po dziesięciu godzinach poza domem znajdujemy jeszcze czas na kilka rund w badmintona i naprawdę słyszymy, jak płaczą, kiedy dzwonicie, ale mamy tylko jeden zestaw rąk, którymi właśnie parzymy im herbatę. Nie widzicie tego, bo nie wszystko da się dostrzec. Matki! Nie rzucajcie w nas hasłem „czy Ty się jeszcze kiedyś nim zainteresujesz” jak płonącymi pochodniami, kiedy na jednej nodze, na czerwonym świetle w naszym aucie za rozsądną cenę odpisujemy na trzysta ważnych maili, dających tym dzieciakom byt i sensowne życie. Nie chcemy już słuchać, że powinnyśmy do ortopedy, dentysty, okulisty, okultysty i sklepu, bo jak zwykle nie ma soli.

Nie chcemy już przypomnień, że minął termin następnego szczepienia, a my nadal nic z tym nie zrobiliśmy. Mamy. To są nasze dzieci. Oddajcie nam samodzielność, o którą tak bardzo walczyłyście w okresie naszego dojrzewania i przemilczcie brak zapasu papieru toaletowego i zmywaka do naczyń.

Dajcie nam poznać sytuację, odnaleźć się w niej na własną rękę i nie starajcie się na siłę ustrzec przed błędami, bo one są nam po prostu potrzebne. Dochodzenie do perfekcji w różnych dziedzinach wymaga lat, doświadczeń, połamanych nóg i przepłakanych nocy, a i tak pewności zero, że kiedykolwiek wpadnie w nasze ręce. Dajcie nam być na „tak”, kiedy rozsądek podpowiadam wam, że „nie”. Dajcie się poparzyć i z tą zabandażowaną ręką przesyczeć dwa miesiące, że trzeba było jednak nie dotykać. Kiedy mamy się nauczyć i jak, skoro większość naszych kroków jest albo za bardzo w lewo, albo za mocno w prawo. Przestańcie przeprowadzać nas przez ulicę do szkoły i nie wieszajcie już kluczy na szyi w tej małej, parcianej torebeczce. Potrzeba nam się uczyć, jak być dobrym, jak spełnić się w roli na pełnych obrotach, ale nauka to proces, który w ten sposób zakłócacie.

Powstrzymajcie się od wytycznych, od planu, od komentarzy, że nie wiem jak dziecko ubrać kiedy zimno i że przegrzewam, jak świeci słońce. Chcemy czuć się wartościowymi, pełnoprawnymi i pełnosprawnymi rodzicami, za którymi nie trzeba chodzić z batutą i dyrygować jakie nuty dalej. Przede wszystkim, do jasnej cholery, dajcie poczuć tę nieopisaną dumę z bycia dla kogoś wyrocznią, z posiadania tytułu Pierwszej Instancji, dajcie radość czerpania  z pierwszych razów, które się przewrotnie udały. Nie podważajcie naszego autorytetu, to tak niewiele, naprawdę.

I bądźcie, bo jesteście potrzebne

Pieczcie te swoje ciasta z jabłkiem i maglujcie zestawy pościeli na stare lata, skoro tak chcecie. Zabierajcie dzieci na całe tygodnie pokazując im inne odcienie codziennych spraw, tak! Rozpieszczajcie! Ale działajcie w zgodzie z naszymi przekonaniami i stawiajcie sobie za azymut raz wypowiedziane przez nas zdanie. Jesteście dla nas ważne, bo gdyby te wszystkie, pospiesznie sprzedawane wnukom całusy przedłużały ich życie, pewnie byłyby już nieśmiertelne.

A my, jako wasze dzieci natomiast, nadal potrzebujemy pochwał. Jak wtedy, kiedy przynosiliśmy nabazgrolone A4 z przedszkola codziennie, przez cztery lata, a Wy wiernie podskakiwałyście z zachwytu, jakby te bazgroły pojawiały się na naszych pracach pierwszy raz. Teczka z wycinankami rosła tygodniowo o dwa tomy, wszystko było takie samo, ale czuliśmy się wyjątkowi, bo takie też były wasze reakcje. I zamiast słuchać ciągle jak powinniśmy, albo jak spieprzyliśmy chcemy też usłyszeć jak zwyciężyliśmy.

„Jesteś dobrą matką” to coś, czego brakuje nawet najbardziej żelbetonowemu sercu. Dacie radę?


Macierzyństwo

„Wszystko albo nic” i inne myśli, które utrudniają nam życie

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
9 września 2016
Fot. iStock / evgenyatamanenko
 

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, że sami skutecznie utrudniamy sobie życie za pomocą kilku myśli, które na stałe zagościły w naszych głowach? Czytałam ostatnio fajny artykuł na ten temat na Psychologytoday i zaczęłam się zastanawiać, ile takich myśli krąży bezpośrednio w moim otoczeniu i mojej głowie. I okazało się, że są one tak naturalne, że na co dzień praktycznie ich nie zauważam. A przecież tak często rzucamy odważne hasła pt.: „wszystko albo nic” lub robimy z igły widły. Jak się okazuje, bardzo skutecznie robimy sobie krzywdę, bo pewne nawyki myślowe lepiej niż nie jeden szef tyran podrzynają nam skrzydła, tak to o wiele więcej niż zwykłe „podcinanie”.

Myśl pierwsza, czyli Pani Pępek Świata

Na pewno macie w swoim gronie choć jedną taką osobę lub, gdy uczciwie zlustrujecie swoją głowę, możecie startować do tego tytułu. I nie ma to nic wspólnego z narcystycznym podejściem do życia. Pani Pępek Świata nie myśli bowiem, że świat kręci się wokół jej cudowności czy niezwykłych talentów. Ona jest magnesem. Jeśli ktoś ma zły humor, jeśli w pracy wali się świat, a szef przemierza biuro w poszukiwaniu głowy do ścięcia – Pępek Świata „wie”, że to musi być jej wina. Na pewno zrobiła/nie zrobiła coś/czegoś, co jest przyczyną tych wszystkich niesprzyjających okoliczności. Podobnie funkcjonuje  w związku. Zły nastrój Pana Pępkowego, z pewnością oznaczą, że to ona jest przyczyną jego humoru.

Myśl druga, czyli Pani Wróżka

Oj tak, mam kilka wróżek w swoim życiu. Jedna nazywana pieszczotliwie Panią Na Pewno, zawsze wie, że na pewno coś się zdarzy (oczywiście to działa tylko w przypadku negatywnych myśli). I tak oto na pewno:

  • to sie nie uda
  • zrobi z siebie wariatkę
  • będzie głupio wyglądać
  • zbłaźni się
  • pomyli
  • przewróci
  • zapomni
  • nie da rady… itepe , itede.

A pewność ta jest tak doskonała i absolutna, że właściwie warto się zastanowić, po co w ogóle wychodzi z domu. I wiecie co jest w tym najdziwniejszego? Że większość z nas ma w sobie taki nawyk, czasem ukryty za żartem z serii praw Murphiego – „przecież wiesz, że jeśli coś takiego ma się przydarzyć, NA PEWNO przydarzy się mi”.

Myśl trzecia, czyli Pani Bond

Czyli nie będziemy się rozdrabniać. „Wszystko albo nic”  i sławetna kwestia z Nigdy w życiu: „Jak kochać to księcia, jak kraść to miliony”… A życie nie jest czarno-białe. Oj nie. I dobrze wiemy, jak wiele dobrych i ważnych chwil przydarza się właśnie wtedy, gdy całkiem spokojnie brodzimy sobie w naszej codziennej szarości.

Moja dobra znajoma, Pani Bond, zawsze rezygnuje z świetnych życiowych okazji tłumacząc sobie, że w sumie, nie warto sobie zawracać głowy czymś tego kalibru, bo właściwie przecież zawsze może się trafić lepsza okazja, większa kasa, lepszy moment. Lepiej teraz zebrać siły na to, co będzie potem. Potem jeszcze do niej nie przyszło, ale wygląda go cierpliwie od jakiś ośmiu lat.

Myśl czwarta, czyli Pani Olaboga

Czy to złamany paznokieć czy krach na giełdzie – nieważne, to i tak jest koniec świata. Pomyłka na poczcie, mandat, nieplanowany wydatek. To wszystko, co zdarza się (nam wszystkim) codziennie prowadzi nad przepaść życiową, taką z której już tylko  można spaść. No, przynajmniej w ocenie Pani Olaboga. Bo ona lubi robić z igły widły, a może nie lubi, ale nie potrafi inaczej. Ucieknie tramwaj? Koniec świata – teraz cały dzień jest już do D. Zepsuta winda? Jak żyć, no jak??? Nie mówiąc już o tym, że zdarzą się poważniejsze sprawy i tzreba będzie solidnie przemeblować swoje życie. Nieważne jakie, grunt, że to będzie istna grecka tragedia.

Myśl piąta, czyli Pani Wszystko

To to Pani, która ma nawyk generalizowania. Złamane serce oznacza, że zawsze takie będzie, że każdy związek kończy się dramatem, łzami i smutkiem – no i oczywiście, że WSZYSCY faceci to… nie muszę kończyć. Niepowodzenie w pracy i bura od szefowej oznacza, że Pani Wszystko nic nie potrafi. Nie to, że zawaliła jedną sprawę lub coś jej po ludzku się nie udało, nie – to byłoby zbyt proste. Dla niej to oczywiste, że od tego momentu WSZYSTKO, co robi w pracy, jest niewartościowe. Bo każde, nawet drobne wydarzenie staje się od razu szablonem, w który musi się wpasować reszta świata i całe twoje życie.

Jak zwalczać w sobie te złośliwe myślowe nawyki? Nie jest to proste, bo żeby to w ogóle było możliwe trzeba je przed sobą zdemaskować, a potem będzie już tylko z górki. Za każdym razem, gdy złapiecie się na takim myśleniu, pokłóćcie się odrobinę ze sobą. I na każdą uporczywą myśl poszukajcie co najmniej kilku kontrargumentów.


Na podstawie: psychologytoday


Macierzyństwo

„Nie można być ojcem na wyrywki, jedynie co drugi weekend. Myślałem, że oboje chcemy tego samego – dobra naszego syna”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
8 września 2016
Fot. iStock/AleksandarNakic

– Wiesz jaka jest moja recepta na bycie dobrym ojcem? Wyobrażam sobie, że jestem dzieckiem i jakiego tatę chciałbym sam mieć. I takim staram się później być dla mojego synka. I nie pytaj, kim młody jest dla mnie. Tego się nie da tak jednym słowem czy zdaniem, bo on ze mnie wykrzesał wszystko, co człowiek ma w sobie najlepsze. Nauczył mnie, jak i po co żyć. Nie chcę nawet myśleć o tym, że ktoś miałby mi go odebrać, ograniczyć kontakty. I nie będę walczył, bo wojna to nie miejsce dla dziecka. Będę się starał, robił wszystko, żeby go nie stracić. I nie skrzywdzić, bo my rodzice się bez sensu w sądach szarpiemy, a dzieci obrywają, i to najbardziej. A przecież ja go kocham, ponad wszystko i na zawsze.

Zanim  rozmowa, oglądam zdjęcia Maćka z jego czteroletnim synkiem Błażejem. To co mnie uderza najbardziej, to nie tylko niesamowite podobieństwo, te same uśmiechy, ale sposób, w jaki na siebie patrzą. To, jak ten mały człowiek wpatruje się w swojego tatę. Ze zdjęć bije tyle ciepła i miłości… Już na pierwszy rzut oka widać, że chłopaki po prostu bardzo się kochają i siebie potrzebują. Siadamy w pokoju malca. Jasne, przestronne miejsce, ulubione zabawki i poduszki, niedokończona budowla z klocków i fotografie, te z mamą Błażeja też.

Maciek: – Po prostu nam nie wyszło, w równym stopniu czuję się odpowiedzialny za rozpad związku, nie będę przerzucał winy, oczerniał mojej żony, za chwilę już byłej. No właśnie, trochę naiwnie wierzyłem, że to wszystko dłużej potrwa, chociażby albo zwłaszcza ze względu na naszego synka. W naszym domu nie było przemocy, nadużywania alkoholu, zdrad. Po kilku latach małżeństwa, coś się wypaliło i choć oboje na początku staraliśmy się to jeszcze naprawić, nie udawało się. Potem odpuściliśmy. Ona kogoś poznała, mnie to nawet ucieszyło, choć możesz mi nie wierzyć. Ale skoro sam już jej nie kochałem, sypialnie od dawna mieliśmy oddzielne, wiedziałem, że lepiej jak każde pójdzie w swoją stronę. Więc dlaczego miałbym jej życzyć źle, jak ona będzie szczęśliwa, spełniona to i nasz synek też będzie to czuł, będzie mu lepiej. Przecież gdybym był złośliwy, chciał zemsty, to pierwszy podałbym do sądu pozew o rozwód z orzekaniem o winie, ale po co tak? To nie lepiej się po ludzku rozejść, tym bardziej, że jest jeszcze ktoś. Bardzo ważny ktoś, najważniejszy.

Zaczęło się, od tego cholernego mieszkania. Mówiłem nie raz, że ok, jeśli to ma być kością niezgody, a już w ogóle ważyć na tym, czy i ile razy w tygodniu będę się z Błażejem spotykał, to odpuszczę. Wszystko jej oddam, nie ma problemu, byleby tylko nie robiła trudności z dzieleniem obowiązków i wychowywaniem dziecka. Wiem, że nie da rady inaczej przy rozstaniach, ale mnie nawet ta opieka naprzemienna, na którą liczę w wyroku sądu, przeraża. Wiesz, to nie tak, że się chwalę, zresztą pytałaś innych o nasze relacje, o to jaki jestem, wiesz, ile czasu mu zawsze poświęcałem, mimo pracy i innych obowiązków. A teraz co? Zabranie dzieciaka na basen, czy do parku, kina dwa razy w tygodniu na kilka godzin, to nie rodzicielstwo. Nie można być ojcem na wyrywki, co drugi weekend. Myślałem, że oboje pragniemy w tej jednej kwestii tego samego – dobra naszego syna. Czasem mam wrażenie, że im bardziej jestem uległy, ugodowy, tym bardziej ona nieustępliwa, zaborcza, konfliktowa. Nie raz mnie usiłowały, razem z teściową, sprowokować i to przy dziecku. Rozumiesz? Przecież też jesteś matką, z różnymi sprawami się zmagasz w życiu i zawsze robisz tak, żeby swoje dzieciaki ochronić, prawda? Przecież nie można tego bezbronnego istnienia, które coraz więcej rozumie i coraz bardziej się boi, tak narażać.

Sądy, fundacje, adwokaci? Nie wiem, może to ja jestem taki pechowy, ale odnoszę wrażenie, że ojcowie są z góry na przegranej pozycji, bo matka, jaka by nie była, to matka. A ja nie twierdzę, że moja żona jest złym rodzicem, nigdy bym tak nie powiedział! Ale prawo jest jakby obok tego wszystkiego. Jakby nikt nie rozumiał, że rozwody nie zawsze są wtedy, gdy okazuje się, że mąż to bijący i pijący psychopata, zaniedbujący rodzinę. Że czasem lepiej się polubownie rozejść, żeby do takich sytuacji nie doprowadzić właśnie, przez nerwy i brak porozumienia. A tu przychodzisz po sprawiedliwość, po pomoc, poradę jak to zrobić żeby było dobrze, po wsparcie. Bo nie jesteś mordercą tylko rodzicem, który szuka najlepszego rozwiązania dla swojej pociechy.  I od razu na wejściu masz wrażenie, że prawo jest po to, żeby gnębić ludzi. A zwłaszcza ojców, takich jak ja. Wiesz, co mi powiedziała niedawno? Że jak się nie będę stosował do jej wytycznych, to zabierze małego i wyjadą. Prawo tego nie reguluje, nie chroni mnie przed taką sytuacja , w żaden sposób! Ja nie chce w sądzie dochodzić, kto ma lepsze warunki, więcej pieniędzy, czy lepiej mu u niej czy u mnie. Syn ma być wolnym człowiekiem, a nie przerzucanym przedmiotem. I jedyne co ma czuć, to nie lęk a miłość mamy i taty. Nawet jeśli oni dwoje, już dawno przestali się kochać.

Masz pojęcie jak mi ciężko, gdy ona tak wrogo się do mnie nastawia, jakbym zrobił coś skrajnie złego, maltretował czy gnębił psychicznie. A przecież to jest matka mojego dziecka. Ja też jestem dzieckiem swojej mamy, choć już dorosłym i cokolwiek by się nie działo, nie chciałbym, żeby mój tata ją krzywdził. Nie umiem inaczej o tym myśleć, tak mnie wychowano. Znajomi mi zarzucają, że jestem za dobry, że ona to wykorzystuje, że weszła mi głowę. . Tylko jaki mam być? Naciągać się, bić, awanturować i pozwalać, żeby Błażej na to patrzył? I tak już czasem nie wiem, co robić. Boję się, że doprowadzimy do sytuacji, gdzie zaczną go szarpać i ciągać biegli sądowi, psycholodzy, żeby ustalić, z kim dziecko ma większą więź emocjonalną? Przychodzą myśli, że może lepiej dać im spokój, bo serce mi pęka, gdy odwożę go do domu a on nie chce się ode mnie odkleić. Albo gdy przyjeżdżam po niego w ustalonym terminie, a ona otwiera drzwi i oznajmia, że zmienili plany i zamyka mi przed nosem. I słyszę go, jak płacze i krzyczy: „Tata, gdzie tata?”.

Siedzimy chwilę w milczeniu, widzę jak Maćkowi drży broda.  Ja też jestem samotnym rodzicem, były mąż nie chciał naszych dzieci, nie ma z nami kontaktu. A przede mną siedzi facet, który za  możliwość bycia w życiu syna poddałby się torturom. I zniósł każdy ból. Przestaję rozumieć niektóre matki i instytucje, które teoretycznie mają pomóc w takich sytuacjach. I nagle słyszę: – Wiesz, gdy mały się urodził i pierwszy raz mogłem go ukryć w swoich ramionach, to byłem zaskoczony. Wzruszony do granic i zaskoczony tym, co czułem najsilniej. Nigdy nie czułem się bardziej bezpieczny. Jak takie małe niemowlę, kruche i delikatne może spowodować, tak ogromne uczucia u dorosłego faceta? Poczułem się bezpieczny, bo wiedziałem, że jest ktoś, dzięki komu już nigdy nie będę na tym świecie sam. I chcę, żeby on też to wiedział, że zrobię wszystko, żeby miał nas oboje. Mamę i tatę. Tatę, dla którego nie ma nikogo ważniejszego niż on.

Sytuacji takich jak ta, jest w Polsce i na świecie setki tysięcy. Fundacje praw ojca oraz inne instytucje prześcigają się w statystykach mówiących o tym, jak bardzo niesprawiedliwie są oceniani ojcowie w bataliach o dzieci. Dyskusje o tym, kto jest mniej lub bardziej winny, że prawo nie takie, że sędziowie bezduszni i bez wyobraźni, że prawnicy często maja związane ręce. Liczby rosną, fundacji dla walczących ojców przybywa. A ja wciąż zastanawiam się nad jedną, najistotniejszą w tym wszystkim sprawą. Gdzie miejsce dla tego małego człowieka, który nie rozumie, nie pojmuje dlaczego nie może być po prostu kochany i szanowany. Bo już sam rozwód rodziców jest dla niego strasznym przeżyciem. A przecież, to tylko dziecko.

Gdy zbieram się do wyjścia Maciek pospiesznie dodaje: – Tylko gdybyś jeszcze miała jakieś, pytania, poprawki to proszę, do 14.00. Bo później odbieram pewnego, młodego człowieka z przedszkola i nie ma nas dla nikogo. Dostaliśmy całe popołudnie tylko dla siebie! I może też u mnie dziś zostać na noc. Popatrz, już wszystko przygotowałem, będziemy rysować, bawić się, potem skoczymy na działkę powygłupiać się na hamaku. Błażej bardzo to lubi, nie przestaje się uśmiechać, gdy tam jesteśmy. A wieczorem przed snem przybijemy sobie piątkę, powiemy, jak bardzo się kochamy. I znowu, przez te parę godzin będę najszczęśliwszym facetem na ziemi.  Bo będę ojcem.


Zobacz także

Czasem spojrzeć z „drugiej strony” znaczy zmienić świat

Jesteś rodzicem ucznia? Nie wymagaj od szkoły, że wychowa dziecko za ciebie! Apel nauczycielki

Bywa, że w relacji z dorastającą córką znikasz, bo nie ma nic ważniejszego niż ona, jej problemy i jej emocje