Lifestyle Seks

Po co kobiecie młodszy kochanek? To ja wam powiem…

Seksualnie
Seksualnie
12 stycznia 2016
Fot. iStock / BraunS
 

To było parę lat temu, stałam w firmowej kuchni, a moja koleżanka,  tuż przed czterdziestką powiedziała: „Kobieta chociaż raz w życiu powinna mieć młodszego kochanka, tak o dziesięć lat młodszego minimum”. Dziesięć lat, jęknęłam? Miałam wtedy 32 i kochałam się tylko w starszych mężczyznach.

Ze zgrozą myślę, że ci starsi dziś z prędkością światła zbliżają się tam, gdzie nikt z nas dotrzeć nie chce.

Tego nie zrozumie żadna dwudziestolatka, kobieta blisko trzydziestki być może też jeszcze nie, ale ta trochę dalej już prawie na pewno.

Pamiętam K., mojego eks. To była piękna i fajna miłość, dobry seks. Ja tuż po rozstaniu, on dziesięć lat starszy. Kochałam jego uważność w łóżku i to, że zawsze kochał mnie bez pośpiechu. Miał wcześniej tyle kobiet, na ich ciałach poznawał sam siebie, do mnie dotarł doświadczony i obyty. Mógł się skupić na tym, co przeżywam, a ja nie musiałam udawać innej niż jestem.  Ale to na jego ciele zobaczyłam pierwsze oznaki starzenia, pomyślałam:„Też tam będę”. I jakoś mnie to zasmuciło, choć wiem, że to naturalna kolej rzeczy.

Tyle się mówi o tym, że mężczyźni szukają młodszych, że to dla nich przedłużenie życia, nadziei i mocy. O drugiej stronie sza. Jakby kobiety po 35-tym roku życia i dalej przechodziły na drugą stronę mocy. Nie miały prawa do szaleństwa. Bo czy to nie jest szaleństwo, że dojrzały mąż porzuca żonę dla dwadzieścia lat młodszej? A może to najgorsze okrucieństwo. Jego wobec niej, kobiety, która dała mu dzieci i przez ileś lat tworzyła z nim dom – tak  powiedział kiedyś prof. Osiatyński.

No więc ja, jako kobieta, chciałam znów poczuć się dziewczyną. Zresztą to nie o młodość nawet chodzi, ale o to, że czasem spotykasz człowieka i dzieje się coś między wami, a potem okazuje się, że on jest dużo młodszy.

I zupełnie przypadkiem znów wracasz do czasów wynajmowanego mieszania, materaca, tańszego wina i wanny, którą się myć powinno jednak częściej. I cieszy cię ta zmiana, i ten powrót, bo już zupełnie miałaś dość tych mężczyzn zoranych przez życie, z byłą żona w tle, dziećmi i całym tym bagażem. Z jego: „nie chce mi się”, „nie widzę sensu”, „nie zmienię się, już jedna próbowała”. Z lękiem i wątpliwościami. Młodość jest piękna, bo tych wątpliwości nie ma.

Opowiem ci o P. Miał taką wiarę, że jeszcze tyle może zmienić, na tak wiele rzeczy miał wpływ. Naprawdę kochał raz, w liceum. Opowiedział tę historię ze szczegółami, toczyliśmy o niej rozmowy, był też gniewny w taki młodzieńczy sposób, w ogóle niezatruty. Wtedy zrozumiałam, że kobieta przy młodszym kochanku odzyskuje dawną siebie.

Tymczasowość

Och, ona nie zawsze jest zła, bywa zapowiedzią lepszego. Lądujesz w jego niedużym mieszkaniu, które wynajmuje z kumplem. Ups, nie ma kubków, kieliszków do wina. Pijecie w szklance. Przypominasz sobie, że kiedyś też myślałaś, że to jakiś obciach pić w kieliszku, nie przeszkadzał ci stary czajnik i garnki jak z poprzedniej epoki. Kabina od prysznica nie musiała być sterylnie wyczyszczona, żebyś do niej weszła, a w umywalce, Boże, tam też były jakieś włosy.

Wiedziałaś, że wszystko na chwilę, że będzie lepsze. Tak jak on wie – u szczytu swojej młodości. Nie powie sobie w tej tymczasowości, że do niczego nie doszedł, bo wie, że jeszcze może dojść do wszystkiego.

Lekkość

W traktowaniu życia i spraw. Dlaczegóż ty musisz tyle rzeczy załatwić zanim wyjedziesz? Dlaczego w walizce masz milion rzeczy na wszelki wypadek, tak życie cię nauczyło. U niego wypadki są jeszcze tylko pechem, a nie normą i naturalną częścią ludzkiej egzystencji. Kochasz jego: „jakoś to będzie”. Rozpływasz się w tym. I znajdujesz dawną siebie. Halo, dla ciebie jakoś to będzie, też kiedyś było codziennością.

Radość

Nie masz wreszcie koło siebie faceta, który musi mieć najlepszy stolik w restauracji albo, który wie wszystko najlepiej i codziennie załatwiać milion ważnych spraw, bo życie to odpowiedzialność. W piątek decydujecie, że pojedziecie nad Zegrze, on nie wymyśla, że pokój w ośrodku jest nieodpowiedni tylko jest szczęśliwy, że w ogóle jest jakieś łóżko. I może przy tobie być, dotykać cię. Co tam, że bez śniadania, wystarczy bułka.

Ambicja

On je ma, więc cię napędza, jednocześnie nie jest przez nie zjedzony, nie jest też sfrustrowany, że niczego nie osiągnął.

Namiętność

Trochę taką jak przeżywałaś z pierwszym chłopakiem, bo jednak on może tyle razy, że wszystko cię boli i rano znów chce, i potem kilka razy w ciągu dnia. Jest tak w tym namiętny i czuły. I tak pełen wiary. Nic mu nie przeszkadza w tej waszej miłości. Ani różnica wieku, ani pieniądze, ani twoje dziecko, ani ludzie. Jest przekonany, że pokonacie wszystko, że nie ma kryzysów, romansów, zdrad, pustki. Jest tylko cudowne i piękne flow, które będzie trwać. I trwać, oczywiście.

Kochana, możesz w tym zostać i próbować, próbować budować związek…

… a możesz też wrócić do swojego świata, w którym jednak już jesteś. Świata planów, większej rozwagi, nie – tymczasowości. Możesz rozsiąść się na kanapie szczęśliwa, że to przeżyłaś, a jednocześnie bez lęku, że on kiedyś odejdzie do młodszej. Albo ty nie wytrwasz z jego młodzieńczością.

Możesz mu podziękować za przygodę życia, uwielbiać tę waszą radość nad Zegrzem i długie rozmowy, kiedy stawaliście się dla siebie przepustką do innych światów. On dla ciebie – do świata zachwytów. Ty dla niego – do świata mądrości. Podziękować za seks do obłędu i radość do potęgi entej. Hej, to przecież dzięki niemu wróciłaś – prawie – do czasów studenckich. No wiesz, tuż przed dzieckiem. I tym wszystkim „muszę” i „powinnam”.

A potem, wzmocniona i pewniejsza, odnaleźć się u boku mężczyzny, który jest dokładnie w tym miejscu życia, w którym ty jesteś. I też już lubi słowa takie jak: „pewność”, „bezpieczeństwo”, „odpowiedzialność” i „stabilizacja”. I może nie zabierze cię w środku tygodnia nad Zegrze, ale odrobi z twoją córką czy synem lekcje.


Lifestyle Seks

Przygoda z Panem Znikającym… W słowach i seksie jesteś doprawdy mocny. W życiu już gorzej

Seksualnie
Seksualnie
14 stycznia 2016
Fot. Tookapic / Paweł Kadysz / CC0 Public Domain
 

Hej Panie Znikający,

Na pewno wiesz, że do ciebie piszę. Albo, niestety nie wiesz, bo z autorefleksją u ciebie słabiutko.

Że też ja tego nie słuchałam uważniej. Zamroczona chemią bardziej uszy zatykałam niż je otwierałam. A szkoda. Nie miałabym tak zmarnowanego lata. Nie przepłakałabym tych paru nocy nie wiedząc o co chodzi. Ups. Słabiutko z moją bystrością.

Poza tym do tej pory spotykałam facetów stabilnych. Nawet jeśli pogubionych, to jednak myślących to samo wieczorem i rano. Dla których: „jesteś jedyna” coś znaczyło.  I nawet jeśli się rozstawaliśmy, to mieliśmy poczucie, że rozstanie jest efektem rozpadu, kryzysu, niezrozumienia. Ty jednak dzień przed tym, jak uznałeś, że nie powinniśmy się spotykać, pisałeś: myślę, tęsknię, tylko ty.

Ale potem szukałam jakiegoś znaku. Myślałam: gdzie popełniłam błąd? Jak osłabiona została moja czujność? I nic, no prawie nic,  bo jednak czasem zajęty sobą nie słuchałeś. I nie piałeś z zachwytu nad byłymi dziewczynami.

Co tam z nimi było? Hmm. Już wiem. Jedna piła za dużo piwa. Ty, biedaku, zorientowałeś się zaraz po tym, jak chciałeś ją porzucić, bo wcześniej nic nie podejrzewałeś  (na początku nie piła tego piwa, prawda?). Druga była wariatką (wstydziłeś się za nią w samochodzie, wśród znajomych), trzecia, czwarta. Zapomniałam. Wszystkie były złe. Poza A. która kiedyś cię zostawiła i M, która cię nie chciała. Jakoś nie udało mi się tego połączyć. Najbardziej kochasz te, których nie masz.

I generalnie nie lubisz kobiet. K. jest za głupia i za głośno się śmiała, M. szuka facetów dla kasy. I tak dalej.

Wtedy jednak nie było to takie proste do zrozumienia. Myślałam: jak taki fajny facet może nie mieć kobiety? Dlaczego spotykał same złe?

Do tej pory mam SMS–y od ciebie. I wiadomości na Facebooku. Zarchiwizowałam je tak na dowód mojego oszołomienia, ostatnio do nich wróciłam. Poczekaj, jak to brzmiało: jesteś wyjątkowa, wspaniała, podziwiam cię, ostatni raz czułem to dziesięć lat temu, seks z tobą jest naj.  A i jeszcze mój hit: sprawiasz, że czuję się lepszym człowiekiem. Czuję się za kogoś odpowiedzialny. Tak, wiem, że zieję jadem. Ale gdybyś tak to poczytał?

Hahahahaha, dobre. Najbardziej jednak dobre jest to, że w to uwierzyłam. W uroczym miasteczku K., spacerując nad Wisłą, gdzie po nocy mocnej, pełnej wina, wyznań i przełamywania twoich barier, bo przecież kiedyś tam jeździłeś tylko z nią. „Przy tobie o niej zapomniałem” wyznawałeś. No wiesz, w tym żółtym pokoju, w pensjonacie, gdzie myśleli, że od lat jesteśmy małżeństwem. Zaraz po tym, jak ten facet w sklepie powiedział, że tyle radości z nas bije. Bo biło, prawda?

A rano poszedłeś robić zdjęcia, zaraz potem wróciłeś do pokoju, bo nie możesz się skupić na niczym poza mną.

Poczekaj, jak to było. Całowaliśmy się na jakiejś imprezie, pijani. Nad ranem uciekłam. Pisałeś do mnie na Facebooku. „Hej, jak się czujesz?”, potem robiłeś wszystko, żeby ze mną się spotykać.

Wiem, kiedy miałeś pierwszy seks, jak bardzo skrzywdził cię ojciec i jak nienawidziłeś nauczycielki z podstawówki.  Tak, tej w której szyby waliłeś w złości.

Wiem o tobie wszystko, ty o mnie niewiele.

Nie wiedziałam tylko jednego. A może kilku rzeczy

– twoje słowa niewiele znaczą

– twoje emocje przychodzą i odchodzą. Są szybsze niż wiatr

– dajesz full, a potem zjadasz (jeśli ona zjeść ci się da) i znikasz.

O rany, do S. też mówiłeś, że jest wyjątkowa. Dlatego była taka zaskoczona jak ją porzuciłeś. Nic nie rozumiała. Tej nieczułości przy kawie, chociaż jeszcze niedawno….

No nic. W każdym razie dziękuję. Wielkich słów od lata unikam jak ognia. Nie wierzę nikomu, jestem sceptyczna. Pozdrów swoją Nową.

Tak, wiem co jej mówisz: No wiesz, spotykałem się z nią, ale ona była taka niezrównoważona/ niestabilna/ rozczarowała mnie/ za mało piła, za dużo/ za bardzo rozrywkowa, za mało. Ona w to wierzy i tak cię rozumie. Te złe kobiety w twoim życiu. A ty taki wspaniały.

My, twoje byłe, ogarniamy się.

Twoje panny „pół roku”, „kilka nocy”, „na dłużej”. Którym obiecywałeś miłość, przyjaźń, no i że będziesz. Zawsze.

Finał ten sam. Wielkie słowa z których zostaje wielkie G.

Jeśli tylko któraś odważy się kochać cię naprawdę.

Pozdrawiam, Panie Narcyzie, Twoją Nową.

I od razu złóż jej kondolencję.

Tak, też myślałam, że jestem wyjątkowa. Wiadomo. Tak jak ona myśli.

W słowach i seksie jesteś doprawdy mocny.

W życiu już gorzej.


Lifestyle Seks

„Byłam w rozpaczy, w stanie zero, potem nagle się zakochałam. Nie traćcie nadziei”. Apel samotnej do niespełnionych w miłości

Seksualnie
Seksualnie
4 stycznia 2016
iStock/teksomolika

Moja droga, kochana, samotna,

Byłam tam gdzie ty, znam wszystkie miejsca i stany samotności.

Byłam w rozpaczy po rozstaniu z ojcem mojego syna. W weekendy nie wstawałam z łóżka, a każda najmniejsza czynność wydawała mi się wyczynem. Czekałam, aż dziecko zaśnie, żeby móc znów płakać.

Zawalił mi się świat i nie ma znaczenia, że to ja powiedziałam: „Wyprowadź się”.  Nie ma też znaczenia, że zachowałam twarz przy większości znajomości i mówiłam, że to ja zdecydowałam. Ma znaczenie, kto bardziej cierpi, jest upokorzony, zniszczony. W tym przypadku byłam to ja.

Byłam w stanie „dam radę”

Ogarnę się finansowo, mieszkaniowo i ogólnoludzko. Bo, niestety, czas po rozstaniu to był czas, gdy czułam się najbrzydszą, najgłupszą kobietą świata. I nijak nie rozumiałam, gdy ktoś mówił: jesteś śliczna. Zamieszkałam w rozciągniętym dresie. Włosy spały pod zniszczoną chustką, kobiecość wyemigrowała.  Ale w stanie „dam radę” załatwiłam wiele spraw zawodowych. Pokazałam sobie, że potrafię być niezależna. Na pewno też to znasz – gdy po nieprzespanej nocy zbierasz się siłą woli i idziesz w końcu załatwić nowy dowód do urzędu. Czy robisz inną „banalną” rzecz, a potem oddychasz z ulgą, że jednak to potrafisz. Że żyć dalej potrafisz.

Byłam w stanie zero

Ani na haju ani w smutku. W każdym budziłam się w nastroju jako takim, nawet dobrym. Dalekie to było od szczęścia, ale ja cieszyłam się, że już mogę po prostu oddychać. I nic mi się nie śni (no wiesz, on mi się nie śni).

Byłam w stanie pełnym nadziei

Na nową miłość, oczywiście. Zachowałam się jak głodny pies, który wszędzie szuka jedzenia, choćby to miały być nawet resztki ze śmietnika. Wmawiałam sobie nawet, że to nie są resztki tylko prawdziwy niedzielny obiad.

Umawiałam się z mężczyznami (aż tak wielu ich nie było, nie bój się),  o których czułam, że nie zrobiliby dla mnie wszystkiego. Boże, wszystkiego? Za jednym sama targałam walizkę, drugi nie rozliczył się ze mną za wyjazd, trzeci pojawiał się i znikał. Każdy mało pytał co u mnie i to bardziej ja skakałam koło nich.

Potem byłam tak zdesperowana, że uwierzyłam, że kocham mojego przyjaciela od 20 lat, który nigdy mnie nie pociągał. Ja za to pociągałam jego. Tego wieczoru, gdy wyznawał mi miłość czułam się nawet lepiej (to było chwile po tym, gdy znikający zniknął na dobre, a moja godność znalazła się milion metrów pod ziemią). Kilka tygodni później pytałam się samą siebie, czy oszalałam. Straciłam przyjaciela, nie zyskałam kochanka.

Potem mówiłam, że faceci są straszni

To najgorsza faza samotności, bo robisz się tak gderliwa i złośliwa, że nieznośna. Oczywiście, czasem nikomu nie mówisz, że wszystko strasznie cię złości. Ale przecież wiesz, że to tak naprawdę wcale nie ty. Nie jesteś tą zołzą, która widzisz w lustrze. Zołzą, która mówi, że w ogóle nie brakuje jej seksu, a z braku seksu zieje jadem.

Potem byłam w stanie: wszystko mi jedno

I czułam to, przestałam potrzebować bliskości. Kupiłam sobie psa, zorganizowałam sobie życie bez miłości – wszystko dobrze działało.

Aż w końcu, po kilku zajęciach z terapii dla kobiet po rozstaniu, poczułam, że ja już nic nie muszę. Tak głęboko, w sercu. Że nie boję się chodzić do znajomych, że nie czuję potrzeby tłumaczenia wszystkim, że jestem szczęśliwa. Że lubię ciszę, spokój i mam fajną relację z synem.

I wtedy (obiecuję, że niedługo potem) poznałam jego. Dziś nazywam go Właściwym. Nie było w tym żadnego teatru, żadnego szaleństwa. Nie było internetu, pracy i wszystkich wyjść, o których mówiono mi, że muszą być, żeby coś się stało. „Facet nie wpadnie ci przez okno” – żartowała znajoma. No cóż, Właściwy niemal wpadł przez okno, a raczej pojawił się w moich drzwiach.  To był nowy sąsiad z dołu, któremu zalałam łazienkę.  Miałam tłuste włosy, byłam w dresie, bez makijażu, a on został na kawę mimo to (no proszę).

I następnego dnia napisał SMS, że chciałby spotkać się na drugą kawę (nie musiałam czekać trzech dni, czy debatować sama: odezwać się czy nie, co naturalnie miałam wcześniej w zwyczaju). Wszystko było bardziej niż proste. Byłam przy nim sobą, nie stroiłam się, nie udawałam mądrzejszą niż jestem, a przede wszystkim się nie bałam. Że on zniknie, że nie jestem dostatecznie dobra, że syn go nie zaakceptuje. Przestałam robić sobie ciśnienie i nic złego się nie działo.

Każdego dnia odkrywałam świetnego, dobrego faceta. Mogłam sobie gdzieś schować teorie o głupocie mężczyzn, o własnej niezależności, o tym jak będę już ostrożna. Nie musiałam być ostrożna.

Minął rok od naszego spotkania. Wciąż jestem szczęśliwa, choć nie czaruję, że to spotkanie księżniczki i księcia. Ale wiem prawie na pewno, że…

– każda samotność kiedyś się kończy

– ludzie spotykają się w najmniej spodziewanych okolicznościach

– dostajesz miłość zwykle, gdy już o niej nie myślisz

– miłość nie wymaga napięcia, to nie jest spotkanie w sprawie pracy, gdzie musisz zachowywać się doskonale i być doskonale oceniona

– nie ma sensu marnować czasu na noszenie za kimś walizek. W podróży, i w życiu

– ile, by się nie mówiło o racjonalnych wyborach to miłość jest jednak kwestią intuicji. Najczęściej słyszymy ostrzegający głos, ale za bardzo chcemy kochać, by go usłyszeć. Jeśli intuicja nie ostrzega – wygrałaś ( prawie na pewno)

Jeśli jesteś nie czujesz tej miłosnej mocy, jesteś sama, nie wpadaj w depresje. Kto może ci pomóc jak nie ja, kobieta, która też to przeżyła. Odetchnij milion razy, zajmij się czymś innym na chwilę. Dobra, na dłuższą chwilę. Obiecuję ci, twoje życie jeszcze się nie skończyło, choć nie raz tak myślisz 😉

P.S. Oczywiście, nikomu o tym nie mówisz, wiem.