Związek

Zaczyna się od wyobrażania sobie życia bez niego. Kiedy zaczynasz myśleć, jakby to było

Z życia kobiety
Z życia kobiety
21 marca 2016
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain
 

Zrobiłam swoją ulubioną herbatę, z cytryną i imbirem, jeszcze nogi owinę kocem. Lubię światło nocnej lampki. Ale dziś nie będę czytać kolejnej książki. Dziś chciałabym ci coś opowiedzieć.

Myślałam: „Odejdę. Nie wytrzymam dłużej. Uduszę się”. Stałam na początku drogi nazywanej „odchodzeniem”. Obserwowałam wszystkie znaki, które na tej drodze się pojawiły.

„Brak zainteresowania”, „Brak czułości”, „Nakaz skrętu do pokoju dzieci”, „Zakaz rozmów o uczuciach”. Odczytywałam wszystkie sygnały. Analizowałam, jak było kiedyś, a jak jest teraz. Mówiłam rozczarowana: „Zmieniliśmy się”, a przecież mieliśmy być zawsze dla siebie tacy sami, a jeśli już zmieniać się to tylko równolegle względem siebie.

Nie odchodzimy nagle. To nie jest decyzja na tu i teraz. To zawsze jest proces, w który dajemy się wciągnąć. Jeśli za tym podążysz, za jakiś czas będziesz w tym miejscu, w którym ja jestem. Z kocem na nogach, z ulubioną książką w ręce i świętym spokojem.

Kusi? Prawda? Ale powiem ci coś. Kiedy mi smutno i źle – otula mnie tylko ten koc, od środka ogrzewa ciepła herbata, a partnerem do wieczornych rozmów pozostają książki. Dzieci? Poleciały do kolegów, na zajęcia, czasami do swojego ojca.

Wiesz, od czego wszystko się zaczyna? Wcale nie od tego, że zainteresuje cię inny mężczyzna, że wpadniesz w szalony romans, z którego nie widzisz wyjścia. Odchodzenie zaczyna się od wyobrażania sobie życia bez niego. Kiedy zaczynasz myśleć, jakby to było, gdyby jego nie było i w tym swoim wyobrażeniu czujesz spokój i ulgę. Bo masz dość proszenia go o uwagę, podejmowania próby rozmów, masz dość jego majtek w koszu na pranie i ręcznika, na którym on zostawia swój zapach.

Masz dość tego cholernego pociągania nosem i ściągania skarpetek w salonie. Patrzysz na niego i widzisz tylko powiększające się zakola na głowie. I brzuch, który trochę wystaje i zdaje się być przyczyną twojej (bo przecież nie jego) codziennej frustracji.

Marzysz, żeby zniknął z twojego życia. Myślisz: „Dam radę sama, w końcu i tak wszystko ogarniam”. Ale na razie tylko myślisz – tyle, że z czasem może trochę częściej.

Później stajesz na rozdrożu. Mylisz drogi. Bo krzyczysz, kłócisz się. Wyrzucasz z siebie słowa jak karabin maszynowy. „Bo ty nigdy”, „bo ja zawsze”. Czepiasz się wszystkiego. Braku kawy na śniadanie, zapomnianych imieninach twojej mamy, spóźnienia na występ córki, braku czułości, bliskości, intymności. Właściwie to chyba przestajesz je odróżniać. Bo wszystko zlewa się w jedno „Odejdę, jeśli nic się nie zmieni”.

A później zawracasz i na tym samym rozdrożu wybierasz drugi kierunek. Tam już tylko machasz bezsilnie ręką. Myślisz: „Jeszcze trochę wytrzymam”, „Ile jeszcze mogę znieść”. Czekasz. Odpuszczasz, bo najlepiej, by droga sama się przesuwała pod twoimi nogami, mijasz kolejne drogowskazy, ale tych już nie widzisz. Bo nie chcesz. Masz jeden cel. Wyrwać się z tej farsy, którą jeszcze do niedawna nazywałaś związkiem. Związkiem opartym na miłości.

Ja też nie widziałam tych drogowskazów. Nie chciałam się pochylić nad nimi, nad sobą, nad nami. W głowie miałam już obrany cel, choć nie nazwany, to już zakorzeniony – że odejdę, że nie warto, że zasługuję na więcej, na więcej miłości, szczęścia, radości uwagi.

I zobacz, gdzie jestem. Na pewno chciałabyś też tu być? A to ostatnia szansa, żeby się rozejrzeć, zatrzymać na chwilę. Tak, wiem, znam te wymówki: „Dlaczego kolejny raz to ja mam wyciągać rękę”, „Dlaczego tylko ja mam się starać”, „Niech on w końcu pokaże, że mu zależy”, „Może jak odejdę, to się ocknie”.

Jeśli moje życie tak przy nim wyglądać, to trzeba uciekać jak najszybciej. W końcu wszyscy powtarzają: „walcz o swoje szczęście, o swoje marzenia”, a ty w tym jednym momencie wiesz, że to szczęście i to marzenie na pewno nie jest z nim związane.

Czy na pewno?

Chciałabym stanąć jeszcze raz na początku tej drogi. Nim zrobiłabym pierwszy krok w „odchodzenie” jeszcze raz bym zawalczyła, może ostatni, a może kolejny z wielu.

Jeszcze raz bym usiadła i spróbowała zrozumieć, co się właściwie stało.

Tym razem to sobie przyjrzałabym się z większą uwagą. Czego chcę, gdzie chcę być, co jest dla mnie w życiu ważne. Może wtedy pochyliłabym się i zobaczyłabym ten pierwszy znak na swojej drodze, który krzyczał STOP. Bo dziś dopiero zrozumiałam, że jeszcze wtedy kochałam i że on kochał mnie. „Odchodzenie” to niszczenie tej miłości pomału. Dlatego nie ma z tej drogi odwrotu.

Ale ty nie musisz tam wchodzić.

Chciałabym mieć jeden taki wieczór jak dziś. Żeby móc usiąść w fotelu. Sięgnąć po kubek mojej ulubionej herbaty i pobyć sama ze sobą. Szczerze odpowiadając sobie na najtrudniejsze pytania: Czy już nie kocham? Czy on nie kocha? Czy nie warto już walczyć o nas, o tę miłość?

Czy ten ręcznik, skarpetki i spóźnienia to wszystko z czego się składamy? Czy to jest miarą wspólnie spędzonych lat? Rozczarowujemy siebie nawzajem. Tak – on mnie, a ja jego ze swoją zrzędliwością, potrzebą kontroli i piętrzącymi się wymaganiami, którym chyba każdemu znudziłoby się sprostać.

Spędziłabym ten wieczór sama pytając siebie czy jestem w stanie spędzić setki takich kolejnych. Czy po stu nie zaczęłabym tęsknić, nie za bliską osobą, ale za nim.

A potem pomyślałabym, za co go kocham – mimo wszystko, mimo miliona drobiazgów, którymi nas niszczy. I zrobiłabym rachunek sumienia – iloma rzeczami ja niszczę nas.

Gdybym miała jeszcze jeden taki wieczór, spytałabym siebie, czy warto. Wbrew wszystkiemu i wszystkim spróbować. Wyciągnąć rękę. Pokazać, że nie skreślam go łatwo, że moja miłość jest inna od jego – bo bardziej natarczywa, a jego składa się z kompromisów dawanych mnie, które przestałam zauważać, a co dopiero doceniać.

I wiesz, gdybym wtedy poczuła zawahanie. Najmniejsze ukłucie niepewności. Zatrzymałabym się. Zrobiła drugą herbatę i dała nam ten jeden wspólny wieczór. Wieczór na szczerość, na rozmowę, na wysłuchanie, a nie atakowanie. Na zrozumienie wszystkich bolesnych słów, które byśmy od siebie usłyszeli. Na pokorę, na szacunek. Jeden wieczór, czym on jest wobec tych wszystkich, które przed nami.

I wiesz, może i dzisiaj byłabym w tym samym miejscu, ale bez żalu, bez smutku, bez poczucia straty. A może to on dziś podałby mi herbatę.


Związek

Wspólnego śniadania nie będzie, czyli historia pewnej znajomości

Z życia kobiety
Z życia kobiety
24 marca 2016
Wspólnego śniadania nie będzie
Fot. Picjumbo / Victor Hanacek / CC0 Public Domain
 

„Gdzieś ty przepadła” – pyta przyjaciółka. „Zakochałam się” – odpisuję rozemocjonowana. „No to już wiem, ale trochę czasu minęło, my go nie poznaliśmy, a ty przepadłaś zupełnie”.

Hmm no tak, prawda. Spotykam się z W. od dwóch miesięcy, a w sumie nie było kiedy umówić się ze znajomymi. „Wiesz, jak to jest, jak się człowiek zakocha. Właściwie nie wychodzimy z łóżka” – piszę na usprawiedliwienie. I twardo postanawiam zainicjować spotkanie.

Tyle, że nie okazuje się to wcale takie proste. Bo W. właściwie wpada do mnie wieczorami, zawsze na ostatnią chwilę. Dawno nie czułam się tak pożądana, taka piękna i tak seksowna.

– Umówmy się z moimi znajomymi – zagaduję po kolejnym świetnym seksie, kiedy on już prawie zasypia. – Ale po co? – pyta. – Tak nie jest dobrze? I już śpi. A ja zostaję z lekkim szokiem w głowie. Halo. Hej. Kobieto – otwórz oczy. Czy tu nie chodzi tylko o seks?

No, ale przecież ten seks na początku jest na pierwszym planie, ta namiętność, ten głód za swoimi ciałami – jakby się chciało nasycić na zapas. I przecież on mi mówi, że jestem piękna, że wyjątkowa. Że kocha. Choć to „kocha” zawsze pada na początku, zwłaszcza gdy mówię – że zrobiłam kolację, że może do kina byśmy wyskoczyli. Tym „kocham” zatrzymuje mnie w domu i w łóżku.

Analizuję.

Zawsze dzwoni, że za chwilę wpadnie

I to „za chwilę” jest tu znaczące. Nigdy nie umawia się z wyprzedzeniem. Na moje SMS-y odpowiada lakonicznie: „Zobaczę”, „Jestem w pracy”, „Odezwę się później”, a ja nie chcę się narzucać, w końcu to początek naszego związku, wiec po co mam go odstraszyć osaczaniem. A jak już wpadnie, to tak się cieszę, że właściwie zapominam o tym, że nie umówił się wcześniej.

Nigdzie nie wychodzimy

Napisałam mu kiedyś, że zarezerwowałam bilety do kina. Tak spontanicznie i czy pójdziemy. „Dzisiaj nie mogę” – odpisał. Owszem było mi przykro. Ale przyjechał chyba po 22:00. „Mam nadzieję, że nie jesteś smutna”, rzucił w drzwiach. Jak mogłam być.

Nie poznałam jego znajomych

Ani on moich. Właściwie nasze spotkania ograniczają się do jego wizyt u mnie. On długo pracuje, nigdy nie wie, kiedy skończy, więc trudno mu się ze mną umówić w tygodniu u niego. Łatwiej, gdy po prostu wpada do mnie. Czasami weekend spędzamy u niego, ale w łóżku – to zrozumiałe, w końcu początki pełne namiętności

Spotykamy się wieczorami

Zazwyczaj jest już bardzo późno, gdy się widzimy. Nie wyszliśmy nigdy na kolację, bo o 21:00 żadne z nas nie ma już siły. Poza tym szkoda czasu na ceregiele, jak za chwilę i tak jestem rozebrana. Potrafi przyjechać po północy. I wymknąć się nad ranem. Takie romantyczne i takie… bezpieczne dla niego – teraz tak myślę.

Nie zostaje na śniadanie

Rano – jeśli w ogóle do rana zostaje, zrywa się szybko. Zawsze jakby się paliło. „Poczekaj, zrobię śniadanie, zjemy razem. Nawet nie wiesz, jak dobą jajecznicę robię” – próbuję go zatrzymać. A on tylko w pośpiechu wypija kawę tłumacząc się, że musi się jeszcze przebrać, jechać do siebie, że ważne zebranie, że miał maile wysłać jeszcze z domu w nocy, a zasnął. I… już go nie ma.

Właściwie niewiele o nim wiem

Jak zaczynam się nad tym zastanawiać, to dochodzę do wniosku, że właściwie to wiem, w jakie firmie pracuje. Ale na jakim stanowisku, czym się zajmuje? Nie mam pojęcia. Nie wiem, nawet czy ma rodzeństwo, czy jego rodzice żyją, gdzie mieszkają. Czy pochodzi z Wrocławia, czy nie? Kurczę. A co wiem? Że jest boski w łóżku. Że ma zniewalający uśmiech i ten głos, nim uwodzi mnie za każdym razem. I na pewno uprawia jakiś sport, to widać po jego ciele. Może po dwóch miesiącach nie muszę wiedzieć więcej?

Nie interesuje go, co u mnie

Właściwie nie pyta, jak minął mi dzień, co robiłam. Pyta na co ma ochotę, czy chcę, by we mnie wszedł, czy tęskniłam za nim – jego zainteresowanie moją osobą kręci się wokół seksu. Szczerze to nawet nie mam mu kiedy opowiedzieć co u mnie, bo kiedy? Między jednym orgazmem a drugim? Nim on zaśnie, albo wyjdzie? Nie rozmawiamy o niczym poza seksem.

Patrzę na zegarek. To już pierwsza w nocy. On śpi. Albo zostanie do rana – na szybki numerek w łazience i kawę pitą już w drzwiach, albo wymknie się wczesnym rankiem. Jak to jest, że my intuicyjnie czujemy, że to nie jest ten facet, a jednak tak bardzo chcemy w to wierzyć. Bolesna ta analiza. Bo to oczywiste, że jemu chodzi tylko o seks. Spytać wprost, pobawić się jeszcze trochę na jego zasadach, czy liczyć, że może jednak się mylę. Tak, to głupie, wiem. „Jutro wino” – piszę w środku nocy do przyjaciółki. „I to rozumiem” – odpisuje i jestem jej wdzięczna, że o nic nie pyta.


Związek

Moja Kochana Ja z Przyszłości. Czasami chciałabym być już tam gdzie ty. Poczekaj tam na mnie – obiecuję, że cię nie rozczaruję

Z życia kobiety
Z życia kobiety
18 marca 2016
Fot. Unsplash / roya ann miller / CC0 Public Domain

Hej. Kochana Ty Moja z Przyszłości,

Dziś jest dzień twoich urodzin. Kolejnych, żadna okrągła rocznica. Chciałam spytać, czy nadal nie ma dla ciebie znaczenia, ile lat kończysz, a ważne jest w jakim miejscu swojego życia się znajdujesz?

Mam nadzieję, że jesteś tam, gdzie sobie zaplanowałaś kilka lat wcześniej. Pamiętasz, co sobie obiecywałaś? Nikomu innemu – byłaś szczera sama ze sobą i odważnie patrzyłaś w przyszłość. Udało ci się? Zresztą, co za głupie pytanie – przecież wtedy byłaś przekonana, że ci się uda. Bałaś się, ale wiedziałaś, że wszystko zależy od ciebie, że jeśli się poddasz, to nigdy nie osiągniesz celu, który sobie wyznaczyłaś. Bo nikt nie zrobi tego za ciebie.

Czy nadal jesteś głodna życia? Chcesz czerpać z niego garściami, doświadczać nowego i wyciągać z każdej sytuacji własne wnioski? Nadal się uczysz? Nie stanęłaś w miejscu podłamana niepowodzeniami czy opiniami innych?

Podobno w twoim wieku osiągamy to, z czego zdaliśmy  sobie sprawę kilka lat wcześniej. Sięgnęłaś po swoje marzenia? Nie zmarnowałaś żadnej szansy, którą dał ci los? Nie wycofywałaś się ze strachu, że nie podołasz? Bo przecież mogłaś wszystko. Tak, wiedziałaś, że czeka ciężka praca, pewnie nadal ciążą na tobie powtarzane w dzieciństwie słowa twojego ojca, że na sukces trzeba zasłużyć, że w życiu nic nie przychodzi łatwo.

Uśmiechasz się do siebie? Zaakceptowałaś wszystkie te cechy, których w sobie nie lubiłaś, ale z którymi nie byłaś w stanie walczyć? Pamiętasz – obiecałaś to sobie – że pokochasz siebie, tak jak kochasz ci najbliższych. Bo już wtedy wiedziałaś, że dopiero kochając siebie możesz pełną miłością obdzielać innych.

Podziwiasz siebie? Myślisz: „Kurde, udało się, jestem znowu krok dalej”, a nawet jeśli to tylko pół kroku to i tak jesteś z siebie dumna? Że się udało, że nadal jednak do przodu. Wiadomo, że nie zawsze jest łatwo, ale nie lubisz stać w miejscu – jak kiedyś?

Czy jest w tobie więcej spokoju ducha? Pomimo chęci do zmian, do życia, do doświadczania nowego, masz w sobie spokój, nad którym już wtedy pracowałaś. Już nie tracisz energii na rzeczy, na które nie masz wpływu? Nie zatrzymujesz przy sobie na siłę ludzi, bo powinnaś, bo tak trzeba? Odróżniasz to, co dla ciebie dobre od tego „co inni powiedzą”

Czy myślisz o sobie ciepło patrząc wstecz? Już nie wstydzisz się popełnianych błędów, bo nie popełniasz tych, o których koniecznie chcesz zapomnieć. Widzisz siebie, jak pełna wiary i pewności siebie odkrywasz kolejne położone przed tobą karty.

Płaczesz czasami? Masz się do kogo przytulić, komu powiedzieć, że jest ci źle, że nie masz siły i że czasami musisz odpuścić, żeby odpocząć i nabrać dystansu.

Krzyczysz? Gdy jesteś zła? Gdy tracisz cierpliwość, gdy musisz wyrzucić z siebie wszystkie nagromadzone negatywne emocje? Jeśli tak – już dzisiaj jestem z ciebie dumna.

Nauczyłaś się odpuszczać? To zawsze było dla ciebie trudne. Po prostu pewne rzeczy puścić, nie zajmować się nimi, dać im odejść, a czasami pewnie i powrócić w zmienionej formie. Udaje ci się myśleć: „Dzisiaj nie, nie mam siły/ochoty. Dzisiaj dam sobie prawo odpocząć?”.

Masz dzisiaj urodziny, zupełnie tak jak ja – tylko kilka lat później. Już teraz chciałabym ci życzyć:

– przekonania – że nic się jeszcze nie kończy, a wiele rzeczy dopiero zaczyna, że to co najpiękniejsze jest cały czas jeszcze przez tobą, choć czasami wydaje ci się, że już więcej dobrego spotkać cię nie może

– wiary – przede wszystkim w siebie, i w to, że wszystko jest w twoim zasięgu, że to co się tobie wydarza zależy tylko i wyłącznie od ciebie; później wiary  w drugiego człowieka – pomimo tego, jak różnych ludzi spotykałaś na swojej drodze

– nadziei – żeby w chwilach zwątpienia cię nie opuszczała, tak wiem, podobno ona umiera ostatnia – niech twoja nie umiera nigdy i wyciąga cię z najmroczniejszych myśli

– szczęścia – które wypełnia cię po czubki palców, jest namacalne i odczuwalne, a nie pozostaje jedynie mglistą mrzonką, realnego szczęścia, które jest w stanie ci dać trzymanie życia za rogi i decydowania o własnych wyborach

– miłości – przede wszystkim do siebie, a zaraz potem do ludzi; niech miłość nie będzie czymś na co czekasz, ale niech otula cię każdego dnia, wyciągaj odważnie po nią rękę i pielęgnuj ją

– marzeń – bo to one zawsze nadawały sens twojemu życiu; pamiętasz – czasami o tych marzeniach zapominałaś, brnęłaś w ślepe zaułki, z których wydawało się, że nie ma już wyjścia; dziś już wiesz o czym naprawdę marzysz i co czyni cię szczęśliwą – sięgaj po to

– pewności – że wiesz, na ile cię stać, że nie stawiasz sobie celów ponad swoje siły; wiesz kim jesteś i gdzie jesteś, i co potrafisz, jesteś świadoma swoich ograniczeń, z którymi przestałaś już walczyć i udowadniać sobie, że one ciągle są.

Wiesz, też mam dzisiaj urodziny i przez chwilę pomyślałam sobie, że chciałabym być już tam gdzie ty. Żeby ominęła mnie ta walka, która mnie czeka, to żmudne przestawianie stóp, by dojść tam, gdzie ty teraz jesteś.

Ale przecież wiem, że niczego nie osiąga się na skróty, żeby być taka jak ty, muszę przejść krok po kroku te kilka kolejnych lat i uśmiechnąć się do siebie czytając ten list. Moja Kochana Ja z Przyszłości. Poczekaj tam na mnie – obiecuję, że cię nie rozczaruję.