Psychologia Uroda

Kobiece piękno nie ma terminu ważności. Te cechy się nie starzeją

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 marca 2016
Fot. iStock / Enrico Fianchini
 

Stuk, puk… Ołówek uderza miarowo o blat biurka. Piątkowe popołudnie: myśli biegną ku sprawom lekkim i nie wymagającym nawet czwartkowego wysiłku. Internet przestaje służyć zawodowym obowiązkom. Siedzę i patrzę sobie na zdjęcie pewnej aktorki. Pamiętam, podziwiałam ją jeszcze jako dziecko. –  Piękna jest – myślę, jak to mi się często zdarza, na głos. –  Przecież ta babka  już dawno po 50-tce –  rzuca okrutnie mój kolega. Ja wiem, że on by nigdy nie zatrzymał się nad jej urodą. Bo to takie oczywiste, że kobiece piękno ma określoną datę ważności. Najlepsze do spożycia przed 40-stymi urodzinami. A potem to już budzi niestrawność.

Ja się na tę niesprawiedliwość nie zgadzam, ja się przeciw temu buntuję. Prawdziwe kobiece piękno wcale nie mija z wiekiem! Bo nie o to w tym wszystkim chodzi! To o wiele więcej niż gładka buzia i jędrna pupa.

Prawdziwe kobiece piękno to pasja i ciekawość świata, chęć rozwoju i poszukiwanie tego, może nam przynieść poczucie osobistego sukcesu

Inaczej ta nasza uroda jest pusta i nie lśni, nie zachwyca, a jeśli już, to jedynie na chwilę. Ja wiem, czasem trudno nam zwolnić i się zatrzymać, skupić na swoich potrzebach. Ale one, odłożone na później, na za chwilę, na lepszy moment będą o sobie przypominać. Spełnienie: tego nam tak często brakuje, byśmy mogły poczuć się piękne.

Prawdziwe kobiece piękno to empatia, która nie przeradza się w słabość, ale naprawdę sprawia, że świat wokół jest lepszy

Współczucie, ciepło, troska to cechy, które sprawiają, że każdy człowiek może zdać się nam piękny, niezależnie od wieku czy płci. Ale chyba tylko kobiety potrafią tę chęć pomocy innym przekuć w swoją siłę, uczynić z niej coś wyjątkowego, wytwarzającego dobrą, niepowtarzalną aurę, w której chce się przebywać.

Prawdziwe kobiece piękno to mądrość, także życiowa

Ile razy spotkaliście się ze stereotypem, że kobieca uroda nie idzie w parze z intelektem? Czy jest coś bardziej seksownego niż kobiecy mózg, z którego właścicielka umiejętnie korzysta? Z doświadczenia wiem, że panowie o wiele bardziej cenią partnerki, z którymi łączy je intelektualna  więź, że uznają je za o wiele bardziej atrakcyjne, niż te panie, którym rozumu poskąpiono.

Prawdziwe kobiece piękno to wytrzymałość

Na ból, na wszystko to, co matka natura przygotowała nam w swym hojnym geście,  na życiowe ciosy i pułapki „bez wyjścia”. Na straty i odejścia, na to, czego inni (mężczyźni) nie uniosą. Nam, kobietom często wydaje się, że „nie damy rady”, a jednak znajdujemy w  sobie siłę i determinację by dokonać najtrudniejszych zmian, pokonać najtrudniejsze przeszkody. Pokonujemy swoje słabości, zaciskamy zęby i biegniemy do przodu. Jaka szkoda, że tak często jesteśmy w tej determinacji osamotnione.

Kobiece piękno to świadomość swojej wartości

Czyli tego, że jest się kimś wyjątkowym, jedynym w swoim rodzaju. Kimś, kto zna swoje mocne i słabe strony. Kto jest świadomy swojej urody. Kto wie, na co go stać.  Kto potrafi podkreślić swoje piękno fizyczne, ale nigdy nie pozwoli by przyćmiło ono bogate wnętrze. Kimś, kto wie, że zasługuje na szacunek.

Prawdziwe kobiece piękno to energia

Magiczna, nieokreślona siła, która niesie ze sobą potrzebę wolności i samorealizacji. Coś, co pcha nas do przodu, ku przyszłości i realizacji marzeń. Coś, co przekazujemy naszym córkom jako najlepszy prezent na dorosłe życie.

Jeśli więc kiedykolwiek usłyszycie, że „ta pani nie może być piękna, bo jest zbyt stara”, przypomnijcie sobie, że uroda to tylko jeden z elementów składowych pojęcia piękna.  Pozostałe się wcale nie starzeją. Powiedzcie to głośno tym, którzy jeszcze nie wiedzą.

 


Psychologia Uroda

Nie baw się miłością…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 marca 2016
Nie baw się miłością
Fot. Pexels / Katie Salerno / CC0 Public Domain
 

Wiem, co o nim myślisz, moja Kochana.

ON też wie. Naprawdę myślałaś, że się nie zorientuje? Przecież wcale się z tym nie kryjesz. Otwórz wreszcie oczy, on czuje, gdy z niego tak otwarcie kpisz. I jeszcze ci powiem, że zakochana kobieta nie krytykuje swojego mężczyzny przy jego przyjaciołach. Zakochana kobieta zobaczy w nim więcej dobrego niż złego. A jeśli już stwarza iluzję, to po to by go chronić.

Jest ci potrzebny, to jasne. Zawsze pod ręką, kiedy zadzwonisz. Zawsze gotowy wysłuchać, wziąć w obronę. Wybaczyć i utulić, cokolwiek mówiłaś wcześniej. Udać, że nie widzi, nie słyszy jak się nim bawisz. Wierzyć, że poczujesz w końcu to, co mówiłaś, że czujesz.  Kto by tyle zniósł? Przyznaj, lubisz to, podoba ci się jaką masz nad nim władzę. Lubisz tę niebezpieczną zależność. Ale nie oszukuj się, ty też od niego zależysz. Przynajmniej do momentu, kiedy jeszcze, jak to mi mówisz: „pozwalasz mu ze sobą być”.

Zawsze tak było? Zaczekaj, pomyślę. Pierwsze spotkanie i twój telefon: „Nie, to nie dla mnie, nigdy nie będziemy razem, nie bylibyśmy szczęśliwi. Zbyt wiele nas różni.” Szybko zmieniłaś temat, sprawiłaś, że o nim zapomniałam. A potem? Zaprosił cię na kawę, był taki zabawny, taki zafascynowany tobą. Jakoś tak wyszło…  I trwa już trzy lata.

Ta jego żałosna niezdarność. Ten jego karygodny brak stylu. Zanim cię poznał, ubierał się byle jak. Powinien być ci wdzięczny, przy tobie wygląda jak człowiek. No, prawie.

Wczoraj długo rozmawiałyśmy. O przyszłości. Mówiłaś jak to będzie, kiedy założysz rodzinę, kiedy znajdziesz swoją przystań i zacumujesz na stałe. Nie było go tam. To trochę tak, jakby nie było go też dzisiaj w twoim życiu. Masz faceta, który jest przezroczysty.

„Lubię go” – powiedziałam, a wyraz twojej twarzy nieprzyjemnie się zmienił. Stuk, stuk, stuk … Paznokcie nerwowo uderzyły o blat stołu w twojej eleganckiej kuchni.  Jakim prawem go lubię, skoro ciebie tak strasznie denerwuje?

Patrzysz na niego wzrokiem pełnym niecierpliwości i znużenia. Próżno tu szukać uczucia. Męczy cię ta sytuacja, przyznaj. I ja wiem, i ty, i on, że jest przy tobie na chwilę. To takie trochę twoje „wyjście awaryjne”. Widzę jak się wzdrygasz kiedy obejmują cię jego niezgrabne, ale bardzo męskie ramiona. I powiem ci, choć udajesz, że tego nie dostrzegasz. Te ramiona to miłość. Ta nadzieja i ta akceptacja bezwarunkowa. To ty jesteś desperatką, nie on. On kocha. Ty całe życie czekasz „na więcej”.

Zdradzić ci sekret? Ja też kiedyś chciałam więcej. Mnie też kiedyś denerwował spokój mimo wszystko i niezgrabne, duże ręce. A najbardziej chyba ten bezkrytyczny zachwyt w oczach M. . Odeszłam. Nie kochałam, odeszłam.

Wiem, że jest teraz szczęśliwy. Ma żonę, synka. Próbowałam pisać, odpowiedział: „Jeszcze za wcześnie, jeszcze nie umiem”. Uszanowałam to, z żalem.

Ty? Ty nie odejdziesz, póki nie znajdziesz nikogo „lepszego”, prawda? Wyższego. Szczuplejszego. Kogoś, kto będzie wart twojej miłości. I szacunku. Wiesz, zabawne, ale wcale nie jestem pewna, że jest gdzieś na świecie ktoś, kto umiałby cię tak kochać. Tak jak nie jestem pewna, czy ktoś kiedyś pokocha mnie jeszcze tak jak mój M.

Chce mi się wymiotować, kiedy opowiadasz w naszym babskim gronie jaki z niego kiepski kochanek, jaki beznadziejny jest w łóżku. – Te pocałunki w uszy… – mówisz i znowu przekrzywiasz głowę. Powiedz, jak udaje ci się tak żyć? Masz rację, nie powinnam cię osądzać.

Zapytam więc tylko, choć z pewnością ci się to nie spodoba, bo przecież kochasz zachowywać pozory, że jesteś taka, jaką on cię widzi: Dlaczego nie odejdziesz?

Wiesz dobrze jak bardzo będzie cierpiał wiedząc, że zostawiłaś go dla kogoś „lepszego”. Zabierzesz mu te resztki godności?  Źle zrobiłaś. Skłamałaś, że kochasz. I ja źle zrobiłam. Skłamałam, że kocham.

Więc tylko cię proszę, nie zmarnuj mu życia. Zostaw go już teraz. Nie odbieraj mu szansy na dobrą miłość. Przestań karmić złudzeniami, zwodzić, że może, że „zobaczymy”,  że jednak przemyślisz jeszcze tę propozycję z pierścionkiem.

Nie baw się miłością.

P.S. Ja swój pierścionek oddałam.


Psychologia Uroda

A ty zadbaj o siebie, bo na to nigdy nie jest za późno

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
14 marca 2016
Fot. iStock/ petrunjela

– Ty zadbaj w końcu o siebie – powiedziała jedna przyjaciółka, bo aż po prostu przykro było popatrzeć. Włosy zaniedbane, niefarbowane od dłuższego czasu. Ciuchy byle jakie, niedbale zarzucone w porannym pośpiechu. Szara, ziemista cera i spojrzenie takie, że „mi już wszystko jedno”. Nie wiadomo jak się zachować, co powiedzieć. – Niech ona coś ze sobą zrobi, bo tak nie można – szeptały znajome z pracy widząc jak zmęczona wchodzi rano do biura, a oczy ma lekko zapuchnięte i smutek w nich taki głęboki. A te niedokładnie pociągnięte tuszem rzęsy to sprawiają, że właściwie nie wiadomo, czy się malowała dziś rano, czy jeszcze wczoraj.

Czy wiedziały?

No niby skąd, przecież się nie zwierzała. Ale z drugiej strony, TE RZECZY się wie, dostrzega, chociaż niechętnie. Najlepiej natychmiast wyrzucić je byle dalej od siebie. Niech nas nie dotykają, bo po co się denerwować, skoro i tak nic nie możemy na nie poradzić. Co nam do cudzego nieszczęścia? Ale tu wcale nie o nieszczęście chodziło, tylko o poczucie winy. Z jakiego powodu?

Z takiego, że źle wybrała w życiu. Bo taki mąż, to nie mąż tylko wieczna niepewność: czy będzie więcej tych dobrych, spokojnych dni w miesiącu, czy więcej nerwów i smutku. Jak ona mogła tak wybrać? Dlaczego nie zauważyła wcześniej tego, że bywa gwałtowny, że nie szanuje innych? Jak mogła być tak nieuważna, ślepa?

Z takiego, że pozwala na to, by dzieci cierpiały. Bo nie mają spokoju, bo żyją w wiecznym emocjonalnym chaosie budzone w nocy odgłosami awantur między rodzicami. Kiedy o tym myśli, łzy napływają jej do oczu.

Z takiego, że zawiodła rodziców. Bo miała stworzyć piękną, szczęśliwą rodzinę, a stworzyła coś, co jest bardzo smutne i zdecydowanie nieudane. Ale im tego nie powie, więc ukrywa przed nimi prawdę o tym, co w domu. – „Wszystko dobrze, Robert tylko bardzo zmęczony” – odpowiada na pytania o swoje małżeństwo.

Z takiego w końcu, że zawiodła siebie. Bo zrezygnowała ze swoich planów i marzeń i żyje z dnia na dzień, byle przetrwać: bez potrzeb, bez prób zmian.

Tego wszystkiego nie mówi na głos, to wszystko zachowuje dla siebie. Dziwi ją, że człowiek jest tak pojemny na trudne, niedobre emocje. Aż w końcu nadchodzi przełom.

No więc zaczyna się od tego, że pewnego dnia wchodzi do biura jakoś inaczej, pewniej, szybciej. Głowę trzyma wysoko i choć zdaje się być jeszcze bardziej nieobecna niż zwykle, ta nieobecność przepełniona jest nową energią, taką jakiej wcześniej u niej nie widziałam.

– Dobrze wygląda, coś nie tak jest – mówią znajome z pracy. A ona siada przy swoim biurku, włącza komputer i – pewnie pierwszy raz od dawna – czuje smak zielonej herbaty, którą sobie zaparzyła. Zamyka na chwilę oczy i spostrzega, że znowu może oddychać. Słyszy, że za oknem, na gałązkach olbrzymiej topoli zaczęła się już wiosna. Więc to na pewno jest dobry znak.

Co takiego się wydarzyło? Niby nic, bo świat nie stanął nawet na chwilę, żeby oklaskiwać jej decyzję i podziwiać ją za odwagę. A jednak, zmieniło się wszystko, bo postanowiła o siebie zawalczyć. Przede wszystkim zdecydowała się sobie odpuścić. Poczucie winy za to, na co nie ma wpływu.  Idealny obraz związku na zewnątrz, mit wielkiej miłości, którą darzy ją mąż, obowiązek trwania w tym, co ją niszczy, byle tylko nie zawieść rodziców. Po drugie, zaczęła działać. Postawiła ultimatum, zażądała zmian. Nie oczekiwała cudów. Przestała kurczowo trzymać się przeszłości. I uwierzcie mi, znaczy to dla niej tak wiele, że już się nie zatrzyma, nie odpuści. Wygrała. Czy będzie nadal ze swoim mężem? Raczej nie. Czy sobie poradzi? Nie mam co do tego wątpliwości.

Nie wiem skąd wzięła się w niej ta siła, ale bardzo żałuję, że nie miałam w tej przemianie żadnego udziału. Chciałabym wcześniej powiedzieć jej, że trwanie w czymś, co jest już tylko iluzją to wyniszczająca strata cennego czasu i energii. Że najwyższa pora przestać się obwiniać. Ale przecież nie wiedziałam, domyślałam się tylko.

Dziś weszła do biura i spojrzała z troską na naszą koleżankę, pochyloną w smutnym zamyśleniu nad kubkiem gorącej kawy. – Źle wyglądasz, masz podkrążone oczy – powiedziała siadając tuż obok niej. – Mogę ci jakoś pomóc?