Związek

Nie radzi sobie, prowadząc podwójne życie. Nie potrafi zrezygnować z jednej, by być z drugą

Poli Ann
Poli Ann
25 lipca 2022
fot. Ethan Sykes/Unsplash
 

Siedzieli przy kawie jak to mieli w swoim zwyczaju. Krzysiek lubił tak spędzać czas z siostrą. Często wyskakiwali do małej kawiarni na uboczu, gdzieś w centrum miasta, gdzie każdy miał dobry dojazd. Mała godzinka, kawa, ciacho i wracali do obowiązków. Kaśka była starsza, bardzo szczera, po przejściach i brat to jej zawsze się zwierzał. Ich mama zmarła na raka, gdy chłopak miał dwanaście lat. Siostra poniekąd mu matkowała. Tata pracował dużo, by utrzymać rodzinę. Na rozmowy nie miał czasu. Kaśka była więc powiernikiem Krzyśka, dobra duszą, która wspierała, chwaliła, a gdy trzeba było dawała przysłowiowego kopa w zad.


Dziś spotkanie było inne. Krzysiek milczący, smutny, rozedrgany. Kaśka czekała aż zacznie mówić. Zaczął i przyznał się, że ma romans i że sprawa jest bardziej skomplikowana niż by mogło się wydawać. Powiedział to tak prosto z mostu, na jednym wdechu, nie mogąc już wytrzymać, że kocha dwie kobiety jednocześnie. Naprawdę. I nie jest mu z tego powodu do śmiechu. Wiele razy zastanawiał się czy to,
co czuje jest prawdziwe. I jest. Kocha dwie. Dlaczego? Myśli, analizuje i nie potrafi znaleźć odpowiedzi.

Marzena – jego żona to taka świetna babka. Jego wielka miłość, którą poślubił, bo chciał stworzyć z nią rodzinę i ani razu tego nie żałował. Jest piękna, mądra, zaradna, życiowo go wspiera i choć mają inne zainteresowania, żyje im się dobrze. Piękny dom, przyjaciele, ustabilizowane już jakoś życie. To naprawdę fajna para. Poznali się w liceum i od tej pory się kochają i są nierozłączni. Lubią swoje towarzystwo, znają się jak łyse konie. Marzena zawsze mu imponowała i zawsze powtarzał, że mając taką żonę jest szczęściarzem.

To z nią wszystko działo się pierwszy raz. Ale jak się okazuje, nie ostatni. Kiedy kumple mieli kochanki, Krzysiek ich nie rozumiał.  Pukał się w czoło myśląc, że są idiotami. No cóż. Los z niego zakpił.

Asię poznał na konferencji. Usiadła obok i zabawnie komentowała wykład. Nie flirtowała, widziała obrączkę na jego palcu. Był po prostu kumplem z branży. Na bankiecie kiedy inni się obściskiwali, oni siedzieli przy winie i gadali o życiu. Mieli tyle wspólnego. Te same filmy, sport, muzykę no i zawód. Praca ich połączyła i choć Aśka nigdy nie przekroczyła linii Krzysztof zorientował się, że coś do niej czuje,
jednocześnie kochając swoją żonę. Absurd? Nie do końca. Asia jest, gdy on jej potrzebuje, to przyjaciel, pokrewna dusza. Wspaniała osoba, którą pokochał całym sercem. Ona go rozumie, na nic nie naciska, a on marzy, by z nią też pójść na kolację bez obawy, że ktoś ich zobaczy i by po seksie nie mieć takich wyrzutów sumienia.

  • – Jestem w potrzasku – mówi smutno patrząc na siostrę. Ta nie komentuje. On twierdzi, że żonę kocha za przeszłość, za wspólne życie i codzienność. Asię za teraźniejszość i przyszłość. Nie radzi sobie, prowadząc od jakiegoś czasu podwójne życie. Nie potrafi zrezygnować z jednej, by być z drugą. Kocha każdą i żałuje, że w kulturze europejskiej jest zakaz posiadania oficjalnie i legalnie więcej niż jednej żony.

Przecież te jego kobiety są wartościowe, dobre, wspaniałe, ale wychowane w takiej a nie innej rzeczywistości nie będą się tolerować wzajemnie. Każdego dnia więc Krzysiek zadaje sobie pytanie: Jak tu normalnie i uczciwie żyć? Kto powiedział, że człowiek potrafi kochać tylko jedną osobę jednocześnie?  Dlaczego to, co inni tolerują u nas jest zabronione?

Jest przekonany, że uszczęśliwiłby je obie. Z drugiej strony jednak zna polską mentalność. Asia mu ostatnio powiedziała: Pamiętaj, kobiety nie lubią się dzielić, dając mu do zrozumienia, że chyba czas najwyższy zdecydować. Problem w tym, że on nie wie którą. Och taki banał prawda? Krzysiek każda komórka ciała czuje, że ten potrzask stawia go przed irracjonalnym wyborem, który zawsze  będzie jakąś porażką, bo któraś ważna dla niego kobieta będzie cierpieć, zawsze jego „kocham cię” wtedy nie będzie prawdziwe.

– Jak zostawić żonę,  z którą tyle mnie łączy? Jak wyrzucić z życia przyjaciółkę, która tyle dla mnie znaczy? – pyta siostry nawet nie upiwszy łyka kawy. Kaśka nie mówi nic. Patrzy tylko na brata, nie ocenia. Nie musi w sumie nic mówić. On wie. Sytuacja jest beznadziejna. On jest kowalem swojego losu, projektantem swojego życia i to o musi zdecydować, czy żyje jak do tej pory czy jednak coś zmieni, zamknie jedne
drzwi i otworzy drugie…


Na rynku dostępna już jest książka Ani Bałuty (Poli Ann) „Moja droga I…” – to druga część „Listów do Emki” o perypetiach Ilony, nakreślającej zmaganie się z HCV. Inspirująca opowieść o poszukiwaniu terapii, prowadzącej do wyleczenia.

Polecamy!

 


Związek

Koszty leczenia ogromne. Szanse na wsparcie ze strony państwa? Zerowe. Masz dziecko potrzebujące pomocy? Radź se sam!

Poli Ann
Poli Ann
4 sierpnia 2022
anoreksja
fot. KatarzynaBialasiewicz/iStock
 

Anoreksja dotykał nastolatki i młode kobiety – myślisz. – I generalnie jest już nieaktualna, bo dzisiejsze ikony mody mają pełne kształty, zupełnie dalekie od dziewczyn z lat dziewięćdziesiątych przypominających wieszaki na ubrania – kończysz krótkie rozmyślania, bo przecież, mimo że masz córkę, to ten problem Cię nie dotyczy.

Dorota też tym tematem nie zaprzątała sobie głowy. Nie było potrzeby. Były inne problemy. Jaki będzie plan w szkole, czy zapisać córkę jeszcze na haft, czy wziąć w pracy ten awans, jaki jej szef proponuje czy zostać ze swoim zespołem i pracować spokojnie dalej bez podwyżki. Dużo było niewiadomych. Tyle na raz się działo.

Dorota musiała w pracy podjąć decyzję co do swojej kariery, Amelka poszła do czwartej klasy i musiała się wdrożyć w nowy rytm, a pandemia przecież dała dziewczynom popalić. Trudno było pogodzić obowiązki służbowe z nauką dziecka, gdy na dodatek mąż w rozjazdach i na kwarantannach. Teraz, gdy obostrzenia poluzowano dziewczyny odetchnęły. Życie wracało do starej normy. Szkoła,  praca, zajęcia dodatkowe, zakupy, w weekend spotkania ze znajomymi, kino, knajpa czy wypad za miasto. Nauka Amelce szła tak samo dobrze jak w młodszych klasach. Znów była w czołówce. Dorota w pracy domykała ważny projekt. Szef był zadowolony. Szanse na spory awans realne. Mąż bywał częściej w domu.

Dorota nie pamięta, w jakim dokładnie momencie Amelia zaczęła być apatyczna i taka mizerna. Wiadomo, czwarta klasa to nie przelewki. Nowi nauczyciele, testy, kartkówki i prace domowe. Po pandemii nie było łatwo wejść się w szkolny rytm. Po lekcjach angielski, akrobatyka, basen. Dziewczynka mogła być zmęczona, ale przecież warto się rozwijać i korzystać z możliwości, jakie teraz miała. Dorocie nie było to dane. Niektóre dzieciaki chodziły na angielski, ktoś może na lekcję muzyki czy taniec towarzyski. Na tym oferta zajęć w latach dziewięćdziesiątych się kończyła. A teraz było przecież tyle różnych atrakcji. Dorota sama zapisała się na szwedzki i taniec brzucha. Jej mąż chodził na tenisa, basen i krav magę. W końcu mogli próbować nowych rzeczy, o których za dzieciaka nawet im się nie śniło.

Pierwszy mail od wychowawczyni Amelki Dorotę nie tyle zaniepokoił, co wręcz zirytował. Jakim prawem obca baba wtrąca się w ich życie i sygnalizuje niby zauważalne zmiany w zachowaniu dziewczynki? Przecież ich dziecku niczego nie brakuje. Może niech nie zadają tyle to uczniowie będą mogli korzystać z zajęć dodatkowych?!

Dorota nadal wkurzona, ale już też niespokojna zaczęła jednak obserwować córkę i faktycznie zauważyła, że Amelia jest jakaś cichsza i drobniejsza. W weekend więc zabrała ją do galerii, na zakupy, do kina i restauracji. Amelka śmiała się jak dawniej. Wciągnęła całą pizzę, a
potem zażądała lodów. Czujność Doroty została uśpiona. W pędzie życia nie zwróciła uwagi na to, że Amelka często mówi, że jadła już w szkole. Że nie ma jej przy córce, gdy ta je śniadania. Że dziewczynka ciągle nosi długie bluzy i mało się uśmiecha.

Kolejny mail od wychowawczyni i prośba o spotkanie tym razem poważnie zaniepokoiły Dorotę. Okazało się, że Amelia w szkole nie chodzi na obiady, choć ma je wykupione. Gdy wychowawczyni to wychwytuje i zaprowadza dziewczynkę na stołówkę, ta jada niewiele, twierdząc, że jej nie smakuje. Przygotowane śniadanie rozdaje koleżankom lub wyrzuca, co zauważyła pani woźna. Amelia jednak wciąż używa tego samego argumentu – nie jest głodna.

Problem polega ma tym, że to dzieje się bardzo często i podobne zachowania w klasie przejawia kilka dziewczynek. Zupełnie jakby się zmówiły. To dobre uczennice, bystre, wiecznie jedzące lizaki dla niepoznaki. Wychowawczyni już przeprowadziła kilka pogadanek na godzinie wychowawczej i o dziwo Amelia i jej koleżanki w teorii są świetne – wiedzą co to zdrowe odżywianie, ile kalorii potrzebują, co jest potrzebne w okresie rozwoju. Szkolna psycholog także angażuje się w życie klasy. Prowadzi warsztaty na temat radzenia sobie ze stresem i odnośnie samoakceptacji. Jednak same działania w szkole nie wystarczają. Potrzebne jest wsparcie rodziców. Przede wszystkim ich świadomość, że z córkami coś zaczyna się dziać, że to coś ma swoją nazwę i szalenie trudno z tego wyjść.

Dorota w domu na spokojnie rozmawia z Amelią. Przechodzi na częściowy home office, by pilnować ją z jedzeniem. Dziewczynka posłusznie wszystko zjada, w szkole chodzi na obiady, ale mimo to wcale nie wygląda lepiej. Gdy na wuefie mdleje, Dorota idzie z nią do pediatry. Ma  pakiet medyczny wykupiony dla całej rodziny. Chce przebadać Amelię dokumentnie. Pediatra reaguje szybko. Określa bardzo niską masę ciała, silną anemię i ogólne osłabienie organizmu. Zaleca konsultację z psychiatrą dziecięcym. Ten bez wahania diagnozuje anoreksję u dziewczynki.

Tłumaczy Dorocie mechanizm zachowania córki: jadła lizaki, bo była głodna, a chciała stwarzać pozory, że je słodycze jak inne dzieci. Śniadania wyrzucała do śmietnika poza domem lub spuszczała w ubikacji. Jeśli w domu coś jadła, w momencie nieuwagi matki chowała jedzenie w kieszeniach, w serwetce, trzymała w buzi, by to potem wypluć lub zmuszona do konsumpcji prowokowała wymioty. Anorektyczki i bulimiczki szybko uczą się, jak to robić szybko i cicho. W Internecie znajduje się mnóstwo porad jak oszukać głód, gdzie schować jedzenie, jak zamalować sińce pod oczami i ukryć chudość.

Dorota zdała sobie sprawę, że jej Amelka tak właśnie robiła. Zawsze po posiłku szła do toalety po czym szorowała zęby twierdząc,  że w szkole mówili, że to zdrowe. Nosiła długie bluzy i szerokie spodnie, by nikt nie zorientował się, że znów schudła. Poza tym było jej po prostu zimno, potrzebowała ubrań, by nie marznąć. Gdy Dorota z mężem przejrzała telefon córki, odnalazła tam strony dla fanek any (tak dziewczyny nazywają anoreksję, która rządzi ich życiem i stanowi jego sens). Gdy zaczęli szukać pomocy okazało się, że są zdani na siebie. W państwowych szpitalach psychiatrycznych nie ma miejsc, a póki ktoś nie targnie się na swoje życie, nie ma obowiązku by przyjąć go ma oddział. Nieważne, że anoreksja to powolne umieranie, to głodzenie siebie i karanie za jakąkolwiek słabość do jedzenia. Bo jedzenie to wróg, który zniewala, szpeci. Anoreksja to dla dziewczyn wyższy stopień wtajemniczenia, to silna wola, samokontrola, świadomość ciała. Dlatego nikt ich nie rozumie. Chore wypierają fakt, że fundują sobie powolną śmierć, że katują same siebie, że anoreksja to silne uzależnienie, które trzeba leczyć.

Dorota, szukając profesjonalnej pomocy, szybko orientuje się, że państwo nie wspiera chorych zgodnie z zapotrzebowaniem. Brakuje psychologów, pedagogów, psychiatrów, lekarzy, a przede wszystkim miejsc do hospitalizacji chorych. Anorektyczki upycha się na endokrynologii, gastroenterologii lub przy odrobinie szczęścia na oddziale w szpitalu psychiatrycznym. Regularnych oddziałów brak. Pozostają prywatne ośrodki, które opłacić trzeba samemu. Koszt ich zaczyna się od kilku tysięcy, a państwo w żaden sposób nie refunduje w nich pobytu ani nie wspiera choćby częściowo.

Takich miejsc w  Polsce jest kilka i zapewne wciąż za mało. Są takie, które przyjmują tylko osoby pełnoletnie. Inne znów wyznaczają trzynasty rok życia jako dolną granicę. Takich, które leczą młodsze dzieci  jest naprawdę niewiele. I dla rodziców takich jak Dorota jest to prawdziwym problemem, bo tu nie chodzi o to, by Amelkę jakoś przetrzymać i położyć ją w ośrodku za dwa lata. Jej pomóc trzeba już, natychmiast.

Na szczęście matce udaje się znaleźć taką placówkę, która podejmie się leczenia Amelii. Miejsca, których oferty Dorota przegląda, szukając ratunku dla córki, są naprawdę wyspecjalizowane. To nie przechowalnie, gdzie jedynym celem jest przybranie ma wadze. To ośrodki zajmujące się pacjentką i jej rodzicami/opiekunami w bardzo szerokim zakresie. Bo terapia dotyczy nie tylko chorej, lecz również najbliższych. Ma to na celu poznanie genezy choroby,  przepracowanie problemów, które mogły mieć wpływ na pojawienie się zaburzeń odżywiania oraz wskazanie drogi, jak nie dopuścić do tego w przyszłości. Dziecko można umieścić na turnusie trwającym od jednego tygodnia do nawet pięciu.

Decyzję o podjęciu leczenia podejmują rodzice/opiekunowie i sama pacjentka (najczęściej na anoreksję chorują dziewczynki) w konsultacji z lekarzem ośrodka. Często pierwszy tydzień jest okresem diagnostyczno-zapoznawczym i dopiero po jego upływie zarówno rodzice jak i
lekarz prowadzący wiedzą czy dziecko może pozostać w ośrodku – chodzi tutaj o stan fizyczny i psychiczny chorej. Czasem jest on tak poważny, że wymaga hospitalizacji (np. podawania pokarmu przez sondę).

W ośrodku pacjentki najczęściej przebywają kilka tygodni. Są pod całodobową opieką wykwalifikowanej kadry, uczestniczą w przygotowaniu posiłków, uczą się jak je komponować, mają serie terapii m.in. z samoakceptacji i zdrowego odżywiania. Są konsultowane przez specjalistów, mają indywidualnie dostosowane programy leczenia, wyżywienie dopasowane do potrzeb i zaleceń lekarza. W placówce dziewczynki przebywają bez rodziców, mają możliwość kontaktu telefonicznego z najbliższymi oraz prawo do odwiedzin z reguły raz w tygodniu. Nie mogą korzystać z urządzeń multimedialnych i Internetu, gdyż to on jest często źródłem „wiedzy” jak nie jeść, oszukiwać, tracić i tak już bardzo zaniżoną wagę.

Jeśli pacjentki przebywają tam w trakcie roku szkolnego dostają zwolnienie z zajęć lekcyjnych. Zdarzają się sytuacje, że wypuszczane są na przepustki, by poprawić oceny (to są jednak ustalenia indywidualne skonsultowane z lekarzem i rodzicami).

Taki właśnie ośrodek znajduje Dorota – ze stałym pobytem, kilkutygodniowym turnusem, wyżywieniem dostosowanym indywidualnie do potrzeb Amelki, seriami terapii. Koszt za miesiąc bagatela, to kilkanaście tysięcy złotych. I nikt nie pyta czy ją na to stać. Lekarze rozkładają ręce. Trzeba płacić. Szanse na jakiekolwiek wsparcie ze strony rządu, publicznych instytucji zerowe. Masz dziecko potrzebujące pomocy? Radź se sam!

Na szczęście Dorotę i jej męża stać, jednak takie rodziny to wyjątki. Są też tacy, co się zapożyczają, by ratować dziecko. Inni znów odbijają się od drzwi do drzwi państwowych instytucji. Jest źle i nieważne, że płaci się składki, że uczciwie pracuje. Aparat państwowy w tym zakresie nie działa zupełnie.

Nie wszystkie koleżanki Amelki dostaną takie wsparcie jak ona. Dziewczynka przy podjęciu współpracy ma szanse wyjść na prostą, a dzięki terapii po pobycie w ośrodku będzie umiała poradzić sobie z nową rzeczywistością. Niektóre chore będą aktywnie chorować przez całe życie. Nie założą rodzin,  nie urodzą dzieci, nie spełnią swoich marzeń, nie zdobędą wymarzonej pracy. Ana będzie im towarzyszyć, wyznaczać im rytm. One zaś niczym niewolnice w kajdanach niejedzenia będą coraz słabsze. Któraś zagłodzi się na śmierć, inne wpadną w bulimię i będą żyć niczym w zaklętym kole nadwaga-niedowaga-nadwaga-niedowaga. Niektóre dziewczyny natomiast będą wegetować na granicy, z wagą, która utrzymuje je przy życiu, ale nie pozwala się nim cieszyć. Będą tak tkwić w tym stanie do końca swoich dni tylko dlatego, że państwo nie było wydolne i nie udzieliło im pomocy. Żadnej.

Artykuł napisany w konsultacji z ośrodkiem Anamija – anamija.pl


Związek

„Boli k***wsko, nic nie pomaga. Atakuje, włazi, gdzie jej wygodnie. I nie chce wyjść”

Poli Ann
Poli Ann
19 lipca 2022
fot. Oleg Ivanov/Unsplash

Dziewczyny cierpią katusze, mdleją, mają wyjęte po kilka dni w miesiącu i słyszą, że „taka ich uroda”, „musi boleć”. Endometrioza boli. Boli kurewsko. I nic nie pomaga. Żadne tabletki, masaże, kąpiele. Endo jest podstępna, atakuje jak popadnie. Jajniki, jelita, wątrobę, płuca. Włazi gdzie jej wygodnie. I nie chce wyjść. Endodziewczyny nie mogą zajść w ciążę, mają trudności z donoszeniem. Cierpią okrutnie. I fizycznie i psychicznie. I żadne słowa pocieszenia nie pomogą. Trudno jest być kobietą. Trudno funkcjonować, gdy ból jest tak silny, że ledwo się oddycha.

Ania, lat 39

Przyszedł nocą. Był tak silny, że zwinięta w kłębek nie była w stanie krzyknąć. Otulił mnie, obezwładnił, a ja leżałam nieruchomo. Czasem tylko kwiliłam. On mi nie opuszczał. Co jakiś czas luzował objęcie, bym mogła złapać oddech, a po chwili obejmował mnie tak mocno, że brakował mi tchu. Byłam bezbronna, bezwładna i szalenie samotna w starciu z nim. Z bólem tak silnym, że marzy się jakiejkolwiek metodzie usunięcia go, nawet jeśli byłaby to śmierć.

Tak wyglądało kilkadziesiąt godzin mojego życia. W nocy ból był tak przeszywający, że nie byłam w stanie zrobić nic. W dzień nieco zelżał, do lekarza szłam zgięta w pół. Nigdy nic tak mnie nie bolało. Diagnoza? Najprawdopodobniej wyrostek. Zażądałam badania USG na cito, pobrano krew. Byłam pewna, że za chwilę wyląduję na stole operacyjnym. To nie wyrostek. To była torbiel, żeby było śmieszniej o jakże wdzięcznej nazwie – czekoladowa. Spora, do usunięcia, bo wchłonąć raczej by się nie dała. Słowa lekarza? – Ma pani endometriozę.

Dla mnie szok! Ale jak, skoro wszystko u mnie działa jak w zegarku, jestem mamą i nigdy nie miałam ani bolesnych ani obfitych miesiączek?
– Niech się Pani cieszy – usłyszałam, dostając skierowanie na operację. U mnie poszło szybko. Zabieg w ciągu kilku tygodni. Ból nie powrócił. Badam się regularnie. Ponownie torbiel jest, ale póki co do obserwacji. Zoperowano mnie dwa lata temu. Myślałam, że po laparoskopii będę fikać jak kozica, a mnie dosłownie ścięło. Przez dwa tygodnie chodziłam zgięta w tempie ślimaka. Po miesiącu na szczęście już wsiadłam na rower. Funkcjonuję bez bólu, miesiączka nie utrudnia mi życia, ale…

Dziewczyny cierpią katusze, mdleją, mają wyjęte po kilka dni w miesiącu i słyszą, że „taka ich uroda”, „musi boleć”. Endometrioza boli. Boli kurewsko (tak wiem, mocne słowo, ono zawiera w sobie i bezmiar bólu cierpiącej i jej złość). I nic nie pomaga. Żadne tabletki,  masaże, kąpiele. Endo jest podstępna, atakuje jak popadnie. Jajniki, jelita, wątrobę, płuca. Włazi gdzie jej wygodnie. I nie chce wyjść. To nowotwór, który panoszy się w ciele i wciąż jest niezbadany. Wycięcie torbieli nie gwarantuje, że nowe się nie pojawią. Endodziewczyny nie mogą zajść w ciążę, mają trudności z donoszeniem. Cierpią okrutnie. I fizycznie i psychicznie. I żadne słowa pocieszenia nie pomogą. Trudno jest być kobietą. Trudno funkcjonować, gdy ból jest tak silny, że ledwo się oddycha.

Agnieszka, lat 28

Zawsze bolało. Od pierwszego razu. Zwijałam się z bólu, mama dawała mi jakiś proszek przeciwbólowy i kazała się nie przejmować. – Taka twoja uroda – powtarzała w kółko, a ja patrzyłam się na nią z niedowierzaniem. Jak coś, co czyni mnie zgiętą w pół, z grymasem na twarzy może czynić mnie urodziwą? Co miesiąc koszmar, kilka dni wyjętych z życia. Wymioty, biegunki i miesiączki tak obfite, że wiecznie miałam anemię. I do tego ten ból. Masz rację, kurewski. A najbardziej bolał brak zrozumienia. Mama dopiero po jakimś czasie mi uwierzyła. Wcześniej myślała, że migam się od szkoły. Potem brała wolne z pracy i była przy mnie, gdy leżałam zwinięta w kłębek. Zasłaniała mi zasłony w pokoju, w kółko nagrzewała termofor, robiła gorące kąpiele, które dawały chwile ukojenia. To ona znalazła tego ginekologa, który nie zbył mnie utartą formułką, że miesiączka musi boleć. To on nazwał ten ból, to wtedy poznałam moją „przyjaciółkę”, z którą spędzam w czułych objęciach kilka dni w miesiącu. Tabletki antykoncepcyjne nie zdały u mnie egzaminu i nie uśmierzają bólu.

Miałam już trzy laparoskopie, torbiele robią się na jajnikach, macica już jest zajęta przez endo. Wątroba też i jelita. O ciąży nie myślę. Nie mam nawet chłopaka. Wszyscy traktowali mnie jak hipochondryczkę, nie rozumieli bólu. Myśleli, że wymyślam, że chcę być w centrum
uwagi, a ja po prostu cierpiałam. Póki co walczę o komfortowe życie. Może zdecyduję się na hormony, które wprowadzą mnie w sztuczną menopauzę. Mimo że nie mam trzydziestu lat jestem coraz bardziej zdeterminowana, by to zrobić. Niewykluczone, że będę chciała też po
prostu wszystko usunąć, ale nie wiem czy jakiś lekarz się podejmie skoro nie rodziłam. Dużo zniosę, by wydostać się z objęć endometriozy.

 

Joanna, lat 33

Endometrioza uaktywniła się u mnie po drugiej ciąży. Zawsze miałam obfite miesiączki. Ból był różny, ale ten endometrialny jest faktycznie kurewski. Prawie nie oddycham, biorę wolne w pracy. Dopiero teraz mam wyrozumiałą szefową, jej córka ma podejrzenie tej choroby, też zwija się z bólu, a ma dopiero siedemnaście lat i niestety dzięki temu ktoś rozumie moje położenie.

Moja endometrioza jest zaawansowana. Urodziłam dzieci, na szczęście dwóch synów, którzy nie będą musieli tak cierpieć. Kobiety naprawdę mają przegwizdane. Moi chłopcy widzieli mnie w malignie, szanują kobiety, nie będą śmiali się z dolegliwości swoich przyszłych partnerek. To jedyne za co jestem wdzięczna tej chorobie. Ja nie chcę już cierpieć. Jestem jeszcze młoda, chcę uśmiechać się każdego dnia, a nie
bać się, że ból zjawi się nieproszony. Nie znoszę gnoja. Zamierzam poddać się operacji usunięcia macicy bez jajników, dodatkowo częściowej resekcji pęcherza i będę miała założone stenty na moczowodach. Nie mam stuprocentowej gwarancji, że po odbytej operacji to świństwo nie wróci, mimo chwycę się każdej możliwości, by żyć normalnie.

Beata, lat 38

Moim szczęściem w tym całym nieszczęściu jest to, że pierwsza miesiączka przyszła dopiero, gdy kończyłam ósmą klasę. Jak ja się cieszyłam, że już wiem, o co chodzi. Kobiecość jednak nie była dla mnie łaskawa – na początku obfite krwawienia i po jakimś roku zaczął się hardcore. Koszmarny ból, mdłości, omdlenia… i nikt mi nie wierzył! Przeszłam naprawdę wiele. Wiele bólu, pobytów w szpitalu, upokorzenia i trudnych sytuacji, które nie powinny mieć miejsca. To cud, że jestem mamą!

Przewinęłam się przez gabinety wielu różnych lekarzy, straciłam dużo pieniędzy i zdrowia psychicznego. Po drodze miałam laparoskopię w małym powiatowym miasteczku, która oprócz bólu i traumy nic mi nie dała. Niezliczoną ilość „stanów zapalnych”, które były leczone między innymi w czasie pobytów w szpitalach, cesarskie cięcia, histeroskopie, usuwane polipy z szyjki. Przez te wszystkie lata nigdy nie miałam dobrego wyniku cytologii, zawsze przewlekły stan zapalny, który trzeba było leczyć.

Ostatnie lata z miesiąca na miesiąc pojawia się coraz większy ból. Tak masz rację,  kurewski. Wiele czasu upłynęło zanim trafiłam na TEGO lekarza, który mi uwierzył, choć na moim USG niewiele było widać. Ze względu na to, że choruję na inne choroby i wydałam dużo pieniędzy na lekarzy innych specjalności nie zrobiłam polecanego rezonansu pod kątem endo. Jednak moja desperacja sięgnęła zenitu i prosiłam mojego lekarza o radykalną operację. Nie był taki chętny skoro obraz jamy brzusznej nie był tragiczny. Ból jednak był tak koszmarny, że nie byłam w stanie robić nic. Milion razy myślałam, że mam jakieś urojenia, że może mi się wydaje, że może tak naprawdę nic mnie nie boli. Na całe moje szczęście doktor zawsze rozwiewał moje wątpliwości i mówił, że to nie są żadne urojenia, że jeśli mnie boli to znaczy, że jest tego jakiś powód. I był.

Moja operacja okazała się totalnym zaskoczeniem dla lekarzy. Po włożeniu kamery do brzucha, kiedy doktor powinien zobaczyć narządy rodne nie widział nic oprócz litych zrostów. Musiał się mocno napracować, żeby dotrzeć do macicy, jajników i całej reszty. Później następna niespodzianka. W jednym ze zrostów zrobił się „zbiorniczek wypełniony krwią”. Najprawdopodobniej co miesiąc skąpy okres na zewnątrz, a w środku krwawienie wewnętrzne. Macica, jajniki, pęcherz, wszystko zrośnięte w jedną całość. Jajniki usiane w ogniskach endometriozy.
Lekarze mówili, że moją operację mogą porównać do ciężkiej operacji onkologicznej, że na sali operacyjnej byli w szoku i na własne oczy zobaczyli, dlaczego tak bardzo bolało.

A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że mój psychiatra, który zna mnie od  bardzo dawna czekał razem ze mną wiele lat na potwierdzenie, że choruję na endometriozę. To nie były urojenia, fochy, niski próg bólu. To były realne tortury. Nie wiem co będzie dalej, wiem jednak, że nic mi się nie wydawało, że to ta cholerna endometrioza, choroba tak namieszała w moim życiu i wiem, że trzeba o tym mówić, bo to nie jest taka nasza uroda.