Związek

Nie kocham go, ale boję się odejść

Poli Ann
Poli Ann
20 kwietnia 2021
Nie kocham go, ale boję się odejść
Fot. iStock
 

Agnieszka nawet nie potrafi dziś powiedzieć, dlaczego się w nim zakochała. Chyba imponował jej tym, że na wszystko i wszystkich patrzył z góry. Miał takie mocne spojrzenie i szerokie bary. Chciała się w nich chować przed światem. Zwrócił na nią uwagę, bo jako jedyna wyszła z imprezy pionie.

– Nie lubię pijanych dziewczyn – stwierdził. A ona poczuła się taka wyjątkowa, bo w końcu ją zauważył.

– Picie jest dla mężczyzn. Żadna dobrze prowadząca się dziewczyna nie upija się do pozycji poziomej – rety jak jej to imponowało. Przecież to racja. Dziewczynom nie wypada pić skoro nie umieją się zachować. Wtedy Agnieszka była tymi mądrościami zachwycona. Nie wychwyciła niuansów, że facetom jednak wolno pić w każdej ilości. Czuła, że Marcin to mężczyzna, jakiego potrzebuje i który się nią zaopiekuje.

I faktycznie tak było. Zaopiekował się nią, zabierał do restauracji, mówił co ma jeść, czego nie. Sam kupował jej ubrania i buty, bo przecież lepiej wiedział, w czym ona mu się podoba. Nie pozwalał się jej malować.
– Malują się tylko łatwe dziewczyny, które chcą zwrócić siebie uwagę – mawiał. A ona przecież nie musi. Podoba mu się naturalna. Początkowo Agnieszka była pod wrażeniem jego postawy. Nie przeszkadzał jej też fakt, że Marcin ma z inną kobietą dziecko i sądzi się z nią o opiekę nad pierwszym dzieckiem. I bardzo nieładnie się o niej wyraża. No cóż, to zła kobieta była…

Agnieszka zajmowała się więc małym i ciągana po sądach zeznawała na korzyść Marcina. Wpadła po uszy ku rozpaczy matki, która zapinając jej sukienkę ślubną jeszcze  chwilę przed ceremonią mówiła:Córeczko, możesz jeszcze wszystko odwołać”. A Agnieszka, choć już wtedy miała mieszane uczucia, uniosła się dumą. Na pewno dobrze wybrała, będzie szczęśliwa w tym małżeństwie choćby miała to szczęście sobie narysować.

Po ślubie Marcin stał się labilny. Raz nosił ją na rękach, raz blokował karty bankomatowe,  tak bez powodu. Nie pozwalał pracować, innym razem wyzywał ją od leni. Pił z kolegami. Jej spotkać się z koleżankami nie bardzo  było można. Bywał czuły, innym razem brutalny. Nie jeden raz ją popchnął, obrzucił stekiem wyzwisk, poniżył, wyśmiał. Nie przyznała się nikomu. Było jej wstyd. Wyszłoby, że mama miała rację. Wolała więc nie widywać rodziny, by rodzicielka nie widziała jej siniaków i smutnych oczu. Nauczyła się świetnie udawać. Miała całą kolekcję przyklejanych uśmiechów. Gdy zaszła w ciążę nie wiedziała, czy płakać, czy się cieszyć. Dziecka pragnęła, ale wiedziała, że będzie jeszcze bardziej zależna od męża. I była. Choć stała się szczęśliwą matką musiała tańczyć jak on jej zagra. Da dostęp do karty czy nie? Będzie dziś miły czy będzie się czepiał? Wróci pijany czy trzeźwy? Zmęczona po nieprzespanych nocach musiała szybko nauczyć się dostosować do jego humoru. Istny rollercoaster. Miesiąc miodowy przeplatany obelgami i prześmiewczymi komentarzami. To, że jest beznadziejna i nic nie potrafi usłyszała tyle razy, że aż w końcu w to uwierzyła. Wytatuował ją tymi słowami. Zaprojektował zależną od siebie kobietę, której wmówił, że bez niego nie jest w stanie oddychać.

Agnieszka dziś brzydzi się jego widoku, ale jednocześnie panicznie boi jego ataków złości. Nie odchodzi, bo jest przekonana, że bez jego pieniędzy sobie nie poradzi, że w sądzie przedstawi ją z najgorszej strony i zabierze jej dziecko. W trakcie kłótni słyszała to od niego tyle razy, że trzęsie się na samą myśl o swoim odejściu. Ma wrażenie, że on zna jej myśli na wylot, że steruje nią a ona chodzi tak, jak on sobie zażyczy. Już wielokrotnie usłyszała od mamy:

– Co on ma ci jeszcze zrobić, byś od niego odeszła?

Agnieszka nie potrafi powiedzieć. Czeka. Sama nie wie na co. Może na trzęsienie ziemi – kolejne wymiociny w kuchni,  siniaki, przymuszony seks? Na coś, co spowoduje, że przyparta do muru będzie musiała zawalczyć o siebie i dziecko. Dziś nie jest jeszcze gotowa. Potrzebuje kopa, mocnego, by w końcu zareagować, a nie biernie czekać aż on wyssie z niej całą radość życia, której jej już tak niewiele zostało…


Związek

Kto rywalizuje bardziej? Siostry czy bracia?

Poli Ann
Poli Ann
21 kwietnia 2021
Kto rywalizuje bardziej
Fot. iStock
 

Rywalizacja rodzeństwa zdaje się być tematem starym jak świat. Przecież dzieci, bez względu na wiek, płeć, pochodzenie, status społeczny czy wychowanie, zawsze ze sobą rywalizowały. O wszystko. O  zabawki, smakołyki, uwagę rodziców, ich pieszczoty lub pochwały.

Takie funkcjonowanie wśród rodzeństwa jest naturalnym zjawiskiem, gdyż brat/siostra stanowi niejako zagrożenie,  zabiera uwagę opiekunów, a każdy przecież chce być kochany najbardziej. Rodzice w takiej sytuacji muszą zatem rozproszyć swoją uwagę na pociechy, a że jest to wcale niełatwym zadaniem to na porządku dziennym są pełne rywalizacji zachowania dzieci.

Pełno słyszymy historii, gdzie pierworodny potomek płaczem reaguje na wieść, że będzie mieć braciszka lub siostrzyczkę. I nie można tu przyszywać dziecku łatki egoisty, lecz po prostu zrozumieć jego poczucie zagrożenia. To trochę tak, jakby miało się podzielić koroną, którą do tej pory dumnie nosiło na głowie (oczywiście, gdy do czynienia mamy z dzieckiem, które już rozumie co oznacza posiadanie rodzeństwa albo przynajmniej podświadomie czuje nadchodzące zmiany, a że nie wie, co one ze sobą niosą, to się po prostu na nie nie godzi).

Zdarzają się oczywiście sytuacje, gdzie starszy brat lub siostra cieszą się z faktu powiększenia rodziny. I duża tu rola rodziców, by utrzymać to pozytywne nastawienie pierwszej pociechy w stosunku do nowego członka rodziny. Wszystko rozbija się o charakter, temperament, płeć i wiek danego dziecka, stąd tak różny wachlarz zachowań. Nie mniej jednak rywalizacja zdarza się nader często i na pewno nie jeden rodzic słyszał od swojej Zuzi czy Franka:

„Nie ja nie chcę, ja wolę pieska, a nie żadnego braciszka!

Nie oddam lalek!

Ale samochodziki są moje!”

 Taka reakcja jest zupełnie normalnym zachowaniem, gdyż dzieci wyposażone są w różne potrzeby tj: potrzebę miłości, uwagi i akceptacji. A posiadanie rodzeństwa im realnie zagraża. Warto podkreślić, że wynikająca stąd rywalizacja może być naprawdę niewielka i wcale nie rzutować na relację między dziećmi, a może także przerodzić się w ciągłą walkę między rodzeństwem i ciągnąć się za nimi przez całe życie.

 

Rywalizacja tylko świadoma?

Są przykłady rodzeństw, tak zaprojektowanych charakterologicznie, którym uczucie rywalizacji jest niemal obce. Owszem konkurencja się pojawia, ale w bardzo niewielkim stopniu. Osoby te albo nawet nie są jej świadome, albo są i traktują swoje doświadczenia raczej jako przygody, z których często się śmieją przy rodzinnym stole aniżeli jako bolesne przeżycia, które wloką się za nimi przez cały czas. Są też jednak takie relacje, gdzie rywalizacja jest niezwykle silna. Może być dwustronna, gdzie współistnienie rodzeństwa opiera się na ciągłej walce, z reguły świadomej. Lub też taka rywalizacja może mieć wymiar jednostronny. Odczuwana jest wówczas tylko u jednej osoby.

Wyobraźmy sobie historię dwóch sióstr: Kasi i Oli, obu kochanych tak samo, wychowanych w tych wartościach. Kasia jest starsza. Poukładana, grzeczna, spokojna, cicha, zamknięta w sobie. Ma świetne stopnie, jest uwielbiana przez nauczycieli. Ola, młodsza, pełna energii, szalona, gadatliwa, dla której nauka i szóstki nie są priorytetem. Herszt bandy na podwórku, w przeciwieństwie do przebojowej siostry otoczona wianuszkiem koleżanek. Dziewczynki na co dzień kłócą się oczywiście o każdą drobnostkę. Jednak w jednej z nich, Kasi dokładniej mówiąc, kiełkuje poczucie zazdrości i silne przekonanie o tym, że to  Ola jest dzieckiem bardziej kochanym, bo to jej rodzice poświęcają więcej uwagi, częściej o niej rozmawiają, chodzą w jej sprawie do szkoły. Dziewczynka nie rozumie, ze Ola akurat przysparza więcej kłopotów i że ją rodzice kochają tak samo. Ona czuje się zaniedbana, niekochana i brak zainteresowania matki i ojca odczuwa jako głęboką niesprawiedliwość wobec własnej osoby. Z biegiem czasu jej przekonanie wcale nie słabnie, wręcz się nasila. Szczególnie gdy to rodzice, w jej mniemaniu, znów bardziej faworyzują Olę np. kupując jej samochód na osiemnaste urodziny (a którego kupno Kasi też zaproponowali, ale jako ze ona panicznie boi się jeździć to z propozycji tej nie skorzystała, wybierając kurs języka hiszpańskiego). Kasia skupia się na fakcie samego podarunku oraz tego, że siostra ma teraz bardziej komfortowe życie. Nie bierze pod uwagę tego, że przecież rodzice byli fair i że ona dokonała wyboru. Poczucie niesprawiedliwości jest u niej tak silne, że każdy przejaw zachowania siostry postrzega jako próbę odebrania jej uwagi. Bez względu na to czy chodzi o kupno psa czy obronę dyplomu (z której nomen omen w przypadku Kasi rodzice także się cieszyli). Rywalizacja w przypadku Katarzyny nie jest planowana z premedytacją. Ma wymiar podświadomy. Jednak jako że dziewczyna jest tak silnie przekonana o tym, że młodsza siostra ciągle jej zagraża to  racjonalne próby wyjaśnienia jej (Kasi) tej całej sytuacji są wręcz niemożliwe. To może znów  wskazywać na to, że ona sama wymaga terapii i musi sobie uzmysłowić, że źle odbiera zachowania bliskich. W jej sytuacji należy także znaleźć odpowiedź, dlaczego w taki sposób reaguje i co leży u podstaw takiego konkurencyjnego nastawienia wobec siostry. Kasia naprawdę uważa, że rodzice nie traktują swoich córek jednakowo i odbiera to jako wielką krzywdę, lekceważąc w rzeczywistości fakt, iż rodzice tak samo cieszą się jej sukcesami oraz że auto chcieli sprezentować na osiemnastkę także i jej.  Powodów może być tu naprawdę wiele. To może być pozornie niewinne wydarzenie z dzieciństwa, o którym pamięta tylko ona i pielęgnując je spowodowała, iż urosło do tak olbrzymich rozmiarów, że przysłania jej inne pozytywne doświadczenia. To może być także kwestia charakteru. Niepochwalona wtedy kiedy tego oczekiwała nie potrafiła wyrazić tego, co czuje lub nie dano jej na to szansy, stąd narodziło się w niej przeświadczenie o niesprawiedliwości. Dlatego tu pomóc może terapia.

Jednakowe traktowanie

Zatem warto zastanowić się, czy dzieci trzeba i czy w ogóle da się traktować tak samo?

Pytanie czy jest to w ogóle wykonalne. Psycholodzy podkreślają, że w wychowaniu bardziej chodzi o rozpoznanie potrzeb własnych pociech, a te na pewno będą różne. Zatem nie będzie chodzić o to, by dzieci zawsze dostawały te same upominki, i aby poświęcać im po równo dwie godziny i czterdzieści minut dziennie. Rolą rodzica jest, by zrozumieć, iż każde dziecko jest indywidualnością i potrzebuje czegoś innego, i cały kunszt polega na tym, by wiedzieć co to jest i mu to dać. Rodzice winni zaspakajać potrzeby dzieci adekwatnie do ich potrzeb tak, by żadne nie czuło się zaniedbane, a niekoniecznie traktować je jednakowo.

 

Rywalizacja a płeć

Warto podkreślić, iż płeć w kwestii rywalizacji ma ogromne znaczenie. Wystarczy poobserwować jak z reguły funkcjonują chłopcy (mam tu na myśli ogół, a nie poszczególne jednostki). Zazwyczaj u nich rywalizacja przybiera otwartą formę, którą widać na zewnątrz. Często wyrażana jest wybuchem złości, agresją, krzykiem. Co ważne, po uwolnieniu takich emocji chłopcy wracają do wspólnej zabawy, rozmawiają ze sobą i  sprawę uznają za zakończoną. Gdy rywalizują to liczy się wynik wygrany-przegrany. Aż do następnej konfrontacji.Dziewczęta będą konkurować w sposób mniej widoczny, skupiając się na emocjach, uczuciach i słowach (niekoniecznie na czynach). Będą się obrażać, robić sobie przytyki czy drobne na pozór nieszkodliwe złośliwości. Mogą też ostentacyjnie milczeć lub celowo unikać kontaktu, celem wywołania poczucia winy lub przykrości.Czy rywalizacja wśród dziewcząt ma jakiś wzorzec? Raczej nie. Jest ona złożonym mechanizmem i rzec można, że tyle ile siostrzanych relacji tyle może być przykładów takich konkurencyjnych zachowań. Dziewczyny mogą rywalizować o stopnie, sympatie znajomych, sukcesy w szkole lub pracy, relacje, pracę. Każdy powód może być dobry, by ze sobą konkurować.

Rywalizacja może mieć wymiar świadomy, ale także pojawić się na poziomie podświadomości to znaczy,  że dziewczyny (albo jedna z nich) nie zdają sobie sprawy z faktu konkurowania ze sobą. Wspomniana wyżej Ola nie ma kompletnie pojęcia o tym, co odczuwa jej siostra i że jej obrona dyplomu lub przyjęcie przez nią samochodu jako prezentu jest przyczynkiem do pojawienia się tylu negatywnych emocji u Kasi. Nie wie też, czemu siostra niechętnie dzieli się z nią swoimi przeżyciami, alienuje się, milcząco reaguje na wydarzenia z jej życia. Ola jest elementem gry nawet nie zdając sobie z tego sprawy.

Mnóstwo jest historii, gdzie po iluś latach, kiedy kobiety są gotowe na szczere wyznania wychodzi na jaw fakt, iż czuły się przez rodziców gorzej traktowane, mniej kochane, zaniedbywane. Niektóre z nich potrafią te uczucia nazwać, pokazać przykłady sytuacji, gdzie poczuły się niekomfortowo. Czasem też zdarza się tak, że na terapię trafia pacjentka, która nie radzi sobie ze swoją emocjonalnością, cierpi na chroniczne bóle głowy, bezsenność lub też nie potrafi nawiązać dłuższych relacji z innymi ludźmi. Faktów tych kompletnie nie łączy ze swoją przeszłością. I dopiero rozmowy z psychoterapeutą pokazują o co tak naprawdę chodzi. Odkrywają one zamierzchłą przeszłość, która choć schowana głęboko w podświadomości, zadaje ból, uwiera i jako, że jest nienazwana to rzutuje na dorosłe życie danej osoby. We wcześniej przytoczonym przykładzie Kasi i Oli wiadomym już będzie dlaczego jedna z nich może popadać w konflikty lub mieć trudności w zawieraniu głębszych relacji. Starsza siostra czuje się permanentnie zagrożona. Ma ogromną potrzebę uwagi, choć nie zdaje sobie z niej sprawy i możliwe jest, że tejże uwagi będzie wymagać jej od wszystkich dookoła, przyjaciół, partnera. Jeśli jej nie uzyska, poziom frustracji u niej będzie wzrastać. Będzie czuła się odrzucona, nieatrakcyjna i niesprawiedliwie traktowana i w gruncie rzeczy nieszczęśliwa. Każdą zaś osobę może traktować jako rywala np. nową koleżankę, która zabierze jej uwagę. Problem zatem jak widać jest dość złożony.

Czy można uniknąć rywalizacji wśród rodzeństwa (sióstr w szczególności?)

Skłonność do rywalizacji jest jakby wdrukowana w dzieci, nie mniej jednak wcale nie musi być negatywnym zjawiskiem. Rywalizacja może mieć „zdrową” formę to znaczy taką, która popycha do działania, ale nie wywołuje negatywnych uczuć, a jeśli już takie się pojawią, to nie rzutują one na dalsze lata. Ogromną rolę odgrywają tu rodzice i znów powtórzmy, nie chodzi to, gdy traktować dzieci jednakowo, lecz adekwatnie do ich potrzeb.

Jeśli mamy dwie córki to jedna z nich może potrzebować rozmowy, przytulenia (Kasia), a druga wspólnego działania np. przejażdżki rowerem czy pieczenia ciasta (Ola). Rywalizacji nie da się uniknąć ani wyeliminować. Ona będzie zawsze,  chodzi o to, by ją odpowiednio nakierować.
Naturalna potrzeba akceptacji i uwagi u małych ludzi jest najzwyczajniej w świecie zagrożona, co jednak nie oznacza, że dzieci mające rodzeństwo wyrastają na frustratów. Rodzice w odpowiedni sposób powinni tę uwagę swoich latoroślom dawać wprost proporcjonalnie do ich potrzeb. Chwalić je, zauważać, kibicować, żywo interesować się tym, co robią kub mówią. Wówczas istnieje szansa, że nie pojawiają się negatywne uczucia. Wiadomo jednak, że nie każdy rodzic  jest psychologiem i nie zawsze wie jak postępować. Co wtedy? Jeśli dojdzie już do sytuacji, w której jedno z dzieci poczuje się mniej ważne (co może sygnalizować niekoniecznie werbalnie), istotne jest, by dać mu przestrzeń wyrażenia tego, co czuje. Czyli? Porozmawiać, pomóc nazwać emocje, wczuć się w jego sytuację, zapytać czego potrzebuje, a jeśli nie potrafi tego nazwać to po prostu pocieszyć, skierować rozmowę na pozytywne tematy i co najważniejsze podkreślać, że jest dla nas ważne, że doceniamy jego trud, wysiłek  że jest powodem do dumy i że jest po prostu kochane.

Rywalizacja a terapia

Czy każda siostrzana relacja musi skończyć się na kozetce u psychoterapeuty? Na pewno nie. Niektóre dorosłe już kobiety umieją ze sobą po rozmawiać, wyjaśnić sobie, przeprosić. Czasem w tej rozmowie uczestniczą rodzice, których punkt widzenia też jest szalenie ważny. Jednak nie każde rodzeństwo potrafi się ze sobą dogadać. Pewne zadry tkwią w człowieku do końca życia. Czasem przypadkiem zdajemy sobie z nich sprawę, a w niektórych sytuacjach nieodzowna jest fachowa pomoc, która pomoże skierować negatywne uczucia na inne tory, wyjaśni je, nazwie, uświadomi ich przyczyny i zaproponuje sposoby radzenia sobie z takim napięciem. Wówczas to jest szansa, by z siostrą zbudować nową relację, zdrowszą, bez żalu i zazdrości, i chorej rywalizacji.


Związek

Matka dorosłych córek, co zrobiłam nie tak jak trzeba…

Poli Ann
Poli Ann
16 kwietnia 2021
Matka dorosłych córek
Fot. iStock

Magdalena stoi przy oknie. Na parapecie stoją piękne storczyki, o które tak namiętnie dba. Delikatna firanka kładzie się jej lekko na ramieniu, a kobieta stoi z filiżanką mocnej herbaty i wpatruje się w plac zabaw, na którym jak zwykle panuje rozgardiasz. Dzieci krzyczą, skaczą i biegają.

Dziewczynka z kitką zjeżdża ze zjeżdżalni, chłopiec w zielonej koszulce huśta się wysoko, a jakaś grupka dziesięciolatków skacze na zmianę na skakance. Wokół piaskownicy wianuszek mam. Nawet kilku tatusiów się znajdzie, co to wielkie budowle ambitnie budują bardziej dla swoich latorośli niż z. Magdalena bierze kosmyk włosów za ucho, upija łyk herbaty. Wzdycha. Boże kiedy to było? Ze dwadzieścia kilka lat temu, kiedy sama spędzała po parę godzin na tym podwórku. Kasia miała pięć lat, Justyna musiała zatem siedem. Całe dnie chciały tam przesiadywać. Najpierw w piaskownicy, potem na drabinkach i bujaczkach. A gdy mama już nie była im potrzebna, siedziały na ławkach ze swoimi rówieśniczkami i chichotały, szeptały, wymieniały sekreciki. Jak ten czas zleciał. Dziś to młode, dorosłe kobiety. Kiedy one tak urosły, pokończyły szkoły?

Katarzyna dzisiaj jest freelancerką, czy jak to tam zwał. Robi genialne zdjęcia, pracuje kiedy chce i jak chce. Nie jest związana żadną długotrwałą umową. Ma partnera. O ślubie ani myśli. Dzieci także nie mieszczą się w jej planach. Mieszkanie wynajmują i ani im się śni brać kredyt. Żyją z dnia na dzień. Czasem na walizkach, bo sporo podróżują. Kasia za nic w świecie nie chce stabilizacji.

– Mamo nie chcę być utyrana po łokcie jak ty.  Pracować od do. Nie mieć własnego życia. Czekać na męża i oddychać jego powietrzem. Wszystko poświęcać dla innych, a w weekend myśleć, że rosół, kurczak i pranie są najważniejsze – tak jej kiedyś powiedziała. Szczerze, do bólu. I zabolało fakt. Bo rodzina była dla Magdaleny całym życiem i sensem istnienia. Nie pomyślała nawet, że ma prawo zrobić coś dla siebie. Była matką i żoną, przede wszystkim. Taka była jej rola. Wydawało się jej, że jest szczęśliwa… I dziewczynki też.

Starsza córka, Justyna. Pierworodna. Taka zdolna. Dziś dr. nauk medycznych, specjalizacja ortodoncja. Ma swoje trzy gabinety. Jest świetna w swoim fachu. W mieście i poza nim ma renomę. Zatrudnia kilkanaście osób, a sama pracuje od rana do wieczora. Pół roku temu się rozwiodła. Ach, taka szkoda. Piotr był przecież taki cudowny. Wpatrzony w nią jak w obrazek, spokojny, czuły. Introwertyczny informatyk, z dobrej rodziny. Przystojny, mądry. Czego chcieć więcej?

– Mamo rozwodzimy się –  oznajmiła jej Justyna kilkanaście miesięcy temu. – Mamy inne priorytety. Piotr chce kucharki, sprzątaczki, opiekunki do dzieci. Ja chcę wyjechać na to szkolenie do Stanów. To moja jedyna szansa, muszę ją wykorzystać. Nie będę się poświęcać tak jak ty. Nie będę siedzieć z nosem przyklejonym do szyby i czekać z obiadem jak Piotr raczy wrócić z pracy. Chcę się rozwijać, a nie perorować z teściową o tym, jak się robi gołąbki.

– Kulinarnie też można się rozwijać…- próbowała wtrącić matka.

– To zamówię sobie catering. Mamo świat się nie kończy na pierogach, wywiadówce i koszuli taty. Powiedz mi, gdzie ty byłaś? Co zrobiłaś dla siebie? Trwała u pani Halinki się nie liczy. Wiecznie zmęczona, uwieszona na ojcu, przejęta moją klasówką i pracą domową Kasi.

-To źle? – Magdalena zrobiła wielkie oczy. Przecież tak trzeba. Matka to matka. Żona też ma zobowiązania. Kiedy miała myśleć o sobie jak w domu było zawsze coś do roboty? – Chciałam wam stworzyć przytulny dom…- i zaczęła łkać.

Justyna spojrzała na smutne oczy matki. Rety, jak ona się posunęła. Dziś pięćdziesięciolatki wyglądają jak trzydziestki. A ona? Poszarzała, smutna, z dwoma tylko koleżankami, z ojcem na cmentarzu, niewiedząca, co zrobić z życiem.

– Mamo, wiem, że się starałaś, ale dzięki temu wiem, że tak nie chcę żyć. Nie muszę mieć dzieci, by czuć się spełnioną. Ani męża. Mam swoje plany, pasje, marzenia. Życie jest takie krótkie. Nie chcę być taka smutna jak ty… – i spojrzała na matkę z bólem w oczach, i żalem. Tak to był żal. Całe mnóstwo żalu. Magdalena długo jeszcze pamiętała ten wzrok. W sumie pamięta go do dziś. I właśnie teraz stojąc przy oknie zastanawia się, gdzie popełniła błąd? Dlaczego jej dziewczyny, tak wypieszczone, nakarmione, wychuchane są pełne pretensji, nie chcą zakładać rodzin, spełniać się w roli matki ani żony? Przecież tak się starała. Całe swoje życie podporządkowała właśnie im i mężowi. Dlaczego były takie egoistyczne i skupiały się tylko na swoich potrzebach? Czy tego je uczyła? Przecież matka i żona powinna się poświęcać, powinna robić wszystko, by jej rodzina była szczęśliwa nawet własnym kosztem…

Magdalena zatopiła się we własnych myślach. Herbata już wystygła. Dzieci nadal biegały po podwórku. Jej dziewczynka już nie. Były dorosłe.

Nie rozumiała, na czym polegał jej błąd. Dorastała na innych wzorcach. Robiła wszystko, co w jej mocy, by były szczęśliwe. Tak ją uczono. Nie wyobrażała sobie, że może i ma prawo funkcjonować inaczej. Nie dla rodziny, lecz z rodziną.

Dziś kobiety chcą być niezależne, wolne, samodzielne. Ich widnokrąg nie kończy się na schabowym, a rodzenie dzieci nie jest jedynym celem w życiu. Potrafią od my odróżnić ja. Nie chcą same siebie skazywać na totalne poświęcenie innym. Poświecenie, gdzie nie ma miejsca dla nich samych. I gdzie zmęczenie jest głównym makijażem. Kasia i Justyna solennie obiecały sobie, że nie chcą żyć jak ich matka. Że chcą mieć swoją przestrzeń, w której będą czuły się szczęśliwe. Nawet same ze sobą, niezależne od drugiego człowieka.

Magdalena usiadła przy stole nakrytym śnieżnobiałą haftowaną serwetą. Na środku pysznił się piękny, rozłożysty storczyk. W oddali zapikał jej telefon. To Kasia. Zapraszała ją na swoją wystawę. Jak cudownie. Magdalena tak dawno nigdzie nie była. Zawsze wychodziła z mężem, a gdy ten zmarł, siedziała w domu. Kto to słyszał, by po mieście wrażeń szukać? Była wdową.  

Sęk w tym, że nie musi się umartwiać do końca swoich dni. Teraz w końcu ma czas dla siebie. Może to zrozumie i pojmie, że kochając wszystkich dookoła nie kochała samej siebie i że jej córki po prostu nie chcą popełniać tego samego błędu.