Lifestyle

„Nie możemy po prostu pozostać tym, kim byliśmy”. Serce pęka już w pierwszym odcinku

Redakcja
Redakcja
10 grudnia 2021
 

„Nie możemy tak po prostu pozostać tym, kim byliśmy. Są ważniejsze sprawy” – mówi Miranda i faktycznie te słowa, a wśród nich „just like that”, stają się kanwą serialu. Nic tam nie jest tak po prostu, tak lekko i w sumie beztrosko, jak było w „Seksie w wielkim mieście”. Przyjaciółki są o 30 lat starsze i, co zapowiadają od samego początku, wchodzą w nowy rozdział życia. Otwarcie mówią o wieku, choć każda ma do niego inne podejście. Jest kilka dobrych chwil, są przebłyski „starego” klimatu serialu i jest jedna scena seksu – skupiona wokół Biga („Dodaję trochę lubrykantu. Nie mam 30 lat”) – która autentycznie przypomina oryginał i jego poczucie humoru. Jest nadzieja, ogląda się to z każdą chwilą przyjemniej.

Po udanym serialu i dwóch niezbyt dobrych filmach (które i tak lubimy, bo kto nie lubi się czasem oderwać przy takiej kolorowej bajce), możemy już oglądać długo zapowiadany sezon serialu „And just like that…”. Jest nierówno. Z jednej strony serial ma ambicje towarzyszenia pięćdziesięciolatkom, zderza się ze starzeniem, a nawet śmiercią, jest przygnębiający, ale podejmuje to ryzyko, co momentami jest bardzo ok. Ale z drugiej strony zderza swoje przekonania rodem z lat 90. ze współczesnością. I te zderzenia są bolesne. Dla bohaterek i dla widza. Oby wrażenie, że to zacofane idiotki szybko zostało obalone…

Uwaga: będą spoilery z pierwszego odcinka.

Muszę być szczera, pierwsze 20 minut jest wyjątkowo niezręczne i brzmi trochę jak na prędce składana przypominajka „w poprzednim odcinku”. Tętniący życiem Manhattan i trzy przyjaciółki, które prowadzą niezręczny dialog na temat pandemii i tego, że tęsknią do czasów, kiedy dozwoloną odległością między ludźmi było 1.5 metra. W pierwszych minutach dowiadujemy się też, że „nie ma już z nami Samanthy”, co miało być żartem, ale w kontekście rozmowy o pandemii brzmi jakoś… nie najlepiej. Można też było bardziej przemyśleć wytłumaczenie, dlaczego jej nie ma – to, które tu mamy kompletnie do Samanthy, jaką znamy, nie pasuje. Na szczęście na koniec pojawia się prawdziwa Samatha, jaką znamy i pamiętamy. Prawdziwa przyjaciółka, na dobre i na złe.

W końcu następuje scena, która towarzyszyła nam przez cały serial „Seks w wielkim mieście”, czyli rozmowa przy lunchu. Już, już cieszymy się, że będzie jak dawniej, ale… jak dawniej jest tylko to, że Carrie nie bardzo słucha, co mówią dziewczyny. A one… cóż, mają problemy z nastoletnimi dziećmi, ale tak przedstawione, że wierzyć się w nie nie chce. Charlotte wciąż farbuje włosy, a Miranda porzuciła pracę w korporacji i wraca na studia, aby zdobyć dyplom z zakresu praw człowieka. Zresztą wątek siwych włosów Mirandy okazuje się, chyba niechcący, jednym z wiodących w pierwszym odcinku. Charlotte namawia ją do farbowania, bo „tęskni za rudym” oraz uważa, że Miranda wygląda staro.

 

Carrie idzie z duchem czasu i jest podcasterką. To było wiadomo już z przecieków przed premierą serialu, ale teraz okazuje się, że to nie jej własny podcast i że nie sprawdza się w tym najlepiej. Za to jej konto na Instagramie ma się dobrze (serio, pada takie zdanie).

Pod koniec pierwszego odcinka jest też zwrot akcji, który oznacza, że ​​Carrie przynajmniej będzie miała więcej do roboty niż bycie zaskoczoną zmianami, jakie niesie nowy świat i tym, że już nie jest tak płynna i odważna w opowiadaniu o seksie. W swojej nowej sytuacji będzie zmuszona inaczej pokierować życiem i zbadać inne aspekty tego, co to znaczy dorosłość. Może nawet w końcu dorośnie. Możemy mieć tylko nadzieję, że podobnie będzie z resztą i że dynamika grupy zostanie przywrócona. A przynajmniej wszystkich, którzy przeżyli. (spoiler)

 

 


Lifestyle

„Nie możesz udawać wieku, który udajesz”. Siwe włosy i bycie po „50” nawet dla nich są tabu!

Monika Wanat
Monika Wanat
10 grudnia 2021
 

Miranda zaczyna studia. Postanowiła rzucić pracę w korporacji prawniczej i zająć się obroną praw człowieka. Rozmawia o tym z przyjaciółkami i wtedy Charlotte zadaje pytanie. A raczej próbuje zadać, trochę na migi, ewidentnie zmieszana i jakby skrępowana tematyką. O co chodzi? Cóż, Charlotte chce wiedzieć, czy Miranda ma zamiar z tej „okazji” jednak przefarbować włosy. Mówiąc wprost, czy zamierza w końcu przykryć siwiznę. 

Carrie próbuje zmienić temat. Nawet dla tak tak postępowych – no dobra, w latach 90. postępowych – dziewczyn temat siwych włosów jest tematem tabu? Czymś o czym trzeba szeptać i to najlepiej w kącie, a nie gadać na głos w modnej restauracji na Manhattanie.

– Siwy postarza – mówi Charlotte.

– Nie, to ty uważasz, że postarza ciebie – odparowuje Miranda.

„Są na świecie ważniejsze rzeczy, niż próby zachowania młodości” – mówi Miranda

Szczerze mówiąc, kiedy zaczęłam oglądać pierwszy odcinek „And just like that…” w ogóle nie zwróciłam uwagi na to, że Miranda ma jakieś inne włosy. Pewnie, jak już padło, że jej przyjaciółka „tęskni za rudymi”, przypomniałam sobie jej ognistą momentami fryzurę. Ale serio? Nie wygląda staro.

Faktycznie, tak jak przewidywano i co wzbudzało od początku ogromne i niezrozumiałe emocje, wiek bohaterek (i bohaterów) gra w tym serialu główną rolę. Pomimo tych niezręczności, mamy tu prawdziwą śmiałość skupienia się na kobietach po pięćdziesiątce, grupie demograficznej notorycznie niedostatecznie reprezentowanej w telewizyjnych produkcjach, które mają przecież przyciągać młodych.

Bohaterowie non stop krążą wokół tematu wieku. Jakby wciąż przypominali widzom, którzy przecież zestarzeli się razem z nimi, że czas płynie. Mamy więc 55-latki, mamy ponad sześćdzięcioletnią syrenę (tak Samanthę określiła jedna z postaci na początku odcinka), mamy Mr Biga, który do masturbacji potrzebuje lubrykantu, bo „nie ma już 30 lat”, mamy męża Mirandy,  który mówi o sobie, że jest stary, bo nosi aparaty słuchowe… Mamy w końcu dzieci bohaterek, które są już prawie dorosłe, a syn Mirandy pojawia się już na początku jako osoba, rozrzucająca po pokoju zużyte prezerwatywy.

23 lata, które upłynęły od premiery oryginału, przyniosły oczekiwane zmiany w życiu, z obawami o wypieranie przez rodziców randek i odrobiną samoleczenia. „Nie możemy po prostu pozostać tym, kim byłyśmy” – mówi Miranda. Ale poniekąd mogą. Ponieważ jeśli chodzi o „Seks w wielkim mieście”, im więcej rzeczy się zmienia, tym bardziej pozostają takie same. W tym sensie „And Just Like That…” jest tytułem zrozumiałym, ale równie dobrze można go zastąpić „And Life Goes On…”.

 

I wiecie co, czekałam na ten serial! I cieszę, że jest, choć może nie jest doskonały. Popieram każdy rewolucyjny pomysł na pokazanie kobiet w średnim wieku, z ich starzejącymi się ciałami, z ich siwymi włosami i potrzebami, które pewnie się zmieniają względem tego, czego chciały 30 lat temu, ale które wciąż są ważne. Ważne!

Zaczęło się od wielkiego zdziwienia, że jak to, kobiety 50+ i seks?! No szok! Szybko to tej kwestii dołączyła ta związana z ich wyglądem. Pierwsze zdjęcia z planu wprawiły świat w osłupienie. Wszystkie trzy – Carrie, Miranda i Charlotte – mają widoczne siwe włosy. Są naturalnie piękne, naturalnie seksowne, zaje**ście stylowe, bez przegięć, bez zbędnej kokieterii. Wyglądają tak, jak ja chciałabym wyglądać w ich wieku. Serio. Garderobę z serialu przyjmuję z otwartymi rękami!

Wiem, jak wyglądam. Nie mam wyboru. Co mam z tym zrobić? Przestać się starzeć? Zniknąć? – pyta w „Vogue” Sarah Jessica Parker

Jak to możliwe, że zdjęcia dojrzałych kobiet, które zdecydowały się nie walczyć z czasem za wszelką cenę, tak nam doskwierają? Jak to możliwe, skoro na co dzień tyle krzyku, tyle oburzonych głosów, że hejtuje się kobiety plus size, że mówi się nam, że nie możemy nosić za krótkich spódnic, butów na płaskiej podeszwie, czy pokazywać nieogolonych nóg czy pach.

Wygląda to tak, jakby ludzie (w tym przypadku głównie kobiety) nie chciały, abyśmy były całkowicie pogodzone z tym, gdzie jesteśmy. Wydaje się, że słychać gdzieś w oddali chichot zadowolonych z tego, że któraś z nas cierpi z powodu przemijającego czasu, pojawiających się na głowie siwych włosów, zmarszczek na twarzy i wiotczejącej skóry na ramionach.

Zawsze jest źle – czy zdecydujemy się starzeć naturalnie i nie wyglądać idealnie, czy też zrobić coś (patrz: pójść do lekarza medycyny estetycznej), co sprawi, że poczujemy się lepiej. Stale poddane jesteśmy krytyce. Popatrzcie na komentarze pod zdjęciami gwiazd na Instagramie: ale pomarszczona!, ale wyprasowana!, ale zrobiła sobie usta!, oj, mogłaby sobie wypełnić usta. No ludzie!

Na koniec chciałabym tylko uprzejmie przypomnieć, gdyby komuś umknęło: Jest 2021 rok. Kobiety mogą wyglądać (być siwe lub pofarbowane na niebiesko), jak chcą i robić, co chcą. I nawet być, kim chcą. Peace and love! ❤


Lifestyle

Grzane wino ma wiele zalet – rozgrzewa, poprawia humor i jest dobre dla zdrowia. Jak zrobić własnego grzańca?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
10 grudnia 2021
Grzane wino
Fot. iStock

Grzane wino to napój, który przywodzi na myśl piękne chwile, ciepło kominka, wieczory spędzane pod kocem. Grzaniec doprawiony korzennymi przyprawami i cytrusami cudownie rozgrzewa ciało i relaksuje, wiele osób stosuje go także jako remedium na przeziębienie, ma także kilka istotnych wartości dla zdrowia. Warto więc od czasu do czasu sobie zafundować taką przyjemność. Jak zrobić domowe grzane wino?

Co trzeba mieć pod ręką, by przyrządzić grzane wino?

Grzane wino to cudownie rozgrzewający napój dedykowany dorosłym. Może powstać na bazie każdego wina, i słodkiego i wytrawnego. Można kupić gotowego grzańca i tylko go podgrzać, lub przygotować go od podstaw samodzielnie. Grzane wino serwuje się mocno ciepłe (ok. 60-80ºC), by lepiej pobudziło krążenie krwi. Konieczne są także dodatki, które nie tylko podkręcą smak i nadadzą cudowny aromat, ale także podniosą walory zdrowotne grzańce. Najczęściej trafiają do niego goździki i cynamon, niekiedy wanilia. Najczęściej można poczuć w nim gałkę muszkatołową, anyż, kardamon, imbir, pieprz. Miłośnicy słodkości chętnie dodają miód, jabłka, gruszki, czy jeszcze inne owoce. Wszystko według uznania, nie ma z góry określonych norm, indywidualne upodobania są tu najważniejsze.

Grzane wino

Fot. iStock 

Nie ma konieczności dodawania wszystkich przypraw. Każdy może stworzyć własne grzane wino doskonałe, dopasowane do jego smaków. W zależności od lubianego poziomu słodyczy przepis na grzane wino można wzbogacić miodem i owocami. Najczęściej używane są pomarańcze, ale też mandarynki, jabłka i śliwki.

Jak zrobić grzane wino? 

Przede wszystkim kup wino, którego smak lubisz najbardziej. To ono jest podstawą grzańca i to od jego smaku zależy efekt, jaki osiągniesz. Jeśli unikasz spożywania alkoholu, sprawa nie jest z góry przegrana. Można przygotować grzane wino na bazie wina bezalkoholowego, z którego alkohol jest odparowany. Po zaopatrzeniu się we właściwe wino przygotuj ulubione dodatki (przyprawy, miód, owoce), które nadadzą charakter grzańcowi i podniosą jego właściwości zdrowotne.

Podstawowy przepis na grzane wino:

  • butelka czerwonego półsłodkiego wina
  • 6-8 goździków,
  • 1-2 małe laski cynamonu,
  • 2 owoce kardamonu,
  • 1 anyż gwiaździsty,
  • 1/2 łyżeczki sproszkowanego imbiru,
  • 1/4 łyżeczki zmielonej gałki muszkatołowej,
  • pomarańcza (lub/i jabłko, gruszka),
  • ew. łyżka miodu.

Podpowiedź — jeśli nie chcesz gromadzić wszystkich przypraw osobno, możesz kupić gotową mieszankę przypraw do grzańca.

Grzane wino

Fot. iStock

Jak zrobić grzane wino?

Jabłko (lub gruszkę) umyj, obierz i pokój na ósemki lub na grube plastry, pomarańczę umyj, sparz i na koniec pokrój w plastry. Wino wlej garnka, dołóż do niego przyprawy i owoce. Taką mieszankę zostaw na godzinę, by składniki oddały aromat. Po upływie godziny garnek wstaw na mały ogień, by wino podgrzało się do temperatury nie wyższej niż 80° C. Trzymaj na małym ogniu pod przykryciem przez 10-15 minut, ale nie dopuść do zagotowania się wina. Dzięki temu wino będzie miało właściwy smak i aromat, oraz zachowa zdrowotne działanie.

Po tym czasie wyłącz ogień i poczekaj, aż grzane wino nieco przestygnie i jeśli lubisz, dodaj miód. To ważne, by miodu nie ogrzewać za mocno, ponieważ traci on swoje zdrowotne działanie i staje się po prostu naturalnym słodzikiem. Przelej grzańca do kubków, np. z kamionki. Jeśli nie lubisz pływających luzem przypraw lub owoców, możesz grzane wino przecedzić przez sitko.

Grzane wino na przeziębienie

Grzane wino na przeziębienie jest stosowane jako środek rozgrzewający organizm. Jego działanie kryje się za przyprawami, które pobudzają w zdrowy sposób krążenie krwi, działają przeciwbakteryjnie i przeciwwirusowo (np. imbir, gałka muszkatołowa, anyż, itd.). Nie można zapominać o wpływie czerwonego wina, które jest cennych źródłem antyoksydantów, które działają przeciwzapalnie i chronią komórki ciała przed stresem oksydacyjnym, wzmacniając organizm. Podgrzane przyprawy uwalniają olejki eteryczne, które udrażniają nos przy katarze.

Grzane wino

Fot. iStock

Właściwości grzanego wina

Grzaniec spożywany z rozsądkiem poprawia krążenie krwi. Ponieważ obniża poziom złego cholesterolu, obniża ryzyko wystąpienia miażdżycy, zawału serca, udaru mózgu. Przeciwzapalne i bakteriobójcze działanie grzanego wina pomaga zwalczać infekcje, dlatego grzane wino stosowane jest na przeziębienie. Wino poprawia trawienie, uspokaja i relaksuje, bywa doskonałym remedium na stresujący dzień, choć trzeba to potraktować jedynie jako okazjonalne wsparcie, a nie codzienną pierwszą pomoc po trudnym dniu w pracy.

Ostatecznie zalety grzanego wina zależą od zastosowanych dodatków. I tak imbir znany jest z zawartości olejków eterycznych i żywic (m.in. gingerolu i zinferonu) o działaniu przeciwbakteryjnym, przeciwwirusowym i wykrztuśnym. Przy okazji poprawia metabolizm, pobudza mózg do pracy, działa też jak afrodyzjak. Z kolei cynamon jest naturalnym antybiotykiem, dodatkowo wykorzystuje się go m.in.: do leczenia zaparć, biegunek i zatruć pokarmowych, oraz w profilaktyce choroby Alzheimera i Parkinsona. Goździki doceniane są za działanie przeciwbólowe, przeciwzapalne, antybakteryjne, przeciwpasożytnicze oraz przeciwgrzybicze.

Warto docenić prozdrowotne działanie grzanego wina, ale pod jednym warunkiem. Wino samo w sobie ma wiele właściwości wspierających zdrowie, o ile sięga się po nie z umiarem. Nadmiar alkoholu, nawet gdy sięga się po niego w dobrej intencji (relaks, poprawa krążenia), zawsze szkodzi.


źródło: www.poradnikzdrowie.pl 

 

 


Zobacz także

Lew pogoni nieśmiałego, Skorpion nie wybaczy kłamstwa. Oto powody niszczące związek dla każdego znaku zodiaku

„Niósł ją przez cały pokój, a ona tak wtulała głowę w jego ramię…”. Niezwykła historia, którą trzeba poznać

Konkurs „Dobre komplementy”